occupant_europium
15.08.04, 13:40
Chciałbym być Katawem Zarem , izraelskim korespondentem polskich pism od
prawicy do lewicy... Już nie tylko dlatego, że swymi publicystycznymi
szarżami powala na kolana nienawykłych do tego użytkowników "Mopa".Chciałbym
być Katawem Zarem, gdyż słodko jest być dzisiaj Żydem. Nawet zbuntowanym,
nonkonformistycznym, krytycznym, antysyjonistycznym, progojskim. Gdybym był
Katawem Zarem wyśmiewałbym idiotyzmy żydowskiego matecznika, pastwiłbym się
nad ilorazem inteligencji izraelskich polityków, dołożyłbym amerykańskim
sytym paszkwilantom, oskarżyłbym Mossad o dostarczenie Moniki Lewinsky na
biurko ex- Clintona, a to w celu lobbystycznego kręcenia na nadnaturalnie
grubym, spoconym żydowskim udzie cygar ze szpiegowską wkładką... I nikt nie
nazwałby mnie antysemitą. Chciałbym być profesorem Izraelem Szahakiem, który
głosił (bo zmarł niestety), że Izrael to III Rzesza a rebours, dawny
antysemityzm był reakcją na paskudny antychrześcijanizm narodu wybranego,
żydowskie gminy przez setki lat miały charakter organizmów totalitarnych, a
prawdziwym chłopcem do bicia w minionych wiekach byli nie tyle Żydzi,co
chłopi pańszczyzniani- również ofiary ich lizusostwa względem panów braci...
I nikt nie nazwałby mnie antysemitą. Nawet wtedy, gdy zacytowałbym jego nad
wyraz interesujacą uwagę: " dzisiaj nie ma problemu prześladowania mojego
narodu, dzisiaj jest problem prześladowania przez mój naród". Chciałbym być
nawet- ostatecznie pogrążając się w moralnym bagnie- takim sobie żydowskim
rewizjonistą Holokaustu .Bo owszem- obsobacza się takiego typa okrutnie, ale
nigdy nie ciąga przed surowe oblicze Temidy (nie wierzycie-to sprawdzcie!),
nie wsadza do pierdelka w towarzystwie ćpunów i pedałów, nie kanceruje twarzy
buciorami a la pózne ZOMO...Nawet wtedy jakoś głupio byłoby mnie nazwać
antysemitą. Niech tam...Niech tam mój świętej pamięci Wuj, naparzający się z
żydowskimi młokosami na ulicach Wielunia tuż przed wybuchem wojny (obie
strony były nieźle uzbrojone, a funkcjonariusze Policji Państwowej lali
pałami głównie polskich narodowców) ,ten jeden, jedyny raz przewróci się w
grobie...Niech wyobrazi sobie w Niebiesiech (zakładam,że jest już po
obowiązkowym stażu w czyśćcu),że ja, Jego niepokorny wnuk-jak najbardziej
goim, akum, w przyszłości Broń Boże leżące koło osła pegarim-jestem jedym z
Nich. Właśnie swymi rewizjonistycznymi łapami, pogryzając w krótkich
przerwach macę, przerzucam raporty pomieszczone w wydanej tuż po bolszewickim
przewrocie w Rosji przez brytyjskie Home Office Białej Księdze.Robię to tym
uważniej,iż wiem, że nie znajdę interesujących mnie passusów w II wydaniu
tejże. Czytam sobie doniesienie Sir Findlaya do Balfoura, stanowiące wyciąg z
raportu holenderskiego ministra w Piotrogradzie z dnia 6 września 1918 r.,w
którym rzeczowo twierdzi on,że bolszewizm zdolny jest rozprzestrzenić się po
całym świecie, gdyż "został zorganizowany i wypracowany" przez nie znających
narodowości Żydów , celem których "jest zniszczenie... istniejącego porządku
rzeczy". Kilka miesięcy pózniej-czytam dalej, a moje odstępcze, ale nadal
żydowskie palce nerwowo bębnią o blat biurka-Mister Alston w korespondencji
do lorda Curzona cytuje oświadczenie brytyjskiego konsula w
Jekaterynburgu: "Bolszewicy nie mogą być nadal opisywani jako partia
polityczna o skrajnie radykalnych, komunistycznych poglądach. Tworzą oni
stosunkowo małą uprzywilejowaną klasę, która zdolna jest terroryzować resztę
społeczeństwa". Klasa ta składa się z robotników, żołnierzy i elementu
nierosyjskiego-" Łotyszy, Estończyków i Żydów. Ci ostatni są wyjątkowo liczni
na wyższych stanowiskach". Inny autor-jakiś Francuz z Piotrogradu-którego
spostrzeżenia referuje lord Kilmarnock w korespondencji do Curzona(3 luty
1919) konstatuje:" Bolszewicy składają się głównie z Żydów i Niemców, którzy
byli niezmiernie aktywni i rzutcy. Rosjanie w większości byli
antybolszewikami, ale i marzycielami nie potrafiącymi przedsięwziąć jakiegoś
stałego działania; obecnie bardziej niż w przeszłości nie są zdolni zrzucić
jarzma swych gnębicieli". Oburzony do głębi niemiecką-żydowską kolaboracją w
dziele niszczenia Trzeciego Rzymu, kolaboracją każącą wątpić w rygorystycznie
pojętą prawdziwość sloganu: "Niemcy są nieodwajemnioną żydowską miłością",w
ostatniej chwili zauważam kolejny raport dyplomaty na jekaterynburskiej
placówce (6 luty 1919):"Z przesłuchań kilku robotników i chłopów... mam dowód
na to, że tylko niewielki procent mieszkańców tego okręgu stanowią zwolennicy
bolszewików...Świadkowie oświadczyli nadto, że przywódcy bolszewików nie
reprezentują rosyjskiej klasy pracującej; większość z nich to Żydzi".
Odkładam lekturę. No- teraz wam przyłożę. Impulsy wysyłane z mojego
żydowskiego mózgu skłaniają mnie do następującego, w gruncie rzeczy banalnego
(i przez to niebezpiecznego: prawda jest zazwyczaj banalna) wniosku: wielu
moich rodaków stało u kolebki miłego ich sercu bolszewizmu. Chociażby z tego
jednego powodu odpowiedzialni są za zbrodnie komunizmu (prawdziwe zbrodnie, a
nie jakieś tam pićkanie się z obywatelami a la rok 1968 w Polsce).
Naturalnie, przynajmniej obecnie jest to fakt wstydliwy. Zatem wielu moich
rodaków stara się go zatupać shoah-propagandą. Według nich świat winien
jedynie pamiętać o umierających Żydach w niemieckich obozach koncentracyjnych
(czyli nazistowskich lub polskich- jak głoszą co bardziej bezczelni), miast
zawracać sobie głowę Gułagami, czy wielkim głodem na Ukrainie. W ogóle-głoszą-
zejdzmy z tego tematu. Jeżeli już-eksponujmy wspomniany rok 1968 lub
martyrologię żydowskich lekarzy Stalina i pewnego aktora, który zginął w
podejrzanych okolicznościach. I cóż z tego, że głoszę takie poglądy. Najwyżej
jacyś durni Żydzi uznają mnie za czarną owcę, a żona da mi czulentem po
głowie. Zniechęceni zaś starcy wygrzewający swe kości na terenach wydartych
Arabom uznają, iż cierpię na starą ,ściśle żydowską przypadłość: nienawiść do
samego siebie. Ale nikt o zdrowych zmysłach nie wykrzyknie na mój widok: "to
ten antysemita". Dlatego chciałbym być ...