Nie tak to miało wszystko wyglądać, oj nie tak. To są jedyne słowa, które
przychodzą mi do głowy już od prawie dwóch tygodni, odkąd na świecie jest moja
córeczka. Zaczęło się od rutynowej wizyty u lekarza w 38 tc i szok.
Skierowanie do szpitala z podejrzeniem stanu przedrzucawkowego. W szpitalu
spędziłam tydzień zanim zdecydowano, że jednak nie ma co czekać i trzeba ciąć.
Chciałam rodzić sn, ale cóż...nie udało się. Ból po cesarce nałożył się na
strach o dziecko, bo mała ważyła tylko 2750 i w trakcie 2 dni schudła za dużo,
więc mi ją zabrali, podłączyli pod jakieś maszyny. Potem żółtaczka i
naświetlania. W szpitalu spędziłyśmy 8 dni walcząc o każdy gram. Mała nie
chciała ssać piersi, więc dostawała butlę. Teraz już w domu też gehenna, bo
chcę karmić piersią, ale mała protestuje, bo z butli łatwiej i szybciej leci a
poza tym w cyckach za wiele nie mam.
Wiem, że może nie pocieszam tym postem przyszłych mam, ale nie jest moim celem
straszyć. W końcu żadna wielka tragedia mi się nie stała. Chcę tylko pokazać,
że może nie być tak, jak to sobie wyobrażamy i marzymy. Bo mi do głowy nie
przyszło, że będę walczyć z własnym dzieckiem o to, żeby jadło.
I niby nie ma tragedii, bo mała jest zdrowa, tylko dlaczego czuję się tak, że
chcę tylko zasnąć? Baby blues? Może. A może raczej prztyczek w noc od szarej
rzeczywistości. A do tego mąż wczoraj stracił pracę. W ogólnym rozrachunku już
wiem jak to smakuje i nie wiem, czy mając tą wiedzę zdecydowałabym się na to
po raz drugi. Płakać już nie płaczę, bo nie ma sensu. Nawet moja mała córeczka
nie jest w stanie zdusić we mnie tych negatywnych emocji