Gość: ole Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: 144.138.141.* 23.07.02, 12:37 a pamietacie BABINIEC polki udawali ze nie mowia po polsku tylko trzymali z rumunamy i zinnimy dzikusamy to byla chyba jedna narodowosc kak zachowujacych sie panien po prostu obciagali murzynom . Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: stanislaw Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: 144.138.141.* 23.07.02, 13:20 Ja bylem w latach 83-84 najbardziej utkwilo mi w pamieci zachowanie polek i pora obiadowa pamietam samobojstwa zabojstwa byla zima bylo zimno dlatego wybralem australie pozniej zalowalem ale ciagle tu jestem w sumie to byly dobre czasy mialo sie wtedy 26lat Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Juk No camp in my life, but ... IP: *.C246.tor.velocet.net 25.07.02, 05:25 >> Gość: dandy 02-01-2002 13:35 ... czytam z zainteresowaniem wasze posty odnosnie Treiskirchen. Jestem od was wszystkich starszy o cala dekade. ... ... Porownujac ... przezycia jako azylowca i wasze z moimi z poczatku lat 1971, zaraz po slynnym juz grudniu 1970 roku musze powiedziec, ze byla to po prostu czerwcowa sielanka. Wyjechali sobie na wczasy i nie wrocili. Paszport, forsa, samochod, walizki, zona z corka przy boku. My wowczas w tamtych latach, ryzykowalismy za wolnosc zycie lub dlugie lata wiezienia. ... ... to najwspanialszy moment w moim zyciu, ktorego nigdy nie zapomne ale wielogodzinnej jazdy na "antresoli" przedzialow w pedzacym pociagu przez wrogie cholernie niebezpieczne granice, kiedy to zycie czlowieka bylo mniej warte niz topiacy sie snieg za oknami pociagu, nikomu nie zycze. No ale kazdy ma swoje przezycia a sa one zawsze wlasne. ....<< (koniec cytatu) Ja dopiero dzisiaj zauwazylem ten BARDZO interesujacy watek (i o dziwo - kulturalny). Ten powyzszy dlugi cytat dandy'ego moglby, poza paru szczegolami, rowniez odniesc sie do mnie (prawie taki sam "staz" etc.). Moja droga byla "poludniowa", t.j. przez Jugoslawie, gdzie mozna bylo wyjechac na wakacje. Poniewaz byla to wycieczka zbiorowa, wiec indywidualnych paszportow nie mielismy - "kierownik" wycieczki mial "paszport zbiorowy" (pamietacie co to bylo - jeszcze jedno dziwactwo tamtego systemu), zas my, indywidualni wycieczkowicze mielismy jedynie dowod osobisty plus "wkladke paszportowa" (nastepne dziwactwo). Nie koniec na tym - po wyladowaniu w hotelu "kierownik" wycieczki poprosil o oddanie mu dowodow plus wkladek paszportowych, rzekomo w celu zameldowania nas w hotelu. Na moje pytanie - a co bedzie jak wyjdziemy na miasto i milicjant (w obcym kraju) zapyta nas o jakies dokumenty - dostalem odpowiedz, zeby sie nic nie martwic, powiedziec, ze jest taka wycieczka zbiorowa z Polski w takim a taki hotelu i ze wszystko bedzie w pozadku, przeciez milicja juz duzo wczesniej zostala o naszym przybyciu powiadomiona. DO KONCA ZYCIA nie zapomne: - planowania wycieczki, - zaszywania dokumentow w "podwojna" scianke walizki, ale w taki sposob, zeby nawet na macaniu na kontroli celnej niczego nie mozna bylo wykryc, - odprawy w Polsce, najpierw paszportowej, (zeby nie wygladac na zdenerwowanego i mowic normalnym glosem), pozniej celnej (mialem szczescie, nic nie macali i nie szukali) - ze do Jugoslawi przyjechalem majac US$40.- (czterdziesci - przeszmuglowanych) plus jakies nastepne US$ 20.- kieszonkowiego (legalnego)(w przeliczeniu w dinarach). Wycieczka byla oplacona w Polsce z gory (wliczajac 3 posilki dziennie) wiec zadnych pieniedzy nie wolno bylo brac. - jak sie "urwalem" z hotelu ok. 19:30 po kolacji i po zapadnieciu zmroku. Musialem tego dokonac w taki sposob aby mnie nikt nie zauwazyl, ze wychodze z mala walizeczka "na miasto" (duza zostawilem w pokoju hotelowym, aby sie za szybko nie zorientowali, ze "wycieczkowicz" zniknal). - tej calonocnej podrozy autobusem przez pol Jugoslawi (nad Adriatykiem) do granicy z Wlochami (niedaleko Triestu). O siodmej rano kierowca oswiadcza, ze to ostatni 10 min postoj (przed restauracja) a jak znowu ruszymy, to za 5 minut bedziemy na granicy z Wlochami (autobus jechal do Triestu). - ja oczywiscie po tym ostatnim postoju do autobusu nie wrocilem (jak pisalem wyzej, nie mialem paszportu, wiec nie moglem sie pokazac na granicy bo Jugoslowianie po prostu zaaresztowaliby mnie i odstawili do Polski). - nigdy nie zapomne jak przez nastepne 5 godzin kluczylem po dosc rzadkim lesie, z mala walizeczka w reku (w ktorej mialem zaszyte dokumenty, US$ 40.-, plus pare tabliczek czekolady i pare paczek papierosow) no i oczywiscie Z DUSZA NA RAMIENIU, bo jak by mnie zlapali, to jak sie wytlumacze, za nie jestem w hotelu o kilkaset km na poludniowy wschod ?? Kluczylem w tym lesie BAAAAAARDZO ostroznie (zeby nawet patyka pod nogami nie zlamac) i posuwalem sie na zachod (w kierunku Triestu), tak w przyblizeniu rownolegle do drogi ktora szla w kierunku Triestu. Z tego ostatniego przystanku autobusowego bylo widac, ze droga szla prosto i za chyba 500/700 m byly dwa budyneczki po przeciwnych stronach drogi - jeden z flaga jugoslowianska, drugi z wloska. Ten z jugoslowianska byl po mojej stronie. Wiedzialem wiec, ze granica niedaleko. - Ok. 11:50 (dzien) lasek sie skonczyl - co dalej - teraz jest odsloniety teren i do tego pod gore. Jak dotychczas mialem szczescie - nikt mnie nie zauwazyl. Ruszylem szybkim marszem (nie biegiem bo to by sie zaraz moglo rzucic w oczy gdyby mnie ktos zauwazyl) pod gore. Na samej gorze - trawa sie konczy i jest pas moze 10 m szerokosci bez trawy ale za to z takiego tlucznia jak pod torami kolejowymi. Patrze w lewo, w kierunku drogi (ktora opisalem powyzej) i widze, ze ten 10 m pas z tlucznia idzie mniej wiecej prostopadle do tej asfaltowej drogi (oddalonej ode mnie ok. 600 m) i PRZECHODZI POMIEDZY TYMI DWOMA BUDYNECZKAMI Z FLAGAMI. GRAAAAAANICA Z WLOCHAMI !!!!!!!! Po przebiegnieciu tych 10 m - tego nie zapomne NIGDY - bylem na ZACHODZIE !!!! Spojrzalem na zegarek - bylo 2 min po 12 poludniu !!!! - Zaraz spotkalem starszego pana pasacego trzy krowy - spytalem go po francusku, czy to sa Wlochy. On na to: "Si, Si, Italia". Malo go nie ucalowalem. - Znowu zaczal sie lasek (chwala Bogu) a ja teraz skrecilem na poludnie zeby dojsc do tej asfaltowej drogi prowadzacej do Triestu. Nie moglem nieskonczenie isc przed siebie w lesie, bowiem przed wyjazdem z Polski dokladnie zapamietalem mape i wiedzialem, ze granica pomiedzy Jugoslawia i Wlochami jest zygzakowata i mozna przez pomylke granice przejsc jeszcze raz i znalesc sie z powrotem w Jugoslawi. W koncu dotarlem do tej asfaltowej drogi i popatrzylem sie do tylu na wschod - dwa domeczki po przeciwnych stronach ulicy, jeden z flaga jugoslowianska, drugi z wloska. TYLKO ZE TEN Z WLOSKA BYL PO MOJEJ STRONIE !!!!! - Na a dalej autostopem do Triestu, wyciaganie dokumentow i czterdziestu dolarow ze scianki walizeczki, wymiana dinarow na liry ..... Ale to juz inna historia - brakloby Hard Drive na tym Forum. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: polishAM Re: No camp in my life, but ... IP: *.nas30.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 25.07.02, 10:16 Swietne Juk. Nie mogles tego lepiej przedstawic. Ja w takim razie bylem turysta, nie uciekinierem. Powiem tylko przezylem prawdziwa przygode zycia na trzech kontynentach przez prawie 25 lat. Odpowiedz Link Zgłoś
luiza-w-ogrodzie Re: No camp in my life, but ... 25.07.02, 13:19 Co za niesamowity watek! Czyta sie jak powiesc sensacyjna. Niestety, sama nie moge nic dorzucic, wyjechalam prozaicznie i legalnie, ale czekam na wiecej kombatanckich opowiesci! Pozdrawiam Luiza-w-Ogrodzie Odpowiedz Link Zgłoś
ozpol Widze ze watek wrocil do zycia... 26.07.02, 02:15 Wlasciwie nie wiele moge dodac do tego co juz jest napisane powyzej, bo: - Wieden Posterunek Policji na Becker Strasse, gdzie sie szlo dla zgloszenia o azyl i z tamtad autobusami do Traisu.. w naszym dniu byla telewizja - marzec 1981 - kiedy ludzie z pociag z Katowic w calosci zglosili sie o azyl - Traiskirchen - pol dnia - paluszki do malowania i w autobusy i do Bad Kreuzen 2, 500 polakow w Bad Kreuzen - mlyn i polskie piekielko. Jak ze znalem niemiecki, to mialem to "szczescie" tlumaczy kilka pyskowek i tym podobnych spraw Nasz Gasthof raczej dobry ale nie ktorzy Polacy potrafiali sie "popisywac" i robic awantury 4 miesiace "wakacji" - okolica super, troche pracy, np kto pamieta Schrotta w Amstetten - o malo oka nie stracilem na tym smietniku Nerwy i jazdy do Wiednia - kiedy interview, kiedy badanie i kiedy wyjazd. Ludzi eodrzucani przez Australie czy inne kraje - wiec co robic, dzie jechac. Wesolo na calego Jest decyzja - 54 osoby z Bad Kreuzen leci tym samym samoltem do Australii - balanga na calego No i Australia Ja wygralem to droge bo bylem wczesniej w Austrii i wiedzialem ze to dla rodziny byla najlepsza, bo duzo ludzi wystraszylo sie Traiskirche. Czy ktos pamieta okres - czyba kwiecien czy maj kiedy rzad austryjacki postanowil nie przyjmowac wiecej ludzi do obozu i te tlumy koczujace przed obozem nie wiedzacy co ze soba zrobic. Straszne i zalosne. A kluczem bylo ze na brance nalezalo powiedziec ze chce sie azyl w Austrii i pozostanie w Austrii, ale to przeszlo. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Re: Widze ze watek wrocil do zycia... IP: *.tnt19.ewr3.da.uu.net 26.07.02, 03:43 No prosze !!!!! po tak niesamowicie dlugim czasie , odezwalo sie kilku nastepnych veteranow - jednak sa wsrod nas !!! i watek wrocil na tory !!! oczywiscie zapraszam do wspomnien !! nawet jesli sa nieprzyjemne . Do tej pory nie ukazala sie zadna publikacja na temat Wielkiego Polskiego Exodusu w latach 80 -tych , jestem tym ktory zbiera materialy do tego opracowania,wiec jesli kto ma ochote ,to prosze dorzucic cos do "kotla' , z pozdrowieniami dla veteranow !! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chris Re: Widze ze watek wrocil do zycia... IP: *.eyrkonaeac07.dialup.ca.telus.com 02.08.02, 04:58 Gość portalu: gen napisał(a): > No prosze !!!!! po tak niesamowicie dlugim czasie , odezwalo sie kilku > nastepnych veteranow - jednak sa wsrod nas !!! i watek wrocil na tory !!! > oczywiscie zapraszam do wspomnien !! nawet jesli sa nieprzyjemne . Do tej pory > nie ukazala sie zadna publikacja na temat Wielkiego Polskiego Exodusu w latach > 80 -tych , jestem tym ktory zbiera materialy do tego opracowania,wiec jesli > kto ma ochote ,to prosze dorzucic cos do "kotla' , z pozdrowieniami dla > veteranow !! pozdrowienia i podziekowania dla wszystkich veteranow za kontynuacje tego watku ! fantastyczne historie opisujecie ! mysle ze watek wciaz ma ogromna przyszlosc , trzymajmy go na topie ! chris / nie uciekinier / Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Re: Sny azylanta IP: *.tnt19.ewr3.da.uu.net 26.07.02, 03:49 Oczywiscie !!!!!!! , ze pamietam "sny azylanta' tak jakby to bylo dzis ,te wielkie nadzieje, te wyolbrzymione oczekiwania, nieraz zalosnie smieszne, te pierwsze zderzenia z prawdziwa rzeczywistoscia , to niekonczacy sie temat, temat wielki jak Niagara !!!starczylo by na scenariusz do kilku dobrych filmow !! Odpowiedz Link Zgłoś
dreptak2k Re: Sny azylanta 26.07.02, 04:53 Gość portalu: Jankes napisał(a): > Pamietacie? Oczywiscie! Mialem go jeszcze przez kilka lat po przyjezdzie do au. Najwazniejszym jego elementem bylo jednak obudzenie sie i realizacja, ze to byl tylko sen! Odpowiedz Link Zgłoś
ozpol A pamietacie te listy od tych co juz dojechali.. 26.07.02, 07:46 Jako ze Bad Kreuzen bylo mrowie Polakow to ruch byl duzy w wyjazdach no i listy od tych szczesliwcow czytane przez cala przwie wies. A co ludzie pisali to juz chyba temat na inny watek albo badania socjologiczne. Jedni walili takie bzdury ze tylko nie jechac a inni takie cuda ze tylko wplaw. To byly czasy .... Ilu z Was spotkalo "niespodziewanie" znajomych z pracy czy domu czy ulicy ktorzy niby wyjechali na wakacje a okazalo sie ze tez maja taki pomysl jak Wy. To byly niespodzianki oj byly!!! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Jankes Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - RFN IP: *.oc.oc.cox.net 26.07.02, 07:49 Ktos z forumowcow byl tam? Jankes (byl) Odpowiedz Link Zgłoś
dundee_girl Re: Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - R 26.07.02, 07:58 To napisz cos wiecej, jak sie tam dostales, jak bylo itd. Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: VIYL Re: Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - R IP: *.proxy.aol.com 03.08.02, 10:34 CIEKAWE JAJO Odpowiedz Link Zgłoś
atoja Re: Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - R 05.01.03, 22:35 Ktos z forumowcow byl tam? Jankes (byl) <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<< Ja tam bylam.....w latach '85-'87......kiedy TY tam byles?? pozdrawiam.. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: olek Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.prem.tmns.net.au 29.07.02, 16:07 Bardzo mnie ciekawi gdzie te samotne panie z obozu 83-84 jak im sie wiedzie .napewno sporzadnialy . Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: juk No camp in my life but ... part II IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 20:10 (Ciag dalszy) W zasadzie nie wiem czy pisac, bo ktos moze pomysli, ze to jest zmyslone, no ale zycie jest czasem bardziej zaskakujace niz powiesc fantastyczna, wiec moze przynajmniej niektorzy z tych co "zwiali" uwierza ... Po dojsciu do tej drogi asfaltowej (idacej od granicy z Jugoslawia do Triestu), moim nastepnym najblizszym miejscem docelowym byl Triest (punktem finalnym Paryz). Probowalem sie zabrac autostopem do Triestu (w Polsce wtedy duzo ludzi jezdzilo autosopem), ale okazalo sie, ze to nie bylo takie latwe i minelo mnie chyba kilkadziesiat samochodow osobowych zanim wreszcie jeden odwazny sie zatrzymal i mnie zabral (bylo to w dzien i do Triestu chyba jakies 25 km). Dopiero pozniej dowiedzialem sie, ze na (zgnilym) Zachodzie nie tak latwo jest sie zabrac autostopem (napady). W kazdym razie, jak dotarlem do Triestu, to byla chyba godzina 16:30. Pierwsza rzecza byla wymiana wszystkich jugoslowianskich dinarow na wloskie liry (zawsze lir byl "twardsza" waluta niz dinar). Nastepnie siadlem przy stoliku na chodniku jakiegos bistro (tak jak w Paryzu) i zamowilem kanapke z szynka plus kawe (dotychczas zywilem sie czekolada). Rowniez wtedy rozprulem czesciowo jedna scianke walizeczki i wyciagnalem zaszyte dokumenty (m.in. dyplom ukonczenia studiow) no i oczywiscie te zaszyte US$40.-. Uwazalem, ze dokumenty beda bezpieczniejsze w wewnetrznej kieszeni koszuli niz w walizeczce (latwiej byloby komus gwizdnac mi walizeczke niz sciagnac ze mnie koszule). Po zjedzeniu kanapki i wypiciu kawy (bylo chyba ok. godz 18) postanowilem dalej autostopem jechac w kierunku Paryza. Marzenie scietej glowy - NIKT absolutnie sie nie zatrzymal. Nawet jak podeszlem do skrzyzowania ze swiatlami (a tam auta zatrzymywaly sie na czerwonym swietle) to kazdy oswiadczal, ze jedzie tylko dwie ulice dalej. Zdesperowany (byl wieczor, a ja bylem juz w podrozy 24 godz., bez spania no i oczywiscie PRZEKROCZYLEM GRANICE i bylem na (zgnilym ) Zachodzie) poszedlem na dworzec kolejowy. Tam ciagle byla otwarta CHANGE wiec wymienilem nastepnych chyba kilkanascie dolarow na liry i kupilem bilet kolejowy z Triestu do Milano. Pociag zdaje sie byl niedlugo po tym i okolo polnocy (druga nieprzespana noc) wyladowalem na dworcu w Milano. Najblizszy pociag do Turynu byl chyba ok. 4 rano wiec na dworcu glownym w Milano spedzilem pare godzin, "zywiac sie" kawa expresso - pamietam, ze expresso kosztowalo wtedy 9 000.- lirow. Rano w pociag do Turynu. W Turynie, o ile dobrze pamietam, bylem chyba ok. 8 rano. Na dworcu byla mapa z liniami kolejowymi i tam znalazlem jak trzeba jechac do Francji. Moj problem byl taki, ze nie mialem oczywiscie paszportu (patrz moj poprzedni watek), wiec znow musialem w jakis sposob przekroczyc granice miedzy Wlochami i Francja nielegalnie (prosze pamietac, to bylo ponad trzy dekady temu, kontrole graniczne w Zachodniej Europie istnialy, chociaz oczywiscie nic podobnego do "obozu pokoju i socjalizmu"). Tak wiec na dworcu w Torino kupilem bilet kolejowy do ostatniej stacji po stronie wloskiej. Z rozkladu jazdy wiedzialem jak dlugo pociag jedzie do tej ostatniej po wloskiej stronie stacji kolejowej (pociag jechal gdzies do Francji). Pociag jechal, a ja patrzylem przez okno i zalewal mnie zimny pot i ogarniala mnie zgroza - pociag jechal przez Alpy - wysokie, osniezone gory (koniec lata) - to nie byly zadne tam pagoreczki jak pomiedzy Jugoslawia i Wlochami. Holllly mollly !!! W kazdym razie, na ostatniej stacji po wloskiej nie wysiadlem tylko jak wsiedli celnicy i pociag ruszyl, to ja udawalem, ze spie. W koncu celnik doszedl do mnie i lekko tracil mnie w ramie aby mnie obudzic i zazadal paszportu. MIALEM CHORERNE SZCZESCIE !!!! (Dlaczego, okaze sie za chwile) To byli celnicy wloscy (chociaz pociag jechal do Francji). Celnikow francuskich ani sladu. Widac, ze Wlosi kontrolowali akurat w tym pociagu a Francuzi jadacy w drugim kierunku - a potem z powrotem sie przesiadali (tak wahadlowo). W kazdym razie ja do wloskiego celnika, ze nie mam zadnych dokumentow i ze mialem wysiasc na poprzedniej stacji ale zasnalem - i wyciagam bilet kolejowy do tej poprzedniej stacji (ktora byla po wloskiej stronie). Wloch powiedzial: W porzadku, pojdziesz znami i wysiadziesz na nastepnej stacji (ktora byla juz we Francji), tam poczekasz z nami na nastepny pociag jadacy z powrotem do Wloch i pojedziesz z nami z powrotem do Wloch. Ja na to: Oczywiscie no i przepraszam, ze zasnalem. W kazdym razie, szedlem z tymi wloskimi celnikami w pociagu, oni kontrolowali innych, w koncu pociag zatrzymal sie na stacji we Francji i ja razem z celnikami wysiadlem na peronie. Weszlismy do jakiegos biura celnikow wloskich na peronie. Wlosi kazali mi usiac i czekac na powrotny pociag do Wloch. W miedzyczasie zajeli sie jakim facetem ktorego rowniez zwineli z tego pociagu (zdaje sie facet mial za duzo butelek ze soba). Po jakim czasie spisali faceta i puscili go wolno. W biurze bylo tylko dwoch wloskich celnikow i ja. Wowczas dopiero pokazalem im moj polski dyplom studiow, oswiadczylem, ze zwialem z wycieczki z Jugoslawi na Zachod i ze chce sie dostac do Paryza (mialem "kontakt" w Paryzu). Wowczas jeden z nich zapisal moje nazwisko i numer z dyplomu i powiedzial mi dyskretnie: - Wyjdz na peron i z peronu idz POWOLI i SPOKOJNIE na ulice. Gdyby cie w poblizu z jakiegokolwiek powodu zatrzymala policja francuska to bron Boze nie mow im, ze mysmy cie puscili. Wyszedlem wiec z moja mala walizeczka na peron - a na peronie tylko paru pasarzerow, zadnej policji francuskiej. Wyszedlem na ulice - rowniez zadnych gendarmes. BYLEM WE FRANCJI !!!!!!!!!!!!!!!! Po dwoch nieprzespanych nocach i dwoch nielegalnych przekoroczeniach granic !!! Chociaz do Paryza bylo jeszcze chyba kilkaset kilometrow ... No ale to chyba za duzo pisania - a i chyba niektorzy temu nie wierza .... Odpowiedz Link Zgłoś
_szwedka Re: No camp in my life but ... part II 03.08.02, 20:37 Ludzie uciekali w rozny sposob wiec dlaczego by Ci nie wierzyc. W Berlinie jest muzeum uchodzctwa. Nie bylam lecz widzialam program o nim. Niesamowite. Pamietam historie ktora wydarzyla sie w Szwecji w polowie lat 80-tych. Dwoch polskich chlopcow (maloletnich) z wielodzietniej rodziny pojechalo pociagiem do Swinoujscia. Tam schowali sie pod ciezarowka i w ten sposob dostali sie do Szwecji. Szum byl niesamowity bo polski rzad zadal wydania chlopcow lecz sami rodzice wypowiedzieli sie przeciwko temu. Wedlug prawa szwedzkiego powinno sie wydalic ich (nie byli sierotami i nie mieli zadnego zwiazku ze Szwecja) i tak Biuro Migracyjnie chcialo zrobic. Spoleczenstwo szwedzkie zrobilo niemozliwa burze ze sam Palme ujal sie za chlopcami i nie pozwolil do ich wydalenia. Niesamowite sa drogi Polakow. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: juk Re: No camp in my life but ... part II IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 20:44 _szwedka napisała: > Pamietam historie ktora wydarzyla sie w Szwecji w polowie lat 80-tych. Dwoch > polskich chlopcow (maloletnich) z wielodzietniej rodziny pojechalo pociagiem > do Swinoujscia. Tam schowali sie pod ciezarowka i w ten sposob dostali sie do > Szwecji. Yup. Widzialem nawet film o tym. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: juk Re: No camp in my life but ... part III IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 21:31 Well, ciag dalszy. Po wyladowaniu na ulicy w jakims malym francuskim miasteczku najpierw poszedlem do banku i wymienilem wszystkie liry i chyba jakies 10 dolarow na franki a nastepnie postanowilem dalej jechac do Paryza autostopem (czyli bezplatnie). Udalo mi sie dwa razy "zaladowac" z osobnikami, ktorzy jechali (rzekomo) w strone Lyon. Napisalem rzekomo, bo jeden jechal niby na polnoc, ale tak w rzeczywistosci to na polnocny-zachod a drugi jechal niby na polnoc, ale tak w rzeczywistosci to na polnocny-wschod. Pamietam, ze pierwszym pojazdem byl 2CV i kierowca byl jakis student, zas drugim pojazdem byla ciezarowka ogrodnika wyladowana ogorkami. Po takim jezdzeniu "zygzakiem" zorientowalem sie, ze co prawda jade tak ogolnie to na polnoc, ale o chyba godz. 18 bylem jeszcze ciagle dosc daleko od Lyonu (nie mowiac juz o Paryzu). Poszedlem wiec na stacje kolejowa w jakiejs miescinie - jest bezposredni pociag do Paryza. Cena biletu FF 59.80 Ja mialem jeszcze co prawda jakies dwadziescia pare dolarow ale banki o tej porze byly juz zamkniete (bylo ok godz. 18). W walucie francuskiej mialem - nie do uwierzenia - FF 60.40 Co za szczescie. Pamietajcie, zaczyna sie moja trzecia nieprzespana noc, po dwoch przekroczeniach granic. W przedziale tylko jedno miejsce siedzace - sami mundurowi. W pierwszej chwili nie wiedzialem, czy sie do nich przysiasc, bo mi wygladali jak policja, a ja we Francji nielegalnie, no ale Francuzi grzecznie zapraszali, wiec nie wypadalo odmowic. Pomyslalem, ze w takiej eskorcie bede mial bezpieczna podroz do Paryza. (Dopiero pozniej okazalo sie, ze to byli pompiers - straz ogniowa ) W kazdym razie dojechalismy wszyscy bez zadnych przygod do Paryza na Gare de l'Est. Byla godz. 23 z hakiem. Od Gare de l'Est do mojego "kontaktu" w 14 dzielnicy, tak w prostej linii jest chyba 6 km, ale oczywiscie po dodaniu roznych zygzakow (ulice w Paryzu nie sa jak w Chicago) to chyba bylo 8 km. Ja we francuskiej walucie mialem 60 centymow, metro chodzilo jeszcze ale bilet kosztowal wtedy chyba ok. 1 FF. Change na dworcu o tej porze oczywiscie zamkniete. Poza tym, nigdy w zyciu nie jechalem paryskim metrem (bardzo proste po paru razach ale pierwszy raz ...) Tak wiec z moja walizeczka pozostalo mi tylko "marcher a pied". I okolo 4 rano (koniec trzeciej nieprzespanej nocy) stukam w drzwi mojego "kontaktu". Cisza - dzwonie pare razy - cisza. O merde. Okazalo sie pozniej, ze mieli jakas "okazje" i balangowali cala noc - pech w tym, ze nie u siebie w domu tylko u kolegow po drugiej stronie Paryza. Z powrotem na ulicy - otwarta jest stacja benzynowa BP. Prosze o znalezienie jakiegos taniego hotelu. Facet znajduje jednogwiazdkowy o pareset metrow dalej. Dzwoni - jest miejsce - chyba 30.00 FF Depcze - wlasciciel (zaspany) czeka na mnie w drzwiach. Okazuje sie jednak, ze do zaplaty potrzebne sa FF a ja mialem tylko 60 centymow, reszta w dolarach USA. Oczywiscie tej waluty hotel nie przyjmuje. O merde alors !! Jak szedlem do tego hoteliku, to przechodzilem obok posterunku policji (otwartego cala noc). Postanawiam tam wrocic i pytam sie stojacego na chodniku policjanta, gdzie tu mozna wymienic dolary amerykanskie na franki (okolo 4:30 rano). W Polsce jak bys w tych czasach o cos takiego zapytal polskiego milicjanta, to bys oczywiscie migiem wyladowal w wiezieniu (dolary - a skad wy macie dolary i co wy tu robicie z dolarami na ulicy o tej porze). Policjant skierowal mnie do wiekszego czterogwiazdkowego hotelu i powiedzial mi, ze tam jest CHANGE. Znow musialem deptac, chyba kilometr. Jest Hotel. HURRAA. Okazuje sie jednak, ze wymiana jest tylko dla gosci hotelowych a nie dla takich z ulicy jak ja. W koncu jednak, od slowa do slowa, wychodzi, ze ja jestem z Polski. A na to jeden z dwoch osobnikow siedzacacych w recepcji mowi (po francusku): O, moja babcia byla Polka. Po czym rozkazuje temu drugiemu, ktory trzymal kase: Wymien mu te dolary. Deptam z powrotem do tego jednogwiazdkowego hoteliku, wlasciciel ciagle cierpliwie czeka w drzwiach - i w koncu jestem w pokoju. Hotelik jednogwiazdkowy - zadnej umywalki, nawet nie ma prysznica, sraczyk wspolny jeden na cale pietro na korytarzu. Niby trzeba spac, ale po trzech nieprzespanych nocach czlowiek jest tak zmeczony, ze NIE UDAJE sie spac !!! Poza tym, teraz czlowieka ogarniaja watpliwosci, jak szedlem przez Paryz, to widzialem paru zebrakow, niby wystawy blyszczace, sklepy jubilerskie ze zlotem, z drugiej strony, duzo starych budynkow - czy ja dobrze zrobilem - a najgorsze to, ZE NIE MA POWROTU !!!! No ale jakos to w koncu przebrnalem .... Pozdrowionka dla innych weteranow .... No a teraz wyskakuje na Boul. St. Michel na pare zimnych ) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: juk Re: No camp in my life but ... part II IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 21:37 W tym filmie to bylo, ze ci chlopcy oryginalnie wyladowali z ciezarowka na promie w Danii - chociaz obecnie podobno mieszkaja w Szwecji. Odpowiedz Link Zgłoś
galilleo Re: No camp in my life but ... part II 05.08.02, 04:46 Gość portalu: juk napisał(a): > Chociaz do Paryza bylo jeszcze chyba kilkaset kilometrow ... No ale to chyba z > a duzo pisania - a i chyba > niektorzy temu nie wierza .... Alez nie, to jest wspanile co napisales Proffesor Gailleo Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mysz Re: No camp in my life but ... part II IP: *.ab.hsia.telus.net 05.08.02, 06:13 Czekam na ciag dalszy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: juk Re: No camp in my life but ... part IV IP: *.abo.wanadoo.fr 05.08.02, 20:52 Gość portalu: mysz napisał(a): > Czekam na ciag dalszy. W zasadzie to nie ma cdn. W Paryzu oczywiscie zglosilem sie na policje. Tam sfotografowali mnie (z trzech stron) i zrobili odciski palcow (jako ze przybylem nielegalnie i poza dyplomem nie mialem innych dokumentow). Nastepnie grzecznie mnie przesluchali (to co opisalem powyzej), dali jakis paierek z pozwoleniem na pobyt i prace na jeden miesiac. I wypuscili na ulice. We Francji nie bylo zadnych obozow (o ile wiem). Prace pomogl mi znalesc "kontakt". Po miesiacu znowu na policje o przedluzenie pobytu. Znowu przesluchanie (musialem opowiadac to samo jeszcze raz). Policjanci bardzo zadowoleni, ze mam prace i nie spie pod mostem - dali nowy papier (jw), tym razem wazny na dwa miesiace. Potem znowu na policje - i to samo przesluchanie - tym razem nowy papier z waznoscia na cztery miesiace. Za kazdym razem dawali przedluzenie dwa razy dluzszy pobyt i prace niz poprzednio. Poza tym dzwonili do szefa, czy tam rzeczywiscie pracuje. Ja tak sie na poczatku dziwilem, po co za kazdym razem jak bylem na policji musialem im opowiadac ta historie jeszcze raz od nowa, ze wszystkimi szczegolami. Dopiero pozniej zrozumialem, ze oni po prostu w ten sposob sprawdzali, czy mowie prawde (i nie krece). Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: juk Ten z pod dachu w pociagu ... IP: *.abo.wanadoo.fr 05.08.02, 20:56 Hej weteran, ty co jechales pod dachem pociagu, moze opisalbyc to dokladniej ... A poza tym, jest chyba wiecej takich niz ja - opiszcie jak to bylo ... Odpowiedz Link Zgłoś
bogdan2002 Re: No camp in my life but ... part IV 06.08.02, 10:16 Dopiero pozniej zrozumialem, ze oni po prostu w ten sposob sprawdzali, czy mowie prawde (i nie krece). PRAWDA papier jest cierpliwy a pamiec ludzka zawodna Czy pamietacie jakie pierdoly opowiadaliscie na interview? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: dandy Re: No camp in my life but ... part IV IP: *.horsens.dk 06.08.02, 15:07 Co tu mozna wiecej napisac ? Wiele ze szczegulow, zniklo poprostu z pamieci po tylu latach. Do Ameryki jechac nie chcialem, zbyt kochalem Polske. Jakby nie bylo z Danii jest tylko 100 km do kraju. To tylko maly skok i juz sie tam jest. Wiem, wiem, kraj nieograniczonych mozliwosci ta Ameryka ale mnie zadawalalo mniej dolarow, bo w sumie pieniadz to rzecz nabyta a jak sie je ma to sie o nich nie gada i nigdy nie odczuwalem ciagat do zdobycia ich jeszcze wiecej i wiecej i wiecej ! Mam wszystko i tu w malenkiej Danii - nowa rodzine, dom (splacony tak dla scislosci) i samochod, i stac mnie na wycieczki, i na dobre weekendowe zarcie w dobrej restauracji. O´key mialem moze szczescie, ze dostalem w miare szybko dobra prace ale i szybko sie zintegrowalem, nie zapominajc bynajmniej skad pochodze. Dzieci i wnuki mowia po Polsku w przeciwnienstwie do wielu naszych rodakow i ich potomkow. Czuje sie mocno zwiazany ze starym krajem ale jest mi dobrze w Danii, nie jestem fanatykiem. Wybralem, ze pozostane na emigracjii i w zwiazku z tym nie chce uczestniczyc w srodowiskach tzw. polonijnych. Stosunek, dobry stosunek do starej ojczyzny mam czysto osobisty. Nie chce tam nic poprawiac ani zmieniac bo uwazam, iz nie mam do tego zadnego prawa. Niech to robia moi rodacy w kraju w takim stopniu w jakim im to odpowiada. Ale chyba odbiegam zbyt daleko od tematu, sorry. To juz nie ma nic wspolego z Treichem. A wiec stop, ani slowa wiecej. Pozdowienia dla weteranow Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen obozy uchodzcow IP: *.157.70.245.Dial1.Weehawken1.Level3.net 29.12.02, 04:51 obozy uchodzcze na terenie Europy glownie rozlokowane byly w Niemczech, ale byly to male obozy mieszczace gora kilkaset ludzi. Ten najwiekszy to byl Traiskirchen po Wiedniem mieszczacy kilka tysiecy ludzi wraz z podleglymi pensjonatami. Nastepny to byl oboz we Wloszech w okolicach Rzymu tez masa polakow znalazla tam pierwsze schronienie. W latach 1981 - 84 przez oboz w Traiskirchen przewinelo sie blisko 5000.000 Polakow [dane szacunkowe]. Glowne kirunko emigracji to Australia [najwiekszy popyt] nastepnie Canada [cieszyla sie duza popularnoscia] i na koncu USA [brak benefitow socjalnych] w ostatecznosci zostawaly kraje Europy - Niemcy - glowny powod zostania tam to pochodzenie etniczne,a wiec trzeba bylo udowodnic wiezy krwi z tym krajem,troche rodakow zostalo w Holandii w Szwecji, Szwajcarii. Jednak przytlaczajaca wiekszosc emigrowala za Ocean,dzis stanowia oni warstwe wartosciowej Polonii Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: 10cc Re: obozy uchodzcow IP: *.bc.hsia.telus.net 29.12.02, 04:56 jeszcze zyjesz gen? to juz ponad rok Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Re: obozy uchodzcow IP: *.157.70.245.Dial1.Weehawken1.Level3.net 29.12.02, 05:06 zyje !!! - w miare mozliwosci staram sie korygowac ten watek,mimo ze rok minal albo wiecej sa nowi ktorzy dokladaja wspomnienia !! to niezly material na ksiazke,choc z pol miliona rodakow co wyemigrowalo ta droga [obozy uchodzcze] to odzew powinien byc wiekszy,zdecydowanie wiekszy,sama Australia w latach 1981 - 82 zabrala z Trajchu kilkadziesiat tysiecy naszych ,gdzie oni sa teraz ??? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: 10cc Re: obozy uchodzcow IP: *.bc.hsia.telus.net 29.12.02, 05:11 Gość portalu: gen napisał(a): > zyje !!! - w miare mozliwosci staram sie korygowac ten watek,mimo ze rok minal > albo wiecej sa nowi ktorzy dokladaja wspomnienia !! to niezly material na > ksiazke,choc z pol miliona rodakow co wyemigrowalo ta droga [obozy uchodzcze] > to odzew powinien byc wiekszy,zdecydowanie wiekszy,sama Australia w latach > 1981 - 82 zabrala z Trajchu kilkadziesiat tysiecy naszych ,gdzie oni sa > teraz ??? Wielu sie rozjechalo ja mieszkalem w Australii tez 6 latek. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mirko obozy letnie... IP: *.union01.nj.comcast.net 29.12.02, 06:12 Wątek fajny. Taki w Gazecie to niby wygodna sprawa, bo można poczytać/wpisać i spadać, ale to się chyba aż prosi o swoją własną stronę klubową, n.p. www.wyjechani.com jest wolne... Te opowiastki poparte fotkami ze sprzedanych wraz z Maluchami Zenithów to byłaby dopiero zabawa... Sam byłem w Wiedniu w tamtych latach przelotem pare razy do i z Azji. Ale za krótko na obserwacje i refleksje czy iść "w azylanctwo"czy nie... A swoją drogą co Wyscie tam pisali w tych papierach do tych Australii i Kanad? Że prześladowali Was w PRL, za kolportarz ulotek czy że cukier, mieso, paliwa, papierosy itd, były na kartki + ogólny Ostsyfilis? Prosze nie odbierać tego jakkolwiek złośliwie - po prostu jestem ciekaw... Osobiście znam gościa, ktory dostał azyl w USA za "działalnośc kombatancką" mimo, że tak naprawdę w PL był kierowcą w Wojewódzkim Komitecie Partii i całkiem dobrze mu się działo... Pamiętam z N. Jorku przypadek przytomnego Polaka, tak ok. jesieni 1988, któremu INS nie za bardzo wierzył w opowieści kombatanckie więc gościu zorganizował paroosobową "demonstrację" przed polskim konsulatem i szczęśliwy traf chciał, że znalazł się na fotce w jakiejś nowojorskiej gazecie wraz z nieco koślawym trasparentem "Precz z Komuną" ("Nowy Dz.?") i dopiero to wystarczyło wreszcie upierdliwym urzędnikom... Ja do Stanów trafiłem na własnych nóżkach, przez przejście San Isidoro (Tijuana - San Diego) podszywając się skutecznie pod młodego Jankesa, po przyleceniu z do Mexico City Aeroflotem z Singapuru, przez New Delhi, Moskwę (ruski celnik nagabywał mnie pamiętam o piłeczki tenisowe!), Shannon i Hawanę. I to był może błąd, że nie przez obóz właśnie, bo ładnych kilka lat musiałem się potem bujać bez papierów. Suma summarum - kosztowna sprawa bo nielegalni na ogół muszą cienko prząść... Odpowiedz Link Zgłoś
qwardian Re: obozy letnie... 24.10.20, 17:52 Jest dla mnie nieprawdopodobne, że ten wątek nadal żyje. Przekraczałem tą granicę San Isydoro wielokrotnie jako amerykański obywatel, odwiedzając kluby w Tijuanie Chicago i Adelita. Teraz już od piętnastu lat mieszkam w Polsce. Dawniej polishAM, który uczestniczył w tym wątku dwie dekady temu.. Odpowiedz Link Zgłoś
100-krotka1 RUST-Eselmulle-Burgenland 1982 rok 29.12.02, 16:16 Jesli tam przebywalas/les..prosze odezwij sie. Ewa-Szczepan(Jagoda,Michal), Ewa i Bogdan z Krakowa. Maryla , Tadzinek z Wroclawia i inni. Odpowiedz Link Zgłoś
radca pozdrowienia 29.12.02, 16:54 Pozdrawiam wszystkich z dawnego "hiltonu" Dzisiaj tez istnieje i funkcjonuje ten lager,ale juz nie w takim wymiarze - jak wtedy.Wiele budynkow remontuja.Wiekszosc "azylantow " - to ciemnoskorzy. pozdrowienia radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen refugee camp - Traiskirchen IP: *.157.66.8.Dial1.Weehawken1.Level3.net 29.12.02, 16:55 poniewaz padlo pytanie o tym co uchodzcy wypisywali w papierach starajac sie o azyl w Austrii, chce dorzucic wlasne spostrzezenia z tego okresu. Pod koniec 1981 sytuacja w Polsce byla na tyle napieta politycznie ze tylko slepy i gluchy moglby nie zrozmuiec co moze sie stac w nastepnych miesiacach,tygodniach lub dniach. Stad ta lawina ludzi w pociagu dalekobieznym na trasie Katowice - Wieden, zapchane przejscia graniczne na terenie owczesnej Czechoslowacji itd. Sytuacja przypominala wydarzenia z lat 50-tych na Wegrzech gdzie fala uchodzcow z Wegier zalala Austrie ,wielu z nich mieszka tam do dzisiaj juz jako drugie pokolenie. Otrzymanie azylu tuz po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce nie stanowilo zadnego prawie problemu chocby ze wzgledu na to ze jakikolwiek powrot z zagranicy w tym czasie wiazal sie z ryzykiem przesluchiwan,odebraniem paszporu na dlugi czas i bacznym przygladaniem sie przez UB-owcow ,nie mowiac o tym ze ci co naprawde nalezeli do Solidarnosci jako zw.zawd. mogli byc potraktowani w sposob "szczegolny" przez owczesne wladze. Oczywiscie ze wiekszosc z emigrujacych szukala przedewszystkim normalnego zycia, tak samo jak i Rumuni czy Albanczycy ktorzy stanowili w obozie wiekszosc i normalny codzienny obrazek typowego balaganu jaki oni wprowadzali przez sam fakt pobytu na terenie obozu. W polowie 1982 roku placowki dyplomatyczne USA na terenie Wiednia oraz organizacje uchodzcze urochomily tzw "most powietrzny" miedzy Wiedniem a Stanami,wprowadzono uproszczone reguly przyznawania statusu uchodzcy i emigrowania w przyspieszonym tempie do Stanow,skorzystalo z tego tysiace naszych rodakow do tej pory beznadziejnie oczekujacych na wyjazd w obozach. Oczywiscie w tym ogolnym rozgardiaszu ,wielu bylo takich ktorzy sie poprostu przeslizgneli przez uproszczone procedury INS-u jak wielblad przez ucho igielne,w tym byli zagorzali czlonkowie PZPR lub aktywni ORMO-cy itp, oni tez szukali normalnosci i sposobu na wydostanie sie z"raju PRL-u" To temat olbrzymi zaslugujacy na osobne opracowanie. Mysle ze strona internetowa powstanie w niedlugim czasie o tym ciekawym okresie . Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Toto Pozdrowienia gen. IP: *.proxy.aol.com 30.12.02, 00:00 Dobrze ze ten watek znow wyplynal.Daj znac jak bedzie jakas strona internetowa.Co rusz jakies nowe wspomnienia odzywaja. PS: Szczesliwego Nowego Roku dla wszystkich "fluchtlings" Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mirko Uchodzcy... IP: *.union01.nj.comcast.net 30.12.02, 14:04 Gość portalu: gen napisał(a): > poniewaz padlo pytanie o tym co uchodzcy wypisywali w papierach starajac sie o > azyl w Austrii, ... itd. No tak, ja tym pytaniem rzucilem, ale pytanie bylo o to co ludzie pisali/mowili zeby sie zalapac na azyl w Australii, Kanadzie czy USA, bo do zadnego z tych krajow nie ma (i wtedy nie bylo) emigracji innej niz laczenie rodzin (proces na ogol trwa lata) czy uchodzczej (bycie przesladowanym), dlatego mnie to ciekawi. Bylem wtedy w Polsce i wiem ja tam bylo ( polskaludowa.com/ ) wiec nie trzeba mi objasniac, ze n.p. za przedluzenie pobytu na wycieczce mozna bylo nie dostac paszportu przez nastepne kilka lat, za sprzedawanie dolarow pod Peweksem czy kartek na paliwo pod CPN-em tak samo a za dodatkowy wyjazd do Austrii zamiast deklarowanej Jugoslawii - to juz na pewno. To sa oczywiste sprawy, ale na tej podstawie ani nawet tym, ze jesli dzialalo sie w PZPR to dziecko do Komunii trzeba bylo posylac na drugim koncu Polski - raczej nie dalo sie wtedy dostac azylu w Stanach. Jestem przekonany ze trzeba bylo miec (albo je napredce wymyslec) znacznie gorsze doswiadczenia "aus der PRL". Jakie? Co trzeba bylo napisac (zeznac), zeby wtedy wystaczylo do wizy do raju? W tym pytaniu oczywiscie kryje sie drobny poddtekst: Wiele razy na tym forum pojawialo sie: "Bashing illegals" tzn wieszanie psow na "turystach" - ludziach, ktorzy z braku lepszych perspektyw w Polsce i korzystajac z dostanej mniej lub bardziej przypadkowo wizy "turystycznej" do n.p. USA zdecydowali sie zostac i pracowac nielegalnie, itd... Odpowiedz Link Zgłoś
kiszczak Czy nalezy sie odszkodowanie ? 30.12.02, 22:46 Jesli przebywalo sie w obozie w Austrii to czy nalezy sie za to odszkodowanie pienizne od wladz Austrii ? Odpowiedz Link Zgłoś
radca Re: Czy nalezy sie odszkodowanie ? 30.12.02, 22:57 kiszczak napisał: > Jesli przebywalo sie w obozie w Austrii to czy nalezy sie za to odszkodowanie p > ienizne od wladz Austrii ? - to wesole )) nooo, to i mnie by cos skaplo radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mirko Należy się cieszyć... IP: *.union01.nj.comcast.net 01.01.03, 14:33 ... że nie ma sie do czynienia z miejscami typu Transkirchen w obecnej postaci: www.no-racism.net/diskussion/deportation_prison_engl_01.htm i www.noborder.org/without/austria.html www.amnesty.ie/act/photos/austria.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
ozpol Re: Należy się cieszyć...Za wczesnie, bo.. 04.01.03, 23:45 Gość portalu: Mirko napisał(a): > ... że nie ma sie do czynienia z miejscami typu Transkirchen w obecnej postaci: > <a href="www.no- racism.net/diskussion/deportation_prison_engl_01.htm"tar > get="_blank">www.no-racism.net/diskussion/deportation_prison_engl_01.htm</a> i > <a href="http://www.noborder.org/without/austria.html"target="_blank">www.nobor > der.org/without/austria.html</a> > <a href="http://www.amnesty.ie/act/photos/austria.jpg"target="_blank">www.amnes > ty.ie/act/photos/austria.jpg</a> "Obozy" dalej istnieja ale w mniejszych rozmiarach. Traiskirchen i Bad Kreuzen dalej funkcjonuja a takze sa obozy dla nielegalnych emigrantow czy to we Francji, Anglii czy Australii. A co powiesz o obozach w Afryce czy Azji? Odpowiedz Link Zgłoś
biala-twarz Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 04.01.03, 22:01 Czy moze ktos mi podac jak znalezc watek o obozie we Wloszech ? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: am Kto byl we Friedbergu (Austria) IP: *.ab.hsia.telus.net 07.01.03, 05:08 Przebywalem tam przez kilka ladnych miesiecy 81-82 w miejscowosci Friedberg (Austria)i mieszkalismy w pieknym Parkhotelu. Czy ktos tam przebywal w tym czesie? pozdrawiam am Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: polishAM Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.nas19.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 07.01.03, 05:39 Jeszcze jedna sprawa. Ja wtedy zlozylem papiery na wszystkie kraje swiata i pierwsza wypalila mi Pld. Africa. Rowniez bedac w Traichu na miesiac przed wyjazdem podpisalem azyl w Austrii. Potem sie nad tym nie zastanawialem, bo Austria wydawala mi sie sympatycznym ale stosunkowo ubogim krajem. Pisze to, bo kazdy z nas mogl pozostac na miejscu i ja potem spotkalem kilka osob, ktore tak postapily. Teraz oczywiscie stracilem kontakt. Jak tam jest w Wiedniu? Za tamtych czasow dawano mieszkanie czynszowe i niecale 4 tys. szylingow na zycie dla tych co opuszczali oboz. I jeszcze jedno. Braliscie udzial w grudniowym "marszu na ambasade polska" w 1981 roku wzdluz Mariahilfer strasse? Bylo prawie pol miliona ludzi. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: atoja Ingelheim/ kolo Mainz IP: *.proxy.aol.com 08.01.03, 02:30 Bylam tam w latach '85-'86...czy ktos tam byl w tym czasie/?? pozdrawiam Atoja) Odpowiedz Link Zgłoś
hungry_wolf Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 03:12 Gość portalu: polishAM napisał(a): > Jeszcze jedna sprawa. Ja wtedy zlozylem papiery na wszystkie kraje swiata i > pierwsza wypalila mi Pld. Africa. Rowniez bedac w Traichu na miesiac przed > wyjazdem podpisalem azyl w Austrii. Potem sie nad tym nie zastanawialem, bo > Austria wydawala mi sie sympatycznym ale stosunkowo ubogim krajem. Pisze to, bo > > kazdy z nas mogl pozostac na miejscu i ja potem spotkalem kilka osob, ktore tak > > postapily. Teraz oczywiscie stracilem kontakt. Jak tam jest w Wiedniu? Za > tamtych czasow dawano mieszkanie czynszowe i niecale 4 tys. szylingow na zycie > dla tych co opuszczali oboz. I jeszcze jedno. Braliscie udzial w grudniowym > "marszu na ambasade polska" w 1981 roku wzdluz Mariahilfer strasse? Bylo prawie > > pol miliona ludzi. Dzisiaj South Africa jest b. biednym krajem a Austraia jest bogatym krajem w EU. Wic czy wybor byl sluszny? Oczywiscie nie. Podejrzewam ze juz wyrwales z SA, moge wiedziec gdzie? Wszyscy sie pchali do Kanaday albo USA. Wielu jednak nieszcesnikow pozostalo w krainie czarnego Lenina. Odpowiedz Link Zgłoś
radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 19:47 Ja pozostalem w Austrii radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: polishAM Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.nas35.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 08.01.03, 21:32 Ja mieszkalem w RPA prawie 10 lat i to byly najlepsze czasy mojego zycia. Wyjechalem stamtad 12 lat temu i rozpoczelem kariere w Stanach do ktorej nigdy sie nie palilem. Jezeli ktos nie jest nastawiony materialnie stanowczo odradzam. Tu do Radcy. Austrie bardzo lubilem i czulem sie tam jak w domu. Pamietam, ze raz przegladalem ksiazke telefoniczna i polowa nazwisk miala slowianska pisownie. Rzadzona wtedy Austria przez Kreiskiego byla niezbyt zamoznym, ale solidnym krajem. Oczywiscie Kosciol Sw. Stefana i Ring pozostaje w pamieci. Austriacy wydawali mi sie tez bardzo przyjazni i nigdy nie spotkalem sie z niechecia. Niektorzy naduzyli goscinnosci ale to inna sprawa. Jak tam Polonia w Austrii? Odpowiedz Link Zgłoś
kiszczak Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 21:36 Bylem w tym obozie , teraz nalezy mi sie odszkodowanie od Austryiakow .Moze wiecie ile beda placic za kazdy miesiac ? Odpowiedz Link Zgłoś
radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 22:28 kiszczak napisał: > Bylem w tym obozie , teraz nalezy mi sie odszkodowanie od Austryiakow .Moze wie > cie ile beda placic za kazdy > miesiac ? - wesole )) ktos kiedys powiedzial w zartach,ze " w Austrii to sie liczy dopelt " oznacza,ze jak gdzies üracujesz 2 lata - to tak sie meczysz - jakbys byl tam 4 radca Odpowiedz Link Zgłoś
radca Witaj Polish AM 08.01.03, 22:25 Na wstepie pragne Tobie podziekowac za wlaczenie w Pomoc dla dzieci z Domu Dziecka. Wiecej na ten temat ukaze wkrotce. Odpowiedz na Twoj post dotyczacy Austrii odpowiem w nastepnym poscie. pozdrawiam z "Kasztanii " radca Odpowiedz Link Zgłoś
radca do Polish AM 08.01.03, 22:44 Gość portalu: polishAM napisał(a): > Ja mieszkalem w RPA prawie 10 lat i to byly najlepsze czasy mojego zycia. - pamietam jak bedac w obozie " w trajchu" szukalo sie mozliwosci dalszej emigracji.Pojawiali sie posrednicy w zalatwianiu wyjazdow.Glosno bylo wtedy o Panu Szablowskim - RPA. Pojawial sie c jakis czas na rozmowy. Nalezalo wyslac formularz i dobrze wszystko opisac.Nastepnie przychodzila odpowiedz,ze nalezy wplacic 70 dolarow i czekac cierpliwie. Ja z tej mozliwosci nie skorzystalem i nie slyszalem,aby komus sie udalo z Panem Szablowskim. > Wyjechalem stamtad 12 lat temu i rozpoczelem kariere w Stanach do ktorej >nigdy sie nie palilem. Jezeli ktos nie jest nastawiony materialnie stanowczo > odradzam. - byc moze jest tak,wielu wracalo schorowanych. > Tu do Radcy. Austrie bardzo lubilem i czulem sie tam jak w domu. - no roznie tutaj jest.Jestem tutaj lacznie okolo 15 lat.Czy mozna sie tu czuc "jak w domu " ? To zalezy,ale juz jest coraz lepiej. >Pamietam, ze raz przegladalem ksiazke telefoniczna i polowa nazwisk miala >slowianska pisownie. Rzadzona wtedy Austria przez Kreiskiego byla niezbyt >zamoznym, ale solidnym krajem. - ten kraj ma jednak ustabilizowana gospodarke i unormowany styl zycia. >Oczywiscie Kosciol Sw. Stefana i Ring pozostaje w pamieci. - nigdy tam nie bylem w tym kosciele,lecz wiele slyszalem > Austriacy wydawali mi sie tez bardzo przyjazni i nigdy nie spotkalem sie z > niechecia. Niektorzy naduzyli goscinnosci ale to inna sprawa. - z ta "goscinnoscia " to jest roznie >Jak tam Polonia w Austrii? - hmm... trudno mi powiedziec,ale a duzo nie slychac.Ludzie z poludniowej Polski maja "zabi skok" do domu,a wiec juz pojecie "Polonii" sie zmywa - jest za blisko i granice sa otwarte.W kazdej chwili - za pare godzin mozesz byc juz w Polsce.To juz nie jest "Polonia" a "ludzie z POlski" pozdrowienia radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: polishAM Do Radcy. IP: *.nas35.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 09.01.03, 00:11 Dziekuje za response. Jezeli chodzi o wyjazd do RPA to w 1981-82 roku sprawy zalatwialo sie bezposrednio w ambasadzie ktory byl zreszta w Ringu w luksusowym budynku wtedy calkowicie oblezonym przez Polakow. Pamietam, ze w srodku tego budynku spotykalo sie znajomych, jadlo swoj lunch i cala obsluga afrykanska mowila po Polsku. Byl rowniez pan mecenas Brazgalski (od Andersa) i mozna bylo na nim polegac, przy czym odwiedzalem go niejednokrotnie pozniej w Johannesburgu. Przjezdzali przedstawiciele firm i z nimi regulowalo sie warunki wyjazdu. Co do Austrii rzecz jest nastepujaca. Dla nas Polakow, Europejczykow, Stany nie sa dobra propozycja. Ja nie moge narzekac bo Stany mi daly szanse ktorej bym nigdzie indziej nie znalazl. Ale moj czas tutaj sie konczy i bez zalu bede opuszczal te strony. Austria to cos innego. Tam sie po prostu wrasta. Poza tym bywalem wiele w krajach trzeciego swiata i widzialem tyle biedy, ze trudno sobie to wyobrazic. Dlatego doceniam kazdy kraj ktory ma cos do zaoferowania. Zakupy robilem u Hopfera i w Billi. Mieszkalem tez w Melku. Pozdrawiam. Odpowiedz Link Zgłoś
radca Re: Do Polish AM 09.01.03, 00:20 Jesli zdecydujesz sie na powrot do Austrii - to pomoge Tobie - by Ci przygotowac grunt Napisz mi na adres poczty lub beposredniego meila - ktory znajdziesz na stronie chomik.kip.pl lub wyslij mi swojego meila na dres poczty "radcy". Jajestem tutaj caly czas w Austrii i mam bardzo dobra orientacje - co ? i gdzie ? )) pozdrowienia radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: polishAM Re: Do Polish AM IP: *.nas34.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 09.01.03, 01:46 Drogi Radco serdecznie dziekuje za oferowana pomoc. Ja jednak wracam do swojego rodzinnego Poznania. Pod koniec roku likwiduje tu wszystko i wracam tam gdzie do dnia dzisiejszego odbywaja sie spotkania przyjaciol z mojej szkoly. Zwykle na Gwiazdke odwiedzam Polske, ale tym razem tego nie zrobilem poniewaz zostalo mi jedyne dwanascie miesiecy...Jestem jednak przekonany, ze spotkamy sie pewnego dnia kiedy juz sie zamelinuje na dobre w kraju. Pozdrawiam. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Re: Do Polish AM IP: *.59.107.89.Dial1.Weehawken1.Level3.net 09.01.03, 02:01 ciekawa droge ,przeszedles polishham, zreszta jak wiekszosc z nas !! Emerytura juz wypracowana ??? bo to jest chyba pdstawa powrotu ?,choc gdy wejdzie Euro do obiegu w Polsce to nie bylbym tak optymistycznie nastawiony co do cen i jakosci zycia na przyszlosc. Ale to indywidualne podejscie do zycia, powodzenia !! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: polishAM Re: Do Polish AM IP: *.nas34.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 09.01.03, 03:04 Jeszcze mi brakuje do emerytury ale wypracowalem juz odpowiednia ilosc. Poza tym jakby to nazwac mialem szczesliwa reke i stracilem zupelnie motywacje do pracy w Stanach. Poprzednio juz przesiadywalem dluzej i dluzej w Polsce i ciezko mi bylo przyjezdzac. Tak to mniej wiecej wyglada. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ola Do Polish AM IP: *.corp.redshift.com 11.01.03, 22:06 Ciekawy watek. Zainteresowaly mnie Twoje losy i decyzja powrotu do Polski. Jakze sie roznimy. Dla mnie USA od pierwszego dnia byly "wybranym ladem". Znalazlam tutaj pelna satysfakcje zawodowa i osobista. Przepiekny kraj przyrodniczo i geograficznie. Wspaniali ludzie. Szanse rozwoju o jakich nie snilam. Teraz stoje przed delematem ze powinnam odwiedzic matke i sama mysl o wizycie w Polsce nastraja mnie gleboka depresja. Bylam tam 10 lat temu i to mi wystarczyloby na reszte zycia. Poki co spotykalam sie z rodzina tutaj lub w Europie na wczasach. Oczywiscie kazdy ma inne idealy zycia. Nie kazdy lubi "chocolate cake"... Zycze Ci szczescia w miejscu do ktorego tesknisz. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: misio Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: BNPDCOM* / *.bmts.com 09.01.03, 17:23 Po dwoch dniach jazdy Fiatem 126p stanelismy przed obozem. Po nastepnych dwoch dniach odjechalismy do pensjonatu w Alpy na ciag dalszy emigracji. Z samego obozu pamietam glownie surrealistyczna kwarantanne na 3 pietrze. Zatloczone pokoje i lozka na korytarzu, ubikacje, do ktorych mozna bylo wchodzic tylko na szczudlach, ekscesy pijanych Rumunow i Albanczykow, lacznie z przechodzeniem z pietra na pietro po zewnetrznej scianie budynku, tlum ludzi czekajacych na ewakuacje do magicznie brzmiacych pensjonatow. W pensjonatach bylo OK, w pierwszym prawie rodzinnie, w drugim - hotelowo. Przez rok czekalismy na wyjazd za Ocean. Galeria postaci, z jaka sie w czasie tego roku zetknelimy, byla imponujaca: Facet, ktory postanowil zalozyc Polskie Sily Zbrojne na obczyznie, kupic krazownik, poplynac na Baltyk i odbic Gdansk. Inny facet, ktory objasnial swoje metody walki z komuna: kradl w swoim zakladzie pracy, ile sie dalo. Dwoch troglodytow w poczekalni przed tzw. interview, udzielajacych sobie pouczen na temat zeznan. Gdy jeden w koncu zostal wezwany, drugi wykrzykiwal za nim ostatnie wskazowki: "pamietaj, powiedz, ze na glinie wpier...li ci palami". Panienka pracujaca gdzies w obozie, ktora chciala koniecznie nam pomoc i kupic naszego 126p za 100 szylingow, twierdzac, ze juz jutro policja go nam zarekwiruje i jeszcze wymierzy kare. Faceci, ktorzy z zachwytem krytykowali glupote Austriakow, ktorzy nie umieja pilnowac w sklepach wiec krasc mozna ile sie da. Facet, ktory opowiadal, jak odkrecil (czyli ukradl) kola Fiata 125p sprzed obozu, mowiac, ze on na pewno do nikogo juz nie nalezy, bo tak dlugo tam stal. Neandertalczyk, ktory chwalil sie, ze na placu-meksyku w Wiedniu zalatwil sobie dyplom ukonczenia "Uniwersytetu Polskiego", bo szybciej biora ludzi wyksztalconych. Facet, ktory z duma opowiadal, jak swiadczyl uslugi Polakom przyjezdzajacym pociagiem na Hauptbahnhof w Wiedniu. Dowozil ich samochodem do obozu za stawke 2-3 razy wieksza, niz taksowka. Dobry samarytanin. Podziwialem wyrozumialosc Austriakow, ktorzy bardzo liberalnie podchodzili do beznadziejnych ekscesow niektorych azylantow. Gdyby zalezalo to ode mnie, wszyscy zlodziejaszkowie i cwaniacy byliby deportowani w ciagu doby. Najlepiej za Ural. Do dzis nie rozumiem tez kryteriow przyjmowania na wyjazd za Ocean: Na przyklad, czlowiek z zawodem magazyniera + zona bez zawodu + dwoje dzieci + zerowa znajomosc jezyka angielskiego zostali przyjeci. Inny czlowiek z zona (oboje wyksztalcenie wyzsze techniczne) + dziecko + znajomosc jezyka zostali odrzuceni. Rok w Austrii do dzis wspominamy jako najdluzsze wakacje polaczone z niezla szkola zycia. Poznalismy wielu zacnych ludzi, z ktorymi do dzis utrzymujemy bliskie kontakty. Krajowi temu nalezy sie duze podziekowanie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.157.68.30.Dial1.Weehawken1.Level3.net 10.01.03, 01:34 Bardzo ciekawe wspomnienia,calkowicie pokrywajace sie z moimi,byc moze bylismy w tym samym okresie czasu i mamy podobnych znajomych lub inne doswiadczenia. Czy moge prosic o kontkakt ? na e-mial. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: polishAM Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.nas18.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 10.01.03, 03:40 To rzeczywisty obraz trzeciego pietra w Traichu, z ktorego Rumuni schodzili w nocy po rynnie po zapas alkoholu i papierosow (kapitalizm nie umarl), a inni stracili wszystka swoja gotowke w karty tylko trzy dni po przyjezdzie. Nie brakowalo ludzi chetnych zaciagac sie do armii najemnych i innych jeszcze szalenczych pomyslow, ktorych nie w sposob zapamietac. Dodam, ze rodzinom bylo nieporownywalnie ciezej. Po prostu byli przywiazani do jednego miejsca co ograniczalo mozliwosc lewej pracy i dopilnowania spraw emigracyjnych. Obserwowalem ta zime i oczekujacych w grudniu 1981 roku z przerazeniem bo przed 13 grudniem Austriacy zaczeli tracic nad wszystkim kontrole (kilka dni wczesniej wprowadzono wizy czyli klapa dyplomatyczna Bruno Kreiskiego). Ale oczywiscie naleza im sie podziekowania za cierpliwosc. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: misio Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.bmts.com 11.01.03, 06:31 Do obozu zajechalismy pod sam koniec sierpnia 1981, kilka miesiacy przed wojna jaruzelska. Potem byl pensjonat w Murzzuschlag, a nastepnie duzy hotel w Neuberg (Steiermark). Czy wspolrzedne czasoprzestrzenne sie zgadzaja? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.59.101.136.Dial1.Weehawken1.Level3.net 11.01.03, 19:09 ja znalazlem sie tam "5 minut przed 12 ta" czyli w listopadzie 81,wtedy w Trajchu byl najwiekszy "cyrk" !!!! - sam dobrze wiesz co tam sie dzialo, wszystko pamietam jak dzis zreszta mysle ze kazdy z nas !!. Gdzie siedzisz dzis po 20 latach ??? - Stany ??? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: misio Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.bmts.com 11.01.03, 20:20 Kanada pachnaca zywica. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jurek Do gen IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 11.01.03, 20:43 Hej, Herr General, wlasnie w jednym z torontonskich publikacji polonijnych ukazal sie na dwie strony wywiad z pania Elzbieta M. ktora byla jedna z pasazerek pegeerowskiego samolotu opylacza na ktorym ucieklo kilkanascie osob do Szwecji 21 marca 1983 r (zbliza sie 20 rocznica). Jestem zbyt leniwy aby to przepisywac (2 strony) ale wysle ci ten artykul jak podasz jakis adres pocztowy - napisz do mnie: hulajnoga@hotmail.com Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Trajch 81 IP: *.245.117.129.Dial1.Weehawken1.Level3.net 12.01.03, 01:21 podaje ciekawy link wspomnieniowy jednego z veteranow Traiskirchen zatytulowany "Zolte koperty" - warto poczytac - www.najmici.org Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: link Re: Do gen IP: *.bc.hsia.telus.net 12.01.03, 06:08 www.najmici.org/kirchen.htm Odpowiedz Link Zgłoś
pl.adex Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 13:29 Ja wyjechalem z Polski pod koniec lat 7o-ych byl to rok1979.Przyjechalem do Wieddnia pociagiem i na Suedbahnhofie zadecydowalem ze tym pociagiem nie wroce.zalatwilem sobie tani hotel przy dworcu Westbahnhof i wiedzialem ze aby starac sie o azyl to ma sie trzy dni a potem moga deportowac,znalem wtedy swietnie niemiecki wiec podszedlem do plicjanta na Schottenring i ten powiedzial mi ze biuro jest na Baeckerstrasse 13.Nastepnego dnia rano tam poszedlem z manelami,bylo nas trzech Polakow,dwoch wegrow.czeska para i Slowak,przyjechala furgonetka i zawiozla nas do Traiskirchen.Bylem tam tylko trzy tygodnie,kiedy zeszlismy wszyscy z odosobnienia to akurat Kanada zaprzestala brac imigrantow,kwota zostala wyczerpana na rok,USA sie nie spieszyli wiec czekal nas dlugi pobyt.pamietam ze proponowano mi prace tlumacza w obozie ale najpierw musialem czekac 6 miesiecy na azyl,a mnie sie spieszylo i ta ciagla niepewnosc moze zaczna deportowac z powrotem.Az tu dziennik telewizyjny Australia podpisala z Austria umowe.Austria wezmie z Australii Wietnamczykow a oni w zamian za to uchodzcow z Europy Wschodniej.zalatwianie papierow zajelo trzy tygodnie a potem odlot.Wyladowalismy 55 osob w Adelaide,najwiecej bylo Polakow,czterech wegrow,dwa malzenstwa z czech,szesciu Rumunow i pieciu Slowakow.Na lotnisku miejscowe media poraz pierwszy od czasow drugiej wojny swiatowej przyjechala duza grupa imigrantow z Europy wschodniej.zawiezli nas do obozu dla imigrantow a tam sami Wietnamczycy i tylko jedno malzenstwo z RPA,wtedy byl tam koniec lata upal nieziemski,przedmiescia brzydkie,kurz,jedna Polka dostala rozstroju nerwowego i ja ONZ z powrotem do Austrii poslal.Po kilku miesiacach pobytu nauczano nas jezyka,pomoc byla w znalezieniu pracy i jakos czlowiek stanal na nogach.Kiedy ostatnim razem bylem z zona australijka w Wiedniu pojechalem bahnem do Baden,Traiskirchen w dalszym ciagu stoi ale pelno tam teraz murzynow,czyli oni zajeli nasze miejsce.traktuje to miejsce z sentymentem,ale bylem tam trzy tygodnie tylko i wtedy byl tam spokoj przelom 79/80 rok,Solidarnosc to dla mnie tylko nazwa ja wtedy bylem w Australii. Odpowiedz Link Zgłoś
radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 14:43 Ja przyjechalem w roku 1987 do " Trajchu".Dostalem azyl i jestem w Austrii do dzisiaj.Nie mialem tego "szzczescia " by emigrowac dalej.Bylo juz za pozno. Zostalem wiec tutaj.To prawda,ze dzisiaj w "trajchu" wiekszosc to - "afrykanczycy ". Slyszy sie rowniez czesto jezyk rosyjski. radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: E Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: proxy / *.vc.shawcable.net 12.01.03, 22:07 radca napisał: > Ja przyjechalem w roku 1987 do " Trajchu".Dostalem azyl i jestem w Austrii > do dzisiaj.Nie mialem tego "szzczescia " by emigrowac dalej.Bylo juz za pozno. > Zostalem wiec tutaj.To prawda,ze dzisiaj w "trajchu" wiekszosc to - > "afrykanczycy ". Slyszy sie rowniez czesto jezyk rosyjski. > > radca Moj maz przyjechal do Austrii w 1987,ja w styczniu 1988 a 3 pazdzernika 1988 bylismy juz w Kanadzie.Wiec jeszcze wtedy nie bylo za pozno. Pozdrawiam. Odpowiedz Link Zgłoś
radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 22:23 Gość portalu: E napisał(a): > Moj maz przyjechal do Austrii w 1987,ja w styczniu 1988 a 3 pazdzernika 1988 > bylismy juz w Kanadzie.Wiec jeszcze wtedy nie bylo za pozno. > Pozdrawiam. - faktycznie ,zdarzaly sie takie sporadyczne przypadki z wyjazdami do Kanady. Z naszego PENSJONATU rowniez jedna rodzina wyjechala.Byli kilka razy na interwiu w Ambasadzie.Trudno okreslic - jakie kryteria nalezalo spelniac ? Lecz wielu- i to ci ktorzy byli "juz pewni na wyjazd " - nie zalapali sie Ja akurat staralem se o wyjazd do Australii - nie udalo sie,wiec pozostalem w Austrii. pozdrawiam radca Odpowiedz Link Zgłoś
don5 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 22:31 I dobrze ze zostales. 80% polakow australijskich chce wyjechac z kangurowa Odpowiedz Link Zgłoś
pl.adex Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 15.01.03, 13:17 don5 napisał: > I dobrze ze zostales. 80% polakow australijskich chce wyjechac z kangurowa Moze to i prawda,Australia jest innym krajem i ciezko sie bylo tam zaaklimatyzowac,chyba te odwrotne pory roku,upaly na Xmass i na pierwszy rzut oka kraj jest taki sobie.Ale wszystko tu jest pochowane,trzeba dopiero poznac tych ludzi i okazuje sie ze oni sa bardzo sympatyczni i przyjazni,Nikt mi nigdy nie powiedzial zebym wracal skad przyjechalem i cale zycie spotkalem wesolych ludzi ktorzy jak poznaja ze jestes ok to traktuja ciebie z szacunkiem.takie polskie zwyczaje jak postaw sie i zastaw sie tu sa nie do pomyslenia,ludzie nazywaja spade a spade i jak ktos mowi ze ma czteropietrowa wille to ja rzeczywiscie ma.Ja mam zone Australijke do polskich klubow nie chodze a kazda wizyta w Polsce nastraja mnie przygnebiajaco,juz sam widok ze samolot laduje w Singapurze i czlowiek czuje sie jak u siebie.Oni mnie przyjeli,pomogli zagospodarowac i jestem im za to wdzieczny,jestem juz tutaj ponad 20 lat,zawsze pracowalem,wiec zaplacilem z powrotem w podatku ta inwestycje we mnie.Do polski wracac nie bede bo po co? Wy macie tam swoje problemy a i jest to juz dla mnie inny kraj,nawet rodzice mowia mi ze mam akcent,cos okropnego akcent w Australii -nazywaja mnie heavy German Accent i akcent w Polsce jak mowie po polsku czyli typowy imigrant zawieszony gdzies w polowie ale Australia jest juz moja ojczyzna i tu bedzie moj grob. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: do ALI Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.corp.redshift.com 12.01.03, 22:24 Wzruszyly mnie Twoje wspomnienia. Nie piszesz co bylo potem..? Kiedy polaczyliscie sie z dzieckiem? Mam nadzieje ze jestescie szczesliwi w Kraju jaki sobie wybraliscie i ze wasza pociecha ma tutaj wieksze szanse na lepsze zycie. Moj maz siedzial w Traiskirchen 2 dni i udalo mu sie dostac do pensjonatu jednego a potem innego. Po roku dostal wize do USA. W sumie po 2ch latach 2ch m- cach polaczylismy sie. Komuna nie chciala wydac paszportu. Trzeba bylo przekupic itd.. Tamte trudne chwile byly cena za zycie o jakim nie snilam jest mozliwe. Oczywiscie ciezka praca, duzo nauki ale to sie tuaj oplaca, to daje wyniki. Nasz syn ma prace i perspektywy na ktore nigdy by nie mial szans w Polsce. Moja przyjaciolka z Polski zrezygnowala wtedy z szansy wyjazdu do USA. Jej corka teraz, po studiach, inteligentna i wspaniala osoba ma bardzo trudne zycie w POlsce. Brak mieszkania, brak pracy odpowiadajacej jej wyksztalceniu... Mam zal do kolezanki ze nie wyjechala chociazby ze wzgledu na jej dzieci. Austria byla bardzo waznym przystankiem w naszym zyciu. Nigdy tam nie bylam ale moj maz bardzo cieplo wspomina Austriakow i szanse jaka nam dali. Alu, wszystkiego najlepszego przesyla rodaczka z Kalifornii. Odpowiedz Link Zgłoś
nikah Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 13.01.03, 22:14 czytajac te wypowiedzi to widze ze my z latiny mielismy troche latwiej Odpowiedz Link Zgłoś
biala-twarz Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 01.02.03, 15:25 nikah napisała: > czytajac te wypowiedzi to widze ze my z latiny mielismy troche latwiej A w ktorym roku bylas ? Czy moze wiesz, czy jest tez taki sam watek wlasnie o Latinie ? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ... Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.corp.redshift.com 16.01.03, 21:26 ... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: up Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 26.01.03, 12:28 up dla dona5 Odpowiedz Link Zgłoś
don5 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 26.01.03, 19:15 Żółta koperta Krzysztof Szablowski Siedziałem w obozie. Dla uchodźców politycznych oczywiście, w Traiskirchen. W Austrii. Zaczeło się pierwszego grudnia (12 dni przed stanem wojennym) od stania pod bramą obozu. Było jeszcze ciemno. Ludki gromadziły się całą noc i czekały na otwarcie bramy. Teorie ataku bramy były różne. Strategia była opracowywana na bieżąco, odpowiednio do tego co działo się w tym miejscu dnia poprzedniego. O 8.00 wyszedł przed bramę Pan strażnik. Widocznie wolał: tej bramy nie otwierać! Kiepską polszczyzną powiedział: - proszę podawać paszporty W tym momencie wysypało się mu na głowę przynajmniej sto paszportów. Zaczął je zbierać. Zebrał garść i chciał wycofać się do strażnicy. Ludki zaczeli napierać. - Pan weźmie mój, pan weźmie mój - krzyczeli. Jedni popychali Pana strażnika, drudzy ciągneli za rękawy. Pan strażnik jakoś wyswobodził się i jak nie furknie trzymane w ręku paszporty na oślep, w tłum. Ludki rzucili się zbierać paszporty, a Pan strażnik zniknął w dyżurce. Tłumek falował i radził jak podejść Pana strażnika nastepnym razem. Pogoda była ładna. Leciuteńki mrozek. Słoneczko. Przy budce telefonicznej grzeczna kolejka. Każdy chciał porozmawiać z Polską: "na blachę". Tłumek przybiera na wadze. - Szopen przyjechał - ktoś zauważył. Mijają dwie godziny. Pan strażnik pojawia się w drzwiach dyżurki. Na wszelki wypadek nogi z progu nie zdejmuje. Robi się cisza. Pan strażnik oznajmia: - Osoby z dziećmi proszę ustawić się po prawej stronie bramy, osoby bez dzieci ale z bagażami po środku, a samotni po lewej stronie bramy. I zniknął w dyżurce. Tłumek zafalował. - Panowie nie róbcie jaj, bo nigdy nie wejdziemy - ktoś zauważył. - Panowie ustawmy się - Ej, macie troje dzieci, pożyczcie jadno, co wam zależy, ech nieużyci jacyś - Hej! Kazik, ja jestem z wami, powiedzcie, że wujek jestem Samotni mają niewesołe miny. Oceniają, że ich szanse na wejście do środka, maleją. Po następnej godzinie czekania wyłania się Pan strażnik. Spojrzał, ludki grzecznie stoją w grupkach jak przykazał. Ruszył, w stronę grupki z dziećmi oczywiście. Wziął kilka paszportów, a tu jak nie ruszą dwie pozostałe grupki. Tumult się zrobił jeszcze większy niż za pierwszym razem. Pan strażnik potargany z trudem wycofuje się do stróżówki. W ostatnim momencie zniknięcia za drzwiami jeszcze zdążył: fru paszporty w tłumek. Sypią się epitety. Jak można takie dokumenty, zdobyte z takim trudem, bardzo często "za dodatkową opłatą", cisnąć tak na odlew bez poszanowania, gdyby nie przymrozek, to w błoto. Z tłumku wyłaniają się organizatorzy-samozwańcy. - Panowie tak nie można, bądźcie ludźmi, a nie bydło jakie, już południe, a nikt nie wszedł do środka. Tłumek rośnie. - LOT przyleciał - ktoś zauważył. Nastepne 3 godziny Pan strażnik nie wychyla się z budki. Ludki grzecznie stoją w grupkach jak pan strażnik życzył sobie. Organizatorzy-samozwańcy pilnują porzadku. Kolejka przy telefonie nie maleje. "Blacha" chyba już rozgrzana do czerwoności, stopi się niebawem. Zaczyna się sciemniać. W dyżurce coś drgnęło. - Panowie nie róbcie jaj, bądźcie w grupkach, bo nigdy nie wejdziemy do środka - postulują samozwańcy. Wychodzi Pan strażnik i zaczyna najspokojniej w świecie zbierać paszporty z rąk wetkniętych przez płot jak przez kraty. Zbiera od samotnych, bo ta grupka była najspokojniejsza, zrezygnowana wcześniejszymi przejściami. Nie ryzykuje tym razem kontaktu z tłumem. Ja samotny, byłem bez szans w poprzednich układach. Teraz stałem akurat przy płocie i Pan strażnik wziął odemnie paszport jak gdyby nigdy nic. Po następnych 2 godzinach zostałem już wyczytany z listy i po pańsku wszedłem do środka obozu. Była godzina szósta wieczorem. Śnieg zaczął pruszyć ciut większy. W Traiskirchen byłem 2 tygodnie. Tłok był niesamowity. Obóz przepełniony. W Polsce władze ogłaszają stan wojenny. Połowa ludków nie wie co robić. Jak szturmowali bramę, to wszyscy byli polityczni, teraz rura zmiękła. Połowa chce wracać. Najbardziej trzesą porami ci co pozostawiali domy albo inne majątki. Mają stracha, że jak właściciel jest za granicą, to dobra zostaną im zabrane. Administracja obozu nie wyrabiała z przerabianiem papierów, teraz doszła dodatkowa robota, ludki odbierają paszporty, oddać paszporty i wykreślić z ewidencji połowę uchodzców. Tak było. Tym co się ostali władze obozowe przyznały azyle polityczne i przyspieszyły wyjazdy do krajów, które w Austrii niczym na targowisku zaopatrywały się w emigrantów, czyli białą siłę roboczą. Po tych dwóch tygodniach chodzenia z kąta w kąt po obozowych komnatach, pojawiał się pan z listą 45 nazwisk i szuka przynależnych twarzy. Był to pan kierowca, który zabrał te 45 osób do autobusu z napisem CHARTER i zawiózł nas do pensjonatu w pięknej miejscowości Mondsee nad jeziorem Mondsee. Tu upłynęło mi 9 miesięcy w oczekiwaniu na wyjazd do Ameryki. Pracowałem w warsztacie samochodowym, więc nie było mi nudno. Zarabiałem 1250 - szylingów na tydzień. Były to duże pieniądze. Duże, bo "na czysto". Niejednemu austriakowi tyle nie zostawało z dużo większej pensji, po odliczeniu wszystkich wydatków z jedzeniem włącznie. Tego nikt z Polaków nie rozumiał. "Oboz" jaki był, taki był, ale pokrywał wszystko to, za co Austriak musiał zapłacić z zarobionej pensji. Do dnia dzisiejszego żaden "turysta" przyjezdżający do Ameryki dorobić nie rozumie, że $5 na godzinę, to duże pieniądze. Natychmiast przyrównuje te $5 do $20 co biorą tubylcy, ani przez moment nie pomyśli, że z tych $5 nie musi płacić: mieszkania, samochodu, ubezpieczeń, narzędzi i mnóstwa innych wydatków. Prześpi się, naje, do pracy zostanie "podrzucony". Całe $5 idzie do skarpety. Ja nie mam $5 - na czysto do skarpety za każdą przepracowaną godzinę. Wreszcie, któregoś dnia wracam z pracy. Czeka na mnie wiadomość. Za dwa dni o godzinie 23 podjedzie mikrobus i zawiezie mnie do miejsca większej zbiórki. Następny dzień upłynął błyskawicznie. Od rana do południa wyrabiałem paszport podróżny, po południu pożegnanie się z właścicielem warsztatu, wieczorem pożegnanie z zaprzyjaźnionymi austryjakami, pakowania niewiele i już byłem gotowy. Autobusik podjechał punktualnie, było już w nim kilka osób. Zawiózł nas do domu starców - punktu zbiórczego. W pustym domu starców każdy dostał pokój. - Autokar bedzie rano o 6.00. Zawiezie was do Wiednia na lotnisko. Proszę być gotowym - zameldowała jakaś osoba. - O dwunastej w południe będzie samolot charterowy Wiedeń - Nowy Jork - Wszyscy byli gotowi już w tym momencie, a do rana tyle godzin. Nikt nie kładł się spać tej nocy. Mikrobusik co jakiś czas przywoził po kilka osób. Jedni informowali drugich o rannym autobusie. Droga do Wiednia bez niespodzianek. Wody też jakoś nikt nie ruszał. Wiedeń, lotnisko, dużo ludzi. Przyjeżdżają autobusy z nowymi grupami. Żadnej informacji, ludki trzymają się w grupie, ale tylko dlatego, że Polacy. Jedyna informacja, to ta przywieziona, że samolot będzie nazywał się "Charter", poleci do Nowego Jorku o godzinie 12 w południe. Chodzimy po tym lotnisku, patrzymy w monitory odlotów i nic. Czeski film. Nikt nic nie wie. Nie pamiętam, która to była godzina, wszystkie monitory zgasły. Po chwili pojawią się spiker i z grobową miną zapowiada smutną wiadomość, że właśnie w Polsce umarł towarzysz W. Gomułka. Ludki zdębieli. Po chwili zaczęły się tańce i śpiewy w około monitorów. Takiej radości w narodzie dawno nie widziałem. Około południa pojawiają się jakieś urzędowe ludki. Nic nie mowią, tylko stawiają dwa stoły, razem jeden obok drugiego. Pojawiają się kartonowe pudła, a w nich żółte koperty. Pudła wędrują na zestawione stoły. Pan w krawacie, niezbyt czysto po polsku objaśnia: - Proszę się nie pchać - widocznie ma już doświadczenie. - Każdy dostanie swoją żółtą kopertę. Odbierać proszę osobiście za pokwitowaniem. Kopert nie wolno otwierać, pod ża Odpowiedz Link Zgłoś
don5 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp cdn 26.01.03, 19:20 Kopert nie wolno otwierać, pod żadnym pozorem. Muszą nienaruszone dojechać do Ameryki i osobiście wręczone pracownikowi emigracyjnemu na lotnisku. Otwarcie koperty grozi niewyobrażalnymi konsekwencjami z deportacją włącznie. Tak nastraszone ludki trochę mniej już pchali się do pana w krawacie. Pan w krawacie okazało się, że jest też emigrantem, tylko z emigracji po studenckich rozruchach w 1968 roku. Jakoś polskiego języka mu się troche zapomniało. Też przeszedł ten sam obóz. Wybrał wtedy Austrię. Wyczytywał nazwiska, koślawiąc wymowę, wręczał każdemu żółtą kopertę. Byłem na "S" wiec miałem czas popatrzeć. Ludki z kopertami gromadzili się w kupki dyskusyjne. Każdy ważył kopertę w ręku. Brał pod światło. "Przelewał" zawartość. Namacywał wnętrze. Domysłom nie było końca. Pan w krawacie powiedział też, że samolot będzie ok. godziny drugiej po południu. Gate number... (już dzisiaj nie pamiętam). Na monitorach pojawił się wreszcie "Charter to NY". Ludki zaczęli przemieszczać się grupkami do wskazanej bramki. Bramka była na poziomie płyty lotniska. Drzwi duże szklane, zamknięte. Niektórzy próbują otworzyć. Nie ma klamek. Oglądają, macają. Ktoś zrobił odkrycie, że otwierane są elektrycznie. Ludki krążą. Każdy trzyma żółtą kopertę, niektórzy w zębach, dosłownie, bo ręce i pachy zajęte bagażami. Każdy sprawdza zegarek, która godzina, pewnie żeby nie przegapić odlotu. Druga godzina nadeszła. Nic się nie dzieje. Zaczyna się wysyłanie "czujek" w inne rejony budynku. Szybko wracają. Żadnych wiadomości. Czas płynie bardzo powoli. Wreszcie pojawiają się panie ubrane w uniformy lotnicze. Jedna zapowiada: - wyjść na płytę jest trzy, samolot stoi daleko, nie widać go, do tych wyjść podjadą autobusy, samolot zabiera 250 osób, dla każdego jest miejsce siedzące, stojących nie ma, proszę podzielić się na trzy grupy, jedna grupa - pasażerowie z dziećmi, druga - pasażerowie z większymi bagażami podręcznymi, trzecia - samotni. Ja to skąś znam. Już raz ustawiałem się w takich grupach dziewięć miesięcy wcześniej. Grupki grzecznie poustawiały się. Czekamy. Pojawiają się autobusy. Szklane drzwi drgnęły, rozsuwają się. Jak się wiara nie rzuci. Panie "lotniczki" ledwo odskoczyły na bok. Ludki walą pędem do autobusów. Nikt nie patrzy, kto z dzieckiem, a kto z bagażem podręcznym. - Kaziu, zajmij mi miejsce przy oknie! Autobusy miały pootwierane bagażniki pod podłogą, nikt nie kładzie tam bagażu, jeden przez drugiego walą z tobołami do środka autobusu. Autobusy zapełniły się iw mig. Kierowcy powyskakiwali zza kierownic na bezpieczną odległość i patrzą co się dzieje. Autobusy już pełne, a połowa ludków na chodniku. Nie ma miejsca. Ja oczywiście nie załapałem się. Spóźnony refleks. Stoję z boku, ściskam żółtą kopertę w jednym ręku, jedyną torbę jaką miałem w drugim, mankietem oczy przecieram, niedowiary co się dzieje. Pani która poleciła zrobić grupki przed drzwiami usiłuje tłumaczyć: - Są trzy autobusy, bagaże należy położyć do bagażników, wtedy wszyscy zmieszczą się. Mowa trawa. Nikt nie ruszył się. Kierowcy poczekali chwilę. Pozamykali puste bagażniki. Pokiwali do siebie głowami. Odjechali. Reszta czeka. Czekaliśmy dobre pół godziny, zanim autobusy wróciły po nas. Ta grupa była już spokojniejsza. Kilka osob położyło nawet bagaż do bagażników. Podjeżdżamy pod samolot. Niektórzy próbują biec do samolotu, ale szybko zauważają, że schody do samolotu są pełne ludków. Tłoczą się na nich ludki jeszcze z pierwszych autobusow. Okazało się że po tych pierwszych autobusach wszystkie miejsca w samolocie są już zajęte. Jak oni to zrobili? Jest 250 miejsc w samolocie, jest 250 pasażerów, połowa pasażerów jeszcze na płycie lotniska, a w samolocie nie ma już wolnych miejsc? Polak jednak potrafi. Upychanie ludków połączone z tłumaczeniem, że każdy ma miejsce siedzące i nie ma miejsc stojących trwało dwie godziny. Wreszcie siedzę. Chciałem przy oknie, ale trudno. Od przejścia też jest dobrze, nawet lepiej, bo bede mógł przejść sie od czasu do czasu bez przepraszania i proszenia o pozwolenie ruszenia się. Z tym różnie bywa. Lecimy. Zaczynają się wedrówki ludów. Szukanie zgubionych przy wsiadaniu przyjaciół. W ogonie samolotu słychać pobrzękiwanie szkła. Polewają znaczy się. Ktoś ma dylemat. Otworzyć żółtą kopertę, czy nie otworzyć. - Otwieraj, co ci mogą zrobić, samolotu nie zawrócą, jak będziesz już w Nowym Jorku to cię w tyłek mogą pocałować. - Co deportują? To ty otwórż swoją kopertę, jak takiś mądry. A pewnie, że otworzę, nie takie przewalanki się robiło. Puszczają jakiś film. Nikt nie patrzy. Panie roznoszą słuchawki. Cena $2. Nikt nie bierze. Panie roznoszą jedzenie. Wszyscy biorą. Piwo do obiadu? Proszę bardzo, $2. Nikt nie bierze. Wielu ma własne zapasy. Obsługa samolotu anglojęzyczna. Nikt nic nie wie. Niektórzy jakoś sobie radzą. Wiadomo, światowcy. Po 6 godzinach zbliża się lądowanie. Panie roznoszą deklaracje do wypełnienia. Mało kto wypełnia. Ludki nie wiedzą o co chodzi. Ja zresztą też. Lądujemy. Ludki klaszczą. Obsługa nie wie o co chodzi. Na wszelki wypadek uśmiechają się. Wysiadanie przebiega bez dramatów. Idziemy rękawem do poczekalni. Przy wyjściu z rękawa jacyś żółtojęzyczni ludzie, skośnookie każą na migi oddawać żółte koperty. Jeden, okazało się Wietnamczyk, studiował w Polsce, zauważa: - Oooo, pańska koperta była otwierana, proszę na tę stronę, pana również była otwierana, proszę tutaj. Moja nie była otwierana, więc nie znam dalszej drogi tych ludków którzy otworzyli swoje koperty. Z lotniska zawieziono nas do hotelu. Była godzina jedenasta w nocy czasu NY. Mam pokój z człowiekiem zupełnie mi nieznanym. Nawet nie pamiętałem go z samolotu. Nie jest rozmowny. Zostawia swoje bagaże i gdzieś znika. Włączam telewizor (kolorowy). Przemawia pan prezydent, Reagan. Nic nie rozumię, ale czuję, że to dobry znak. Przychodzi mi do głowy pytanie: czy jeszcze za jego kadencji zrozumię co mówi? Rano zebraliśmy się w hallu recepcji i już małymi grupkami rozprowadzano nas do samolotów w różne kierunki Ameryki. Ja i pięciu innych samotnych trafiło do Amarillo w Texasie. Nigdy nie dowiedziałem się co było w mojej żółtej kopercie. Odpowiedz Link Zgłoś
don5 Traiskirchen - przedpieklo do raju. 26.01.03, 19:24 Traiskirchen - przedpieklo do raju. Piotr Wisniowski Byl to poczatek lat osiemdziesiatych , w szkole nie szlo mi najlepiej a perspektywa sluzby w Wojsku Polskim nie byla akurat mazeniem mojego zycia. Moim mazeniem byl swiat po tamtej stronie . Swiat o jakim mowili w radiu “Wolna Europa”, jaki ogladalem kartkujac kolorowe prospekty zachodnich firm albo ten o ktorym opowiadala mi ciocia. Ona byla “tam” od ponad 15 lat kiedy to wyjachala po poznaniu polskiego niemca Edka. Edek mial zeby jak szczur I kulal ale ciocia byla” zakochana” po uszy a Edek pewnie cieszyl sie ze wreszcie ma kobiete. Ciocia pracowala tam w kuchni a Edek w magazynie I tam byli zwyklymi robotnikami . Dla nas jednak byli to bogacze. Jak parkowali swoj Opel “Berlineta” to czesto gromadzil sie maly tlomek dzieciakow I slychac bylo uhy I ohy. Dorosli tylko nieznacznie zerkali z daleka niezrecznie tamujac bulgoczaca zazdrosc, a moze bali podejsc do tamtych za granicy. Ja dumnie stalem obok I udawalem wlasciciela. Czasami dawalem gume do zucia ale pozniej sie wycwanilem I sprzedawalem ja podwa zlote sztuka . Ciocia przywozila duzo zeczy. Najczesciej przyjezdzali do Polski dwa razy w roku na swieta i w lecie na wakacje. W tedy nie wiedzialem ze oszczedzali zeby tu pokazac rodzinie a wiekszosc tych zeczy jakie dostawalismy od nich to byly podarunki innych niemcow” dla tych biednych Polaczkow co cierpia pod ruska okupacja “albo byly to zakupy w sklepach z odzieza z drugiej reki. My o tym nie wiedzielismy i nie mialo to wielkiego znaczenia tym bardziej ze wszysko mialo zachodnie metki I bylo kolorowe w porownaniu do naszej odziezy. Teraz ciocia juz nie przyjezdza, narzeka na polska drozyzne, niemcow z bylego NRD I polakow co nie chca juz u niej pracowac za 200 marek miesiecznie. Ja bylem ostroznym czlowiekiem, nie lubilem ryzyka na poczatku 1981 roku w szkolne wakacje wykupilem wycieczke do Wiednia. Byl to juz okres wzmozonych ucieczek I duzo sie mowilo o wyjazdach za granice. Wygladalo zle wezwali mnie na komisje a w szkole same dwoje. Trzeba bylo cos robic. Do Wiednia dotarlismy przez Wegry. W autokarze bylo duzo kobiet , w Krakowie dosiadlo sporo ludzi ze Slaska. Na kazdym postoju robili zakupy. Grubialy siatki. W Wiedniu popularna byla wloczka, dobrze sprzedawaly sie polskie “Malboro”. Ja jednak nie robilem zakupow ,udalem sie na na postoj taksowek I poprosilem o kurs do Traiskirchen. Kierowca znal juz taryfe nie bylem pewnie pierwszym ktorego wiozl do tego miasta. Traiskirchen Kierowca wysadzil mnie zaraz obok bramy . Pamietam ze byl to wczesny poranek I cala brama wjazdowa byla zablokowana klebiacym sie tlumem. W wiekszosci slychac bylo polskie przeklenstwa.Smierdzialo potem, niestrawionym alkocholem I kwasnymi oddechami. Wartownik w budce leniwie zbieral polskie paszporty, zapisywal z nich jakies dane I co jakis czas wpuszczal kogos z dlugiej kolejki. Minelo kilka godzin kiedy wezwali mnie do srodka. Pierwsze pytania , odciski palcow I zdjecia. Wiekszosc korytarzy zajeta byla przez zelazne prycze. W wielosobowych salach slychac podpite glosy.W niektorych pokojach widac bylo brudne koce przedzielajace je w polowie na czesc gdzie spaly kobiety. Od czasu do czasu przeszedl jakis murzyn lub arab, wzbudzal wtedy nasze zaciekawienie . Ci ca byli tu dluzej radzili pilnowac walizek, niektorzy z nas przywiazywali je sobie do nogi albo starali sie nie spac.Pod koniec 19981 roku wiekszosc nowo przyjezdnych to byli uchodzcy z Polski ale w Traiskirchen mieszkali tez ludzie z bylej Czechoslowacji, Bulgarii I Albanii. Ci byli najgorsi I slyszalem jedna historie o tym jak Albanczycy zabili kilku swoich w jakiejs awanturze o wplywy. Podobno weszli do jednej z sal I walili kogo popadlo metalowymi nozkami od lozek. Zostalo kilka trupow. Nastepnego dnia po ubogim posilku dostalem przydzial do innego obozu “Gotzendorf”. Single tzn samotni mezczyzni w wiekszosci byli kierowani wtedy do tego obozu. Rodziny I malzenstwa rozsylano po roznego rodzajach pensjonatach. Byly dobre gdzie dbano o nas ale byly I takie gdzie bardzo narzekano na racje zywnosciowe. Wlasciciele tych pensjonatow brali nas by zapelnic pokoje czesto ratowalo ich przed bankrotctwem. Gotzendorf Gotzendorf to byly koszary wojskowe czesciowo oddane nam emigrantom . Dostalem sie do sali z szesnasciorgiem osob. Ludzie w roznym wieku I pochodzeniu spolecznym, z roznych rejonow polski. Kazdy z wlasnym mazeniem o pieniadzach I lepszym zyciu. Terazniejszosc jednak nie byla wesola . Czesc nie wytrzymywala tych pierwszych dni I wracala a czesc zapominala o mazeniach I znajdowala zadowolenie w oproznianiu “krow” tak okreslalismy tanie wino sprzedawane w trzech litr.opakowaniach. Oboz znajdowal sie kilka kilometrow od najblizszej wioski. W polowie miedzy jedna a druga wsia. Jak sie szlo na prawo to przed wejsciem do osady wital nas duzy czarny napis ‘Polen-Raus” I “ Polnische Schwaine”. Staralismy sie nie zwracac na niego uwagi I dlatego wiekszosc z nas wolala isc w lewo do miejscowosci gdzie wiecej bylo sklepow. W obozie wszysko mozna bylo miec . Czec sprytnych biznesmenow otworzyla sklepiki w ktorych mozna bylo kupic alkochol lub papierosy. Dla tych co chcieli miec cos innego przyjmowali zamowienia lepsi specjalisci. Przez nich napis pokazal sie I po lewej stronie obozu . Z poczatku wspolczuto nam I w zimie zorganizowano nawet zbior zeczy ale pozniej jak sie szlo do sklepu I zaczelo mowic po polsku to za plecami dyskretnie stawal wlasciciel lub ekspedjent I patrzyl nam na rece lub do kieszeni. Dlatego zaczelismy unikac wycieczek do sklepu. Chodzilismy za to zeby zadzwonic do Polski lub kolegi co juz wyjechal “na blache”. Byl to podluzny pasek metalu ktory wkladalo sie do automatu zeby oszukac licznik. W dni wolne od pracy czesto ustawiala sie duza kolejka I ktos kto nie chcial czekac musial isc do nastepnej budki. Pozniej zatrzymywala nas policja ale nigdy nie mielismy klopotu z ukryciem “blachy”. W obozie mieszkali glownie mezczyzni , w naszym bloku mieszkala dziewczyna ale nie pamietam juz jej imienia , pamietam za to jak jej alfons chcial skakac z parapetu po pijaku jak spodobal jej sie inny chlopak. Podobno byla tania rozrywka ale po tym jak ktos sie zarazil stracila duzo klijentow. Dzien w obozie zaczynal sie zwykle na sniadaniu po ktorym ogladalo sie listy na “interwiev”w poszczegolnych ambasadach. Pozniej szlo sie do miasteczka albo drzemalo na swojej pryczy albo pilo I czekalo do obiadu po ktorym czekalo sie do kolacji I dalej pilo I tak do rana. Noc w obozie czesto byla glosna I wiele razy slychac bylo oddalone odglosy bojek, czasami krzyk Stacha . Stachu z reguly spedzal dzien w swojm lozku bujajac sie w przod I tyl z musztardowka w reku. Od czasu do czasu wrzasnal do siebie moze na jakies wspomnienie a moze tylko dlatego zeby wzbudzic nasza uwage. Stachu dawal o sobie znac takze w inny sposob a to wtedy kiedy zapomnial sie wyproznic we wlasciwym miejscu. Od czasu do czasu odwiedzal nas Andzej. Kiedy sprzedal wszysko co posiadal to od czasu do czasu chodzil po salach I zbieral na piwo. Zostaly mo tylko dresy I ciezko bylo sie do niego zblizyc poniewaz strasznie smierdzial amoniakiem. Ze wspomniej utkwilo mi jak pewnego razu na stolowce austriaccy kucharze specjalnie wyrzycili na podloge pudelko pomaranczy I jak ludzie zucili sie do ich zbierania. W obozie byli tez tacy co chcieli pracowac. Chodzilo sie wtedy na stojke pod oboz I ci co mieli szczescie dostawali prace u “bauera” w polu lub na winnicy. Byla to pewnego rodzaju walka bo tylko kilku dostawalo prace na dwudziestu , trzydziestu oczekujacych. Pewnego razu jeden z podjezdzajacych stracil dzwi od swojego auta Odpowiedz Link Zgłoś
don5 Re: Traiskirchen - przedpieklo do raju. cdn 26.01.03, 19:25 Pewnego razu jeden z podjezdzajacych stracil dzwi od swojego auta w momencie jak zucilo sie za duzo chetnych. Za dzien pracy mozna bylo dostac ze 100 szyl , zjesc obiad I wypic wino. W zimie jezdzilismy na odsniezanie Wiednia. Wstawalo sie wtedy o 4 rano zeby byc o 5 pod biorem, wywalczyc soj numerek na lopate z miejscowym elementem I o siodmej byc gotowym do pracy. Naszym szefem byl Jugol I za kazdym razem jak szlismy na miejsce to on przystawal przy koszach na smiecie. Widocznie znal te dobre bo zawsze cos z nich wyjmowal. Najlepsza prace dostalem przy powiekszaniu muru w pewnym domu uciech. Pracowaly tam dwie polki z Krakowa, oficjalnie na sluzbie. Drugiego dnia jeden z nas skaleczyl sie w noge I musielismy go wyniesc na zewnatrz. Wlasciciel byl zly ze zapaskudzil wnetrze krwia a my ze mielismy dodatkowa prace. Ten czlowiek spal w grudniu w swoim maluchu I tak mial nadzieje na zarobienie na lepszy samochod. Jak nosilismy ta ziemie to obok stal Hans. Praca Hansa polegale na tym ze patrzyl nam do wiader w ktorych wynosilismy ziemie I jak doszedl do wniosku ze nie sa wlasciwie wypelnione to dorzycal lopate a czasami to potrafil splunac na buty lub wyzej. W obozie nie bylo cieplej wody, grzalismy ja przy pomocy grzalek zrobionych z dwoch zyletek w duzych metalowych puszkach od konserw. W lazienkach wiekszosc armatury byla zniszczona a dzwi od kabin dawno juz przestaly istniec. Trzeba bylo uwazac na ekstrementy I nocami na onanizujacych sie facetow. Zeby utzrymac cieplo palilo sie w kazdej z sal weglem w zeliwnych piecykach. Tam gdzie mozna bylo robilo sie dyzury I kazdego dnia ktos mial za zadanie przynosic opal I dbac o to zeby nie wygasl ogien. Na rurach czesto wieszalo sie skarpetki .Gorzej bylo z praniem spodni czy koszul, wiekszosc jednak mezczyzn po pewnym czasie zapominala o higienie, otepiale czekalo sie na przepuske do raju tzn rozmowe o wize wjazdowa w jednej z trzech ambasad krajow emigracyjnych. USA, Kanady I Australii. Wtedy ubieralo sie to co jeszcze nadawalo sie do zalozenia miedzy ludzi. Tak na codzien nikt sie niczym juz nie przejmowal a zmysl powonienia obojetnial na najgorsze zapachy. Kiedy likwidowano oboz pod koniec 1982 roku czesc z naszych rodakow dla zartu wylewala wode na te piecyki I na podloge. W obozie co jakis czas ktos tracil swoj portfel I niewiadomo jakby czlowiek uwazal pewnego razu budzil sie bez dokumentow I ostatnich oszczednosci. Mnie przydazylo sie to raz bo pozniej nie bylo juz co mi zabierac. Na interwiev w konsulatach przygotowywalo sie historie o przesladowaniu. Trzeba bylo byc politycznym I miec to jako tako umotywowane. Do USA trafial najgorszy element. O dziwo na ten dzien zawsze trzezwy. Wybite zeby I blizny byly dodatkowym atutem na Amerykanska wize. Odpowiedz Link Zgłoś
don5 Re: Traiskirchen - przedpieklo do raju. cdn 26.01.03, 19:27 texty z www.najmici.org/ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: bronek Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 27.01.03, 05:32 sqrvielom spamera mowimy NIE Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: up Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 02.02.03, 07:11 up Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kasia czy ktos byl w Melk (1981-1982)? IP: proxy / *.statefarm.com 27.01.03, 21:00 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mgrBurak Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 29.01.03, 07:33 up Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: hjbvyijl; Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 31.01.03, 03:31 jm Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: up Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 03.02.03, 05:05 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Krystyna Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.qc.sympatico.ca 07.02.03, 15:22 Kto byl w latach 1981-1982 w hotelu Burgemoos w Windischgarsten a po tym w Tauplitz? W Tauplitz mieszkalismy w Alpenpension G. Peer. Byl to hotel prowadzony przez ``Babcie`` Perowa i jej syna Gernoda. Bardzo dobrze ja wspominam i caly tam pobyt. Odpowiedz Link Zgłoś
jajecznical Traiskirchen-za ile sprzedaliscie swoje samochody 08.02.03, 06:42 juz nie pamietam ale mysle ze to bylo 8000 szylingow chyba nie oddalem nowego 126P(samochod?) za 800? Odpowiedz Link Zgłoś
jajecznical Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 10.04.03, 06:47 wrocmy do tych czasow Odpowiedz Link Zgłoś
jajecznical Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 22.02.03, 07:28 ocalic od zapomnienia Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ------------------ Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 08.03.03, 13:29 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: A27 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 08.03.03, 21:43 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: katahdin Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.newark-45rs.nj.dial-access.att.net 02.04.03, 03:34 Tak do poczytania....i do przypomnienia... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Dr Who Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 18.05.03, 23:22 luiza-w-ogrodzie napisała: > up Czy taki byl temat? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gadula Andrzej Kaniecki vel. Radca IP: *.sympatico.ca 19.05.03, 16:58 Gasil swiatlo juz o 9-tej wieczorem i kapowal na Polizei kto rozrabial, pil ... Rozne mendy tam byly .... Odpowiedz Link Zgłoś
luiza-w-hamaku Co bylo w Zoltej Kopercie? 19.05.03, 01:32 Papiery wypelniane przez przesluchujacego czyli to co sie temu czlowiekowi mowilo. Koperty byly otwarte w jednej kolejce i potem poslano nas do drugiej kolejki z juz otwartymi. Wtedy zajrzalam. Jezeli chodzi o sklad socjalny grupy to sam poslad robotnicy niewykwalifikowani, alkoholicy, jakas samodzielna krawcowa, murarz w podeszlym wieku, ogolna nedza z Polski, element ktorego sie balam ze mnie poderzna. Bez znajmosci slowa w jezyku obcym i wycwanieni w organizowaniu grupek kontrolujacych. Jedynie co ich powstrzymywalo przed otwartym atakiem byl strach ze ich cofna do kraju co otwarcie zapowiedzial komisarz grupy. Straszne jakich to 'Polakow' wpuszczono do USA. WIekszosc z nich zapila sie na smierc i wrocila po ukradzeniu pieniedzy czy narobieniu dlugow. Nigdy nie zrozumiem dlaczego USA wpuszczalo wiekszosc niewykwalifikowanych gnoi z Polski zamiast wziac sobie tylko fachowcow. Widocznie wiedzieli ze elemnt i tak zginie a fachowcom trzeba dac miejsca pracy. DrWho i DOn5 dzieki za temat. Szokujace i zapomniane. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Dr Who Re: Co bylo w Zoltej Kopercie? IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 19.05.03, 01:41 ejoy, zachecamy innych do wpisow na tym arcy ciekawym watku. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Cdn. - wspomnien obozowych ! IP: *.tnt3.ewr3.da.uu.net 19.05.03, 17:18 no prosze !! watek sie rozwinal niespodziewanie !! w opracowaniu jest strona internetowa na ten temat przygotowana przeze mnie,na uroczyste otwarcie zaprosze starych veteranow z Traiskirchen,bedzie to rodzaj tablicy pamiatkowej w internecie,poswieconej tym ktorzy to przezyli !! A poki co ! czy pamieta ktos kto przebywal w znanym "Hiltonie" slynnego "Jurgensa" z Malborka stary pijak i rozrabiaka chodzil po jedzenie do obozowej stolowki o inwalidzkich kulach zeby ominac kolejki za zarciem a potem jak miske mial juz pelna to szczudla odstawial na bok i i szedl normalnie,pierwszy do pijackich awantur i nocnych burd,zawsze "krowe" mial pod lozkiem ktora do rana oproznil. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gadula Re: Cdn. - wspomnien obozowych ! IP: *.sympatico.ca 19.05.03, 17:48 Nie omieszkaj zaprosic Andrzeja Kanieckiego vel. Radca ... on mial cos na kazdego dzieki kontaktom na Polizei ... stare czasy, no nie? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gen Re: Cdn. - wspomnien obozowych ! IP: *.tnt3.ewr3.da.uu.net 19.05.03, 19:39 aha !!?? to dlatego on [radca] - nigdzie nie wyjechal tylko do dzis pozostal w "Kasztani" czyli w Austrii,kiedy cale tlumy pchaly sie do Australii i Canady !! ,moze jakas fuche szwejki zalatwili mu na Polizei ?? i do dzisiaj z tego zyje ? pozdrowienia dla veteranow z "Hiltonu" gdziekolwiek teraz sa na swiecie ! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Pol-am 81-82 Lasnitzhoe kolo Gratz? IP: 207.76.204.* 19.05.03, 20:12 Wiekszosc wyjechala do USA, ktos do Kanady, Ktos chyba do RPA. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ja Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 wiosn IP: *.lu.dl.cox.net 19.05.03, 20:17 a? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: swiatlo Re: Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 IP: *.sympatico.ca 20.05.03, 03:20 Ja tam bylem i z naszymi wodkem pilem, hehe ... Radca to kapus! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Dr Who Gadula, _chomiczek, WC itd IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 20.05.03, 03:43 nie wtracaj glupich uwag idz dyskutowac z wiarusem i kowalskim Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Pomocny Re: Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 IP: 66.207.104.* 20.05.03, 21:43 Moglbys to rozwinac Swiatlo? Odpowiedz Link Zgłoś
radca Re: Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 20.05.03, 21:57 Gość portalu: Pomocny napisał(a): > Moglbys to rozwinac Swiatlo? -no wlasnie,bardzo jestem ciekawy - bo slowko sobie rzucic ( czyt.plunac ) i to z ukrycia ( pod zmieniajacymi sie nickami ) - to nie sztuka. Swiatlo - czy jak ci tam jeszcze - rozwin i nadaj, a chetnie poczytam radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: swiatlo Kto nie pije ten kapuje! IP: *.sympatico.ca 21.05.03, 02:33 Ano rozwine, jako ze Andrzejek sie domaga ... swiatlo gasil o 9-tej wieczorem! Za kazdym razem jak ludzie troche wypili z okazji imienin, czy udanej rozmowy w ambasadzie on zaraz donosil wszystko na Polizei. Niektorzy to sie go nawet bali ... problem w tym, ze nie pil (kto nie pije ten kapuje!) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Dr Who A kto byl w Grifenstein u. Donau IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 21.05.03, 04:05 Byl tam syn profesora z SGGW, nie pamietam imie. Wysoki szatyn, byl dosc mily ale rozpil sie na zaboj. Twarz pokopana przez biesiadujacych tam kryminalistow z Polski (wszyscy prawie wyjechali do USA). Jak nie mial pieniedzy na piwo (tanie w Austri okolo 4 szylingi za 0.5 litra) To szedl do Marketu zakladal na siebie trzy pary dzinsow ktore nastepnie sprzedawal wspolobozowiczom aby kupic piwo. Pozniej kupowal za to caly worek browaru i czekal az wszystkie sklepy pozamykaja sie w okolicy. Otwieral wtedy meline i sprzedawal za drugie tyle. Kompletnie stoczyl sie na dno, byl kopany przez kryminalistow azylantow. Tracil czasem wzrok jak ktorys kopnal go w twarz. Do Polski nie chcial wrocic bo wstydzil sie pokazac zonie i dziecku ktore tam zostalo. Jestem pewny ze pare lat pozniej byl juz niezywy. Odpowiedz Link Zgłoś
radca ' Kto nie pije ten kapuje! ' - UB i SB to glosilo 21.05.03, 21:21 Gość portalu: swiatlo napisał(a): > Ano rozwine, jako ze Andrzejek sie domaga ... swiatlo gasil o 9-tej > wieczorem! - tak,to prawda ( zreszta juz o tym pisalem szczegolowo w tym temacie ) W pokoju byly rodziny z malymi dziecmi.Byly to sale o roznej liczebnosci - nawet do 100 osob, a wiec ...? > Za kazdym razem jak ludzie troche wypili z okazji imienin, czy > udanej rozmowy w ambasadzie on zaraz donosil wszystko na Polizei. - nigdy bym nie doniosl ( wiec oskarzenie jest klamliwe )i zyczylbym sobie - by tak " donoszono " - jak ja. Kiedy na " PENSJON " przyjechalo kilku "kumpli z obozu" do kogos - to tak popili,ze pozniej wyszli do centrum wioski i spiewali glosno piosenki partyzanckiem.Przychodzili ludzie i skarzyli sie,ze zaczepiaja kobiety i przeklinaja.Mysleli,ze to moze jacys nasi "znajomkowie " ? - bo Polacy. NIESTETY ! - znajomi ich byli tak spici,ze nie reagowali na tych " kolezkow". Co zrobil wtedy " andrzejek " ? Otoz nie mialem z nimi nic wspolnego,ale poswiecilem swoj czas i swoje paliwo by zawiesc ich okolo 100 km do ich "Pensjonu ". Dzieki mnie wioska miala spokoj.Ich nie zwinela POLICJA ( wystarczyl jeden telefon od mieszkancow ) Dlaczego ja to zrobilem ??? No wlasnie....? dlaczego ? przeciez nie mialem z tym i z nimi - nic wspolnego . > Niektorzy to sie go nawet bali ... problem w tym, ze nie pil (kto nie pije > ten kapuje!) - i takie powiedzonka rodem z PRL-u stawaly sie przyczyna wielu TRAGEDII. Pijany lekarz i pijana erka. "kto nie pije - ten kapuje " ??? Czlowieku.... zejdz na ziemie i nie wypisuj tych bredni.To UB-owcy i SB-eki upijali spoleczenstwo - bo " po pijanemu mozna sie bylo wiecej dowiedziec " radca Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Suomi Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.aokk.fi 24.05.03, 02:16 Gość portalu: gen napisał(a): > moze jest na forum ktos kto w latach 1980-82 emigrowal przez slynny oboz > Traiskirchen pod Wiedniem, kto mieszkal w slynnym "Hiltonie" ? to sa > niezapomniane wrazenia, tysiace ludzi z PRL pieklo pod Wiedniem > tlum,rogardiasz,awantury,wybujale nadzieje i oczekiwania. Handel piwem > ipapierosami na "kwarantanie" z Rumunamii,nocne wypady do Wiednia. > Sprzedawanie skromnego dobytku za kilka szylingow na Mexico Platz. Widzialem > scene sprzedania Fiata 126 [malucha] za kilka paczek Mallboro,przed wylotem do > Australii.Obozy przejsciowe na poludniu Austrii- Steirmark, Kartnen itp. Jesli > jestes jednym z tych co znaja ten temat to wejdz do forum ,chetnie poznam. Ja rowniez. Odpowiedz Link Zgłoś
tad-28 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 04.06.13, 13:15 Witam ....poszukuję osób, które były w obozie tydzień przed stanem wojennym, kwarantanna i pierwszy pensjonat Buschenraiter przed Tuln, potem Gastchaus Mariennhof pod Wiedniem gotowała tam nam obiadki Pani Zosia , szukam Tadka z Bierunia, Józka z żona z Olkusza....pozdrawiam Tadeusz Odpowiedz Link Zgłoś