Dodaj do ulubionych

Trochę historii Francji cz. 2

25.12.24, 07:16
wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26688242,francuscy-przyjaciele-stalina-dokonczenie-eseju-alfreda-grossera.html#S.embed_link-K.C-B.1-L.4.zw
Francuscy przyjaciele Stalina [DOKOŃCZENIE ESEJU ALFREDA GROSSERA]

Alfred Grosser

Młodzi ludzie, którzy przyłączyli się do komunistów, nigdy niczego nie wiedzieli o sowieckich zbrodniach i nigdy nie chcieli wiedzieć. Z cyklu "Adam Michnik poleca"
Wydaje się, że paradoksalnie do zmiany myślenia Francuzów o kolaboracyjnej przeszłości ich kraju przyczynił się w pewnej mierze negacjonista Holocaustu Robert Faurisson. Oczywiście nie dlatego, że wedle jego „wybitnej” logiki równie dobrze można by zaprzeczyć, że miała miejsce bitwa pod Verdun. I nie dlatego, że jego teorie doprowadziły do tak złowrogich zjawisk, jak np. rozdawanie w liceach francuskich w 1987 r. negacjonistycznych ulotek: „Podczas wojny Niemcy potraktowali Żydów jak wrogów, którymi byli, wypędzili ich i internowali. NIGDY ICH NIE EKSTERMINOWALI! Głównym dramatem w obozach były epidemie. Walcząc z nimi, Niemcy wykorzystali małe komory gazowe do dezynfekcji ubrań… Żydzi eksterminowani? Przecież oni są tu nadal. Dewiza Izraela brzmi: im bardziej płaczę, tym bardziej czuję, im bardziej czuję, tym bardziej płaczę”.

Negacjonistyczne teorie zachęcały wszystkich do poznania prawdy o tych strasznych czasach. Czasami nawet szukanie jej szło zbyt daleko. Przykładem wielka dramatyzacja procesu „rzeźnika Lyonu” Klausa Barbiego w 1987 r. Czytając gazety i oglądając telewizję, miało się wrażenie, jakby sądzono jednego z największych oprawców naszych czasów.

Jednocześnie nikt nie mówił o procesach dwóch innych mężczyzn o wiele bardziej winnych od Barbiego, skazanych na karę śmierci przez trybunał wojskowy w Paryżu 9 października 1954 r. Jednym z nich był SS-Obergruppenführer Carl-Albrecht Oberg, dowódca SS i policji w okupowanej Francji w latach 1942-44; wcześniej, w 1941 r., uczestniczył on w prześladowaniu polskich Żydów w dystrykcie radomskim. W czerwcu 1945 r. Oberg został aresztowany przez Amerykanów i skazany przez trybunał wojskowy na karę śmierci. Drugim był Helmut Knochen, szef „policji bezpieczeństwa” we Francji, podwładny Oberga i Heydricha.

Obaj zostali wydani władzom francuskim. 10 kwietnia 1958 r. prezydent Francji René Coty zamienił karę śmierci na dożywocie, a gen. de Gaulle 31 grudnia 1959 r. zmniejszył ją do 20 lat pozbawienia wolności, połączonego z ciężkimi robotami. Już w grudniu 1962 r. Knochen został ułaskawiony i wrócił do Niemiec, gdzie pracował jako agent ubezpieczeniowy. Ułaskawiony przez de Gaulle’a Karl Oberg także wrócił do Niemiec, gdzie wkrótce zmarł.

Jednak w czasie, kiedy odbywał się proces Barbiego, nie można było się spodziewać, że prezydent Republiki ułaskawi oskarżonego: pod koniec lat 80. buzowały emocje, znano już prawdę o Holocauście, a byli działacze ruchu oporu domagali się – co zrozumiałe, choć nie do końca uzasadnione – by ich poświęcenie i cierpienia stały się częścią francuskiej pamięci narodowej.

Dlatego przed rozpoczęciem procesu uzyskali kasację orzeczenia sądu apelacyjnego, które zostało wydane na podstawie rzetelnej analizy prokuratora Pierre’a Truche’a. Aby skazać Barbiego za torturowanie i mordowanie członków ruchu oporu, sąd kasacyjny rozszerzył definicję zbrodni przeciwko ludzkości, uprzednio niepodlegających przedawnieniu, dodając to, co trybunał w Lyonie zakwalifikował jako zbrodnie wojenne, przedawnieniu podlegające.

O dziwo Jacques Verges, obrońca Barbiego, w niewielkim stopniu wykorzystał daną mu okazję, by spytać, dlaczego w przypadku Barbiego tortury nie podlegały przedawnieniu, podczas gdy sprawcy takich samych czynów popełnionych podczas wojny w Algierii zostali objęci amnestią. Sądowi kasacyjnemu przyświecała idea, że sam charakter reżimu i ideologii, w imię których popełniono zbrodnie, winien być uznany za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Niemniej kłopot ze zdefiniowaniem pojęcia zbrodni w niewielkim stopniu wpłynął na dramaturgię procesu. Oprócz przypisywania Barbiemu mocno wyolbrzymionej roli w Zagładzie prasa i komentatorzy koncentrowali się głównie na dwóch, pozytywnych wątkach: na pamięci o Auschwitz, która wówczas sięgała punktu kulminacyjnego, zwłaszcza dzięki pracy rozliczeniowej wykonanej w łonie Kościoła katolickiego, oraz na niełączeniu Barbiego z Niemcami. W licznych publikacjach, m.in. historyka Pierre’a Pierrarda oraz pisarza i dziennikarza Jacques’a Duquesne, dokonano surowszej oceny postawy Kościoła katolickiego za okupacji niż w pracach żydowskiego badacza Serge’a Klarsfelda.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Trochę historii Francji cz. 2 25.12.24, 07:18
      Kropkę nad i postawił 22 września 1986 r. kard. Decourtray w programie telewizyjnym „Questions a domicile”, prowadzonym przez Anne Sainclair. Pytany, czy jako osoba odważnie walcząca z rasizmem antyarabskim, uważa antysemityzm za zupełnie odrębną formę rasizmu, odpowiedział jednoznacznie:

      „Oczywiście, skoro jestem chrześcijaninem. Jako chrześcijanin jestem synem Abrahama. Bóg stał się człowiekiem jako Żyd. Mam świadomość, że obozy zagłady powstały na ziemi chrześcijańskiej i że większość oprawców była ochrzczona”.

      Żydowskie pochodzenie arcybiskupa Paryża, Jean-Marie Lustigera, którego nie krył, było kolejnym „apelem” o pamięć, choć inny niż apele episkopatu niemieckiego, nawet jeśli Lustiger – z pewnością dlatego, że znalazł się w Kościele katolickim jako konwertyta – miał tendencję do umniejszania zbrodni współczesnych mu czasów, przypisując je oświeceniu, które było grzechem pierworodnym hitlerowskiego szaleństwa.

      ***
      A co negowali komuniści?

      Naród francuski patriotycznie zjednoczony w ruchu oporu, walczący z nazistowskim okupantem i kolaborantami z Vichy i Paryża: taka wizja pozwoliła Francuskiej Partii Komunistycznej, FPK, wyciszyć i przemilczeć prawdę o jej postawie w latach 1939-41, a także o jej „rewolucyjnym defetyzmie”, z którego się uwolniła dopiero w 1935 r., tuż po zawarciu umowy Stalin-Laval. Przemilczanie prawdy ułatwiała pamięć o wzorcowej postawie komunistycznych partyzantów, o ich odwadze w obliczu szczególnych represji, jakim byli poddani.

      Dołączały się do tego uboczne efekty propagandy antykomunistycznej, szczególnie intensywnej w czasie, gdy zdecydowana większość Francuzów cieszyła się z porażki Niemców pod Stalingradem. Wreszcie, przemilczanie ułatwiała wspólnota obozowych losów, w Dachau lub Buchenwaldzie, gdzie zawiązały się trwałe relacje, nawet między przyszłymi politycznymi adwersarzami. Z kolei pośród komunistów nie brakowało obelg i kłamstw, gdy były współwięzień krytycznie dotykał jakiegoś niewygodnego wydarzenia historycznego lub teraźniejszości. Zresztą młodzi ludzie, którzy odpowiedzieli na apel partii komunistycznej przed wyzwoleniem lub tuż po nim, nie musieli niczego zapominać. Oni po prostu nigdy niczego nie wiedzieli i nigdy nie chcieli się niczego dowiedzieć.

      Podobnie było z ich starszymi kolegami z międzywojnia, komunistami, sympatykami ZSRR lub zwolennikami Francuskiej Partii Komunistycznej. Niemniej owo zaślepienie nie było zjawiskiem typowym wyłącznie dla Francji. Nazwiska znanych brytyjskich i amerykańskich inteligentów znajdują się na liście osób, które odwiedziły ZSRR i wróciły stamtąd pełne zachwytów. Potem zaświadczały w swoich krajach o humanitaryzmie i wyjątkowości reżimu sowieckiego.

      Bertrand Russell, Julian Huxley (przyszły pierwszy dyrektor generalny UNESCO) czy pisarz Owen Lattimore, aż po wiceprezydenta USA Henry’ego Wallace’a – ileż śmiesznych i haniebnych tekstów wyszło spod ich piór! Choć z pewnością były one mniej kompromitujące niż ekstrawagancka wizyta byłego premiera Francji Édouarda Herriota na Ukrainie, w apogeum Wielkiego Głodu wywołanego przez Stalina. Tam, gdzie Herriot się pojawiał, usuwano trupy, sprowadzano z innych miejscowości dobrze odżywionych Ukraińców, a premierowi serwowano wykwintne posiłki. Posłużył więc sowieckiemu reżimowi jako świadek dobrego odżywiania się Ukraińców.

      Niemniej jego przychylność wobec reżimu była mniej rozmyślna niż Maksyma Gorkiego, tuż przed jego śmiercią w 1936 r., gdy owiany nimbem chwały, stał się piewcą wielkich budów na północy ZSRR, na których umierały setki tysięcy zmuszanych do katorżniczej pracy łagierników.

      Wydaje się także, że jego entuzjazm wobec reżimu sowieckiego trwale się udzielał, skoro pół wieku później, w jednym z regionów Francji, na egzaminie maturalnym postawiono pytanie dotyczące jego tekstu, wychwalającego budowę Kanału Białomorsko-Bałtyckiego. „Na podstawie tekstu Gorkiego wymień główne cechy pierwszego planu pięcioletniego”. Tekst Gorkiego nosił tytuł: „Rok 1932 – wielkie osiągnięcia planu pięcioletniego”. Dwa pozostałe tematy maturalne brzmiały: „Ruch oporu i kolaboranci we Francji w latach 1940-44” i „Prosperity lat 20. w Stanach Zjednoczonych”. W latach 80. obraz reżimów lat 30. dostarczał licealistom bardzo stronniczej wiedzy.

      ***
      Francuska debata o rzeczywistej sytuacji w ZSRR była ożywiona już w okresie międzywojennym. Jednak w owym czasie ostro potępiano każdego, kto ośmieliłby się publicznie krytykować ZSRR, jak np. André Gide, który najpierw wychwalał sowiecki reżim, a później miał wobec ZSRR bardziej zdystansowane stanowisko. Czy można było zatem poznać rzeczywiste rozmiary i naturę sowieckich zbrodni, zarówno kiedy chodzi o procesy moskiewskie, jak i o Gułag?

      Bez wątpienia jednak zrobiono wiele, by wiedza na ten temat nie ujrzała światła dziennego. Boris Souvarine (Suwarin), francuski dziennikarz i historyk, jeden z pierwszych krytyków stalinizmu, opowiadał, jak w 1935 r. rzucano mu kłody pod nogi, by udaremnić publikację jego krytycznej wobec wodza i sowieckiego reżimu książki „Stalin”. Ta niezwykle sumiennie udokumentowana praca powinna była otworzyć oczy wielu sympatykom sowieckiego reżimu, o ile tylko zechcieliby ją przeczytać. A przecież trzeba było nieustająco pytać o eksterminację Żydów, zarówno przed 1940, jak i po 1945 r.: „Co kto wiedział na ten temat?” oraz „Dlaczego nie chciano wiedzieć tego, co powinno było być znane?”.

      „Wiem, że w Związku Radzieckim nie ma obozów koncentracyjnych. Uważam radziecki system więziennictwa za bezdyskusyjnie najlepszy na świecie. Myślę, że to jedyny kraj, gdzie polityczni skazańcy i pospolici przestępcy za wykonaną pracę pobierają taką samą zapłatę jak na wolności, mogą kupić wszystko, tak jak na wolności, oprócz alkoholu, co jest oczywiście przykre, bo niektórzy więźniowie go lubią. Mogą ponadto za otrzymaną pensję wynająć indywidualny pokój, jeśli tylko takie jest ich pragnienie i możliwości. Mogą także czytać, pisać, oglądać filmy i grać na instrumentach”.

      CDN...
      • diabollo Re: Trochę historii Francji cz. 2 25.12.24, 07:19
        To słowa Marie-Claude Vaillant-Couturier, komunistycznej posłanki, byłej więźniarki Ravensbrück, wygłoszone 22 grudnia 1950 r. podczas procesu o zniesławienie wytoczonego komunistycznemu pismu „Les Lettres francaises”. Ów proces wygrał David Rousset, były więzień Buchenwaldu, który w apelu do współtowarzyszy z niemieckich obozów domagał się, by nareszcie ujawniono prawdę o obozach sowieckich.

        Vaillant-Couturier musiała znać tę prawdę, skoro w Ravensbrück poznała Margarete Buber-Neumann, która zanim trafiła do niemieckiego obozu, była więziona w ZSRR. Buber-Neumann złożyła w 1949 r., podczas procesu Krawczenki, obciążające sowiecki system zeznania, a w trakcie rozprawy przeciwko „Les Lettres francaises” usłyszała od mecenasa Joe Nordmanna, że „już w Ravensbrück była znienawidzona”. [Wiktor Krawczenko – inżynier, uciekinier z ZSRR, autor wydanej w 1946 r. za Zachodzie demaskatorskiej wobec systemu stalinowskiego książki „Wybrałem wolność”. Dezawuowany przez francuskich komunistów, wytoczył im proces].

        Chodziło o skompromitowanie wszelkimi możliwymi metodami, nawet najbrudniejszymi, wdowy (los jej męża nie był jeszcze znany) po Heinzu Neumannie, sekretarzu Komunistycznej Partii Niemiec i wpływowym członku Kominternu, „usuniętym” przez Stalina w Moskwie w 1937 r. Margarete Buber-Neumann została wywieziona na Syberię w 1938 r., a potem przekazana w ręce Hitlera w 1940. Nie znając jej autobiografii ani hołdu, jaki Germaine Tillion [wybitna uczestniczka ruchu oporu w czasie II wojny] złożyła jej w swojej książce, zaskakuje podobieństwo stylu i tonu mecenasa Nordmanna i adwokatów z procesu zbrodniarzy z Majdanka czy mecenasa Jacques’a Vergesa.

        Gdy się ma przed sobą tak wiele książek, artykułów, tekstów przemówień, w których pomawiano, znieważano, kompromitowano każdego, kto chciał dać świadectwo prawdzie – przeżytej lub odkrytej – o sowieckim terrorze, nie sposób nie pamiętać, w jaki sposób negacjonista Faurisson mówił o relacjach ocalałych z obozów zagłady! Gdy około 1980 r. studenci i profesorowie uniwersytetu w Lyonie domagali się, by człowiek, który negował zagładę Żydów, został usunięty z uniwersytetu, trudno było nie zauważyć, że nikt dotąd nie usunął z zawodu profesorów, którzy świadomie negowali istnienie Kołymy.

        ***
        Jednocześnie wiadomo było, że w czasie zimnej wojny oszczerstwami posługiwano się z łatwością; zrozumiała też była troska dawnych lewicowych członków ruchu oporu, by potępienie sowieckiego reżimu nie unieważniło ich walki o sprawiedliwość społeczną. Te czasy nie sprzyjały poszerzaniu wiedzy o mrocznych stronach sowieckiej rzeczywistości. Niechętnie publikowano relacje świadków sowieckich zbrodni i przemocy! Ileż było przemilczanych faktów, naiwności i upodlenia intelektualistów, którzy uznawali jedynie słuszną prawdę głoszoną przez partię komunistyczną!

        Nie wynikało to wyłącznie z kuriozalnego uwielbienia Stalina, ku którego czci tacy poeci jak Paul Éluard czy Louis Aragon pisali pochwalne poematy. Ani z pochlebstwa wobec Maurice’a Thoreza, który zachęcił „zawodowych historyków” – Bruhata, Soboula, Agulhona – do opublikowania w organie teoretycznym FPK „Les Cahiers du communisme” (kwiecień 1950) materiałów na temat „wkładu Maurice’a Thoreza w historię”. Pisano tam, że „Maurice Thorez jest historykiem, bo jest politykiem klasy robotniczej. Wskazuje drogę, jaką należy iść, bo jest historykiem. (…) Dzięki Maurice’owi Thorezowi możemy przeciwstawić burżuazyjnej historii naszą koncepcję historii”.

        Otwarcie popierano procesy, które odbywały się w tzw. krajach demokracji ludowej, znieważano skazanych i straconych, w czasie procesów stalinowskich chwalono akty samooskarżenia, a francuscy lekarze nie protestowali, gdy ich radzieckich kolegów oskarżono o popełnienie zbrodni przeciwko Stalinowi, skoro tak zadekretowała Moskwa. Nikt nie protestował, gdy zachęcano żony „skazanych” do opuszczania swoich mężów. „Nie dziwi – pisała Annie Besse (później Annie Kriegel) w 1953 r. w piśmie „La Nouvelle Critique” – że burżuazja oburza się na to i mówi o niszczeniu rodziny. A przecież w tym przypadku kobieta odmawia trwania u boku męża w podłości”.

        Później niektórym wróci pamięć o tamtych mrocznych czasach. Będzie się to objawiać w różnej formie i różny będzie stopień ich samokrytycyzmu. W jednej z najlepszych autobiografii Emmanuel Le Roy Ladurie opowiadał, jak około 1950 r. dzięki książkom socjologa Georges’a Friedmanna zafascynował się ZSRR:

        „Wiele lat później spotkałem Friedmanna. Pokusiłem się o przyjazną krytykę jego wcześniejszych tez przychylnych ZSRR. Wówczas wydawały się już nam przestarzałe. Odpowiedział mi szczerze: »Byłem głupcem, gdy pisałem te teksty!«”.

        Mało powiedziane, gdyż problem odpowiedzialności moralnej i duchowej, wedle terminologii Karla Jaspersa, nawet nie został postawiony. Autor w przypisie zadał jedynie pytanie: „Czy byliśmy faszystami?”. Niemniej w swojej książce nie posuwa się zbyt daleko w krytyce ZSRR. Tymczasem negacja zbrodni, ich przemilczanie, znieważanie ofiar były dla reżimów komunistycznych Europy Wschodniej przyzwoleniem na gnębienie kolejnych.

        Często powtarzany argument, że „my, ludzie lewicy, nie mogliśmy mówić tym samym językiem, co nasi wrogowie”, jest niewiele wart – skoro wówczas ci sami ludzie słusznie twierdzili, że „nawet jeśli o Indochinach i Gwatemali mówimy to samo, co komuniści, nie znaczy to, że się mylimy”.

        Najważniejsze były radzieckie, rewolucyjne idee przemiany świata na lepsze i jeśli to spełnienie marzeń ludzkości wymagało koniecznych ofiar, to trudno, trzeba je było zaakceptować. Dlatego popełniane przez sowiecki reżim zbrodnie uznawano za niewielkie wypaczenia, które nie podważały sowieckiego projektu. Zarazem zaś potępiano kraje Zachodu za zbrodnie popełniane wedle logiki właściwej kapitalistycznemu, imperialistycznemu systemowi.

        Minęło sporo czasu, nim walka Raymonda Arona, zwłaszcza w tej sferze, została uznana i przestano sięgać po argumenty, których używanie Aron zarzucał swoim intelektualnym adwersarzom, poczynając od Maurice’a Merleau-Ponty’ego i jego książki „Humanizm i terror”.

        ***
        CDN...
        • diabollo Re: Trochę historii Francji cz. 2 25.12.24, 07:20
          Powstanie węgierskie 1956 r. uchodzi za punkt zwrotny, choć nie do końca. Przede wszystkim dlatego, że prominentni działacze partii komunistycznej długo utrzymywali, że było to powstanie faszystowskie, lub zapomnieli, co w owym czasie wypisywali. Przykładem André Stil, od 1977 r. członek Akademii Goncourtów, w latach 1950-59 redaktor naczelny dziennika „L’Humanité”, organu komunistów.

          17 grudnia 1956 r. wygłosił odczyt zatytułowany „Wracam z Budapesztu”, który partia opublikowała w formie broszury. Czytamy tam: „Kto walczy w Budapeszcie? Przede wszystkim faszyści, kontrrewolucjoniści, przygotowani, wyposażeni i zorganizowani w tym celu. Walczy także szczególny lumpenproletariat, który jest plagą stolic demokracji ludowych, a którego część tworzą wraz ze złogami byłej klasy posiadaczy wyjątkowe szumowiny, przemytnicy i próżniacy. (…) Do tego trzeba dodać tysiące pospolitych przestępców, uwolnionych w pierwszej kolejności przez kontrrewolucjonistów. (…) Całe to towarzystwo walczyło – by użyć języka partyzantki – o wolność. Swoją wolność! Uzbrojoną grupą w IX dzielnicy miasta dowodziła dawna prostytutka, która przez całe powstanie chodziła pijana, wciągając bardzo młodych ludzi do walki, w wątpliwej atmosferze moralnej. (…) Armia radziecka nie zachowywała się jak wroga armia, lecz jak obrończyni ludu”.

          Jean-Paul Sartre wprawdzie potępił sowiecką interwencję w Budapeszcie, ale w tekście opublikowanym w tygodniku „L’Express” 9 listopada 1956 r. użył haniebnego argumentu o „szkodzeniu sprawie”. Do historii przeszło jego zdanie: „Nie trzeba odbierać nadziei robotnikom z Billancourt” – czyli nie należy osłabiać partii komunistycznej, niszcząc dobry wizerunek ZSRR w oczach robotników. Krytykował też referat Chruszczowa, który był „największym błędem”, bo „publiczne potępienie, szczegółowe przedstawienie zbrodni popełnionych przez tę świętą postać [Stalina], która od tak dawna reprezentowała sowiecki reżim, to głupota, gdyż owa szczerość nie wynikała ze znacznego wzrostu poziomu życia ludności”.

          Postawa Sartre’a była tak niejednoznaczna, że jeden z jego dawnych uczniów, Michel-Antoine Burnier, napisał jego pseudopamiętniki („Testament Sartre’a”), wkładając mu w usta następujące słowa: „Pamiętasz, co napisałem w eseju »Czym jest literatura?«? Uważałem, że Flaubert i Goncourt ponoszą odpowiedzialność za represje, które nastąpiły po Komunie Paryskiej, gdyż nigdy nie napisali nic, by do tego nie dopuścić”.

          Przypomnę, jak Francois Mauriac dopytywał, co stało się z jego artykułami na temat Rudolfa Slánsky’ego, Trajczo Kostowa, László Rajka, Artura Londona?! Na temat ciemiężonych łagierników, którzy kopali Kanał Białomorsko-Bałtycki. O deportowanych narodach Azji Środkowej? Dopiero pod koniec życia Sartre uznał, że wydawanie sądów moralnych musi iść w parze z mówieniem prawdy o zbrodniczym reżimie sowieckim.

          Wcale nie jest pewne, że ta postawa była oczywista w latach 70. i 80., gdy chodziło o krytykę ZSRR. Komentarze po opublikowaniu „Archipelagu Gułag” cechowała powściągliwość, podejrzliwość wobec wiarygodności tej historii, próby osłabienia przekazu, zwłaszcza w dzienniku „Le Monde”. A gdy w 1979 r. w Centrum Pompidou wystawa „Paryż-Moskwa w latach 1900-1930” zastąpiła wystawę „Paryż-Berlin”, jej organizatorzy dopuścili się niewyobrażalnej dotąd falsyfikacji prawdy historycznej: maksymalnie złagodzili niektóre drażliwe treści, usunęli nazwiska i dzieła artystów, którzy później popadli w niełaskę w ZSRR.

          Należy też spytać, czy gdy w listopadzie 1982 r. Jurij Andropow zastąpił Leonida Breżniewa, ktoś zbadał jego czyny jako szefa KGB i głównego nadzorcy demokracji ludowych? Czyż porównanie z Kurtem Waldheimem samo się nie narzuca? Ślepa fascynacja Związkiem Radzieckim, a potem przemilczanie zbrodni sowieckiego reżimu, to nie wyjątek. O zbrodniach reżimu chińskiego też długo nie chciano pamiętać. Wystarczająco długo, by dać przyzwolenie na nowe zbrodnie, w Kambodży.

          przeł. JK

          *Alfred Grosser – ur. w 1925 r., niemiecko-francuski politolog, socjolog i publicysta (artykuły w „La Croix”, „Le Monde” czy „L’Ouest-France”). Autor m.in. prac „Frankreich und seine Aussenpolitik” („Francja i jej polityka zagraniczna”) i „Le crime et la mémoire” („Zbrodnia i pamięć”).

          Publikowany przez nas tekst pochodzi z tej drugiej pracy (tytuł – „Wyborcza”), która ukazała się we francuskim wydawnictwie Flammarion w 1989 r. Jest to druga część jej rozdziału „De l'armistice en 1940 au proces Barbie” („Od zawieszenia broni w 1940 r. po proces Klausa Barbiego”). Część pierwsza ukazała się w „Wyborczej” 9 stycznia.

          Copyright Éditions Flammarion, Paris, 1989

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka