Chciałam się podzielić moimi wrażeniami po porodzie we Wrocławskim szpitalu na Brochowie. To był mój czwarty poród z kolei, a w tamtym szpitalu byłam po raz trzeci i muszę powiedzieć że się nie zawiodłam.
Przed porodem zastanawiałam się długo do którego szpitala się wybrać (wykluczałam kliniki ze względu na koszmarne warunki jaki zastałam tam 9 lat temu , gdy rodziłam pierwsze dziecko). Kolejne dwa porody (2005 i 2006) były właśnie na Brochowie i wspominałam je dobrze, chociaż po ostatnim byłam trochę rozczarowana, gdyż opłaciliśmy poród rodzinny żeby móc skorzystać z indywidualnej sali a trafiliśmy na straszny "kocioł", sale rodzinne były zajęte i pozostała nam ogólna porodówka, obok inne panie rodziły, więc mąż co chwila był wypraszany.
Gdy 30 kwietnia poczułam regularne skurcze mąż był w pracy i musiałam do szpitala jechać sama zdecydowałam sie jechać na Brochów - przynajmniej mniej więcej wiedziałam co i jak. Bałam się trochę że 4 poród pójdzie bardzo szybko i nie zdążę gdzie indziej a ze względu na dodatni wynik GBS musiałam dostać antybiotyk przed porodem. Odebrałam dzieci ze szkoły i przedszkola, zostawiłam u teściów i pojechałam do szpitala.
Na izbie przyjęć położna uprzejma i delikatna poinformowała mnie o rozwarciu na 3 cm. Golenie załatwiłam sama w domu, lewatywy nikt nie proponował na szczęście

Na porodówce wylądowałam około 16:30 i na 30 minut zostałam podłączona do KTG. Około 18 dojechał mój mąż i już razem czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Skurcze miałam raczej słabe i rozwarcie postępowało bardzo powoli. Około 20 było dopiero 5-6cm. Okazało się że blizna jaka była na szyjce po szyciu po ostatnim porodzie trzymała "od środka" i stąd takie oporne rozwieranie. Ku mojemu zdziwieniu zostaliśmy przez położną zaproszeni do skorzystania z rodzinnej sali. Wspomniałam że poprzednim razem opłaciliśmy cegiełkę i nie udało się skorzystać i zaproponowano nam żebyśmy skorzystali teraz bez żadnej opłaty skoro jest wolna. Położna która zaprosiła nas do sali i opiekowała się mną do końca nazywa się Marzena i muszę powiedzieć że była wspaniała. Miła, rzeczowa, uprzejma, a zarazem ciepła i życzliwa. Około 21:15 odeszły wody i akcja się nasiliła. Ostatecznie pani Marzena zasugerowała podanie oksytocyny i po 15 minutach rozwarcie było pełne, a po kolejnych 15 nasz synek był już z nami. Urodził się o 23:10 i ważył 4050g. Zostałam lekko nacięta (przy każdym porodzie byłam nacinana i miałam stare blizny, które mocno "trzymały" maluszka).
Ogólnie poród wspominam bardzo dobrze, jak i cały pobyt na położnictwie. Opieka fachowa, położne uprzejme i życzliwe. Pediatrzy otwarci, nie trzeba się dopytywać o dzieci, jest dobra informacja i dobry kontakt. Mały miał żółtaczkę ale mogłam go mieć przy sobie cały czas - lampę do naswietleń dostałam do pokoju. Naprawdę mogę polecić ten szpital. Być może nie jest to "Leśna góra" ale szpital to tylko mury. Najważniejsi są ludzie, a tam oddanych i życzliwych nie brakuje. Pozdrawiam wszystkich gorąco i dziekuję