flodorus
20.03.04, 13:58
Wypędzeni, wysiedleni
Niemcy wypowiedzieli Polsce wojnę na pamięć, symbole, pomniki. Polscy politycy
i publicyści, przyjmując język tzw. wypędzonych, uczestniczą w semantycznym
przemodelowaniu historii. Przyjmują rolę sprawców.
Do upadku komunizmu pojęcie "wypędzeni" zarezerwowane było w polskiej
historiografii i polityce dla niemieckich organizacji oskarżanych o
rewizjonistyczne zapędy wobec naszych granic. Co było zgodne z prawdą. Dzisiaj
w dobrym tonie u osób dbających o polityczną poprawność są kpiny z tego
ówczesnego rewizjonizmu jako wymysłu PRL-owskiej propagandy. Ale akurat w
polityce zagranicznej wobec Niemiec niewiele można Gomułce zarzucić. W
Niemczech nastroje rewizjonistyczne były bardzo silne.
Obiektywne ustalenia
W latach 90. wspólne polsko-niemieckie i czesko-niemieckie komisje wypracowały
obiektywne ustalenia; pojęcie "wypędzeni" zostało zarezerwowane dla dzikich
wysiedleń, dokonywanych żywiołowo poza stosownymi układami międzynarodowymi.
Natomiast wysiedlenia zgodne z ustaleniami Sojuszniczej Rady Kontroli Niemiec,
przeprowadzane przez władze polskie, pod ich ochroną, a takie przecież
dominowały, były określane prawnie jako "przesiedlenia".
I tak powinno pozostać. Jednak gorliwi funkcjonariusze kiczu pojednania
polsko-niemieckiego zaczęli brać od działaczy niemieckich organizacji ich
język za swój, tym kłamstwem semantycznym uczestnicząc w przemodelowaniu
pamięci historycznej w kierunku obciążania winami za niemieckie krzywdy
powojenne - Polaków.
W preambule do polsko-niemieckiego traktatu z 1991 roku, przygotowanego przy
pomocy niemcoznawców związanych z ówczesną Unią Demokratyczną, Polacy
wprowadzają pojęcie "wypędzonych" do oficjalnego języka. - Świadomi, jakie
ogromne cierpienia przyniosła wojna, w tym także utratę przez licznych Niemców
i Polaków stron rodzinnych w wyniku wypędzenia lub wysiedlenia... - stwierdza
się w tym traktacie.
Zadomowiło się
A więc już oficjalne stwierdzenie, że było "wypędzenie" Niemców i
"wysiedlenie" Polaków. Nie pomogły protesty, nawet w czasie podpisywania tego
traktatu w Bonn przez Helmuta Kohla i premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego,
przedstawicieli polskich organizacji byłych więźniów niemieckich obozów
koncentracyjnych.
Artur Hajnicz, jeden z tych, którzy przygotowywali z polskiej strony brzmienie
tego układu, niedawno wyraził na łamach Gazety Wyborczej swoje oburzenie tym,
że Polacy odczuwają jakikolwiek opór przed zaakceptowaniem słowa "wypędzenia"
Niemców. Wyraża jednak nadzieję, że to się zmieni, że to słowo "zadomowi się w
języku potocznym i oficjalnym".
Stało się zgodnie z życzeniem, i tak to pojęcie nieprawdziwe i
niesprawiedliwe, obraźliwe dla Polaków, zadomowiło się wśród polityków,
publicystów i w społeczeństwie, wpisując się w oficjalną historię II wojny
światowej. Władysław Bartoszewski, wysłany do stolicy Niemiec zamiast
prezydenta Wałęsy na uroczystości 50-lecia zakończenia wojny, w oficjalnym
przemówieniu w niemieckim parlamencie przepraszał Niemców za ich "wypędzenie"
przez Polaków.
10 milionów "wypędzonych"
A ta kategoria "wypędzonych" niesłychanie się rozrosła. Legitymacje
wypędzonych mają nie tylko ci, którzy w wyniku zaleceń sojuszniczych zostali
przez Polaków wysiedleni; mają je ci, którzy ze strachu przed sowiecką armią,
świadomi zbrodni dokonanych przez swoich rodaków, w obawie przed zemstą
zwycięzców w panice opuszczali swoje domy. Albo uciekali z rozkazu
ewakuacyjnych władz niemieckich, które chciały zostawić zwycięzcom spaloną
ziemię. Do miana "wypędzonych" mają także prawo tzw. volkswagendeutsche, czyli
ludzie często podszywający się pod Niemców, ale korzystający do upadku
komunizmu z przywileju emigracji z Polski w ramach "łączenia rodzin". To
pozwala niektórym publicystom i politykom, jak np. Kazimierzowi Wójcickiemu,
określać liczbę "wypędzonych" na 10 milionów, kiedy historycy szacują ją na
około 2 miliony. Dla niego zresztą istnieje "podobieństwo i analogia między
losami obydwu narodów", ze wskazaniem na szczególne cierpienia Niemców, choć
"nie ulega wątpliwości, że Polska była również ofiarą". Również!
Kiedy Niemcy wprowadzali pojęcie "wypędzeń" do oficjalnego języka, pragnęli
dokonać w zbiorowej pamięci podziału na ofiary (to oni) i sprawców (to
Polacy). Polscy politycy i publicyści uczestniczą w tym podziale ról
historycznych po stronie niemieckiej, kiedy przejmują ich język.
Dobrze jest pamiętać o tym semantycznym kłamstwie w obliczu naszego wejścia do
Unii Europejskiej. Według unijnego ustawodawstwa "wypędzenie" (Vertreibung) ma
charakter przestępczy, zatem wobec jego sprawców, czyli Polaków, trzeba
wyciągnąć prawne konsekwencje.