kronopio77
23.03.06, 08:53
Do poczytania:
Przyczyny, dla których posłowie na Sejm RP obawiają się wprowadzenia
jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) są już dzisiaj dla każdego
zrozumiałe i oczywiste: wybory w JOW to konkurs, w jakim ich szanse stanięcia
na podium są przeraźliwie małe. Praktyka wyborów w JOW w innych krajach
świata pokazuje, że aby wygrać trzeba zdobyć minimum ok. 30% głosów wyborców
w okręgu wyborczym. Tymczasem nawet Jarosław Kaczyński, który uzyskał w
ostatnich wyborach rekordowe poparcie 171129 wyborców nie może spać
spokojnie. Gigantyczny okręg wyborczy, Warszawa I, jest równy 19 JOW. Jeśli
podzielimy 171129 przez 19 wypadnie nam 9006. Na taki JOW przypada ok. 65700
wyborców, a więc wynik Jarosława Kaczyńskiego to zaledwie 13,7%. Nawet, jeśli
weźmiemy pod uwagę niską frekwencję wyborczą to wynik lidera PiS ląduje w
okolicach 30%. A przecież był to rekord. Jeśli weźmiemy wynik wyborczy,
startującego w tym samym okręgu, tak wybitnego polityka PiS jak Mariusz
Kamiński, to uzyskane przez niego po parcie 9142 głosów, podzielone przez 19
daje 481, czyli 0,7% uprawnionych do głosowania. I tak dalej. 297 posłów
obecnego składu sejmowego nie przekroczyło 1% głosów w ich (wielkich)
okręgach wyborczych. Gdyby więc Jarosław Kaczyński, jak emfatycznie głosi,
rzeczywiście chciał się odwołać do tego najbardziej demokratycznego
rozstrzygnięcia, jakim są uczciwe wybory, to z pewnością nasza scena
polityczna wyglądałaby inaczej. Z tego powodu politycy polscy wolą zajmować
się wyborami na Białorusi niż zadbaniem o to, żeby wybory do Sejmu w Polsce
były rzeczywiście demokratyczne, a więc równe, bezpośrednie, a nawet
proporcjonalne i gwarantowały obywatelom RP ich konstytucyjne bierne prawo
wyborcze.
Aby ukryć przed opinią publiczną prawdziwe powody strachu przed uczciwym
konkursem wyborczym, nasi politycy zasłaniają się Konstytucją i twierdzą, że
zapisy konstytucyjne zabraniają wprowadzenia JOW. Ten sam argument powtarzają
uparcie wszyscy komentatorzy telewizyjni i radiowy. Wspiera ich w tym
Jarosław Kaczyński, który twierdzi, że wprowadzenie JOW jest niemożliwe, bo
do tego potrzeba zgody co najmniej 307 posłów. Jest ciekawe, że wcale mu to
nie przeszkadza, żeby nawoływać do samorozwiązania Sejmu, gdzie także
potrzeba poparcia 2/3 Sejmu. Więc jak to jest: poważny polityk nawołuje do
czegoś, o czym wie, że PO tego nie przyjmie, natomiast nie widzi możliwości
wprowadzenia czegoś, do czego ta sama PO nawołuje?
Nie jest prawdą, że zapisy konstytucyjne uniemożliwiają wprowadzenie JOW. W
rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: to wybory takie, jakie nam się od
roku 1989 urządza są jak najbardziej sprzeczne nie tylko z zasadami ujętymi w
Konstytucji, ale nawet w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. W interesie
UE, OBWE, USA itd. jest obalenie Łukaszenki i urządzenie tam kolejnego
majdanu, wszyscy więc niezależni obserwatorzy głoszą, że tam narusza się
prawa człowieka, fałszuje wybory itp. Nie jestem takim wielkim altruistą,
żeby przejmować się nadmiernie losem Białorusi i nie będę się z nimi spierał.
Mnie interesuje Polska i to, co się w niej dziej, a kiedy w Polsce gwałci się
prawa obywatelskie, to hipokryzją jest rozdzieranie szat nad Białorusią.
Gdyby rzeczywiście niezależni obserwatorzy zechcieli przyjrzeć się wyborom w
Polsce, to właśnie tutaj powinni podnosić larum. Tak jednak się nie dzieje,
ponieważ od roku 1989 ustalono, że Polska będzie czempionem demokracji, a
więc inni m ogą się od nas co najwyżej uczyć, a w żadnym wypadku nie można
nas krytykować.
Żeby zrozumieć, że wybory w Polsce systematycznie gwałcą konstytucyjne zasady
równości i proporcjonalności, nie potrzeba ani być wybitnym prawnikiem, ani
kończyć studiów wyższych. Wystarczy przeanalizować wyniki.
Na przykład: w roku 1993 Katolicki Komitet Wyborczy „Ojczyzna” zdobył ponad
878 tysięcy głosów poparcia i nie uzyskał ani jednego mandatu poselskiego. W
tych samych wyborach Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem uzyskał tylko 746
tysiące głosów i wprowadził do Sejmu 16 posłów. Komitet Mniejszości
Niemieckiej zdobył niecałe 50 tysięcy i dostał w nagrodę 2 mandaty.
Inny przykład: w roku 2001 AWS zdobyła ok. 730 tysięcy głosów i ani jednego
mandatu, Mniejszość Niemiecka, podobnie jak poprzednio, mniej niż 50 tysięcy
i 2 mandaty.
O jakiej równości albo proporcjonalności można tu mówić? Z pomocą przychodzą
tu Bracia Kaczyńscy, Ludwik Dorn i inni. Czując pismo nosem i obawiając się,
że czeka ich wyeliminowanie z parlamentu, składają (w kwietniu 2001) wniosek
do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie ordynacji za sprzecznej z Konstytucją!
Szczęśliwie Aleksander Kwaśniewski godzi się na zmianę metody rozdziału
mandatów i PiS wprowadza 44 posłów. Skarga konstytucyjna ląduje w koszu.
Polscy wyborcy, przede wszystkimi polscy inteligenci, którzy bez przerwy
martwią się problemem zgodności ordynacji wyborczej z konstytucją, powinni
zrozumieć kilka prostych faktów.
Po pierwsze: nie istnieje żadna definicja prawna pojęcia proporcjonalnych
wyborów. Jest to więc wyłącznie sprawa INTERPRETACJI. Jak tego dowodzi
praktyka pięciu już kadencji Sejmu i pięciu różnych ordynacji wyborczych,
politycy cały czas interpretują to pojęcie, tak jak im się podoba, zależnie
od chwilowej konstelacji politycznej i wyników sondaży.
Po drugie: istnienie tzw. klauzul zaporowych, a więc progów wyborczych,
powoduje, że słowo proporcjonalne traci sens. Politolodzy na świecie (ale
także w Polsce) piszą o indeksie dysproporcjonalności i, obliczając wartości
tego indeksu dla różnych wyborów, porównują wyniki ze sobą. Wtedy wybory są
jedynie mniej albo bardziej proporcjonalne. Przy porównaniach tego rodzaju
okazuje się, że wybory w JOW wcale nie muszą być mniej proporcjonalne od
wyborów w Polsce. Przeciwnie, i na tym właśnie argumencie opierała się skarga
konstytucyjna Dorna i S-ki z 2001 roku. Wymieniali tam szereg krajów z JOW, w
których ten indeks dysproporcjonalności był znacznie mniejszy niż dla wyborów
proporcjonalnych w Polsce.
Podczas konferencji międzynarodowej 15 Lat Praktyki Konstytucyjnej w Krajach
Europy Środkowo-Wschodnie, jaka odbyła się na Zamku Królewskim w Warszawie w
listopadzie 2004, politolodzy zachodni mówili o tym, że pojęcie wybory
proporcjonalne należy rozumieć, jako zachowanie odpowiedniej normy
przedstawicielskiej, a więc przydział mandatów poszczególnym regionom w
proporcji do liczby wyborców. W tym sensie np. wybory do Kongresu USA mogą
być uważane za proporcjonalne, bo każdy stan wybiera tylu kongresmenów ilu
wynika z proporcjonalnego podziału, a na przykład wybory do Senatu USA nie są
proporcjonalne, ponieważ każdy stan, bez względu na liczbę mieszkańców,
wybiera 2 senatorów. I tak np. dwu przedstawicieli w Senacie ma stan Wyoming,
który zamieszkuje ok. 300000 mieszkańców, i dwu senatorów ma stan Kalifornia,
gdzie mieszka ponad 60 milionów.
Aby wprowadzić w Polsce wybory w 460 JOW, przy zachowaniu warunku, że okręgi
wyborcze będą w dobrym przybliżeniu równe (ok. 62 tysiące wyborców), nie
potrzeba zmieniać konstytucji. Wyniki takich wyborów będą w podobny sposób
jak do tej pory odbiegać od proporcjonalności, a indeks dysproporcjonalności
będzie raz mniejszy, a raz większy, w zależności od mnóstwa czynników.
Konstytucję trzeba by zmieniać, gdyby się chciało zmniejszyć liczbę posłów,
np. do 230 jak proponowała Platforma Obywatelska, albowiem w Konstytucji
zapisano, że Sejm liczy 460 posłów.
Problemy z konstytucyjnymi zasadami mają wszystkie ordynacje, jakie
obowiązywały w Polsce od 1989 roku. Jest rzeczą godną najwyższego ubolewania,
że polscy miłośnicy demokracji na to się godzą i przeciwko temu nie wychodzą
protestować na majdany. Ufam, że jest to tylko kwestia niewiedzy i
niezrozumienia. (prof. Jerzy Przystawa)