Dodaj do ulubionych

Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 1

12.08.04, 16:19
Franza Blättlera „Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji
lekarskiej”

Tydzień pierwszy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925
Tydzień drugi
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14553035
Tydzień trzeci
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14587297
Tydzień czwarty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14671109
Tydzień piąty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14724974
Tydzień szósty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14746425
Tydzień siódmy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14754633
Tydzień ósmy
forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=59
Tydzień dziewiąty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14813675
Tydzień dziesiąty

Zrobił mi się czyrak i muszę codziennie wpadać do lazaretu „Lazarus” na
opatrunek. „Dzisiaj w południe moglibyśmy wziąć udział w pewnej akcji, która
byłaby dla pana z pewnością czymś niezwykłym – zwraca się do mnie niemiecki
sanitariusz. – Gdyby pan zechciał przyjechać po mnie karetką o pierwszej po
południu, moglibyśmy być obecni przy rozstrzelaniu 100 Polaków”. Wzdrygnąłem
się, chociaż widok zmarłych i rozstrzelanych jest w okupowanej Polsce czymś,
czego właściwie nie sposób uniknąć. Ale rozstrzelanie na raz 100 bezbronnych
mężczyzn – to musi wstrząsnąć nawet najbardziej zahartowanym człowiekiem,
takim, który niedawno już przestał się oburzać na bezmyślne mordowanie,
rabowanie i głód, które tutaj panują. Nie mam pojęcia, dlaczego sanitariusz
zachciał właśnie mnie zaprosić na tę „niezwykłą akcję”. Może mu to na rękę,
że zostanie zawieziony moim samochodem do położonej poza granicami miasta
Cytadeli [błąd Cytadela znajduje się w obrębie Warszawy], a może chce mi
zademonstrować w jaki sposób „naród panów” rozprawia się z „pasożytami narodu
niemieckiego?” Zdaje sobie sprawę, że mijałoby się z celem uchylenie się od
oglądania tej egzekucji. Po to tu przyjechałem, żeby się uczyć, i chcę wypić
do dna ten kielich goryczy, który nam podają.
Obserwuj wątek
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 2 12.08.04, 16:42
      Sanitariusz dowiedział się o egzekucji od jednego z niemieckich żołnierzy i wie
      także, dlaczego Polacy zostaną rozstrzelani. „Przed paroma dniami dokonano
      włamania do biur niemieckiej firmy handlowej Juliusa Meinla – wyjaśnia mi – i
      skradziono przy tym dużą sumę pieniędzy. W czasie pościgu za nieznanymi
      sprawcami zabito polskiego policjanta, a niemiecki policjant został ciężko
      ranny. Sprawcom udało się zbiec, w odwet zaś skazano na śmierć 100 polskich
      więźniów”.
      Gdy o godzinie trzynastej chcę się zameldować u sanitariusza, dowiaduję się, że
      cofnięto mu właśnie przyznany wcześniej urlop. Podejmuję więc szybko decyzję,
      że pojadę tam sam, wybieram jednak zbyt okrężną trasę i o wpół do drugiej
      ciągle jeszcze nie jestem tam, gdzie ma się odbyć egzekucja. Mój polski zasób
      słów jest niewielki i z dużym trudem orientuję się w nieznanej mi części
      Warszawy. W końcu postanawiam zaniechać daremnych poszukiwań Cytadeli i kieruję
      moja karetkę przez Pragę z powrotem na Nowy Świat.
      Wieczorem spotykam w kantynie „pięknego Franza” ordynansa naszej grupy.
      Nadaliśmy mu ten przydomek, ponieważ chodzi zawsze wypucowany jak laluś, co
      jest zapewne pozostałością po zawodzie fryzjera, który kiedyś wykonywał. Dzięki
      swojemu stanowisku zawsze jest dobrze poinformowany o tym, co tu w Warszawie
      się dzieje. Teraz nie jest tak wesoły jak zwykle. Gdy pytam go o przyczynę,
      okazuje się, że uczestniczył w dzisiejszej egzekucji: „Gdy przyjechałem do
      Cytadeli, było tam już wielu gapiów. Żołnierze i cywile przeciskali się na
      dziedziniec. Na środku stali skazani, w pięciu rzędach po 20 osób. Przyglądać
      mógł się każdy, kto miał na to ochotę, egzekucje takie odbywają się publicznie
      i mają być dla ludności odstraszającym przykładem. Skazańcy mieli związane ręce
      i w swoich podartych ubraniach nawet w żołnierzach niemieckich budzili
      politowanie. Obóz koncentracyjny wycisnął na nich swoje piętno. Reprezentowane
      były wszystkie pokolenia – od dwudziestoletnich młodzieńców aż po mężczyzn w
      podeszłym wieku.
      To, co mi teraz opowiada, brzmi tak niewiarygodnie i jest tak nieludzkie, że
      ledwie mogę o tym pisać. „Pośród przekleństw, modlitw i głośnych złorzeczeń
      zaciągnięto pierwszy rząd skazanych pod mur. Wielu próbowało się bronić, inni
      lękając się śmierci kładli się na ziemi i trzeba ich było wlec pod ścianę,
      jeszcze inni szli pod wyżłobiony licznymi uderzeniami kul karabinowych mur z
      jakimś niesamowitym uśmiechem na twarzy”.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 3 12.08.04, 17:48
      Wydaje mi się godne uwagi, że ordynans dostrzegł ów niesamowity uśmiech
      skazańców, gdyż Niemcy na ogół wolą, całkiem zresztą umyślnie, milczeć na ten
      temat. Ów trudny do zdefiniowania uśmiech widzi się niekiedy na twarzach
      uciemiężonych Polaków. Sądzę, że wyrażają oni w ten sposób swoją wizję innego
      życia, że widzą w tej wizji naród i okupanta, ale z zamienionymi rolami. Jest
      rzeczą zrozumiałą, że myśli takie nie są przyjemne dla okupanta, dlatego też
      ich unika. „W tłumie, który wypełniał do połowy dziedziniec Cytadeli,
      zapanowała absolutna cisza – kontynuuje swoja relację ordynans. – Niemiec czy
      Polak, wszyscy wstrzymali oddech, zdając sobie sprawę z tego, że widmo śmierci
      obecne jest na tym placu. Nie było czasu na ostatnią posługę księdza czy
      przewiązanie oczu. Pluton egzekucyjny ustawił karabiny maszynowe i skosił
      skazanych seriami w plecy. Nie mogę ci opowiedzieć, co tam się rozgrywało
      potem, gdy jeden rząd po drugim posyłano pod mur i zabijano strzałami w plecy –
      mówi szorstko ordynans. – Po rozstrzelaniu trzeciego rzędu opuściłem
      dziedziniec i wróciłem do miasta”.
      Żal mi tego Franza, widzę, że cierpi z powodu tych przeżyć tak samo jak my
      Szwajcarzy. Dla niego jednak jest zupełnie niemożliwe odżegnanie się od
      niemieckich kompanów, co więcej, nie potrafi nawet wyrazić słowami swej
      rozterki moralnej.
      Nie sądziłem, że można w tak nieludzki sposób wyciąć ludzi w pień, a przecież w
      przypadku tych rozstrzelanych chodziło o osoby, które nie miały nic wspólnego z
      kradzieżą. Ci Polacy zostali rozstrzelani jako zakładnicy, gdyż Niemcy nie mogą
      upokorzyć ich ducha postanowili zadać gwałt ich ciału. W takich chwilach moją
      jedyną pociechą jest to, że za pomocą gwałtu można zniszczyć jedynie ciało, nie
      można natomiast pognębić ducha. Żyje on nadal – podobny do żaru w pozornie
      wygasłym już ogniu, który w odpowiednim momencie znowu rozbłyska silnym
      blaskiem. Wierzę, że jego płomień da się jeszcze okupantowi mocno we znaki.
      Później dowiedziałem się od jednego z polskich policjantów, że istnieje jeszcze
      inny sposób rozstrzeliwania polskich więźniów i Żydów. Otóż polscy policjanci
      zmuszani są do zabijania swoich rodaków strzałem w tył głowy. Gdy któryś odmówi
      wykonania rozkazu, sam idzie na śmierć. W taki sposób władze okupacyjne tworzą
      przepaść między polska policją i społeczeństwem; polscy policjanci muszą
      współpracować w Wehrmachtem, a społeczeństwo potępia ich i wyklina.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 4 12.08.04, 18:05
      Zgodnie z obowiązującym systemem kartkowym każdy Polak powinien był otrzymać
      200 g cukru za miesiąc styczeń, luty i marzec. Gdy zbliżył się termin wydawania
      cukru, oznajmiono ludności, że cukier ten został przeznaczony dla rannych
      żołnierzy niemieckich. Podziękowano społeczeństwu i wyrażono przekonanie, że
      zaaprobowało ono decyzję władz niemieckich.
      Żołnierze niemieccy nauczyli się od swojego kierownictwa upiększania pewnych
      przykrych faktów. Tak jak kierownictwo nazywa planową ewakuacją porażkę
      połączoną z opuszczeniem zajętego terenu, tak żołnierz określa wszelkie
      nieuczciwe interesy mianem „organizowania”. „Organizować” może znaczyć kraść,
      ukrywać skradzione rzeczy, sprzedawać je na czarnym rynku. Wehrmachtowi jako
      mistrzowi organizacji zdaje się to „organizowanie” w Warszawie być całkiem na
      rękę. Twierdzi się wprawdzie, że Polacy Wehrmachtowi do niczego, ale to
      absolutnie do niczego nie są potrzebni, ale okazuje się, że do „organizowania”
      są jednak niezbędni. „Organizuje” się wszędzie. Niemcy, którzy biorą udział w
      tych nieuczciwych transakcjach, sabotują środki zapobiegawcze policji i
      gestapo, stale zmieniając narożniki ulic lub inne miejsca, gdzie dokonuje się
      owych „interesów”. A może gestapo sankcjonuje niektóre miejsca „organizowania”,
      z których samo ciągnie profit?
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 5 12.08.04, 18:17
      Pomiędzy żołnierzami zajmującymi się „organizowaniem” można wyróżnić dwa typy.
      Sympatyczniejszy z nich jest urlopowicz, który przybywa z frontu na zaplecze i
      chce tutaj jakąś rzecz spieniężyć. Najczęściej udaje się on skromnie ze
      swoim „towarem” prosto na rynek. Nie jest żadnym zawodowym paskarzem, lecz
      zależy mu jedynie na tym, żeby opłacić swój urlop i nieco przyjemniej spędzić
      czas. Jego wymagania nie są duże. Najczęściej nie spotyka też na rynku
      hurtowników. Handlarze, którzy skupują tam koce, cywilne i wojskowe buty, opony
      rowerowe lub jakieś elementy wojskowego wyposażenia wiedząc, jak wiele
      ryzykują, płacą też odpowiednio mało. Drugi typ reprezentują paskarze
      przebywający stale na zapleczu. Ci handlują wszystkim co przynosi zysk, nawet
      ludźmi. Jak dowiedziałem się z wiarygodnego źródła, za bardzo wysoką opłatę
      wykupiona została z getta pewna Żydówka, nie wiem jednak, na jak długo udało
      jej się stamtąd wydostać. Świnie z zaplecza małych interesów nie robią na placu
      targowym, lecz spotykają się ze swoimi partnerami w ściśle określonych
      lokalach. Zadałem sobie sporo trudu, żeby spenetrować obydwa ośrodki handlowe,
      w przypadku paskarstwa na dużą skalę udało mi się to jednak tylko w niewielkim
      stopniu.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 6 12.08.04, 20:51
      W kantynie dla niemieckich szoferów dużo się słyszy o kawiarni „Tivoli”.
      Podobno jest to lokal, gdzie dostaniesz wszystko: muzykę, alkohol, kobiety, ba,
      nawet jedzenie w wolnej sprzedaży, które jednak sporo kosztuje. Pewnego
      wieczoru wyruszam więc w drogę, żeby odwiedzić lokal mieszczący się podobno
      przy drugiej przecznicy, po lewej stronie ulicy Marszałkowskiej. Zgadza się, tu
      na rogu odnajduję tę kawiarnie. Nie ma napisu „Nur für Deutsche” ani też „Für
      Wehrmacht verboten”. W holu i przy barze siedzą sami cywile, Polacy i
      Volksdeutsche. Jak się później dowiaduję, są to kontrahenci żołnierzy i
      funkcjonariuszy Wehrmachtu, którzy tutaj załatwiają swoje interesy.
      Zadziwiające jest, jak przy zdobywaniu pieniędzy można nie zważać na wszelkie
      teorie rasowe i zachowywać się w sposób, jaki rasie panów nie przystoi. Szybko
      pojmuję, z jakiego typu lokalem mam do czynienia. Takie oświetlenia odpowiednie
      jest podczas tańczenia tanga, w małych wnękach pijani żołnierze siedzą z
      kobietami lekkiego prowadzenia. Polski pianista i skrzypek usiłują wydusić ze
      swoich instrumentów niemieckie melodie.
      Siadam przy stoliku i zaczynam studiować jadłospis. Stwierdzam, że
      specjalnością lokalu wydaje się być „starka”, niegdyś znana polska wódka, a
      dziś wyciąg kory dębowej na spirytusie. Mam wrażenie, że trunek ten spełnia
      swoje zadanie, gdyż po pierwsze wszyscy goście w kawiarni są mniej lub bardzie
      pijani, po drugie zaś – mała buteleczka kosztuje 8 złotych, czyli niemal cztery
      razy więcej niż wynosi dzienny żołd niemieckiego żołnierza. Jak wszędzie w
      Warszawie, tak i tutaj spotykam dwa rodzaje klienteli. Żołnierze, którzy
      przyjeżdżają z frontu na urlop, są bardziej beztroscy i mniej groźni. Zależy im
      tylko na tym, żeby użyć trochę życia. Po miesiącach spędzonych pośród brudu,
      zimna i śmierci – owych trzech okropności, do których tak czy inaczej muszą
      znowu powrócić – chcą przede wszystkim zapomnieć, zabawić się z kobietami,
      najeść się i popić do woli. Nawet jeśli ich zabawy kończą się niekiedy bijatyką
      i strzelanina, są oni właściwie mało niebezpieczni dla otoczenia. Drugą grupę
      stanowią ci, którzy stale przebywają na zapleczu. W przeważającej mierze są to
      esesmani, gestapowcy i policjanci. Ci, znudzeni już takimi uciechami, jakimi
      kontentują się żołnierze z frontu, chcą czegoś więcej. Z ich rozmów, a także po
      ich zachowaniu można poznać, że gnębienie i wyzyskiwania ludności okupowanych
      obszarów, terror i okrutne męczarnie sprawiają im perwersyjną przyjemność.
      Nawet jeśli walka żołnierza na froncie także bywa okrutna, walczy on
      przynajmniej uczciwie z przeciwnikiem, który może się bronić, tu natomiast
      bohaterowie z zaplecza ujarzmiają najczęściej bezbronnych, zadając ciosy nie
      otrzymują riposty i dlatego też mogą stać się aż tak podli.
      Naprzeciwko mnie siedzi podoficer w wieku mniej więcej czterdziestu lat. Po
      czerwonych patkach poznaję, że jest funkcjonariuszem policji. Siedzi między
      dwiema kobietami i sądzić należy, że cała trójka wypiła już sporą
      ilość „starki”. Duża butelka tego trunku stoi przed nimi na stole. Teraz
      szepczą coś z kelnerem, a z ich spojrzeń wnioskuję, że rozmowa dotyczy mojej
      osoby. „A więc mamy tu Szwajcara” – ryczy do mnie na całe gardło, a następnie
      zwraca się do swoich kobiet: „Spójrzcie na tego Żyda, typowe czarne, kręcone
      włosy! Tacy zasrańcy kręcą się jeszcze między nami. Myślisz może, że jeśli
      dołączysz do nas w ostatniej minucie, ty pastuchu bydła, to odwrócisz wasze
      przeznaczenie?” Jego wycie zwróciło na mnie także uwagę innych i przez kilka
      chwil bacznie mi się przyglądają. Zdaje się jednak, że to lustrowanie wzrokiem
      mojej osoby nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Po przemówieniach Goebbelsa na
      pewno wyobrażali sobie Szwajcara jako monstrum trochę bardziej podobne do małpy
      niż do człowieka. Ponieważ abstrahując od mojego uczesania na jeża, jestem
      wystarczająco podobny do nich, przyznają mi prawdopodobnie domieszkę aryjskiej
      krwi i ponownie obiektem ich zainteresowania staja się kobiety i wódka.
      Opuszczając lokal nie mogę powstrzymać, by nie podejść do podoficera i pożegnać
      się z nim słowami: „To był dla mnie prawdziwy zaszczyt, panie podoficerze, że
      nie zaliczył mnie pan do ludzi swojego pokroju”.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 7 12.08.04, 21:23
      Moja karetka wymaga remontu i w HKP dostaje polecenie oddania jej do naprawy w
      warsztacie przy ulicy Wilanowskiej. Oficjalnie warsztat ten należy do pewnego
      Polaka, który przed wojną był dyrektorem jakiejś fabryki maszyn, w
      rzeczywistości jednak zakładem dysponuje HKP w Warszawie. Pracuje tu za nędzne
      wynagrodzenie około 20 mechaników. Nie mają innego wyboru, a nie mogą
      zrezygnować z tego miejsca pracy, gdyż byliby wtedy skazani na natychmiastową
      deportację. Zużycie samochodów w armii niemieckiej jest ogromne; gdy zjawiam
      się tutaj z moja karetką, całe podwórze zastawione jest wszelkiego typu
      pojazdami. Udaje się do biura, żeby zorientować się, na jak długo będę musiał
      zostawić samochód. Wdaje się w rozmowę z byłym dyrektorem, który okazuje się
      światowcem. Rozmawiamy o Szwajcarii, gdy przed bramę zakładu zajeżdża pojazd, z
      którego wysiada inspektor Wehrmachtu. Mój gadatliwy i pogodny rozmówca zmienia
      się w okamgnieniu nie do poznania. Drżącymi rękami sięga po swoje kule i
      utykając udaje się w kierunku drzwi. Ale te otwierają się nagle z hukiem i
      zanim Polak może powitać wkraczającego inspektora, ten drze się na całe
      gardło: "„Ty zasrany Polake, dlaczego dziś do południa nasze trzy wozy nie
      zostały naprawione?” „pomimo naszych wysiłków nie udało się zdobyć w HKP
      potrzebnych części zamiennych” – odpowiada zrezygnowany właściciel
      warsztatu. „To są wasze zasrane polskie wymówki, wy lenie!” – krzyczy inspektor
      i cofa nogę, jakby szykował się do wymierzenia kopniaka. Sądzę, że to raczej
      moja obecność niż kule Polaka każe mu zrezygnować ze zrealizowania tego
      zamiaru. Zatrzaskuje drzwi za sobą i udaje się do mechaników, żeby tam
      kontynuować swój „występ gościnny”. Były dyrektor dostrzega zaciekawienie w
      moich oczach i wyjaśnia sytuację: „terminy wykonania potrzebnych napraw ustala
      i narzuca nam HKP. Nikt nie troszczy się przy tym, czy zdobyłem części zamienne
      i inne materiały potrzebne do wykonania naprawy. Prawo głosu ma tylko
      inspektor, ja musze milczeć. Gdy nie trzaskam bez przerwy z bicza nad moimi
      rodakami, tłumaczy się to jako postępowanie wrogie wobec Niemców i niemieckich
      interesów i grozi mi losem, który spotyka wszystkich niesubordynowanych
      Polaków. Z kolei brutalność z mojej strony w stosunku do polskich mechaników
      pociągnęłaby za sobą akty sabotażu na niemieckich samochodach, za co też
      musiałbym zapłacić głową”. Moja uwaga, że ten strach kiedyś skończy się, wydaje
      się mnie samemu żałosna i odpowiedź byłego dyrektora potwierdza to moje
      odczucie. „Pewnie to się kiedyś skończy, ale ilu nas tego doczeka?”
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 8 13.08.04, 00:33
      Wyłania się przede mną hala targowa. Wszystkie zabudowania dookoła zostały w
      większym lub mniejszym stopniu uszkodzone, ona sama natomiast pozostała jakimś
      cudem nienaruszona, jeśli nie liczyć drobniejszych blizn po odłamkach pocisków,
      ale te wydają się czymś normalnym. W hali wystawiają na sprzedaż swoje towary
      głównie handlarze warzyw, mnie interesują jednak przede wszystkim stojące na
      zewnątrz stragany handlarzy starzyzną i różnymi rupieciami, i których znajduje
      się chyba wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Dopiero tutaj pojmuję, co w
      kraju dotkniętym wojną może nabrać cech przedmiotu wartościowego. Chodzę od
      stoiska do stoiska i podziwiam te wspaniałości: uszkodzone sztuczne szczęki,
      używane sznurowadła, stare gorsety, obtłuczone garnki do gotowania, jakąś
      podrabianą tabakę, części rowerowe. Handluje się tutaj wszystkim i na wszystko
      jest zapotrzebowanie. Niektórzy rozpoznają we mnie nowicjusza i usiłują wmusić
      swój towar, zachwalając do pod niebiosa. Gdy mi się w końcu udaje przerwać
      niekończący się potok słów, omal się wstydzę, że niczego od nich nie kupiłem.
      Ale jeszcze częściej od zachwalania różnych wspaniałości słyszę lakoniczne
      pytanie: „Czy nie ma pan czegoś do sprzedania”.
      • carrramba Re: Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 8 13.08.04, 00:35
        Pisz i nie przejmuj się :)
        • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 8 IP: 217.153.24.* 13.08.04, 10:27
          pisz Grba, pisz...
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziesiąty- odcinek 9 13.08.04, 12:38
      Większość straganów ma na zapleczu jakieś pomieszczenia i często widzę, jak
      znikają tam żołnierze z pakunkami pod pachą. Sądzę, iż pomieszczenia te nie
      tylko spełniają rolę magazynów, lecz że dokonuje się tam także transakcji,
      które nie nadają się do załatwienia na ulicy. Nagle ja sam odczuwam chęć
      zabawienia się w handel. Od dawna już chciałem zdobyć sygnet z wyrytym polskim
      orzełkiem, ponieważ jednak w Polsce jest surowy zakaz noszenia godła
      narodowego, chcę spróbować kupić taki sygnet tutaj na czarnym rynku. „Ma pan
      coś do sprzedania? U mnie uzyska pan dobrą cenę” – znowu zaczepił mnie któryś z
      handlarzy. Teraz szybko postanawiam poszukać szczęścia. „nie mam nic do
      sprzedania, ale chętnie nabyłbym jedną rzecz” – odpowiadam handlarzowi. Na
      twarzy Polaka pojawia się uśmieszek zadowolenia, spogląda przebiegłymi oczyma i
      daje znak małżonce, która stoi za straganem i całą uwagę koncentruje na
      wałęsających się dookoła chłopakach. Wyjmuje ze skrzynki parę filcowych butów,
      które zastąpiły wytwarzane kiedyś w Polsce tak eleganckie kobiece obuwie, i
      usiłuje wtrynić mi je dla „moja kochana”. Muszę przyznać, że nie sposób odmówić
      polskim handlarzom talentów do sprzedawania towarów. Używane już, schodzone
      buty filcowe prezentuje się jako wspaniałe, znakomicie chroniące nogi przed
      zimnem i odznaczające się wysoką jakością buciki, których nie powstydziłaby się
      nawet jakaś księżniczka. Rozpoznawszy we mnie Szwajcara zapewnia mnie łamaną
      niemczyzną, że tę parę specjalnie zachował dla bardziej wymagających
      klientów. „Nie chcę kupić żadnych butów, zależy mi na pierścieniu” – odpowiadam
      mu z uśmiechem wykonując jednocześnie odpowiedni gest, żeby zostać zrozumianym.
      Natychmiast chowa filcowe buty z powrotem do skrzynki. „Cudowna pierścień,
      wspaniała pierścień” – handlarz czuje się w swoim żywiole i wietrzy znakomity
      interes. Wciąga mnie na zaplecze, którego wnętrze przypomina jakąś
      średniowieczną izbę alchemika. Z torby podróżnej, pochodzącej jakby z
      przedpotopowych czasów, wydobywa mały skórzany woreczek i w mroku, jaki panuje
      w tej rupieciarni, wykłada przede mną ostrożnie, jak przystało na szanującego
      się jubilera, wszystkie swoje klejnoty, jeden obok drugiego. Nie znam się zbyt
      dobrze na metalach szlachetnych, ale wydaje mi się, że precjoza ze złota
      wykazują zbyt silny połysk mosiądzu i dlatego skupiam swoja uwagę na srebrze.
      Wyjaśniam handlarzowi, że chodzi tylko o jeden rodzaj pierścienia, mianowicie
      sygnet z wyrytym polskim orzełkiem. Zgodnie z moim oczekiwaniem załamuje ręce
      i robi minę, jakby za jego plecami stało już gestapo z gotowym stryczkiem w
      dłoniach. Ponieważ w ciągu dziesięciu tygodni mojego pobytu w Warszawie
      poznałem co nieco metody handlarzy, nie wzruszam się tym i bez ceregieli
      zaczynam się targować. Opowiadając mi o niebezpieczeństwie handlu takimi
      przedmiotami chce, bym się przygotował na zapłacenie wysokiej ceny. Zdaje sobie
      z tego sprawę i wyjmuję z kieszeni munduru pakiet laurensów z pięćdziesięcioma
      papierosami, opakowany w celofan i obwiązany piękną wstążką. Widzę, że pudełko
      robi ogromne wrażenie na handlarzu. W ciągu pięciu minut dobijamy targu. On
      dostarczy mi za trzy dni srebrny sygnet, taki, na jakim mi zależy, a ja zapłacę
      mu za to papierosami, dwoma bochenkami chleba i tubką pasty do zębów.
      Oto, jak wygląda wymiana przedmiotów wartościowych na towary mające rzeczywistą
      wartość użytkową. Rzadko kiedy tak grzecznie żegnano się ze mną w sklepie. Po
      rozstaniu każdy z nas jest przekonany, że nabrał drugiego, a sam zrobił świetny
      interes.
    • grba Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 1 13.08.04, 13:08
      Propaganda

      Podczas pobytu na Wschodzie nierzadko próbowałem prowadzić dyskusję z
      rozmaitymi członkami Wehrmachtu – od zwykłych żołnierzy, aż po wysokich
      oficerów. Długie podróże, które za każdym razem odbywałem w ich towarzystwie,
      ułatwiały mi nawiązywanie rozmów. Już po krótkim czasie przekonałem się jednak,
      że rzeczowa dyskusja z Niemcem jest niemożliwa. Każdego z nich cechował jeden
      tylko kierunek myślenia i jeden pogląd, ten mianowicie, który reprezentowany
      był przez Ministerstwo Propagandy. Żaden z nich nie miał własnego zdania na
      temat polityki wewnętrznej i zewnętrznej, celów wojennych własnych i
      przeciwnika, zasad ustroju demokratycznego i jego stosunku do państwa
      totalitarnego, intelektualistów czy też sztuki. Unikali podejmowania tych
      tematów albo recytowali odpowiednie fragmenty otrzymywanych instrukcji.
      Każdemu dowódcy kompanii dostarczano co tydzień pismo zawierające wskazówki
      Ministerstwa Propagandy pod tytułem „Mitteilungen an die Truppe”. Co ów oficer
      miał czynić z tymi informacjami i wskazówkami, wynika z
      instrukcji „Mitteilungen für das Offizierskorps” (nr 1 ze stycznia 1942 roku),
      gdzie na stronie 2 można było przeczytać między innymi:

      „Na wschodzie zwalczają się dwie rewolucje. Cały moralny idealizm rewolucji
      narodowosocjalistycznej, która stanowi podsumowanie i kulminację
      kulturotwórczej woli niemieckiego ducha w ciągu tysiącleci, walczy tutaj
      przeciwko żydowsko-marksistowskiej rewolucji świata podludzi, od którego
      wszystko nas dzieli. Jakże frapujące zadania rysują się tutaj przed nami!
      Czym jest bolszewizm? Jaka jest historia obydwu ruchów? Jakie są ich motywy,
      metody i cele? Niezliczone pytania tego typu narzucają się każdemu, kto zabiera
      się do rozwiązywania tych zadań”.
      • grba Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 2 13.08.04, 14:06
        W ten sposób oficer z entuzjazmem podchodzący do swoich zadań, sumienny,
        troszczący się o swoich podwładnych, rzeczywiście starający się dać z siebie
        wszystko – dostawał do ręki niewyczerpane źródło możliwości. Materiał do celów
        szkoleniowych znajdował się między innymi w „Mitteilungen an die Truppe”, które
        Główne Dowództwo Wehrmachtu wydawało dwa razy w tygodniu. Oprócz tego w mniej
        regularnych odstępach czasu, co dwa lub trzy tygodnie,
        publikowano „Mitteilungen für das Offizierskorps”, których wartość dla
        praktycznej pracy w pododdziale tak został określona w jednym z artykułów (nr
        177 z lutego 1942):

        „Przy przekazywaniu „Mitteilungen” do podległych jednostek i pododdziałów
        należy mieć na względzie następujące wytyczne:
        1. Nie składać „Mitteilungen” w kancelariach i biurach, lecz przekazywać je jak
        najszybciej do użytku. Nie zakładać żadnych akt z „Mitteilungen”, lecz oddawać
        je do dyspozycji jednostek i podoficerów, dla których są pisane.
        Nie wystarczy, że zapoznają się z nimi władze zwierzchnie. Treść „Mitteilungen”
        powinni znać wszyscy żołnierze podlegający danym jednostkom. Trzeba im tekst
        odczytać lub przekazać treść w formie wykładu.
        W celu właściwego wykorzystania „Mitteilungen”, nie zaleca się gromadzenia
        poszczególnych numerów i wysyłania ich potem w większych partiach do jednostek.
        Jest raczej bardzo pożądane, aby przekazywać pismo jednostkom zaraz po ukazaniu
        się kolejnego numeru.
        2. Upewniać się stale, czy liczba egzemplarzy jest wystarczająca. Pododdziały
        bojowe uzyskają zawsze podwójną ich liczbę, szczególnie należy mieć na uwadze
        mniejsze pododdziały, które stacjonują w odległych miejscach. W razie
        konieczności domagać się przydziału większej ilości egzemplarzy z pominięciem
        drogi służbowej bezpośrednio w OKW/WPR II e [Oberkommando der Wehrmacht
        Wehrmachtpropaganda] (przy składaniu takiego zamówienia nie zapomnieć o podaniu
        numeru poczty polowej).
        3. Lazarety i kompanie sanitarne dostają po jednym egzemplarzu na 2-3 rannych
        lub chorych (oficerów, podoficerów i członków załóg). Szczególnie starannie
        rozdzielać te egzemplarze! W lazarecie żołnierz ma czas na czytanie!
        4. Oficerowie i członkowie załóg zatrudnieni w stalagach [obóz jeniecki dla
        żołnierzy] i oflagach [obóz jeniecki dla oficerów] muszą otrzymywać taką
        liczbę „Mitteilungen”, żeby wystarczyła dla wszystkich oddziałów specjalnych.
        5. Przeczytanych „Mitteilungen” nie wyrzucać! Należy je przekazywać dalej albo
        gromadzić i wykorzystywać ciągle na nowo".
        • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 2 IP: 217.153.24.* 13.08.04, 14:25
          tepa jestem i nie rozumiem: dlaczego zmieniles numeracje?
          • grba Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 2 13.08.04, 14:28
            Gość portalu: warszawianka napisał(a):

            > tepa jestem i nie rozumiem: dlaczego zmieniles numeracje?


            Nowa numeracja dotyczy podrozdziału kończącego zapiski zatytułowanego
            PROPAGANDA
            • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 2 IP: 217.153.24.* 13.08.04, 15:19
              dobra robote odwalasz Grba...
      • grba Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 3 13.08.04, 14:29
        Gdy zadałem na przykład któremuś z niemieckich żołnierzy pytanie: „Dlaczego
        prześladujecie intelektualistów?”, zwykle mogłem liczyć się z tym, że w ogóle
        nic na ten temat nie będzie umiał powiedzieć. Może nie mógł sobie przypomnieć
        tej godziny szkolenia ideologicznego, kiedy omawiano tę kwestię, albo też
        całkowicie zapomniał, co mu kiedyś wbijano do głowy. Wydaje się jednak, że
        wbrew tym moim doświadczeniom istnieli także żołnierze, którzy zapamiętali, co
        im opowiadał dowódca na temat intelektualistów. Zgodnie z „Mitteilungen” (nr
        185 z marca 1942 r.) powinienem był otrzymać następującą odpowiedź na moje
        pytanie:

        „Intelektualista to człowiek z mózgiem przez który nie przepływa krew. Obce mu
        jest wszelkie przejście od wiedzy do czynu, od myśli do woli. Czysta
        inteligencja czyni z intelektualisty głupca. Tak więc każdy intelektualista
        jest żałosnym pasożytem, którego trzeba zwalczać wszelkimi sposobami środkami.
        W istocie nie jest on niczym innym jak starym meblem, zżeranym wewnątrz przez
        korniki. Gdziekolwiek żołnierz natknie się na niego, powinien go bezlitośnie
        zwalczać (cytat z podanego wyżej numeru „Mitteilungen”).”

        Żołnierz, nawoływany przez swoich przełożonych do rozprawiania się z
        intelektualistami, do bezlitosnego zwalczania ich przy każdej okazji,
        postępował z pewnością zgodnie z tym apelem. Demonstrował przy tym twardość i
        bezwzględne narodowosocjalistyczne wychowanie.
        Czytelnik sam przekonać się może na podstawie przytoczonych instrukcji i
        artykułów z czasopism, że żołnierzowi podawano interpretację wszelkich kwestii
        związanych z prowadzoną przez Niemców wojną. Propaganda ta spełniała swój cel i
        wspomagała skutecznie niemieckie cele polityczne, gdyż zdecydowana większość
        żołnierzy akceptowała treść tych informacji i instrukcji bez żadnych zastrzeżeń.
      • grba Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 4 13.08.04, 14:52
        W czasie jednej z lekcji specjalnego szkolenia politycznego dla Szwajcarów
        oficer niemiecki uświadamiał nas na temat działalności propagandowej wroga.
        Oprócz zakazu słuchania obcych rozgłośni radiowych wydano żołnierzom
        niemieckim, a więc także i nam, rozkaz natychmiastowego oddania dowództwu
        wszelkich znalezionych ulotek, których nie wolno w żadnym wypadku czytać. Za
        przekazanie takiej ulotki koledze lub nawet tylko podzielenie się z kimś jej
        treścią groziły jak najsurowsze kary.
        Tutejsze metody postępowania niemieckiego Wehrmachtu motywowano zwykle tym, że
        Polacy są narodem głupim, brudnym i bez żadnej kultury. Aby nie dopuścić do
        stykania się żołnierzy przebywających czasowo w Warszawie z polskimi dobrami
        kulturalnymi, oddziały okupacyjne niszczyły wszelkie oznaki polskiej kultury.
        Pomnik Chopina oraz inne pomniki polskich artystów i postaci historycznych
        zostały zburzone. Kamienne rzeźby w teatrze, do którego uczęszczali Niemcy,
        zostały pokryte i zaklejone papierem. Pomnik astronoma Kopernika zaopatrzyli
        Niemcy w tablicę, na której było wypisane, że był on niemieckiego pochodzenia.
        W celu zademonstrowania polskiej głupoty posłużyli się Niemcy dwojgiem dzieci
        polskim i niemieckim. Dano im do rozwiązania zadanie rachunkowe; tylko dziecko
        niemieckie z nim sobie poradziło, dziecko polskie zadania nie rozwiązało. Z
        dobrze zrozumiałych powodów nie podano przy tym, że dzieciom polskim od 1939
        roku nie wolno było uczęszczać do szkoły.
        Gdy próbowałem wytykać żołnierzom niemieckim ich barbarzyńskie metody, odsyłali
        mnie najczęściej do broszury POLENS BLUTSCHULD (”Krwawa wina Polaków”). Zawiera
        ona opis aktów gwałtu i rzezi, których ludność polska rzekomo dopuściła się
        przed wojną wobec niemieckiej mniejszości narodowej. Tekst wspierają sprytne
        fotomontaże, ale jak mi to udowodnił polski kupiec Wenczin, na podstawie
        broszury zrzucanej kiedyś przez Niemców nad rewolucyjną Hiszpanią, w obydwu
        przypadkach posłużono się tymi samymi zdjęciami. Dyskutowanie o tych faktach z
        jakimkolwiek Niemcem mijałoby się jednak z celem.

        Zakończenie

        Wojna już się skończyła i Polska wyzwoliła się od niemieckich ciemiężycieli.
        Pozostaje nam tylko życzyć, aby naród polski, który musiał znieść taki ogrom
        cierpień, odzyskał jak najszybciej siły i odbudował swój piękny kraj.
        Niech przyszłość i szczęście staną się jego udziałem.

        [koniec]
        • Gość: balbi Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 4 IP: *.um.pabianice.pl / *.um.pabianice.pl 13.08.04, 15:09
          Dzieki stary, kawal dobrej roboty. Mam wszystkie czesci, teraz sobie drukuje i
          zabieram na wakacje do poczytania.
          • carrramba Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 4 13.08.04, 15:19
            Gość portalu: balbi napisał(a):

            > Dzieki stary, kawal dobrej roboty. Mam wszystkie czesci, teraz sobie drukuje
            i
            > zabieram na wakacje do poczytania.
            Ja tez bardzo dziękuję. Jeśli się nie mylę, miałes jeszcze dopisać o autorze ?
            • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 4 IP: 217.153.24.* 13.08.04, 15:26
              JA TEZ DZIEKUJE !!!

              odwaliles kawal dobrej roboty PRO PUBLICO BONO, co rzadkie! Tym wiecej warte!!!

              mimo ze to pewnie jakas forma piractwa tez sobie drukuje i bede kolportowac
              wsrod znajomych.

              tak na marginesie - pisales ze to sa fragmenty - duzo pominales?
              • grba Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 4 13.08.04, 15:38
                Gość portalu: warszawianka napisał(a):

                > JA TEZ DZIEKUJE !!!
                >
                > odwaliles kawal dobrej roboty PRO PUBLICO BONO, co rzadkie! Tym wiecej
                warte!!!
                >
                > mimo ze to pewnie jakas forma piractwa tez sobie drukuje i bede kolportowac
                > wsrod znajomych.
                >
                > tak na marginesie - pisales ze to sa fragmenty - duzo pominales?


                Miały być fragmenty, ale "poszedłem na całość" i nic nie uroniłem z tekstu.
                Cedziłem ten tekst tak długo i we fragmentach, bo byłem ciekaw reakcji
                czytelników. Zajrzyj tu, a zrozumiesz:
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14875008
                Tekst przygotował do druku historyk Tomasz Szarota, którego nazwisko warto
                zapamiętać i czytać co napisał.

                pozdrawiam
                grba


        • roody102 Podziękowania 13.08.04, 15:37
          Koniec.
          Jedna z lepszych obserwacji zawartych w tej książce dotyczy żołnierzy
          niemieckich, którzy stale przebywają na tyłach, nie walczą na froncie a brzmi
          ona tak: "po ich zachowaniu można poznać, że gnębienie i wyzyskiwania ludności
          okupowanych obszarów, terror i okrutne męczarnie sprawiają im perwersyjną
          przyjemność. Nawet jeśli walka żołnierza na froncie także bywa okrutna, walczy
          on przynajmniej uczciwie z przeciwnikiem, który może się bronić, tu natomiast
          bohaterowie z zaplecza ujarzmiają najczęściej bezbronnych, zadając ciosy nie
          otrzymują riposty i dlatego też mogą stać się aż tak podli".

          Inna, która przerażająca jest o tyle, że wiem na pewno na jak podatny grunt
          trafiłaby dziś w Polsce: „Intelektualista to człowiek z mózgiem przez który nie
          przepływa krew. Obce mu jest wszelkie przejście od wiedzy do czynu, od myśli do
          woli. Czysta inteligencja czyni z intelektualisty głupca. Tak więc każdy
          intelektualista jest żałosnym pasożytem, którego trzeba zwalczać wszelkimi
          sposobami środkami”.

          ________________
          Dziękuję, Grba, że przepisałeś całość. Sama lektura byłą wstrząsająca –
          wyobrażam sobie, że wklepywanie niektórych fragmentów musiało być mocnym
          doświadczeniem, więc tym bardziej dziękuję, że Ci się chciało. Była to lektura
          mocna, szczególne wrażenie robiąca, jak mniemam, na warszawiakach.

          Postawa Franza Blättlera jest budująca ale jednocześnie niewiarygodna – w całym
          tym podłym świecie nie zatracił naturalnej trzeźwości w ocenie sytuacji a
          jednocześnie miał nie do końca chyba nawet uświadomione poczucie, że musi
          zobaczyć i zapamiętać jak najwięcej. Wielu ludzi na widok tego, co on zobaczył,
          zamknęłoby się na rzeczywistość, co zresztą, mam wrażenie, stało się udziałem
          jego kolegów. On tymczasem wyszedł tej rzeczywistości naprzeciw i czynnie się
          jej przeciwstawił na skalę swoich możliwości, choć nie dorabiał sobie do tego
          idei; widać w tym rodzaj naturalnego odruchu moralnego w czystej postaci, o ile
          oczywiście jest to wierny zapis jego przemyśleń a nie późniejsza literacka
          stylizacja.

          Najbardziej pouczająca jest jego skromność i świadomość tego, jak na niego
          patrzą Polacy oraz usilna walka o to, by choć w oczach nielicznych pozostać
          człowiekiem.

          Przez te dziesięć tygodni jego stosunek do otaczającej rzeczywistości ulega
          zmianie z czegoś pomiędzy szokiem i lękiem do czegoś na kształt pogardy i
          pewności swych ocen. Ale sama ocena się nie zmienia. Jest w niej to, czego nie
          ma w książce Kertesza, którą czytałem niedawno – mocny sprzeciw wobec tego,
          czego jest świadkiem, niezgoda, która owocuje odwagą, bo do kilku obserwacji,
          które poczynił trzeba było przecież ogromnej odwagi. Franz Blättler staje się
          niejako pierwowzorem współczesnego dziennikarstwa wojennego.

          Czy ktoś z Państwa może mi pomóc znaleźć cokolwiek więcej o osobie autora lub
          okolicznościach powstania tej książki?

          ________________
          Osobnym aspektem tego doświadczenia było czytanie reakcji, jakie wywołała ona
          na tym forum i zetknięcie się z tym forum jako takim. O ile chyba każde miasto
          ma czy region ma swoje odwieczne spory i konflikty (na warszawskim forum jest
          to wymyślanie przyjezdnym i obrażanie miejscowych), o tyle chyba tylko tu ma to
          wydźwięk narodowy. W sensie poznawczym kontakt z tym forum był interesujący,
          choć oczywiście świadomość tego, że poza warszawskim forum, inne są podobne,
          różnią się tylko płaszczyzną sporów, a nie ich żenującym poziomem, nie jest w
          żaden sposób przyjemna.
          • grba Arnold.7 13.08.04, 16:20
            tyle zrozumiał:
            "Niykjere wuarzom Wawsiokom w rzic:))"
            • hierowski Re: Arnold.7 13.08.04, 18:21
              grba , jesteś wielki za to że wrzuciłeś ten tekst.
        • Gość: TT Re: Warszawa 1942 PROPAGANDA - odcinek 4 IP: *.chello.pl 16.08.04, 01:34
          Poruszające, dzięki
          • grba Dziwna misja lekarska w Warszawie cz.1 16.08.04, 02:01
            Kupiłem książkę z wyciętym artykułem z:

            Polityka nr 5 (1298), 20.03.1982 r., s. 14
            Dziwna misja lekarska w Warszawie

            Tomasz Szarota

            SZWAJCAR W OKUPOWANEJ WARSZAWIE


            Od stycznia do marca 1942 r. Przebywał w Warszawie pewien Szwajcar. Nazwijmy go
            panem Franzem Blättlerem, albowiem takim nazwiskiem sygnowana była 123-
            stronicowa książeczka wspomnieniowa, wydana w Zurychu tuz po zakończeniu II
            wojny pt. „Warschau 1942. Tatssachenbericht eines Motorfahrers der zweiten
            Schweizerischen Aerztemission 1942 in Polen” („Warszawa 1942. Sprawozdanie
            kierowcy drugiej szwajcarskiej misji lekarskiej w Polsce w 1942 r.”).
            Po co przyjechał ten Szwajcar do Warszawy i kim właściwie był? Nie chciałbym
            absorbować uwagi Czytelników moimi przygodami detektywistycznymi mającymi na
            celu odnalezienie autora wspomnień. Opisuje je szczegółowo we wstępie do
            wspomnień pana „Blättlera”, które w najbliższym czasie ukażą się nakładem PWN.
            To ograniczę się do stwierdzenia, że poszukiwania trwały kilka lat. Że były
            utrudnione z tego powodu, że zuryskie wydawnictwo od dawna nie istnieje, a na
            listach personelu wspomnianej misji szwajcarskiej, wśród zespołu kierowców
            nazwisko Blättler nie figuruje.

            BYŁ TO PSEUDONIM!

            A więc był to pseudonim! Autora wspomnień trzeba było wyłonić spośród siedmiu
            kierowców, widniejących w spisach z 1942 r., zamieszkujących pięć szwajcarskich
            kantonów. Tu przeskoczę kilka etapów pracy detektywistycznej i powiem, że w
            końcu szczęście uśmiechnęło się do mnie. Gdy niemal wszystkie nazwiska z listy
            kierowców zostały wyeliminowane, przypadek zrządził, że do Berna wyjeżdżał
            jesienią 1980 r. mój znajomy historyk doc. Kazimierz Piesowicz. Jemu to właśnie
            powierzyłem misję rzeczywiście, ostatniej szansy. Podałem mu adres i numer
            telefonu pani Hedwig Mawick (nazwisko identycznie brzmiące z nazwiskami
            odnotowanych kierowców wypisałem ze szwajcarskiej książki telefonicznej)
            prosząc, by zechciał do niej zadzwonić i spytać się, czy nie jest przypadkiem
            krewną Franza Mawicka, który był w Polsce w 1942 r. jako szofer szwajcarskiej
            misji Czerwonego Krzyża. Notabene wśród 7 szoferów tylko on jeden miał na imię
            Franz, tak jak Blättler.
            W początku lutego 1981 r. Kazimierz Piesowicz wrócił do kraju. Usłyszałem przez
            telefon radosną nowinę, gdyż wreszcie po tylu latach udało się trafić na ślad
            właściwy. Pani Hedwig Mawick okazała się 91-letnią matką Franza Mawicka, autora
            Tatsachenbericht. Niestety, sam Franz Mawick już nie żyje. Zmarł w Bernie w
            1966 r. na atak serca. Kazimierz Piesowicz nawiązał natomiast kontakt z wdową,
            panią Nelly Mawick.
            Dziś, gdy piszę te słowa, posiadam już fotografie Franza Mawicka, skreślony
            przez żonę jego życiorys, a także listy pani Nelly Mawick do mnie, zawierające
            dalsze wiadomości o jej mężu i rodzinie.
            Co wiemy zatem o Szwajcarze, który opisał swój pobyt w Warszawie 1942 roku?
            Franz Mawick urodził się w Bernie 25X1916 r. Podczas II wojny światowej był
            urzędnikiem państwowym. W 1942 r. zgłosił się na ochotnika do szwajcarskiej
            misji Czerwonego Krzyża udającej się na front wschodni. Uczynił to wbrew
            prośbom matki, lękającej się o los syna. Wracając z Polski przeszmuglował przez
            granicę nie tylko własne notatki, lecz także kliszę fotograficzną ze zdjęciami,
            ukrytą w obcasach butów. Próby opublikowania jeszcze podczas wojny książki
            napisanej prawdopodobnie już w 1942 lub 1943 r., nie powiodły się. Ukazała się
            ona dopiero w 1945 r. Należy tu dorzucić znamienny szczegół: po wydaniu
            Tatsachenbericht Franz Mawick został zatrzymany przez policję szwajcarską i
            przez kilka dni przebywał w areszcie. Uznano, że złamał złożone przyrzeczenie
            zachowania w tajemnicy wszystkiego, co wiązało się z misją Czerwonego Krzyża.
            Od 1950 r. Franz Mawick pracował w koncernie Shella, osiągając wysokie
            stanowisko dyrektora firmy na Szwajcarię. Jak wynika z relacji żony, pobyt w
            okupowanej Polsce był dla Mawicka wstrząsającym przeżyciem. Zdarzało się, że
            jeszcze po kilku latach dręczyły go koszmarne sny, budził się w nocy, nie mógł
            zasnąć. Trudno się też dziwić, że niechętnie powracał w rozmowach do dni
            warszawskich. Chciał o nich zapomnieć, zniszczył zapiski i niestety także
            zdjęcia, których tylko część zamieszczono w wydanej książce. Wielka to, bo
            niepowetowana strata.
            Nie ulega wątpliwości, że ów Szwajcar był zdecydowanym antyfaszystą i
            przeciwnikiem hitlerowskiej ideologii. Okupacyjna rzeczywistość w Polsce,
            obserwowane na każdym kroku deptanie ludzkiej godności, akty bezprawia i
            terroru były wstrząsem dla człowieka wychowanego w kraju o tradycjach
            demokratycznych i wolnościowych, budziły protest i potępienie, a zarazem
            współczucie dla cierpiących i prześladowanych. Od pierwszych godzin swego
            pobytu w Warszawie Mawick zdawał sobie sprawę, że jest świadkiem popełnianej na
            narodzie polskim zbrodni i prawdopodobnie już wówczas podjął decyzję
            poinformowania o tej zbrodni opinii publicznej w swojej ojczyźnie. Nie był
            człowiekiem pióra, bał się stylistycznych nieporadności, czuł jednak, że ma
            szansę dania świadectwa prawdzie. Być może traktował to zresztą jako nakaz
            sumienia, jako obowiązek wobec rodaków i dług wobec przedstawicieli narodu,
            który pierwszy podjął walkę z hitlerowskim barbarzyństwem.

            NIEZBYT CHWALEBNY EPIZOD

            Cóż jednak sprowadziło tego szlachetnego człowieka to do nas, nad Wisłę, i to w
            środku okupacyjnej nocy?
            Aby wyjaśnić okoliczności jego przyjazdu do Warszawy, zająć się musimy niezbyt
            chwalebnym epizodem w historii Szwajcarii tamtych lat, a mianowicie sprawą
            misji Czerwonego Krzyża, wysyłanych na front wschodni w porozumieniu z władzami
            niemieckimi. Najwięcej mówią na ten temat obszerne wspomnienia uczestnika
            pierwszej z owych misji, Rudolfa Buchera, które ukazały się pod znamiennym
            tytułem „Między zdradą a człowieczeństwem”, oraz prace szwajcarskich historyków
            Edgara Bonjoura i Williego Gautschiego. Z dokumentów wykorzystanych przez nich
            wynika, że już w lipcu 1941 r. w kręgu zwolenników reżimu hitlerowskiego i
            sympatyków ideologii faszystowskiej powstał projekt włączenia Szwajcarii do
            antybolszewickiej „krucjaty”. Początkowo myślano o sformowaniu legionu
            ochotników, który podjąłby walkę u boku Niemiec z bronią w ręku. Odpowiednie
            pisma zawierające tę propozycję były skierowane do Bundesratu (tj. rządu
            szwajcarskiego), została ona jednak odrzucona, gdyż akcja tego rodzaju
            oznaczałaby przecież zerwanie z neutralnością, a nawet wypowiedzenie wojny
            Związkowi Radzieckiemu. Wówczas właśnie wyłoniła się koncepcja jakby
            kompromisowa, wysłania na front wschodni misji lekarskiej pod patronatem
            Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża , a więc przeprowadzenie co prawda
            demonstracji politycznej, oznaczającej solidarność z Trzecią Rzeszą, ale
            dokonanie tego w zawoalowanej formie. Mimo pozyskania dla tej koncepcji
            wpływowych osobistości ze sfer wojskowych i politycznych, organizatorzy z
            Divisionärem Eugenem Bircherem na czele musieli zrezygnować z oficjalnego
            patronatu Czerwonego Krzyża. 27 sierpnia 1941 r. zawiązał się specjalny Komitet
            dla Akcji Pomocy (Komitee für Hilfsaktionen) o charakterze społecznym i on też
            zajmował się już dalej rekrutacją ochotników oraz kompletowaniem ekipy. Należy
            jednak podkreślić, że przewodniczącym owego komitetu był prezydent
            Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża Johannes von Muralt.
            Dwa dni przed wyruszeniem pierwszej misji lekarskiej na front wschodni, 13
            października 1941 r. von Muralt wraz z przedstawicielem Oberkommando des
            Heeres, gen Fridrichem Olbrichtem złożyli podpisy pod dokumentem, o którego
            istnieniu większość uczestników akcji dowiedzieli się po ćwierćwieczu. Był to
            akt pełnego podporządkowania misji niemieckim władzom wojskowym, a tym samym
            świadectwo sprzeniewierzenia się zarówno zasadom politycznej neutralności, jak
            też ideom Czerwonego Krzyża. Nadużyto tym
            • grba Dziwna misja lekarska w Warszawie cz.2 16.08.04, 02:07
              Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża Johannes von Muralt.
              Dwa dni przed wyruszeniem pierwszej misji lekarskiej na front wschodni, 13
              października 1941 r. von Muralt wraz z przedstawicielem Oberkommando des
              Heeres, gen Fridrichem Olbrichtem złożyli podpisy pod dokumentem, o którego
              istnieniu większość uczestników akcji dowiedzieli się po ćwierćwieczu. Był to
              akt pełnego podporządkowania misji niemieckim władzom wojskowym, a tym samym
              świadectwo sprzeniewierzenia się zarówno zasadom politycznej neutralności, jak
              też ideom Czerwonego Krzyża. Nadużyto tym samym zaufania tych wszystkich,
              którzy ochotniczo zgłosili swój udział w imprezie, mającej w ich mniemaniu
              jedynie dobroczynny i humanitarny charakter. Czym w rzeczywistości była owa
              szwajcarska misja i jakim propagandowym celom miała ona służyć, ludzie ci
              przekonali się dopiero podczas kilkutygodniowego pobytu na okupowanym
              terytorium Białorusi. Szwajcarscy lekarze i pielęgniarki zatrudnieni zostali
              tylko w niemieckich lazaretach wojskowych, udzielenie jakiejkolwiek pomocy
              radzieckim jeńcom wojennym, a także ludności miejscowej było zabronione,
              zakazano im zresztą w ogóle kontaktów z obywatelami radzieckimi. Codziennie
              uczestnicy misji byli świadkami nieludzkiego traktowania i eksterminacji tych,
              których hitlerowski okupant określił mianem Untermenschentum. Na ich oczach
              dokonano dzieła zagłady, na każdym kroku obserwowali akty bezprawia, widzieli
              okrucieństwo przedstawicieli narodu niemieckiego, który walczył rzekomo
              w „obronie europejskiej cywilizacji”.
              W drodze powrotnej do kraju na granicy niemiecko-szwajcarskiej
              uczestników misji zmuszono do podpisania deklaracji o zachowaniu w tajemnicy
              wszystkiego, co było związane z jej przebiegiem.

              NIE CHCIELI MILCZEĆ

              Nakazowi milczenia nie podporządkował się dr Rudolf Bucher, który
              postanowił poinformować szwajcarską opinie publiczną o prawdziwym obliczu
              rządów hitlerowskich na Wschodzie. Do końca wojny jeździł po całym kraju z
              wykładami i odczytami – wysłuchało ich około 100 tysięcy Szwajcarów.
              Demaskatorskiej działalności Buchera nie przypatrywali się bezczynnie ludzie,
              których ona kompromitowała. Interweniował Komitee für Hilfsaktionen, a także
              poselstwo niemieckie. Żądano pociągnięcia Buchera do odpowiedzialności,
              zarzucano mu wręcz zdradę. W dniu 14 marca 1942 r. jego sprawę rozpatrywano na
              posiedzeniu Bundesratu, gdzie padły głosy za wykluczeniem go z armii. W
              powziętej rezolucji zakazano na przyszłość podawania do wiadomości publicznej
              jakichkolwiek informacji na temat misji wysyłanych na front wschodni.
              Bucher pisze w swych wspomnieniach, że rozwiązanie pierwszej misji
              nastąpiło w Bernie 29 stycznia 1942 r. Trzy tygodnie wcześniej wyruszyła w
              drogę następna, ta właśnie, o której pobycie w Polsce dowiadujemy się z książki
              Franza Mawicka. Uczestnicy II misji Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, tak jak
              ich koledzy i koleżanki, wyjeżdżali z przeświadczeniem, że nieść będą pomoc
              wszystkim, którzy jej potrzebują. Stało się inaczej. Podobnie jak ich
              poprzednicy w Smoleńsku, tak oni teraz w Warszawie zobaczyli nagle, że
              przypadła im w udziale w gruncie rzeczy rola sojusznika jednej z walczących
              stron – hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy.
              Według Edgara Bonjoura druga misja działała w okresie od 8 stycznia do
              14 kwietnia 1942 r. Stwierdza on, że droga jej wiodła przez Berlin do Rygi,
              Charkowa i Rostowa, w ogóle nie wspominając przy tym o pobycie w Polsce.
              Tymczasem z informacji jakie uzyskałem, wynika, że tylko ta misja, jako jedyna
              z czterech skierowanych na front wschodni, przebywała na terenie naszego kraju.
              Istnieje zresztą świadectwo dodatkowe – opublikowany w 1970 r. dziennik
              uczestnika I i III misji – Edgara Gerbara. Pod datą 24 stycznia 1942 r. notuje
              on, że w Warszawie samochody I misji, powracającej do kraju zostały przekazane
              przebywającej w tym mieście ekipie II misji.
              O przebiegu owej II misji wiemy właściwie tylko tyle, ile zechciał i
              mógł o tym napisać Mawick. Z kilku jego wzmianek wynika, że część ekipy została
              w Warszawie, część skierowana została do innych miast. Dysponujemy jeszcze
              wspomnianą wyżej listą personelu – „Manschaftskontrolle” z nazwiskami 69
              uczestników: 28 lekarzy, 26 pielęgniarek, 4 wartowników, 7 szoferów, 3
              sekretarek i buchaltera. Na czele misji stał dr Max Arnold z Davos. O pobycie
              Szwajcarów w Warszawie brak informacji w „Nowym Kurierze Warszawskim” i
              w „Warschauer Zeitung” (rocznik 1942 obu gazet dokładnie przejrzałem), nie
              udało się też odszukać wzmianek na ten temat w prasie konspiracyjnej ani w
              dokumentach polskiego ruchu oporu.
              Książka Mawicka prawdopodobnie już w zamyśle autora nie miała być
              historią misji lekarskiej, w której pełnił skromną funkcję szofera. Czytelnik
              bez trudu zresztą zauważy, że autor wstydził się raczej swego udziału w tym
              przedsięwzięciu. O pracy ekipy lekarskiej i pielęgniarskiej brak w tym tekście
              niemal zupełnie informacji, ale też niewiele był w stanie o niej powiedzieć.
              Wspomnienia Mawicka są w zapisem przeżyć i wrażeń w okupowanym kraju od
              stycznia do kwietnia 1942 r. Zaletą tego przekazu jest przede wszystkim fakt,
              że relacja została wcześniej spisana, choć nie wydaje mi się, byśmy mieli do
              czynienia z tekstem oryginalnych notatek sporządzonych na gorąco. Układ książki
              sugeruje, że Mawick pod koniec każdego tygodnia zapisywał swoje przeżycia i
              obserwacje, przypuszczam jednak, że pomysł „tygodniowych raportów” pochodzi od
              wydawcy, który tym samym starał się podkreślić dokumentalny charakter relacji.
              Bardziej prawdopodobne jest spisanie wspomnień dopiero po powrocie Mawicka do
              kraju, co nie wyklucza oczywiście posługiwania się przywiezionymi z Warszawy
              notatkami.

              cdn
              • Gość: tauzen Re: Dziwna misja lekarska w Warszawie cz.2 IP: 195.245.213.* 17.08.04, 10:20
                Bardzo ciekawe, dzięki i czekamy na dalszy ciąg
              • grba Dziwna misja lekarska w Warszawie cz.3 17.08.04, 19:06
                WŚRÓD INNYCH ŚWIADECTW

                Jakie jest miejsce relacji „Blättlera” pomiędzy innymi wspomnieniami,
                które wyszły spod pióra przebywających w naszym kraju w latach wojny i okupacji
                cudzoziemców?
                W 1962 r. ukazał się w „Czytelniku” zbiór reportaży Curzia Malaparte
                Kaputt. W dwu rozdziałach znajduje się tam opis pobytu w Warszawie u progu 1942
                r. (w tym samym czasie był w mieście Franz Mawick). Zarówno Malaparte, jak i
                Mawick znaleźli się na terenie warszawskiego getta, obaj też mieli dostęp do
                środowiska niemieckiego, choć stykali się z nim na zupełnie innym szczeblu –
                Malaparte jako gość gubernatora Ludwika Fischera, Mawick jako współmieszkaniec
                w Soldatenheimie.
                W 1971 r. w wydawnictwo MON przygotowało polską edycję dwu książek
                Hindusa Hiranmoya Ghoskala pod wspólnym tytułem Księga Walhalli. Autor, wielki
                przyjaciel naszego narodu i znawca polskiej kultury, przebywał w Warszawie do
                marca 1940 r. Po powrocie do Indii czytał fragmenty swych wspomnień przed
                mikrofonem radia bengalskiego, a także jeździł po kraju z odczytami na temat
                okrucieństw popełnianych przez hitlerowców w Polsce.
                W 1973 r. krakowskie Wydawnictwo Literackie zaprezentowało wspomnienia
                włoskiego korespondenta „Corriera della Sera”, Alceo Valciniego, który spędził
                w Warszawie niemal cały okres okupacji. Golgota Warszawy przynosi bardzo
                interesujący opis życia środowiska aktorskiego, z którym autor stykał się
                niemal codziennie jako bywalec popularnej kawiarni „U Aktorek”.
                Nie ukazały się natomiast do dziś po polsku [w 2003 wydało je
                wydawnictwo Znak] wspomnienia rodaczki Valciniego Luciany Frassati, żony
                polskiego dyplomaty Jana Gawrońskiego, Il destino passa per Varsavia
                [Przeznaczenie nie omija Warszawy] . Autorka kilkakrotnie podczas okupacji była
                kurierem polskiego podziemia, przekazującym informacje do Watykanu. Żałować też
                należy, że z bardzo interesujących wspomnień hiszpańskiego dyplomaty duc de
                Parcenta Le drame de Varsovie przetłumaczono tylko kilka rozdziałów, które
                opublikowano w 1947 r. na łamach „Tygodnika Warszawskiego”. Pozycja ta tym
                bardziej zasługuje na uwagę, że autor podobno jak Valcini dzielił nasz los
                przez cały okres okupacji, a potem już jako jeden z kilku cudzoziemców, przeżył
                dni warszawskiego powstania. W książce zamieszcza on tekst dziennika
                prowadzonego od 3 sierpnia do 2 października 1944. Wspomnienia Francuza Emila
                Légé J`etais un partisan, żołnierza Armii Krajowej, zamykają jak się zdaje,
                listę pozycji pamiętnikarskich wydanych w postaci druków zwartych, w których
                cudzoziemscy autorzy opisali swój pobyt podczas wojny na ziemi polskiej.
                Świadomie wyłączam tu przekazy pochodzące od okupanta niemieckiego, a także
                nieliczne zresztą wspomnienia obcokrajowców – więźniów obozów koncentracyjnych.
                Podstawową wartość przekazu Mawicka jako źródła historycznego widzę w
                opisie środowiska niemieckiego, w którym obracał się ów Szwajcar podczas swego
                pobytu w Polsce. Spostrzeżenia zawarte w jego książce są nie tylko
                odzwierciedleniem demoralizacji hitlerowskiego Wehrmachtu, lecz także, co jest
                szczególnie ważne, przynoszą bogaty materiał na temat panujących w wojsku
                niemieckim nastrojów, postaw i mentalności żołnierzy, a także zasięgu
                indoktrynacji armii goebbelsowską propagandą. W tym zakresie książka Mawicka
                niewiele ma sobie równych. Zwróćmy uwagę, że z żołnierzami niemieckimi autor
                stykał się codziennie, spał z nimi pod jednym dachem, żywił się w tej samej
                kantynie, odwiedzał te same knajpy i lokale rozrywkowe, rozmawiał z nimi i
                skłaniał ich do zwierzeń. Był bystrym obserwatorem i uważnym słuchaczem,
                potrafił ukryć własne myśli, narastającą pogardę i wstręt wobec butnych
                żołnierzy w niemieckich mundurach. Wielokrotnie widząc w jaki sposób traktowali
                oni Polaków, z trudem powstrzymywał się przed interwencją w obronie
                prześladowanych choć nie zawsze mu się to udawało. Wstrząsem było dlań znęcanie
                się nad niewinnymi, brak jakichkolwiek odruchów litości czy współczucia dla
                ludności polskiej ze strony okupanta, zupełne zezwierzęcenie najeźdźcy. A z
                drugiej strony obserwowana na każdym kroku korupcja Niemców, kradzieże mienia
                wojskowego, transakcje na czarnym rynku, machlojki i nadużycia popełniane przez
                przedstawicieli Herrenvolku.
                Wówczas gdy książka Mawicka została opublikowana, szokować musiał
                czytelników zawarty w niej opis warszawskiego getta. Polacy tragedię Żydów
                znali z autopsji, informowała o tym prasa konspiracyjna, ukazywały się w
                podziemiu specjalne wydawnictwa, drogą kurierską przekazywano wieści do
                Londynu, nadaremnie starano się jednak poruszyć światową opinię publiczną.
                Szwajcarzy w 1945 r. niemal nic na ten temat nie wiedzieli. Relacja Mawicka
                dawała im szansę poznania prawdy.
                Do jakiego stopnia wzbogaca ona dziś naszą wiedzę o dziejach zagłady
                warszawskiego getta, dziś, gdy z książek temu poświęconych powstać mogłaby
                biblioteka o kilku tysiącach tomów? Na pewno nie przynosi ona nowych,
                nieznanych szczegółów, daje jednak opis pochodzący od świadka przybyłego z
                zewnątrz, tchnie przy tym autentyzmem. Także zdjęcia wykonane przez Mavicka nie
                są unikalnym, niemniej jednak są one dowodem popełnionej zbrodni.
                Jeśli o rewelacjach tej książki mówić by można, to za taką uznać należy
                wiadomość nie potwierdzoną, jak dotychczas, przez inne źródła, dotyczące
                egzekucji 100 Polaków na dziedzińcu warszawskiej Cytadeli 2 marca 1942 r. Nie
                tu jednak należy szukać najcenniejszych walorów pracy Franza Mawicka. Tkwią one
                moim zdaniem w opisie codzienności okupacyjnej Warszawy, odsłonięciu mało
                znanego oblicza wroga, pokazaniu atmosfery miasta nieujarzmionego, którego
                mieszkańców ów Szwajcar nie tylko szanował i podziwiał, ale którzy stali się
                wówczas jego przyjaciółmi.
                Może warto dodać jeszcze na zakończenie, że historycy szwajcarscy, nie
                mogąc – w swoim czasie – natrafić na ślad „Blättlera”, uznali całą relację za
                rzecz sfingowaną i nieautentyczna. Wdowa i siostra Mawicka podziękowały mi w
                listach za to, że dzięki polskiej edycji nazwisko autora stanie się może znane
                w jego własnej ojczyźnie.

                [koniec]
                • Gość: ted Re: Dziwna misja lekarska w Warszawie cz.3 IP: *.chello.pl 19.08.04, 23:22
                  Interesujące, up.
                  • Gość: MarekderSchlesier Re: Dziwna misja lekarska w Warszawie cz.3 IP: *.dip0.t-ipconnect.de 19.08.04, 23:27
                    ucieczka do tylu i w przeszlosc nie jest zadnym rozwiazaniem na dluzsza mete.
                    jak dlugo mozna siebie samego oklamywac?.....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka