Dodaj do ulubionych

Traiskirchen-Austria refugee camp

    • Gość: ole Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: 144.138.141.* 23.07.02, 12:37
      a pamietacie BABINIEC polki udawali ze nie mowia po polsku tylko trzymali z
      rumunamy i zinnimy dzikusamy to byla chyba jedna narodowosc kak zachowujacych
      sie panien po prostu obciagali murzynom .
    • Gość: stanislaw Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: 144.138.141.* 23.07.02, 13:20
      Ja bylem w latach 83-84 najbardziej utkwilo mi w pamieci zachowanie polek i
      pora obiadowa pamietam samobojstwa zabojstwa byla zima bylo zimno dlatego
      wybralem australie pozniej zalowalem ale ciagle tu jestem w sumie to byly dobre
      czasy mialo sie wtedy 26lat
      • Gość: Juk No camp in my life, but ... IP: *.C246.tor.velocet.net 25.07.02, 05:25
        >> Gość: dandy 02-01-2002 13:35

        ... czytam z zainteresowaniem wasze posty odnosnie Treiskirchen. Jestem od
        was wszystkich starszy o cala dekade. ...

        ... Porownujac ... przezycia jako azylowca i wasze z moimi z poczatku lat 1971,
        zaraz po slynnym juz grudniu 1970 roku musze powiedziec, ze byla to po prostu
        czerwcowa sielanka. Wyjechali sobie na wczasy i nie wrocili. Paszport, forsa,
        samochod, walizki, zona z corka przy boku. My wowczas w tamtych latach,
        ryzykowalismy za wolnosc zycie lub dlugie lata wiezienia. ...

        ... to najwspanialszy moment w moim zyciu, ktorego nigdy nie zapomne ale
        wielogodzinnej jazdy na "antresoli" przedzialow w pedzacym pociagu przez wrogie
        cholernie niebezpieczne granice, kiedy to zycie czlowieka bylo mniej warte niz
        topiacy sie snieg za oknami pociagu, nikomu nie zycze. No ale kazdy ma swoje
        przezycia a sa one zawsze wlasne. ....<< (koniec cytatu)


        Ja dopiero dzisiaj zauwazylem ten BARDZO interesujacy watek (i o dziwo -
        kulturalny).

        Ten powyzszy dlugi cytat dandy'ego moglby, poza paru szczegolami, rowniez
        odniesc sie do mnie (prawie taki sam "staz" etc.).

        Moja droga byla "poludniowa", t.j. przez Jugoslawie, gdzie mozna bylo wyjechac
        na wakacje.

        Poniewaz byla to wycieczka zbiorowa, wiec indywidualnych paszportow nie
        mielismy - "kierownik" wycieczki mial "paszport zbiorowy" (pamietacie co to
        bylo - jeszcze jedno dziwactwo tamtego systemu), zas my, indywidualni
        wycieczkowicze mielismy jedynie dowod osobisty plus "wkladke paszportowa"
        (nastepne dziwactwo).

        Nie koniec na tym - po wyladowaniu w hotelu "kierownik" wycieczki poprosil o
        oddanie mu dowodow plus wkladek paszportowych, rzekomo w celu zameldowania nas
        w hotelu. Na moje pytanie - a co bedzie jak wyjdziemy na miasto i milicjant (w
        obcym kraju) zapyta nas o jakies dokumenty - dostalem odpowiedz, zeby sie nic
        nie martwic, powiedziec, ze jest taka wycieczka zbiorowa z Polski w takim a
        taki hotelu i ze wszystko bedzie w pozadku, przeciez milicja juz duzo wczesniej
        zostala o naszym przybyciu powiadomiona.

        DO KONCA ZYCIA nie zapomne:

        - planowania wycieczki,

        - zaszywania dokumentow w "podwojna" scianke walizki, ale w taki sposob, zeby
        nawet na macaniu na kontroli celnej niczego nie mozna bylo wykryc,

        - odprawy w Polsce, najpierw paszportowej, (zeby nie wygladac na zdenerwowanego
        i mowic normalnym glosem), pozniej celnej (mialem szczescie, nic nie macali i
        nie szukali)

        - ze do Jugoslawi przyjechalem majac US$40.- (czterdziesci - przeszmuglowanych)
        plus jakies nastepne US$ 20.- kieszonkowiego (legalnego)(w przeliczeniu w
        dinarach). Wycieczka byla oplacona w Polsce z gory (wliczajac 3 posilki
        dziennie) wiec zadnych pieniedzy nie wolno bylo brac.

        - jak sie "urwalem" z hotelu ok. 19:30 po kolacji i po zapadnieciu zmroku.
        Musialem tego dokonac w taki sposob aby mnie nikt nie zauwazyl, ze wychodze z
        mala walizeczka "na miasto" (duza zostawilem w pokoju hotelowym, aby sie za
        szybko nie zorientowali, ze "wycieczkowicz" zniknal).

        - tej calonocnej podrozy autobusem przez pol Jugoslawi (nad Adriatykiem) do
        granicy z Wlochami (niedaleko Triestu). O siodmej rano kierowca oswiadcza, ze
        to ostatni 10 min postoj (przed restauracja) a jak znowu ruszymy, to za 5 minut
        bedziemy na granicy z Wlochami (autobus jechal do Triestu).

        - ja oczywiscie po tym ostatnim postoju do autobusu nie wrocilem (jak pisalem
        wyzej, nie mialem paszportu, wiec nie moglem sie pokazac na granicy bo
        Jugoslowianie po prostu zaaresztowaliby mnie i odstawili do Polski).

        - nigdy nie zapomne jak przez nastepne 5 godzin kluczylem po dosc rzadkim
        lesie, z mala walizeczka w reku (w ktorej mialem zaszyte dokumenty, US$ 40.-,
        plus pare tabliczek czekolady i pare paczek papierosow) no i oczywiscie Z DUSZA
        NA RAMIENIU, bo jak by mnie zlapali, to jak sie wytlumacze, za nie jestem w
        hotelu o kilkaset km na poludniowy wschod ?? Kluczylem w tym lesie BAAAAAARDZO
        ostroznie (zeby nawet patyka pod nogami nie zlamac) i posuwalem sie na zachod
        (w kierunku Triestu), tak w przyblizeniu rownolegle do drogi ktora szla w
        kierunku Triestu. Z tego ostatniego przystanku autobusowego bylo widac, ze
        droga szla prosto i za chyba 500/700 m byly dwa budyneczki po przeciwnych
        stronach drogi - jeden z flaga jugoslowianska, drugi z wloska. Ten z
        jugoslowianska byl po mojej stronie. Wiedzialem wiec, ze granica niedaleko.

        - Ok. 11:50 (dzien) lasek sie skonczyl - co dalej - teraz jest odsloniety teren
        i do tego pod gore. Jak dotychczas mialem szczescie - nikt mnie nie zauwazyl.
        Ruszylem szybkim marszem (nie biegiem bo to by sie zaraz moglo rzucic w oczy
        gdyby mnie ktos zauwazyl) pod gore. Na samej gorze - trawa sie konczy i jest
        pas moze 10 m szerokosci bez trawy ale za to z takiego tlucznia jak pod torami
        kolejowymi. Patrze w lewo, w kierunku drogi (ktora opisalem powyzej) i widze,
        ze ten 10 m pas z tlucznia idzie mniej wiecej prostopadle do tej asfaltowej
        drogi (oddalonej ode mnie ok. 600 m) i PRZECHODZI POMIEDZY TYMI DWOMA
        BUDYNECZKAMI Z FLAGAMI. GRAAAAAANICA Z WLOCHAMI !!!!!!!! Po przebiegnieciu tych
        10 m - tego nie zapomne NIGDY - bylem na ZACHODZIE !!!! Spojrzalem na zegarek -
        bylo 2 min po 12 poludniu !!!!

        - Zaraz spotkalem starszego pana pasacego trzy krowy - spytalem go po
        francusku, czy to sa Wlochy. On na to: "Si, Si, Italia". Malo go nie ucalowalem.

        - Znowu zaczal sie lasek (chwala Bogu) a ja teraz skrecilem na poludnie zeby
        dojsc do tej asfaltowej drogi prowadzacej do Triestu. Nie moglem nieskonczenie
        isc przed siebie w lesie, bowiem przed wyjazdem z Polski dokladnie zapamietalem
        mape i wiedzialem, ze granica pomiedzy Jugoslawia i Wlochami jest zygzakowata i
        mozna przez pomylke granice przejsc jeszcze raz i znalesc sie z powrotem w
        Jugoslawi. W koncu dotarlem do tej asfaltowej drogi i popatrzylem sie do tylu
        na wschod - dwa domeczki po przeciwnych stronach ulicy, jeden z flaga
        jugoslowianska, drugi z wloska. TYLKO ZE TEN Z WLOSKA BYL PO MOJEJ
        STRONIE !!!!!

        - Na a dalej autostopem do Triestu, wyciaganie dokumentow i czterdziestu
        dolarow ze scianki walizeczki, wymiana dinarow na liry ..... Ale to juz inna
        historia - brakloby Hard Drive na tym Forum.
        • Gość: polishAM Re: No camp in my life, but ... IP: *.nas30.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 25.07.02, 10:16
          Swietne Juk. Nie mogles tego lepiej przedstawic. Ja w takim razie bylem
          turysta, nie uciekinierem. Powiem tylko przezylem prawdziwa przygode zycia na
          trzech kontynentach przez prawie 25 lat.
          • luiza-w-ogrodzie Re: No camp in my life, but ... 25.07.02, 13:19
            Co za niesamowity watek! Czyta sie jak powiesc sensacyjna.
            Niestety, sama nie moge nic dorzucic, wyjechalam prozaicznie i legalnie, ale
            czekam na wiecej kombatanckich opowiesci!

            Pozdrawiam
            Luiza-w-Ogrodzie
            • ozpol Widze ze watek wrocil do zycia... 26.07.02, 02:15
              Wlasciwie nie wiele moge dodac do tego co juz jest napisane powyzej, bo:
              - Wieden Posterunek Policji na Becker Strasse, gdzie sie szlo dla zgloszenia o
              azyl i z tamtad autobusami do Traisu.. w naszym dniu byla telewizja - marzec
              1981 - kiedy ludzie z pociag z Katowic w calosci zglosili sie o azyl
              - Traiskirchen - pol dnia - paluszki do malowania i w autobusy i do Bad Kreuzen
              2, 500 polakow w Bad Kreuzen - mlyn i polskie piekielko.
              Jak ze znalem niemiecki, to mialem to "szczescie" tlumaczy kilka pyskowek i tym
              podobnych spraw
              Nasz Gasthof raczej dobry ale nie ktorzy Polacy potrafiali sie "popisywac" i
              robic awantury
              4 miesiace "wakacji" - okolica super, troche pracy, np kto pamieta Schrotta w
              Amstetten - o malo oka nie stracilem na tym smietniku
              Nerwy i jazdy do Wiednia - kiedy interview, kiedy badanie i kiedy wyjazd.
              Ludzi eodrzucani przez Australie czy inne kraje - wiec co robic, dzie jechac.
              Wesolo na calego
              Jest decyzja - 54 osoby z Bad Kreuzen leci tym samym samoltem do Australii -
              balanga na calego
              No i Australia
              Ja wygralem to droge bo bylem wczesniej w Austrii i wiedzialem ze to dla
              rodziny byla najlepsza, bo duzo ludzi wystraszylo sie Traiskirche.
              Czy ktos pamieta okres - czyba kwiecien czy maj kiedy rzad austryjacki
              postanowil nie przyjmowac wiecej ludzi do obozu i te tlumy koczujace przed
              obozem nie wiedzacy co ze soba zrobic. Straszne i zalosne.
              A kluczem bylo ze na brance nalezalo powiedziec ze chce sie azyl w Austrii i
              pozostanie w Austrii, ale to przeszlo.
              • Gość: gen Re: Widze ze watek wrocil do zycia... IP: *.tnt19.ewr3.da.uu.net 26.07.02, 03:43
                No prosze !!!!! po tak niesamowicie dlugim czasie , odezwalo sie kilku
                nastepnych veteranow - jednak sa wsrod nas !!! i watek wrocil na tory !!!
                oczywiscie zapraszam do wspomnien !! nawet jesli sa nieprzyjemne . Do tej pory
                nie ukazala sie zadna publikacja na temat Wielkiego Polskiego Exodusu w latach
                80 -tych , jestem tym ktory zbiera materialy do tego opracowania,wiec jesli
                kto ma ochote ,to prosze dorzucic cos do "kotla' , z pozdrowieniami dla
                veteranow !!
                • Gość: chris Re: Widze ze watek wrocil do zycia... IP: *.eyrkonaeac07.dialup.ca.telus.com 02.08.02, 04:58
                  Gość portalu: gen napisał(a):

                  > No prosze !!!!! po tak niesamowicie dlugim czasie , odezwalo sie kilku
                  > nastepnych veteranow - jednak sa wsrod nas !!! i watek wrocil na tory !!!
                  > oczywiscie zapraszam do wspomnien !! nawet jesli sa nieprzyjemne . Do tej pory
                  > nie ukazala sie zadna publikacja na temat Wielkiego Polskiego Exodusu w latach
                  > 80 -tych , jestem tym ktory zbiera materialy do tego opracowania,wiec jesli
                  > kto ma ochote ,to prosze dorzucic cos do "kotla' , z pozdrowieniami dla
                  > veteranow !!

                  pozdrowienia i podziekowania dla wszystkich veteranow za kontynuacje tego watku !
                  fantastyczne historie opisujecie !
                  mysle ze watek wciaz ma ogromna przyszlosc , trzymajmy go na topie !
                  chris / nie uciekinier /
    • Gość: Jankes Sny azylanta IP: *.oc.oc.cox.net 26.07.02, 03:01
      Pamietacie?
      • Gość: gen Re: Sny azylanta IP: *.tnt19.ewr3.da.uu.net 26.07.02, 03:49
        Oczywiscie !!!!!!! , ze pamietam "sny azylanta' tak jakby to bylo dzis ,te
        wielkie nadzieje, te wyolbrzymione oczekiwania, nieraz zalosnie smieszne, te
        pierwsze zderzenia z prawdziwa rzeczywistoscia , to niekonczacy sie temat,
        temat wielki jak Niagara !!!starczylo by na scenariusz do kilku dobrych
        filmow !!
      • dreptak2k Re: Sny azylanta 26.07.02, 04:53
        Gość portalu: Jankes napisał(a):

        > Pamietacie?

        Oczywiscie! Mialem go jeszcze przez kilka lat po przyjezdzie do au.
        Najwazniejszym jego elementem bylo jednak obudzenie sie i realizacja, ze to
        byl tylko sen!
        • ozpol A pamietacie te listy od tych co juz dojechali.. 26.07.02, 07:46
          Jako ze Bad Kreuzen bylo mrowie Polakow to ruch byl duzy w wyjazdach no i listy
          od tych szczesliwcow czytane przez cala przwie wies. A co ludzie pisali to juz
          chyba temat na inny watek albo badania socjologiczne. Jedni walili takie bzdury
          ze tylko nie jechac a inni takie cuda ze tylko wplaw.
          To byly czasy ....
          Ilu z Was spotkalo "niespodziewanie" znajomych z pracy czy domu czy ulicy
          ktorzy niby wyjechali na wakacje a okazalo sie ze tez maja taki pomysl jak Wy.
          To byly niespodzianki oj byly!!!
    • Gość: Jankes Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - RFN IP: *.oc.oc.cox.net 26.07.02, 07:49

      Ktos z forumowcow byl tam?

      Jankes
      (byl)
      • dundee_girl Re: Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - R 26.07.02, 07:58
        To napisz cos wiecej, jak sie tam dostales, jak bylo itd.

        Pozdrawiam
        • Gość: VIYL Re: Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - R IP: *.proxy.aol.com 03.08.02, 10:34
          CIEKAWE JAJO
      • atoja Re: Ingelheim k/Mainz - oboz dla Asylbewerber - R 05.01.03, 22:35



        Ktos z forumowcow byl tam?

        Jankes
        (byl)
        <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
        Ja tam bylam.....w latach '85-'87......kiedy TY tam byles??
        pozdrawiam..
    • Gość: olek Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.prem.tmns.net.au 29.07.02, 16:07
      Bardzo mnie ciekawi gdzie te samotne panie z obozu 83-84 jak im sie
      wiedzie .napewno sporzadnialy .
      • Gość: juk No camp in my life but ... part II IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 20:10
        (Ciag dalszy)

        W zasadzie nie wiem czy pisac, bo ktos moze pomysli, ze to jest zmyslone, no ale zycie jest czasem
        bardziej zaskakujace niz powiesc fantastyczna, wiec moze przynajmniej niektorzy z tych co "zwiali"
        uwierza ...

        Po dojsciu do tej drogi asfaltowej (idacej od granicy z Jugoslawia do Triestu), moim nastepnym
        najblizszym miejscem docelowym byl Triest (punktem finalnym Paryz).

        Probowalem sie zabrac autostopem do Triestu (w Polsce wtedy duzo ludzi jezdzilo autosopem), ale
        okazalo sie, ze to nie bylo takie latwe i minelo mnie chyba kilkadziesiat samochodow osobowych zanim
        wreszcie jeden odwazny sie zatrzymal i mnie zabral (bylo to w dzien i do Triestu chyba jakies 25 km).

        Dopiero pozniej dowiedzialem sie, ze na (zgnilym) Zachodzie nie tak latwo jest sie zabrac autostopem
        (napady). W kazdym razie, jak dotarlem do Triestu, to byla chyba godzina 16:30.

        Pierwsza rzecza byla wymiana wszystkich jugoslowianskich dinarow na wloskie liry (zawsze lir byl
        "twardsza" waluta niz dinar).

        Nastepnie siadlem przy stoliku na chodniku jakiegos bistro (tak jak w Paryzu) i zamowilem kanapke z
        szynka plus kawe (dotychczas zywilem sie czekolada). Rowniez wtedy rozprulem czesciowo jedna
        scianke walizeczki i wyciagnalem zaszyte dokumenty (m.in. dyplom ukonczenia studiow) no i oczywiscie
        te zaszyte US$40.-. Uwazalem, ze dokumenty beda bezpieczniejsze w wewnetrznej kieszeni koszuli niz w
        walizeczce (latwiej byloby komus gwizdnac mi walizeczke niz sciagnac ze mnie koszule).

        Po zjedzeniu kanapki i wypiciu kawy (bylo chyba ok. godz 18) postanowilem dalej autostopem jechac w
        kierunku Paryza.

        Marzenie scietej glowy - NIKT absolutnie sie nie zatrzymal. Nawet jak podeszlem do skrzyzowania ze
        swiatlami (a tam auta zatrzymywaly sie na czerwonym swietle) to kazdy oswiadczal, ze jedzie tylko dwie
        ulice dalej.

        Zdesperowany (byl wieczor, a ja bylem juz w podrozy 24 godz., bez spania no i oczywiscie
        PRZEKROCZYLEM GRANICE i bylem na (zgnilym wink) Zachodzie) poszedlem na dworzec kolejowy. Tam
        ciagle byla otwarta CHANGE wiec wymienilem nastepnych chyba kilkanascie dolarow na liry i kupilem
        bilet kolejowy z Triestu do Milano. Pociag zdaje sie byl niedlugo po tym i okolo polnocy (druga
        nieprzespana noc) wyladowalem na dworcu w Milano.

        Najblizszy pociag do Turynu byl chyba ok. 4 rano wiec na dworcu glownym w Milano spedzilem pare
        godzin, "zywiac sie" kawa expresso - pamietam, ze expresso kosztowalo wtedy 9 000.- lirow.

        Rano w pociag do Turynu. W Turynie, o ile dobrze pamietam, bylem chyba ok. 8 rano. Na dworcu byla
        mapa z liniami kolejowymi i tam znalazlem jak trzeba jechac do Francji.

        Moj problem byl taki, ze nie mialem oczywiscie paszportu (patrz moj poprzedni watek), wiec znow
        musialem w jakis sposob przekroczyc granice miedzy Wlochami i Francja nielegalnie (prosze pamietac,
        to bylo ponad trzy dekady temu, kontrole graniczne w Zachodniej Europie istnialy, chociaz oczywiscie nic
        podobnego do "obozu pokoju i socjalizmu").

        Tak wiec na dworcu w Torino kupilem bilet kolejowy do ostatniej stacji po stronie wloskiej. Z rozkladu
        jazdy wiedzialem jak dlugo pociag jedzie do tej ostatniej po wloskiej stronie stacji kolejowej (pociag
        jechal gdzies do Francji).

        Pociag jechal, a ja patrzylem przez okno i zalewal mnie zimny pot i ogarniala mnie zgroza - pociag jechal
        przez Alpy - wysokie, osniezone gory (koniec lata) - to nie byly zadne tam pagoreczki jak pomiedzy
        Jugoslawia i Wlochami. Holllly mollly !!!

        W kazdym razie, na ostatniej stacji po wloskiej nie wysiadlem tylko jak wsiedli celnicy i pociag ruszyl, to ja
        udawalem, ze spie. W koncu celnik doszedl do mnie i lekko tracil mnie w ramie aby mnie obudzic i
        zazadal paszportu.

        MIALEM CHORERNE SZCZESCIE !!!! (Dlaczego, okaze sie za chwile)

        To byli celnicy wloscy (chociaz pociag jechal do Francji). Celnikow francuskich ani sladu. Widac, ze Wlosi
        kontrolowali akurat w tym pociagu a Francuzi jadacy w drugim kierunku - a potem z powrotem sie
        przesiadali (tak wahadlowo).

        W kazdym razie ja do wloskiego celnika, ze nie mam zadnych dokumentow i ze mialem wysiasc na
        poprzedniej stacji ale zasnalem - i wyciagam bilet kolejowy do tej poprzedniej stacji (ktora byla po
        wloskiej stronie).

        Wloch powiedzial: W porzadku, pojdziesz znami i wysiadziesz na nastepnej stacji (ktora byla juz we
        Francji), tam poczekasz z nami na nastepny pociag jadacy z powrotem do Wloch i pojedziesz z nami z
        powrotem do Wloch.

        Ja na to: Oczywiscie no i przepraszam, ze zasnalem.

        W kazdym razie, szedlem z tymi wloskimi celnikami w pociagu, oni kontrolowali innych, w koncu pociag
        zatrzymal sie na stacji we Francji i ja razem z celnikami wysiadlem na peronie. Weszlismy do jakiegos
        biura celnikow wloskich na peronie. Wlosi kazali mi usiac i czekac na powrotny pociag do Wloch. W
        miedzyczasie zajeli sie jakim facetem ktorego rowniez zwineli z tego pociagu (zdaje sie facet mial za duzo
        butelek ze soba).

        Po jakim czasie spisali faceta i puscili go wolno. W biurze bylo tylko dwoch wloskich celnikow i ja.
        Wowczas dopiero pokazalem im moj polski dyplom studiow, oswiadczylem, ze zwialem z wycieczki z
        Jugoslawi na Zachod i ze chce sie dostac do Paryza (mialem "kontakt" w Paryzu).

        Wowczas jeden z nich zapisal moje nazwisko i numer z dyplomu i powiedzial mi dyskretnie: - Wyjdz na
        peron i z peronu idz POWOLI i SPOKOJNIE na ulice. Gdyby cie w poblizu z jakiegokolwiek powodu
        zatrzymala policja francuska to bron Boze nie mow im, ze mysmy cie puscili.

        Wyszedlem wiec z moja mala walizeczka na peron - a na peronie tylko paru pasarzerow, zadnej policji
        francuskiej. Wyszedlem na ulice - rowniez zadnych gendarmes.

        BYLEM WE FRANCJI !!!!!!!!!!!!!!!! Po dwoch nieprzespanych nocach i dwoch nielegalnych przekoroczeniach
        granic !!!

        Chociaz do Paryza bylo jeszcze chyba kilkaset kilometrow ... No ale to chyba za duzo pisania - a i chyba
        niektorzy temu nie wierza ....
        • _szwedka Re: No camp in my life but ... part II 03.08.02, 20:37
          Ludzie uciekali w rozny sposob wiec dlaczego by Ci nie wierzyc. W Berlinie
          jest muzeum uchodzctwa. Nie bylam lecz widzialam program o nim. Niesamowite.
          Pamietam historie ktora wydarzyla sie w Szwecji w polowie lat 80-tych. Dwoch
          polskich chlopcow (maloletnich) z wielodzietniej rodziny pojechalo pociagiem
          do Swinoujscia. Tam schowali sie pod ciezarowka i w ten sposob dostali sie do
          Szwecji. Szum byl niesamowity bo polski rzad zadal wydania chlopcow lecz sami
          rodzice wypowiedzieli sie przeciwko temu. Wedlug prawa szwedzkiego powinno sie
          wydalic ich (nie byli sierotami i nie mieli zadnego zwiazku ze Szwecja) i tak
          Biuro Migracyjnie chcialo zrobic. Spoleczenstwo szwedzkie zrobilo niemozliwa
          burze ze sam Palme ujal sie za chlopcami i nie pozwolil do ich wydalenia.
          Niesamowite sa drogi Polakow.
          • Gość: juk Re: No camp in my life but ... part II IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 20:44
            _szwedka napisała:

            > Pamietam historie ktora wydarzyla sie w Szwecji w polowie lat 80-tych. Dwoch
            > polskich chlopcow (maloletnich) z wielodzietniej rodziny pojechalo pociagiem
            > do Swinoujscia. Tam schowali sie pod ciezarowka i w ten sposob dostali sie do
            > Szwecji.


            Yup. Widzialem nawet film o tym.
            • Gość: juk Re: No camp in my life but ... part III IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 21:31
              Well, ciag dalszy.


              Po wyladowaniu na ulicy w jakims malym francuskim miasteczku najpierw poszedlem
              do banku i wymienilem wszystkie liry i chyba jakies 10 dolarow na franki a
              nastepnie postanowilem dalej jechac do Paryza autostopem (czyli bezplatnie).

              Udalo mi sie dwa razy "zaladowac" z osobnikami, ktorzy jechali (rzekomo) w
              strone Lyon. Napisalem rzekomo, bo jeden jechal niby na polnoc, ale tak w
              rzeczywistosci to na polnocny-zachod a drugi jechal niby na polnoc, ale tak w
              rzeczywistosci to na polnocny-wschod.

              Pamietam, ze pierwszym pojazdem byl 2CV i kierowca byl jakis student, zas
              drugim pojazdem byla ciezarowka ogrodnika wyladowana ogorkami.

              Po takim jezdzeniu "zygzakiem" zorientowalem sie, ze co prawda jade tak ogolnie
              to na polnoc, ale o chyba godz. 18 bylem jeszcze ciagle dosc daleko od Lyonu
              (nie mowiac juz o Paryzu).

              Poszedlem wiec na stacje kolejowa w jakiejs miescinie - jest bezposredni pociag
              do Paryza. Cena biletu FF 59.80 Ja mialem jeszcze co prawda jakies dwadziescia
              pare dolarow ale banki o tej porze byly juz zamkniete (bylo ok godz. 18). W
              walucie francuskiej mialem - nie do uwierzenia - FF 60.40 Co za szczescie.
              Pamietajcie, zaczyna sie moja trzecia nieprzespana noc, po dwoch
              przekroczeniach granic.

              W przedziale tylko jedno miejsce siedzace - sami mundurowi. W pierwszej chwili
              nie wiedzialem, czy sie do nich przysiasc, bo mi wygladali jak policja, a ja we
              Francji nielegalnie, no ale Francuzi grzecznie zapraszali, wiec nie wypadalo
              odmowic. Pomyslalem, ze w takiej eskorcie bede mial bezpieczna podroz do
              Paryza. (Dopiero pozniej okazalo sie, ze to byli pompiers - straz ogniowa smile )

              W kazdym razie dojechalismy wszyscy bez zadnych przygod do Paryza na Gare de
              l'Est. Byla godz. 23 z hakiem. Od Gare de l'Est do mojego "kontaktu" w 14
              dzielnicy, tak w prostej linii jest chyba 6 km, ale oczywiscie po dodaniu
              roznych zygzakow (ulice w Paryzu nie sa jak w Chicago) to chyba bylo 8 km.

              Ja we francuskiej walucie mialem 60 centymow, metro chodzilo jeszcze ale bilet
              kosztowal wtedy chyba ok. 1 FF. Change na dworcu o tej porze oczywiscie
              zamkniete. Poza tym, nigdy w zyciu nie jechalem paryskim metrem (bardzo proste
              po paru razach ale pierwszy raz ...)

              Tak wiec z moja walizeczka pozostalo mi tylko "marcher a pied". I okolo 4 rano
              (koniec trzeciej nieprzespanej nocy) stukam w drzwi mojego "kontaktu". Cisza -
              dzwonie pare razy - cisza. O merde.

              Okazalo sie pozniej, ze mieli jakas "okazje" i balangowali cala noc - pech w
              tym, ze nie u siebie w domu tylko u kolegow po drugiej stronie Paryza.

              Z powrotem na ulicy - otwarta jest stacja benzynowa BP. Prosze o znalezienie
              jakiegos taniego hotelu. Facet znajduje jednogwiazdkowy o pareset metrow dalej.
              Dzwoni - jest miejsce - chyba 30.00 FF

              Depcze - wlasciciel (zaspany) czeka na mnie w drzwiach. Okazuje sie jednak, ze
              do zaplaty potrzebne sa FF a ja mialem tylko 60 centymow, reszta w dolarach
              USA. Oczywiscie tej waluty hotel nie przyjmuje. O merde alors !!

              Jak szedlem do tego hoteliku, to przechodzilem obok posterunku policji
              (otwartego cala noc). Postanawiam tam wrocic i pytam sie stojacego na chodniku
              policjanta, gdzie tu mozna wymienic dolary amerykanskie na franki (okolo 4:30
              rano). W Polsce jak bys w tych czasach o cos takiego zapytal polskiego
              milicjanta, to bys oczywiscie migiem wyladowal w wiezieniu (dolary - a skad wy
              macie dolary i co wy tu robicie z dolarami na ulicy o tej porze).

              Policjant skierowal mnie do wiekszego czterogwiazdkowego hotelu i powiedzial
              mi, ze tam jest CHANGE.

              Znow musialem deptac, chyba kilometr. Jest Hotel. HURRAA. Okazuje sie jednak,
              ze wymiana jest tylko dla gosci hotelowych a nie dla takich z ulicy jak ja. W
              koncu jednak, od slowa do slowa, wychodzi, ze ja jestem z Polski. A na to jeden
              z dwoch osobnikow siedzacacych w recepcji mowi (po francusku): O, moja babcia
              byla Polka. Po czym rozkazuje temu drugiemu, ktory trzymal kase: Wymien mu te
              dolary.

              Deptam z powrotem do tego jednogwiazdkowego hoteliku, wlasciciel ciagle
              cierpliwie czeka w drzwiach - i w koncu jestem w pokoju.

              Hotelik jednogwiazdkowy - zadnej umywalki, nawet nie ma prysznica, sraczyk
              wspolny jeden na cale pietro na korytarzu.

              Niby trzeba spac, ale po trzech nieprzespanych nocach czlowiek jest tak
              zmeczony, ze NIE UDAJE sie spac !!!

              Poza tym, teraz czlowieka ogarniaja watpliwosci, jak szedlem przez Paryz, to
              widzialem paru zebrakow, niby wystawy blyszczace, sklepy jubilerskie ze zlotem,
              z drugiej strony, duzo starych budynkow - czy ja dobrze zrobilem - a najgorsze
              to, ZE NIE MA POWROTU !!!!

              No ale jakos to w koncu przebrnalem ....

              Pozdrowionka dla innych weteranow ....

              No a teraz wyskakuje na Boul. St. Michel na pare zimnych smile)
          • Gość: juk Re: No camp in my life but ... part II IP: *.abo.wanadoo.fr 03.08.02, 21:37
            W tym filmie to bylo, ze ci chlopcy oryginalnie wyladowali z ciezarowka na
            promie w Danii - chociaz obecnie podobno mieszkaja w Szwecji.
        • galilleo Re: No camp in my life but ... part II 05.08.02, 04:46
          Gość portalu: juk napisał(a):

          > Chociaz do Paryza bylo jeszcze chyba kilkaset kilometrow ... No ale to chyba
          z
          > a duzo pisania - a i chyba
          > niektorzy temu nie wierza ....


          Alez nie, to jest wspanile co napisales

          Proffesor Gailleo
          • Gość: mysz Re: No camp in my life but ... part II IP: *.ab.hsia.telus.net 05.08.02, 06:13
            Czekam na ciag dalszy.
            • Gość: juk Re: No camp in my life but ... part IV IP: *.abo.wanadoo.fr 05.08.02, 20:52
              Gość portalu: mysz napisał(a):

              > Czekam na ciag dalszy.

              W zasadzie to nie ma cdn. W Paryzu oczywiscie zglosilem sie na policje. Tam
              sfotografowali mnie (z trzech stron) i zrobili odciski palcow (jako ze
              przybylem nielegalnie i poza dyplomem nie mialem innych dokumentow).

              Nastepnie grzecznie mnie przesluchali (to co opisalem powyzej), dali jakis
              paierek z pozwoleniem na pobyt i prace na jeden miesiac. I wypuscili na ulice.

              We Francji nie bylo zadnych obozow (o ile wiem).

              Prace pomogl mi znalesc "kontakt".

              Po miesiacu znowu na policje o przedluzenie pobytu. Znowu przesluchanie
              (musialem opowiadac to samo jeszcze raz). Policjanci bardzo zadowoleni, ze mam
              prace i nie spie pod mostem - dali nowy papier (jw), tym razem wazny na dwa
              miesiace.

              Potem znowu na policje - i to samo przesluchanie - tym razem nowy papier z
              waznoscia na cztery miesiace.

              Za kazdym razem dawali przedluzenie dwa razy dluzszy pobyt i prace niz
              poprzednio. Poza tym dzwonili do szefa, czy tam rzeczywiscie pracuje.

              Ja tak sie na poczatku dziwilem, po co za kazdym razem jak bylem na policji
              musialem im opowiadac ta historie jeszcze raz od nowa, ze wszystkimi
              szczegolami. Dopiero pozniej zrozumialem, ze oni po prostu w ten sposob
              sprawdzali, czy mowie prawde (i nie krece).
              • Gość: juk Ten z pod dachu w pociagu ... IP: *.abo.wanadoo.fr 05.08.02, 20:56
                Hej weteran, ty co jechales pod dachem pociagu, moze opisalbyc to dokladniej ...

                A poza tym, jest chyba wiecej takich niz ja - opiszcie jak to bylo ...
              • bogdan2002 Re: No camp in my life but ... part IV 06.08.02, 10:16
                Dopiero pozniej zrozumialem, ze oni po prostu w ten sposob
                sprawdzali, czy mowie prawde (i nie krece).
                PRAWDA papier jest cierpliwy a pamiec ludzka zawodna
                Czy pamietacie jakie pierdoly opowiadaliscie na interview?

                • Gość: dandy Re: No camp in my life but ... part IV IP: *.horsens.dk 06.08.02, 15:07
                  Co tu mozna wiecej napisac ? Wiele ze szczegulow, zniklo poprostu z pamieci po
                  tylu latach.
                  Do Ameryki jechac nie chcialem, zbyt kochalem Polske. Jakby nie bylo z Danii
                  jest tylko 100 km do kraju. To tylko maly skok i juz sie tam jest.
                  Wiem, wiem, kraj nieograniczonych mozliwosci ta Ameryka ale mnie zadawalalo
                  mniej dolarow, bo w sumie pieniadz to rzecz nabyta a jak sie je ma to sie o
                  nich nie gada i nigdy nie odczuwalem ciagat do zdobycia ich jeszcze wiecej i
                  wiecej i wiecej !
                  Mam wszystko i tu w malenkiej Danii - nowa rodzine, dom (splacony tak dla
                  scislosci) i samochod, i stac mnie na wycieczki, i na dobre weekendowe zarcie w
                  dobrej restauracji. O´key mialem moze szczescie, ze dostalem w miare szybko
                  dobra prace ale i szybko sie zintegrowalem, nie zapominajc bynajmniej skad
                  pochodze. Dzieci i wnuki mowia po Polsku w przeciwnienstwie do wielu naszych
                  rodakow i ich potomkow.
                  Czuje sie mocno zwiazany ze starym krajem ale jest mi dobrze w Danii, nie
                  jestem fanatykiem. Wybralem, ze pozostane na emigracjii i w zwiazku z tym nie
                  chce uczestniczyc w srodowiskach tzw. polonijnych. Stosunek, dobry stosunek do
                  starej ojczyzny mam czysto osobisty. Nie chce tam nic poprawiac ani zmieniac bo
                  uwazam, iz nie mam do tego zadnego prawa. Niech to robia moi rodacy w kraju w
                  takim stopniu w jakim im to odpowiada.
                  Ale chyba odbiegam zbyt daleko od tematu, sorry. To juz nie ma nic wspolego z
                  Treichem. A wiec stop, ani slowa wiecej.

                  Pozdowienia dla weteranow
                  • Gość: gen obozy uchodzcow IP: *.157.70.245.Dial1.Weehawken1.Level3.net 29.12.02, 04:51
                    obozy uchodzcze na terenie Europy glownie rozlokowane byly w Niemczech, ale
                    byly to male obozy mieszczace gora kilkaset ludzi. Ten najwiekszy to byl
                    Traiskirchen po Wiedniem mieszczacy kilka tysiecy ludzi wraz z podleglymi
                    pensjonatami. Nastepny to byl oboz we Wloszech w okolicach Rzymu tez masa
                    polakow znalazla tam pierwsze schronienie. W latach 1981 - 84 przez oboz w
                    Traiskirchen przewinelo sie blisko 5000.000 Polakow [dane szacunkowe]. Glowne
                    kirunko emigracji to Australia [najwiekszy popyt] nastepnie Canada [cieszyla
                    sie duza popularnoscia] i na koncu USA [brak benefitow socjalnych] w
                    ostatecznosci zostawaly kraje Europy - Niemcy - glowny powod zostania tam to
                    pochodzenie etniczne,a wiec trzeba bylo udowodnic wiezy krwi z tym
                    krajem,troche rodakow zostalo w Holandii w Szwecji, Szwajcarii. Jednak
                    przytlaczajaca wiekszosc emigrowala za Ocean,dzis stanowia oni warstwe
                    wartosciowej Polonii
                    • Gość: 10cc Re: obozy uchodzcow IP: *.bc.hsia.telus.net 29.12.02, 04:56
                      jeszcze zyjesz gen? to juz ponad rok
                      • Gość: gen Re: obozy uchodzcow IP: *.157.70.245.Dial1.Weehawken1.Level3.net 29.12.02, 05:06
                        zyje !!! - w miare mozliwosci staram sie korygowac ten watek,mimo ze rok minal
                        albo wiecej sa nowi ktorzy dokladaja wspomnienia !! to niezly material na
                        ksiazke,choc z pol miliona rodakow co wyemigrowalo ta droga [obozy uchodzcze]
                        to odzew powinien byc wiekszy,zdecydowanie wiekszy,sama Australia w latach
                        1981 - 82 zabrala z Trajchu kilkadziesiat tysiecy naszych ,gdzie oni sa
                        teraz ???
                        • Gość: 10cc Re: obozy uchodzcow IP: *.bc.hsia.telus.net 29.12.02, 05:11
                          Gość portalu: gen napisał(a):

                          > zyje !!! - w miare mozliwosci staram sie korygowac ten watek,mimo ze rok
                          minal
                          > albo wiecej sa nowi ktorzy dokladaja wspomnienia !! to niezly material na
                          > ksiazke,choc z pol miliona rodakow co wyemigrowalo ta droga [obozy
                          uchodzcze]
                          > to odzew powinien byc wiekszy,zdecydowanie wiekszy,sama Australia w latach
                          > 1981 - 82 zabrala z Trajchu kilkadziesiat tysiecy naszych ,gdzie oni sa
                          > teraz ???


                          Wielu sie rozjechalo ja mieszkalem w Australii tez 6 latek.
                          • Gość: Mirko obozy letnie... IP: *.union01.nj.comcast.net 29.12.02, 06:12
                            Wątek fajny.
                            Taki w Gazecie to niby wygodna sprawa, bo można poczytać/wpisać i spadać, ale
                            to się chyba aż prosi o swoją własną stronę klubową, n.p. www.wyjechani.com
                            jest wolne...
                            Te opowiastki poparte fotkami ze sprzedanych wraz z Maluchami Zenithów to
                            byłaby dopiero zabawa...

                            Sam byłem w Wiedniu w tamtych latach przelotem pare razy do i z Azji. Ale za
                            krótko na obserwacje i refleksje czy iść "w azylanctwo"czy nie...

                            A swoją drogą co Wyscie tam pisali w tych papierach do tych Australii i Kanad?
                            Że prześladowali Was w PRL, za kolportarz ulotek czy że cukier, mieso, paliwa,
                            papierosy itd, były na kartki + ogólny Ostsyfilis? Prosze nie odbierać tego
                            jakkolwiek złośliwie - po prostu jestem ciekaw...
                            Osobiście znam gościa, ktory dostał azyl w USA za "działalnośc kombatancką"
                            mimo, że tak naprawdę w PL był kierowcą w Wojewódzkim Komitecie Partii i
                            całkiem dobrze mu się działo...

                            Pamiętam z N. Jorku przypadek przytomnego Polaka, tak ok. jesieni 1988, któremu
                            INS nie za bardzo wierzył w opowieści kombatanckie więc gościu zorganizował
                            paroosobową "demonstrację" przed polskim konsulatem i szczęśliwy traf chciał,
                            że znalazł się na fotce w jakiejś nowojorskiej gazecie wraz z nieco koślawym
                            trasparentem "Precz z Komuną" ("Nowy Dz.?") i dopiero to wystarczyło wreszcie
                            upierdliwym urzędnikom...

                            Ja do Stanów trafiłem na własnych nóżkach, przez przejście San Isidoro
                            (Tijuana - San Diego) podszywając się skutecznie pod młodego Jankesa, po
                            przyleceniu z do Mexico City Aeroflotem z Singapuru, przez New Delhi, Moskwę
                            (ruski celnik nagabywał mnie pamiętam o piłeczki tenisowe!), Shannon i Hawanę.

                            I to był może błąd, że nie przez obóz właśnie, bo ładnych kilka lat musiałem
                            się potem bujać bez papierów. Suma summarum - kosztowna sprawa bo nielegalni na
                            ogół muszą cienko prząść...

                            • qwardian Re: obozy letnie... 24.10.20, 17:52
                              Jest dla mnie nieprawdopodobne, że ten wątek nadal żyje. Przekraczałem tą granicę San Isydoro wielokrotnie jako amerykański obywatel, odwiedzając kluby w Tijuanie Chicago i Adelita. Teraz już od piętnastu lat mieszkam w Polsce. Dawniej polishAM, który uczestniczył w tym wątku dwie dekady temu..
    • 100-krotka1 RUST-Eselmulle-Burgenland 1982 rok 29.12.02, 16:16
      Jesli tam przebywalas/les..prosze odezwij sie. Ewa-Szczepan(Jagoda,Michal), Ewa
      i Bogdan z Krakowa. Maryla , Tadzinek z Wroclawia i inni.


      • radca pozdrowienia 29.12.02, 16:54
        Pozdrawiam wszystkich z dawnego "hiltonu" smile
        Dzisiaj tez istnieje i funkcjonuje ten lager,ale juz nie w takim wymiarze - jak
        wtedy.Wiele budynkow remontuja.Wiekszosc "azylantow " - to ciemnoskorzy.

        pozdrowienia
        radca
      • Gość: gen refugee camp - Traiskirchen IP: *.157.66.8.Dial1.Weehawken1.Level3.net 29.12.02, 16:55
        poniewaz padlo pytanie o tym co uchodzcy wypisywali w papierach starajac sie o
        azyl w Austrii, chce dorzucic wlasne spostrzezenia z tego okresu. Pod koniec
        1981 sytuacja w Polsce byla na tyle napieta politycznie ze tylko slepy i
        gluchy moglby nie zrozmuiec co moze sie stac w nastepnych
        miesiacach,tygodniach lub dniach. Stad ta lawina ludzi w pociagu dalekobieznym
        na trasie Katowice - Wieden, zapchane przejscia graniczne na terenie owczesnej
        Czechoslowacji itd. Sytuacja przypominala wydarzenia z lat 50-tych na Wegrzech
        gdzie fala uchodzcow z Wegier zalala Austrie ,wielu z nich mieszka tam do
        dzisiaj juz jako drugie pokolenie. Otrzymanie azylu tuz po wprowadzeniu stanu
        wojennego w Polsce nie stanowilo zadnego prawie problemu chocby ze wzgledu na
        to ze jakikolwiek powrot z zagranicy w tym czasie wiazal sie z ryzykiem
        przesluchiwan,odebraniem paszporu na dlugi czas i bacznym przygladaniem sie
        przez UB-owcow ,nie mowiac o tym ze ci co naprawde nalezeli do Solidarnosci
        jako zw.zawd. mogli byc potraktowani w sposob "szczegolny" przez owczesne
        wladze. Oczywiscie ze wiekszosc z emigrujacych szukala przedewszystkim
        normalnego zycia, tak samo jak i Rumuni czy Albanczycy ktorzy stanowili w
        obozie wiekszosc i normalny codzienny obrazek typowego balaganu jaki oni
        wprowadzali przez sam fakt pobytu na terenie obozu. W polowie 1982 roku
        placowki dyplomatyczne USA na terenie Wiednia oraz organizacje uchodzcze
        urochomily tzw "most powietrzny" miedzy Wiedniem a Stanami,wprowadzono
        uproszczone reguly przyznawania statusu uchodzcy i emigrowania w
        przyspieszonym tempie do Stanow,skorzystalo z tego tysiace naszych rodakow do
        tej pory beznadziejnie oczekujacych na wyjazd w obozach. Oczywiscie w tym
        ogolnym rozgardiaszu ,wielu bylo takich ktorzy sie poprostu przeslizgneli
        przez uproszczone procedury INS-u jak wielblad przez ucho igielne,w tym byli
        zagorzali czlonkowie PZPR lub aktywni ORMO-cy itp, oni tez szukali normalnosci
        i sposobu na wydostanie sie z"raju PRL-u" To temat olbrzymi zaslugujacy na
        osobne opracowanie. Mysle ze strona internetowa powstanie w niedlugim czasie
        o tym ciekawym okresie .
        • Gość: Toto Pozdrowienia gen. IP: *.proxy.aol.com 30.12.02, 00:00
          Dobrze ze ten watek znow wyplynal.Daj znac jak bedzie jakas strona
          internetowa.Co rusz jakies nowe wspomnienia odzywaja.
          PS: Szczesliwego Nowego Roku dla wszystkich "fluchtlings"smile
        • Gość: Mirko Uchodzcy... IP: *.union01.nj.comcast.net 30.12.02, 14:04
          Gość portalu: gen napisał(a):

          > poniewaz padlo pytanie o tym co uchodzcy wypisywali w papierach starajac sie
          o
          > azyl w Austrii, ... itd.

          No tak, ja tym pytaniem rzucilem, ale pytanie bylo o to co ludzie pisali/mowili
          zeby sie zalapac na azyl w Australii, Kanadzie czy USA, bo do zadnego z tych
          krajow nie ma (i wtedy nie bylo) emigracji innej niz laczenie rodzin (proces na
          ogol trwa lata) czy uchodzczej (bycie przesladowanym), dlatego mnie to ciekawi.

          Bylem wtedy w Polsce i wiem ja tam bylo ( polskaludowa.com/ ) wiec nie
          trzeba mi objasniac, ze n.p. za przedluzenie pobytu na wycieczce mozna bylo nie
          dostac paszportu przez nastepne kilka lat, za sprzedawanie dolarow pod Peweksem
          czy kartek na paliwo pod CPN-em tak samo a za dodatkowy wyjazd do Austrii
          zamiast deklarowanej Jugoslawii - to juz na pewno.
          To sa oczywiste sprawy, ale na tej podstawie ani nawet tym, ze jesli dzialalo
          sie w PZPR to dziecko do Komunii trzeba bylo posylac na drugim koncu Polski -
          raczej nie dalo sie wtedy dostac azylu w Stanach.
          Jestem przekonany ze trzeba bylo miec (albo je napredce wymyslec) znacznie
          gorsze doswiadczenia "aus der PRL".
          Jakie?
          Co trzeba bylo napisac (zeznac), zeby wtedy wystaczylo do wizy do raju?

          W tym pytaniu oczywiscie kryje sie drobny poddtekst:
          Wiele razy na tym forum pojawialo sie: "Bashing illegals" tzn wieszanie psow
          na "turystach" - ludziach, ktorzy z braku lepszych perspektyw w Polsce i
          korzystajac z dostanej mniej lub bardziej przypadkowo wizy "turystycznej" do
          n.p. USA zdecydowali sie zostac i pracowac nielegalnie, itd...
          • kiszczak Czy nalezy sie odszkodowanie ? 30.12.02, 22:46
            Jesli przebywalo sie w obozie w Austrii to czy nalezy sie za to odszkodowanie pienizne od wladz Austrii ?
            • radca Re: Czy nalezy sie odszkodowanie ? 30.12.02, 22:57
              kiszczak napisał:

              > Jesli przebywalo sie w obozie w Austrii to czy nalezy sie za to odszkodowanie
              p
              > ienizne od wladz Austrii ?

              - to wesole smile))
              nooo, to i mnie by cos skaplo smile

              radca
              • Gość: Mirko Należy się cieszyć... IP: *.union01.nj.comcast.net 01.01.03, 14:33
                ... że nie ma sie do czynienia z miejscami typu Transkirchen w obecnej postaci:
                www.no-racism.net/diskussion/deportation_prison_engl_01.htm i
                www.noborder.org/without/austria.html
                www.amnesty.ie/act/photos/austria.jpg
                • ozpol Re: Należy się cieszyć...Za wczesnie, bo.. 04.01.03, 23:45
                  Gość portalu: Mirko napisał(a):

                  > ... że nie ma sie do czynienia z miejscami typu Transkirchen w obecnej
                  postaci:
                  > <a href="www.no-
                  racism.net/diskussion/deportation_prison_engl_01.htm"tar
                  > get="_blank">www.no-racism.net/diskussion/deportation_prison_engl_01.htm</a>
                  i
                  > <a
                  href="http://www.noborder.org/without/austria.html"target="_blank">www.nobor
                  > der.org/without/austria.html</a>
                  > <a
                  href="http://www.amnesty.ie/act/photos/austria.jpg"target="_blank">www.amnes
                  > ty.ie/act/photos/austria.jpg</a>


                  "Obozy" dalej istnieja ale w mniejszych rozmiarach. Traiskirchen i Bad Kreuzen
                  dalej funkcjonuja a takze sa obozy dla nielegalnych emigrantow czy to we
                  Francji, Anglii czy Australii.
                  A co powiesz o obozach w Afryce czy Azji?
    • biala-twarz Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 04.01.03, 22:01
      Czy moze ktos mi podac jak znalezc
      watek o obozie we Wloszech ?
      • Gość: am Kto byl we Friedbergu (Austria) IP: *.ab.hsia.telus.net 07.01.03, 05:08
        Przebywalem tam przez kilka ladnych miesiecy 81-82 w miejscowosci Friedberg
        (Austria)i mieszkalismy w pieknym Parkhotelu.
        Czy ktos tam przebywal w tym czesie?
        pozdrawiam
        am
    • Gość: polishAM Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.nas19.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 07.01.03, 05:39
      Jeszcze jedna sprawa. Ja wtedy zlozylem papiery na wszystkie kraje swiata i
      pierwsza wypalila mi Pld. Africa. Rowniez bedac w Traichu na miesiac przed
      wyjazdem podpisalem azyl w Austrii. Potem sie nad tym nie zastanawialem, bo
      Austria wydawala mi sie sympatycznym ale stosunkowo ubogim krajem. Pisze to, bo
      kazdy z nas mogl pozostac na miejscu i ja potem spotkalem kilka osob, ktore tak
      postapily. Teraz oczywiscie stracilem kontakt. Jak tam jest w Wiedniu? Za
      tamtych czasow dawano mieszkanie czynszowe i niecale 4 tys. szylingow na zycie
      dla tych co opuszczali oboz. I jeszcze jedno. Braliscie udzial w grudniowym
      "marszu na ambasade polska" w 1981 roku wzdluz Mariahilfer strasse? Bylo prawie
      pol miliona ludzi.
      • Gość: atoja Ingelheim/ kolo Mainz IP: *.proxy.aol.com 08.01.03, 02:30
        Bylam tam w latach '85-'86...czy ktos tam byl w tym czasie/??
        pozdrawiam
        Atojawink)
      • hungry_wolf Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 03:12
        Gość portalu: polishAM napisał(a):

        > Jeszcze jedna sprawa. Ja wtedy zlozylem papiery na wszystkie kraje swiata i
        > pierwsza wypalila mi Pld. Africa. Rowniez bedac w Traichu na miesiac przed
        > wyjazdem podpisalem azyl w Austrii. Potem sie nad tym nie zastanawialem, bo
        > Austria wydawala mi sie sympatycznym ale stosunkowo ubogim krajem. Pisze to,
        bo
        >
        > kazdy z nas mogl pozostac na miejscu i ja potem spotkalem kilka osob, ktore
        tak
        >
        > postapily. Teraz oczywiscie stracilem kontakt. Jak tam jest w Wiedniu? Za
        > tamtych czasow dawano mieszkanie czynszowe i niecale 4 tys. szylingow na
        zycie
        > dla tych co opuszczali oboz. I jeszcze jedno. Braliscie udzial w grudniowym
        > "marszu na ambasade polska" w 1981 roku wzdluz Mariahilfer strasse? Bylo
        prawie
        >
        > pol miliona ludzi.

        Dzisiaj South Africa jest b. biednym krajem a Austraia jest bogatym krajem w EU.
        Wic czy wybor byl sluszny? Oczywiscie nie. Podejrzewam ze juz wyrwales z SA,
        moge wiedziec gdzie? Wszyscy sie pchali do Kanaday albo USA. Wielu jednak
        nieszcesnikow pozostalo w krainie czarnego Lenina.
        • radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 19:47
          Ja pozostalem w Austrii

          radca
          • Gość: polishAM Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.nas35.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 08.01.03, 21:32
            Ja mieszkalem w RPA prawie 10 lat i to byly najlepsze czasy mojego zycia.
            Wyjechalem stamtad 12 lat temu i rozpoczelem kariere w Stanach do ktorej nigdy
            sie nie palilem. Jezeli ktos nie jest nastawiony materialnie stanowczo
            odradzam.
            Tu do Radcy. Austrie bardzo lubilem i czulem sie tam jak w domu. Pamietam, ze
            raz przegladalem ksiazke telefoniczna i polowa nazwisk miala slowianska
            pisownie. Rzadzona wtedy Austria przez Kreiskiego byla niezbyt zamoznym, ale
            solidnym krajem. Oczywiscie Kosciol Sw. Stefana i Ring pozostaje w pamieci.
            Austriacy wydawali mi sie tez bardzo przyjazni i nigdy nie spotkalem sie z
            niechecia. Niektorzy naduzyli goscinnosci ale to inna sprawa. Jak tam Polonia w
            Austrii?
            • kiszczak Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 21:36
              Bylem w tym obozie , teraz nalezy mi sie odszkodowanie od Austryiakow .Moze wiecie ile beda placic za kazdy
              miesiac ?
              • radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 08.01.03, 22:28
                kiszczak napisał:

                > Bylem w tym obozie , teraz nalezy mi sie odszkodowanie od Austryiakow .Moze
                wie
                > cie ile beda placic za kazdy
                > miesiac ?

                - wesole smile))

                ktos kiedys powiedzial w zartach,ze " w Austrii to sie liczy dopelt " smile
                oznacza,ze jak gdzies üracujesz 2 lata - to tak sie meczysz - jakbys byl tam 4

                radca
            • radca Witaj Polish AM 08.01.03, 22:25
              Na wstepie pragne Tobie podziekowac za wlaczenie w Pomoc dla dzieci z Domu
              Dziecka.

              Wiecej na ten temat ukaze wkrotce.

              Odpowiedz na Twoj post dotyczacy Austrii odpowiem w nastepnym poscie.

              pozdrawiam z "Kasztanii "
              radca
            • radca do Polish AM 08.01.03, 22:44
              Gość portalu: polishAM napisał(a):

              > Ja mieszkalem w RPA prawie 10 lat i to byly najlepsze czasy mojego zycia.

              - pamietam jak bedac w obozie " w trajchu" szukalo sie mozliwosci dalszej
              emigracji.Pojawiali sie posrednicy w zalatwianiu wyjazdow.Glosno bylo wtedy
              o Panu Szablowskim - RPA. Pojawial sie c jakis czas na rozmowy.
              Nalezalo wyslac formularz i dobrze wszystko opisac.Nastepnie przychodzila
              odpowiedz,ze nalezy wplacic 70 dolarow i czekac cierpliwie.

              Ja z tej mozliwosci nie skorzystalem i nie slyszalem,aby komus sie udalo
              z Panem Szablowskim.


              > Wyjechalem stamtad 12 lat temu i rozpoczelem kariere w Stanach do ktorej
              >nigdy sie nie palilem. Jezeli ktos nie jest nastawiony materialnie stanowczo
              > odradzam.

              - byc moze jest tak,wielu wracalo schorowanych.

              > Tu do Radcy. Austrie bardzo lubilem i czulem sie tam jak w domu.

              - no roznie tutaj jest.Jestem tutaj lacznie okolo 15 lat.Czy mozna sie tu
              czuc "jak w domu " ? To zalezy,ale juz jest coraz lepiej.

              >Pamietam, ze raz przegladalem ksiazke telefoniczna i polowa nazwisk miala
              >slowianska pisownie. Rzadzona wtedy Austria przez Kreiskiego byla niezbyt
              >zamoznym, ale solidnym krajem.

              - ten kraj ma jednak ustabilizowana gospodarke i unormowany styl zycia.

              >Oczywiscie Kosciol Sw. Stefana i Ring pozostaje w pamieci.

              - nigdy tam nie bylem w tym kosciele,lecz wiele slyszalem smile

              > Austriacy wydawali mi sie tez bardzo przyjazni i nigdy nie spotkalem sie z
              > niechecia. Niektorzy naduzyli goscinnosci ale to inna sprawa.

              - z ta "goscinnoscia " to jest roznie smile

              >Jak tam Polonia w Austrii?

              - hmm... trudno mi powiedziec,ale a duzo nie slychac.Ludzie z poludniowej Polski
              maja "zabi skok" do domu,a wiec juz pojecie "Polonii" sie zmywa - jest za
              blisko i granice sa otwarte.W kazdej chwili - za pare godzin mozesz byc juz w
              Polsce.To juz nie jest "Polonia" a "ludzie z POlski" smile

              pozdrowienia
              radca
              • Gość: polishAM Do Radcy. IP: *.nas35.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 09.01.03, 00:11
                Dziekuje za response. Jezeli chodzi o wyjazd do RPA to w 1981-82 roku sprawy
                zalatwialo sie bezposrednio w ambasadzie ktory byl zreszta w Ringu w luksusowym
                budynku wtedy calkowicie oblezonym przez Polakow. Pamietam, ze w srodku tego
                budynku spotykalo sie znajomych, jadlo swoj lunch i cala obsluga afrykanska
                mowila po Polsku. Byl rowniez pan mecenas Brazgalski (od Andersa) i mozna bylo
                na nim polegac, przy czym odwiedzalem go niejednokrotnie pozniej w
                Johannesburgu. Przjezdzali przedstawiciele firm i z nimi regulowalo sie warunki
                wyjazdu. Co do Austrii rzecz jest nastepujaca. Dla nas Polakow, Europejczykow,
                Stany nie sa dobra propozycja. Ja nie moge narzekac bo Stany mi daly szanse
                ktorej bym nigdzie indziej nie znalazl. Ale moj czas tutaj sie konczy i bez
                zalu bede opuszczal te strony. Austria to cos innego. Tam sie po prostu wrasta.
                Poza tym bywalem wiele w krajach trzeciego swiata i widzialem tyle biedy, ze
                trudno sobie to wyobrazic. Dlatego doceniam kazdy kraj ktory ma cos do
                zaoferowania. Zakupy robilem u Hopfera i w Billi. Mieszkalem tez w Melku.
                Pozdrawiam.
                • radca Re: Do Polish AM 09.01.03, 00:20
                  Jesli zdecydujesz sie na powrot do Austrii - to pomoge Tobie - by Ci
                  przygotowac grunt smile

                  Napisz mi na adres poczty lub beposredniego meila - ktory znajdziesz na stronie
                  chomik.kip.pl
                  lub wyslij mi swojego meila na dres poczty "radcy". Jajestem tutaj caly czas w
                  Austrii i mam bardzo dobra orientacje - co ? i gdzie ? smile))

                  pozdrowienia
                  radca
                  • Gość: polishAM Re: Do Polish AM IP: *.nas34.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 09.01.03, 01:46
                    Drogi Radco serdecznie dziekuje za oferowana pomoc. Ja jednak wracam do swojego
                    rodzinnego Poznania. Pod koniec roku likwiduje tu wszystko i wracam tam gdzie
                    do dnia dzisiejszego odbywaja sie spotkania przyjaciol z mojej szkoly. Zwykle
                    na Gwiazdke odwiedzam Polske, ale tym razem tego nie zrobilem poniewaz zostalo
                    mi jedyne dwanascie miesiecy...Jestem jednak przekonany, ze spotkamy sie
                    pewnego dnia kiedy juz sie zamelinuje na dobre w kraju.
                    Pozdrawiam.
                    • Gość: gen Re: Do Polish AM IP: *.59.107.89.Dial1.Weehawken1.Level3.net 09.01.03, 02:01
                      ciekawa droge ,przeszedles polishham, zreszta jak wiekszosc z nas !!
                      Emerytura juz wypracowana ??? bo to jest chyba pdstawa powrotu ?,choc gdy
                      wejdzie Euro do obiegu w Polsce to nie bylbym tak optymistycznie nastawiony
                      co do cen i jakosci zycia na przyszlosc. Ale to indywidualne podejscie do
                      zycia, powodzenia !!
                      • Gość: polishAM Re: Do Polish AM IP: *.nas34.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 09.01.03, 03:04
                        Jeszcze mi brakuje do emerytury ale wypracowalem juz odpowiednia ilosc. Poza
                        tym jakby to nazwac mialem szczesliwa reke i stracilem zupelnie motywacje do
                        pracy w Stanach. Poprzednio juz przesiadywalem dluzej i dluzej w Polsce i
                        ciezko mi bylo przyjezdzac. Tak to mniej wiecej wyglada.
                        • Gość: Ola Do Polish AM IP: *.corp.redshift.com 11.01.03, 22:06
                          Ciekawy watek. Zainteresowaly mnie Twoje losy i decyzja powrotu do Polski.
                          Jakze sie roznimy. Dla mnie USA od pierwszego dnia byly "wybranym ladem".
                          Znalazlam tutaj pelna satysfakcje zawodowa i osobista. Przepiekny kraj
                          przyrodniczo i geograficznie. Wspaniali ludzie. Szanse rozwoju o jakich nie
                          snilam. Teraz stoje przed delematem ze powinnam odwiedzic matke i sama mysl o
                          wizycie w Polsce nastraja mnie gleboka depresja. Bylam tam 10 lat temu i to mi
                          wystarczyloby na reszte zycia.
                          Poki co spotykalam sie z rodzina tutaj lub w Europie na wczasach.
                          Oczywiscie kazdy ma inne idealy zycia. Nie kazdy lubi "chocolate cake"...
                          Zycze Ci szczescia w miejscu do ktorego tesknisz.
                        • Gość: ... Re: Do Polish AM IP: *.corp.redshift.com 14.01.03, 07:50
                          ...
    • Gość: misio Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: BNPDCOM* / *.bmts.com 09.01.03, 17:23
      Po dwoch dniach jazdy Fiatem 126p stanelismy przed obozem. Po nastepnych dwoch
      dniach odjechalismy do pensjonatu w Alpy na ciag dalszy emigracji.

      Z samego obozu pamietam glownie surrealistyczna kwarantanne na 3 pietrze.
      Zatloczone pokoje i lozka na korytarzu, ubikacje, do ktorych mozna bylo
      wchodzic tylko na szczudlach, ekscesy pijanych Rumunow i Albanczykow, lacznie z
      przechodzeniem z pietra na pietro po zewnetrznej scianie budynku, tlum ludzi
      czekajacych na ewakuacje do magicznie brzmiacych pensjonatow.

      W pensjonatach bylo OK, w pierwszym prawie rodzinnie, w drugim - hotelowo.
      Przez rok czekalismy na wyjazd za Ocean.
      Galeria postaci, z jaka sie w czasie tego roku zetknelimy, byla imponujaca:
      Facet, ktory postanowil zalozyc Polskie Sily Zbrojne na obczyznie, kupic
      krazownik, poplynac na Baltyk i odbic Gdansk.
      Inny facet, ktory objasnial swoje metody walki z komuna: kradl w swoim
      zakladzie pracy, ile sie dalo.
      Dwoch troglodytow w poczekalni przed tzw. interview, udzielajacych sobie
      pouczen na temat zeznan. Gdy jeden w koncu zostal wezwany, drugi wykrzykiwal za
      nim ostatnie wskazowki: "pamietaj, powiedz, ze na glinie wpier...li ci palami".
      Panienka pracujaca gdzies w obozie, ktora chciala koniecznie nam pomoc i kupic
      naszego 126p za 100 szylingow, twierdzac, ze juz jutro policja go nam
      zarekwiruje i jeszcze wymierzy kare.
      Faceci, ktorzy z zachwytem krytykowali glupote Austriakow, ktorzy nie umieja
      pilnowac w sklepach wiec krasc mozna ile sie da.
      Facet, ktory opowiadal, jak odkrecil (czyli ukradl) kola Fiata 125p sprzed
      obozu, mowiac, ze on na pewno do nikogo juz nie nalezy, bo tak dlugo tam stal.
      Neandertalczyk, ktory chwalil sie, ze na placu-meksyku w Wiedniu zalatwil sobie
      dyplom ukonczenia "Uniwersytetu Polskiego", bo szybciej biora ludzi
      wyksztalconych.
      Facet, ktory z duma opowiadal, jak swiadczyl uslugi Polakom przyjezdzajacym
      pociagiem na Hauptbahnhof w Wiedniu. Dowozil ich samochodem do obozu za stawke
      2-3 razy wieksza, niz taksowka. Dobry samarytanin.

      Podziwialem wyrozumialosc Austriakow, ktorzy bardzo liberalnie podchodzili do
      beznadziejnych ekscesow niektorych azylantow. Gdyby zalezalo to ode mnie,
      wszyscy zlodziejaszkowie i cwaniacy byliby deportowani w ciagu doby. Najlepiej
      za Ural.

      Do dzis nie rozumiem tez kryteriow przyjmowania na wyjazd za Ocean:
      Na przyklad, czlowiek z zawodem magazyniera + zona bez zawodu + dwoje dzieci +
      zerowa znajomosc jezyka angielskiego zostali przyjeci. Inny czlowiek z zona
      (oboje wyksztalcenie wyzsze techniczne) + dziecko + znajomosc jezyka zostali
      odrzuceni.

      Rok w Austrii do dzis wspominamy jako najdluzsze wakacje polaczone z niezla
      szkola zycia. Poznalismy wielu zacnych ludzi, z ktorymi do dzis utrzymujemy
      bliskie kontakty.
      Krajowi temu nalezy sie duze podziekowanie.
      • Gość: gen Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.157.68.30.Dial1.Weehawken1.Level3.net 10.01.03, 01:34
        Bardzo ciekawe wspomnienia,calkowicie pokrywajace sie z moimi,byc moze bylismy
        w tym samym okresie czasu i mamy podobnych znajomych lub inne doswiadczenia.
        Czy moge prosic o kontkakt ? na e-mial.
        • Gość: polishAM Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.nas18.philadelphia1.pa.us.da.qwest.net 10.01.03, 03:40
          To rzeczywisty obraz trzeciego pietra w Traichu, z ktorego Rumuni schodzili w
          nocy po rynnie po zapas alkoholu i papierosow (kapitalizm nie umarl), a inni
          stracili wszystka swoja gotowke w karty tylko trzy dni po przyjezdzie. Nie
          brakowalo ludzi chetnych zaciagac sie do armii najemnych i innych jeszcze
          szalenczych pomyslow, ktorych nie w sposob zapamietac.
          Dodam, ze rodzinom bylo nieporownywalnie ciezej. Po prostu byli przywiazani do
          jednego miejsca co ograniczalo mozliwosc lewej pracy i dopilnowania spraw
          emigracyjnych. Obserwowalem ta zime i oczekujacych w grudniu 1981 roku z
          przerazeniem bo przed 13 grudniem Austriacy zaczeli tracic nad wszystkim
          kontrole (kilka dni wczesniej wprowadzono wizy czyli klapa dyplomatyczna Bruno
          Kreiskiego). Ale oczywiscie naleza im sie podziekowania za cierpliwosc.
        • Gość: misio Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.bmts.com 11.01.03, 06:31
          Do obozu zajechalismy pod sam koniec sierpnia 1981, kilka miesiacy przed wojna
          jaruzelska. Potem byl pensjonat w Murzzuschlag, a nastepnie duzy hotel w
          Neuberg (Steiermark).
          Czy wspolrzedne czasoprzestrzenne sie zgadzaja?
          • Gość: gen Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.59.101.136.Dial1.Weehawken1.Level3.net 11.01.03, 19:09
            ja znalazlem sie tam "5 minut przed 12 ta" czyli w listopadzie 81,wtedy w
            Trajchu byl najwiekszy "cyrk" !!!! - sam dobrze wiesz co tam sie dzialo,
            wszystko pamietam jak dzis zreszta mysle ze kazdy z nas !!. Gdzie siedzisz
            dzis po 20 latach ??? - Stany ???
            • Gość: misio Re: Traiskirchen-Austria 1981 IP: *.bmts.com 11.01.03, 20:20
              Kanada pachnaca zywica.
              • Gość: jurek Do gen IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 11.01.03, 20:43
                Hej, Herr General, wlasnie w jednym z torontonskich publikacji polonijnych
                ukazal sie na dwie strony wywiad z pania Elzbieta M. ktora byla jedna z
                pasazerek pegeerowskiego samolotu opylacza na ktorym ucieklo kilkanascie osob
                do Szwecji 21 marca 1983 r (zbliza sie 20 rocznica).

                Jestem zbyt leniwy aby to przepisywac (2 strony) ale wysle ci ten artykul jak
                podasz jakis adres pocztowy - napisz do mnie: hulajnoga@hotmail.com
                • Gość: gen Trajch 81 IP: *.245.117.129.Dial1.Weehawken1.Level3.net 12.01.03, 01:21
                  podaje ciekawy link wspomnieniowy jednego z veteranow Traiskirchen
                  zatytulowany "Zolte koperty" - warto poczytac - www.najmici.org
                • Gość: link Re: Do gen IP: *.bc.hsia.telus.net 12.01.03, 06:08
                  www.najmici.org/kirchen.htm
    • pl.adex Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 13:29
      Ja wyjechalem z Polski pod koniec lat 7o-ych byl to rok1979.Przyjechalem do
      Wieddnia pociagiem i na Suedbahnhofie zadecydowalem ze tym pociagiem nie
      wroce.zalatwilem sobie tani hotel przy dworcu Westbahnhof i wiedzialem ze aby
      starac sie o azyl to ma sie trzy dni a potem moga deportowac,znalem wtedy
      swietnie niemiecki wiec podszedlem do plicjanta na Schottenring i ten
      powiedzial mi ze biuro jest na Baeckerstrasse 13.Nastepnego dnia rano tam
      poszedlem z manelami,bylo nas trzech Polakow,dwoch wegrow.czeska para i
      Slowak,przyjechala furgonetka i zawiozla nas do Traiskirchen.Bylem tam tylko
      trzy tygodnie,kiedy zeszlismy wszyscy z odosobnienia to akurat Kanada
      zaprzestala brac imigrantow,kwota zostala wyczerpana na rok,USA sie nie
      spieszyli wiec czekal nas dlugi pobyt.pamietam ze proponowano mi prace tlumacza
      w obozie ale najpierw musialem czekac 6 miesiecy na azyl,a mnie sie spieszylo i
      ta ciagla niepewnosc moze zaczna deportowac z powrotem.Az tu dziennik
      telewizyjny Australia podpisala z Austria umowe.Austria wezmie z Australii
      Wietnamczykow a oni w zamian za to uchodzcow z Europy Wschodniej.zalatwianie
      papierow zajelo trzy tygodnie a potem odlot.Wyladowalismy 55 osob w
      Adelaide,najwiecej bylo Polakow,czterech wegrow,dwa malzenstwa z czech,szesciu
      Rumunow i pieciu Slowakow.Na lotnisku miejscowe media poraz pierwszy od czasow
      drugiej wojny swiatowej przyjechala duza grupa imigrantow z Europy
      wschodniej.zawiezli nas do obozu dla imigrantow a tam sami Wietnamczycy i tylko
      jedno malzenstwo z RPA,wtedy byl tam koniec lata upal nieziemski,przedmiescia
      brzydkie,kurz,jedna Polka dostala rozstroju nerwowego i ja ONZ z powrotem do
      Austrii poslal.Po kilku miesiacach pobytu nauczano nas jezyka,pomoc byla w
      znalezieniu pracy i jakos czlowiek stanal na nogach.Kiedy ostatnim razem bylem
      z zona australijka w Wiedniu pojechalem bahnem do Baden,Traiskirchen w dalszym
      ciagu stoi ale pelno tam teraz murzynow,czyli oni zajeli nasze miejsce.traktuje
      to miejsce z sentymentem,ale bylem tam trzy tygodnie tylko i wtedy byl tam
      spokoj przelom 79/80 rok,Solidarnosc to dla mnie tylko nazwa ja wtedy bylem w
      Australii.
      • radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 14:43
        Ja przyjechalem w roku 1987 do " Trajchu".Dostalem azyl i jestem w Austrii
        do dzisiaj.Nie mialem tego "szzczescia " by emigrowac dalej.Bylo juz za pozno.
        Zostalem wiec tutaj.To prawda,ze dzisiaj w "trajchu" wiekszosc to -
        "afrykanczycy ". Slyszy sie rowniez czesto jezyk rosyjski.

        radca
        • Gość: E Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: proxy / *.vc.shawcable.net 12.01.03, 22:07
          radca napisał:

          > Ja przyjechalem w roku 1987 do " Trajchu".Dostalem azyl i jestem w Austrii
          > do dzisiaj.Nie mialem tego "szzczescia " by emigrowac dalej.Bylo juz za pozno.
          > Zostalem wiec tutaj.To prawda,ze dzisiaj w "trajchu" wiekszosc to -
          > "afrykanczycy ". Slyszy sie rowniez czesto jezyk rosyjski.
          >
          > radca


          Moj maz przyjechal do Austrii w 1987,ja w styczniu 1988 a 3 pazdzernika 1988
          bylismy juz w Kanadzie.Wiec jeszcze wtedy nie bylo za pozno.
          Pozdrawiam.
          • radca Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 22:23
            Gość portalu: E napisał(a):

            > Moj maz przyjechal do Austrii w 1987,ja w styczniu 1988 a 3 pazdzernika 1988
            > bylismy juz w Kanadzie.Wiec jeszcze wtedy nie bylo za pozno.
            > Pozdrawiam.

            - faktycznie ,zdarzaly sie takie sporadyczne przypadki z wyjazdami do Kanady.
            Z naszego PENSJONATU rowniez jedna rodzina wyjechala.Byli kilka razy na
            interwiu w Ambasadzie.Trudno okreslic - jakie kryteria nalezalo spelniac ?
            Lecz wielu- i to ci ktorzy byli "juz pewni na wyjazd " - nie zalapali sie

            Ja akurat staralem se o wyjazd do Australii - nie udalo sie,wiec pozostalem
            w Austrii.

            pozdrawiam
            radca
            • don5 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 12.01.03, 22:31
              I dobrze ze zostales. 80% polakow australijskich chce wyjechac z kangurowa
              • pl.adex Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 15.01.03, 13:17
                don5 napisał:

                > I dobrze ze zostales. 80% polakow australijskich chce wyjechac z kangurowa
                Moze to i prawda,Australia jest innym krajem i ciezko sie bylo tam
                zaaklimatyzowac,chyba te odwrotne pory roku,upaly na Xmass i na pierwszy rzut
                oka kraj jest taki sobie.Ale wszystko tu jest pochowane,trzeba dopiero poznac
                tych ludzi i okazuje sie ze oni sa bardzo sympatyczni i przyjazni,Nikt mi nigdy
                nie powiedzial zebym wracal skad przyjechalem i cale zycie spotkalem wesolych
                ludzi ktorzy jak poznaja ze jestes ok to traktuja ciebie z szacunkiem.takie
                polskie zwyczaje jak postaw sie i zastaw sie tu sa nie do pomyslenia,ludzie
                nazywaja spade a spade i jak ktos mowi ze ma czteropietrowa wille to ja
                rzeczywiscie ma.Ja mam zone Australijke do polskich klubow nie chodze a kazda
                wizyta w Polsce nastraja mnie przygnebiajaco,juz sam widok ze samolot laduje w
                Singapurze i czlowiek czuje sie jak u siebie.Oni mnie przyjeli,pomogli
                zagospodarowac i jestem im za to wdzieczny,jestem juz tutaj ponad 20 lat,zawsze
                pracowalem,wiec zaplacilem z powrotem w podatku ta inwestycje we mnie.Do polski
                wracac nie bede bo po co? Wy macie tam swoje problemy a i jest to juz dla mnie
                inny kraj,nawet rodzice mowia mi ze mam akcent,cos okropnego akcent w
                Australii -nazywaja mnie heavy German Accent i akcent w Polsce jak mowie po
                polsku czyli typowy imigrant zawieszony gdzies w polowie ale Australia jest juz
                moja ojczyzna i tu bedzie moj grob.
          • Gość: do ALI Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.corp.redshift.com 12.01.03, 22:24
            Wzruszyly mnie Twoje wspomnienia. Nie piszesz co bylo potem..? Kiedy
            polaczyliscie sie z dzieckiem? Mam nadzieje ze jestescie szczesliwi w Kraju
            jaki sobie wybraliscie i ze wasza pociecha ma tutaj wieksze szanse na lepsze
            zycie.
            Moj maz siedzial w Traiskirchen 2 dni i udalo mu sie dostac do pensjonatu
            jednego a potem innego. Po roku dostal wize do USA. W sumie po 2ch latach 2ch m-
            cach polaczylismy sie. Komuna nie chciala wydac paszportu. Trzeba bylo
            przekupic itd.. Tamte trudne chwile byly cena za zycie o jakim nie snilam jest
            mozliwe. Oczywiscie ciezka praca, duzo nauki ale to sie tuaj oplaca, to daje
            wyniki.
            Nasz syn ma prace i perspektywy na ktore nigdy by nie mial szans w Polsce.
            Moja przyjaciolka z Polski zrezygnowala wtedy z szansy wyjazdu do USA. Jej
            corka teraz, po studiach, inteligentna i wspaniala osoba ma bardzo trudne zycie
            w POlsce. Brak mieszkania, brak pracy odpowiadajacej jej wyksztalceniu...
            Mam zal do kolezanki ze nie wyjechala chociazby ze wzgledu na jej dzieci.
            Austria byla bardzo waznym przystankiem w naszym zyciu. Nigdy tam nie bylam ale
            moj maz bardzo cieplo wspomina Austriakow i szanse jaka nam dali.
            Alu, wszystkiego najlepszego przesyla rodaczka z Kalifornii.



            • bruno5 Njwspanialsze wakacje w zyciu w Alpach 1984r 12.01.03, 22:28
    • nikah Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 13.01.03, 22:14
      czytajac te wypowiedzi to widze ze my z latiny mielismy troche latwiej
      • biala-twarz Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 01.02.03, 15:25
        nikah napisała:

        > czytajac te wypowiedzi to widze ze my z latiny mielismy troche latwiej

        A w ktorym roku bylas ? Czy moze wiesz, czy jest tez taki sam watek
        wlasnie o Latinie ?
    • Gość: ... Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.corp.redshift.com 16.01.03, 21:26
      ...
      • Gość: up Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 26.01.03, 12:28
        up dla dona5
        • don5 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 26.01.03, 19:15
          Żółta koperta

          Krzysztof Szablowski
          Siedziałem w obozie. Dla uchodźców politycznych oczywiście, w Traiskirchen. W
          Austrii.

          Zaczeło się pierwszego grudnia (12 dni przed stanem wojennym) od stania pod
          bramą obozu. Było jeszcze ciemno. Ludki gromadziły się całą noc i czekały na
          otwarcie bramy. Teorie ataku bramy były różne. Strategia była opracowywana na
          bieżąco, odpowiednio do tego co działo się w tym miejscu dnia poprzedniego. O
          8.00 wyszedł przed bramę Pan strażnik. Widocznie wolał: tej bramy nie otwierać!
          Kiepską polszczyzną powiedział:
          - proszę podawać paszporty

          W tym momencie wysypało się mu na głowę przynajmniej sto paszportów. Zaczął je
          zbierać. Zebrał garść i chciał wycofać się do strażnicy. Ludki zaczeli napierać.

          - Pan weźmie mój, pan weźmie mój - krzyczeli.

          Jedni popychali Pana strażnika, drudzy ciągneli za rękawy. Pan strażnik jakoś
          wyswobodził się i jak nie furknie trzymane w ręku paszporty na oślep, w tłum.
          Ludki rzucili się zbierać paszporty, a Pan strażnik zniknął w dyżurce. Tłumek
          falował i radził jak podejść Pana strażnika nastepnym razem. Pogoda była ładna.
          Leciuteńki mrozek. Słoneczko. Przy budce telefonicznej grzeczna kolejka. Każdy
          chciał porozmawiać z Polską: "na blachę". Tłumek przybiera na wadze.

          - Szopen przyjechał - ktoś zauważył.

          Mijają dwie godziny. Pan strażnik pojawia się w drzwiach dyżurki. Na wszelki
          wypadek nogi z progu nie zdejmuje. Robi się cisza. Pan strażnik oznajmia:
          - Osoby z dziećmi proszę ustawić się po prawej stronie bramy, osoby bez dzieci
          ale z bagażami po środku, a samotni po lewej stronie bramy.

          I zniknął w dyżurce. Tłumek zafalował.

          - Panowie nie róbcie jaj, bo nigdy nie wejdziemy - ktoś zauważył.
          - Panowie ustawmy się
          - Ej, macie troje dzieci, pożyczcie jadno, co wam zależy, ech nieużyci jacyś
          - Hej! Kazik, ja jestem z wami, powiedzcie, że wujek jestem

          Samotni mają niewesołe miny. Oceniają, że ich szanse na wejście do środka,
          maleją. Po następnej godzinie czekania wyłania się Pan strażnik. Spojrzał,
          ludki grzecznie stoją w grupkach jak przykazał. Ruszył, w stronę grupki z
          dziećmi oczywiście. Wziął kilka paszportów, a tu jak nie ruszą dwie pozostałe
          grupki. Tumult się zrobił jeszcze większy niż za pierwszym razem. Pan strażnik
          potargany z trudem wycofuje się do stróżówki. W ostatnim momencie zniknięcia za
          drzwiami jeszcze zdążył: fru paszporty w tłumek. Sypią się epitety. Jak można
          takie dokumenty, zdobyte z takim trudem, bardzo często "za dodatkową opłatą",
          cisnąć tak na odlew bez poszanowania, gdyby nie przymrozek, to w błoto.

          Z tłumku wyłaniają się organizatorzy-samozwańcy.
          - Panowie tak nie można, bądźcie ludźmi, a nie bydło jakie, już południe, a
          nikt nie wszedł do środka. Tłumek rośnie.
          - LOT przyleciał - ktoś zauważył.

          Nastepne 3 godziny Pan strażnik nie wychyla się z budki. Ludki grzecznie stoją
          w grupkach jak pan strażnik życzył sobie. Organizatorzy-samozwańcy pilnują
          porzadku. Kolejka przy telefonie nie maleje. "Blacha" chyba już rozgrzana do
          czerwoności, stopi się niebawem. Zaczyna się sciemniać. W dyżurce coś drgnęło.
          - Panowie nie róbcie jaj, bądźcie w grupkach, bo nigdy nie wejdziemy do środka -
          postulują samozwańcy.

          Wychodzi Pan strażnik i zaczyna najspokojniej w świecie zbierać paszporty z rąk
          wetkniętych przez płot jak przez kraty. Zbiera od samotnych, bo ta grupka była
          najspokojniejsza, zrezygnowana wcześniejszymi przejściami. Nie ryzykuje tym
          razem kontaktu z tłumem. Ja samotny, byłem bez szans w poprzednich układach.
          Teraz stałem akurat przy płocie i Pan strażnik wziął odemnie paszport jak gdyby
          nigdy nic. Po następnych 2 godzinach zostałem już wyczytany z listy i po pańsku
          wszedłem do środka obozu. Była godzina szósta wieczorem. Śnieg zaczął pruszyć
          ciut większy.

          W Traiskirchen byłem 2 tygodnie. Tłok był niesamowity. Obóz przepełniony. W
          Polsce władze ogłaszają stan wojenny. Połowa ludków nie wie co robić. Jak
          szturmowali bramę, to wszyscy byli polityczni, teraz rura zmiękła. Połowa chce
          wracać. Najbardziej trzesą porami ci co pozostawiali domy albo inne majątki.
          Mają stracha, że jak właściciel jest za granicą, to dobra zostaną im zabrane.

          Administracja obozu nie wyrabiała z przerabianiem papierów, teraz doszła
          dodatkowa robota, ludki odbierają paszporty, oddać paszporty i wykreślić z
          ewidencji połowę uchodzców. Tak było. Tym co się ostali władze obozowe
          przyznały azyle polityczne i przyspieszyły wyjazdy do krajów, które w Austrii
          niczym na targowisku zaopatrywały się w emigrantów, czyli białą siłę roboczą.

          Po tych dwóch tygodniach chodzenia z kąta w kąt po obozowych komnatach,
          pojawiał się pan z listą 45 nazwisk i szuka przynależnych twarzy. Był to pan
          kierowca, który zabrał te 45 osób do autobusu z napisem CHARTER i zawiózł nas
          do pensjonatu w pięknej miejscowości Mondsee nad jeziorem Mondsee. Tu upłynęło
          mi 9 miesięcy w oczekiwaniu na wyjazd do Ameryki. Pracowałem w warsztacie
          samochodowym, więc nie było mi nudno. Zarabiałem 1250 - szylingów na tydzień.
          Były to duże pieniądze. Duże, bo "na czysto". Niejednemu austriakowi tyle nie
          zostawało z dużo większej pensji, po odliczeniu wszystkich wydatków z jedzeniem
          włącznie. Tego nikt z Polaków nie rozumiał. "Oboz" jaki był, taki był, ale
          pokrywał wszystko to, za co Austriak musiał zapłacić z zarobionej pensji. Do
          dnia dzisiejszego żaden "turysta" przyjezdżający do Ameryki dorobić nie
          rozumie, że $5 na godzinę, to duże pieniądze. Natychmiast przyrównuje te $5 do
          $20 co biorą tubylcy, ani przez moment nie pomyśli, że z tych $5 nie musi
          płacić: mieszkania, samochodu, ubezpieczeń, narzędzi i mnóstwa innych wydatków.
          Prześpi się, naje, do pracy zostanie "podrzucony". Całe $5 idzie do skarpety.
          Ja nie mam $5 - na czysto do skarpety za każdą przepracowaną godzinę.

          Wreszcie, któregoś dnia wracam z pracy. Czeka na mnie wiadomość. Za dwa dni o
          godzinie 23 podjedzie mikrobus i zawiezie mnie do miejsca większej zbiórki.
          Następny dzień upłynął błyskawicznie. Od rana do południa wyrabiałem paszport
          podróżny, po południu pożegnanie się z właścicielem warsztatu, wieczorem
          pożegnanie z zaprzyjaźnionymi austryjakami, pakowania niewiele i już byłem
          gotowy. Autobusik podjechał punktualnie, było już w nim kilka osób. Zawiózł nas
          do domu starców - punktu zbiórczego. W pustym domu starców każdy dostał pokój.

          - Autokar bedzie rano o 6.00. Zawiezie was do Wiednia na lotnisko. Proszę być
          gotowym - zameldowała jakaś osoba.
          - O dwunastej w południe będzie samolot charterowy Wiedeń - Nowy Jork
          - Wszyscy byli gotowi już w tym momencie, a do rana tyle godzin. Nikt nie kładł
          się spać tej nocy. Mikrobusik co jakiś czas przywoził po kilka osób. Jedni
          informowali drugich o rannym autobusie. Droga do Wiednia bez niespodzianek.
          Wody też jakoś nikt nie ruszał.

          Wiedeń, lotnisko, dużo ludzi. Przyjeżdżają autobusy z nowymi grupami. Żadnej
          informacji, ludki trzymają się w grupie, ale tylko dlatego, że Polacy. Jedyna
          informacja, to ta przywieziona, że samolot będzie nazywał się "Charter", poleci
          do Nowego Jorku o godzinie 12 w południe. Chodzimy po tym lotnisku, patrzymy w
          monitory odlotów i nic. Czeski film. Nikt nic nie wie. Nie pamiętam, która to
          była godzina, wszystkie monitory zgasły. Po chwili pojawią się spiker i z
          grobową miną zapowiada smutną wiadomość, że właśnie w Polsce umarł towarzysz W.
          Gomułka. Ludki zdębieli. Po chwili zaczęły się tańce i śpiewy w około
          monitorów. Takiej radości w narodzie dawno nie widziałem.

          Około południa pojawiają się jakieś urzędowe ludki. Nic nie mowią, tylko
          stawiają dwa stoły, razem jeden obok drugiego. Pojawiają się kartonowe pudła, a
          w nich żółte koperty. Pudła wędrują na zestawione stoły. Pan w krawacie,
          niezbyt czysto po polsku objaśnia:
          - Proszę się nie pchać - widocznie ma już doświadczenie.
          - Każdy dostanie swoją żółtą kopertę. Odbierać proszę osobiście za
          pokwitowaniem. Kopert nie wolno otwierać, pod ża
          • don5 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp cdn 26.01.03, 19:20
            Kopert nie wolno otwierać, pod żadnym pozorem. Muszą nienaruszone dojechać do
            Ameryki i osobiście wręczone pracownikowi emigracyjnemu na lotnisku. Otwarcie
            koperty grozi niewyobrażalnymi konsekwencjami z deportacją włącznie.

            Tak nastraszone ludki trochę mniej już pchali się do pana w krawacie. Pan w
            krawacie okazało się, że jest też emigrantem, tylko z emigracji po studenckich
            rozruchach w 1968 roku. Jakoś polskiego języka mu się troche zapomniało. Też
            przeszedł ten sam obóz. Wybrał wtedy Austrię. Wyczytywał nazwiska, koślawiąc
            wymowę, wręczał każdemu żółtą kopertę. Byłem na "S" wiec miałem czas popatrzeć.
            Ludki z kopertami gromadzili się w kupki dyskusyjne. Każdy ważył kopertę w
            ręku. Brał pod światło. "Przelewał" zawartość. Namacywał wnętrze. Domysłom nie
            było końca. Pan w krawacie powiedział też, że samolot będzie ok. godziny
            drugiej po południu. Gate number... (już dzisiaj nie pamiętam). Na monitorach
            pojawił się wreszcie "Charter to NY". Ludki zaczęli przemieszczać się grupkami
            do wskazanej bramki. Bramka była na poziomie płyty lotniska. Drzwi duże
            szklane, zamknięte. Niektórzy próbują otworzyć. Nie ma klamek. Oglądają,
            macają. Ktoś zrobił odkrycie, że otwierane są elektrycznie. Ludki krążą. Każdy
            trzyma żółtą kopertę, niektórzy w zębach, dosłownie, bo ręce i pachy zajęte
            bagażami. Każdy sprawdza zegarek, która godzina, pewnie żeby nie przegapić
            odlotu. Druga godzina nadeszła. Nic się nie dzieje. Zaczyna się
            wysyłanie "czujek" w inne rejony budynku. Szybko wracają. Żadnych wiadomości.
            Czas płynie bardzo powoli.

            Wreszcie pojawiają się panie ubrane w uniformy lotnicze. Jedna zapowiada:
            - wyjść na płytę jest trzy, samolot stoi daleko, nie widać go, do tych wyjść
            podjadą autobusy, samolot zabiera 250 osób, dla każdego jest miejsce siedzące,
            stojących nie ma, proszę podzielić się na trzy grupy, jedna grupa - pasażerowie
            z dziećmi, druga - pasażerowie z większymi bagażami podręcznymi, trzecia -
            samotni.

            Ja to skąś znam. Już raz ustawiałem się w takich grupach dziewięć miesięcy
            wcześniej. Grupki grzecznie poustawiały się. Czekamy. Pojawiają się autobusy.
            Szklane drzwi drgnęły, rozsuwają się. Jak się wiara nie rzuci.
            Panie "lotniczki" ledwo odskoczyły na bok. Ludki walą pędem do autobusów. Nikt
            nie patrzy, kto z dzieckiem, a kto z bagażem podręcznym.

            - Kaziu, zajmij mi miejsce przy oknie!

            Autobusy miały pootwierane bagażniki pod podłogą, nikt nie kładzie tam bagażu,
            jeden przez drugiego walą z tobołami do środka autobusu. Autobusy zapełniły się
            iw mig. Kierowcy powyskakiwali zza kierownic na bezpieczną odległość i patrzą
            co się dzieje. Autobusy już pełne, a połowa ludków na chodniku. Nie ma miejsca.
            Ja oczywiście nie załapałem się. Spóźnony refleks. Stoję z boku, ściskam żółtą
            kopertę w jednym ręku, jedyną torbę jaką miałem w drugim, mankietem oczy
            przecieram, niedowiary co się dzieje. Pani która poleciła zrobić grupki przed
            drzwiami usiłuje tłumaczyć:

            - Są trzy autobusy, bagaże należy położyć do bagażników, wtedy wszyscy
            zmieszczą się.

            Mowa trawa. Nikt nie ruszył się. Kierowcy poczekali chwilę. Pozamykali puste
            bagażniki. Pokiwali do siebie głowami. Odjechali. Reszta czeka. Czekaliśmy
            dobre pół godziny, zanim autobusy wróciły po nas. Ta grupa była już
            spokojniejsza. Kilka osob położyło nawet bagaż do bagażników. Podjeżdżamy pod
            samolot. Niektórzy próbują biec do samolotu, ale szybko zauważają, że schody do
            samolotu są pełne ludków. Tłoczą się na nich ludki jeszcze z pierwszych
            autobusow. Okazało się że po tych pierwszych autobusach wszystkie miejsca w
            samolocie są już zajęte. Jak oni to zrobili? Jest 250 miejsc w samolocie, jest
            250 pasażerów, połowa pasażerów jeszcze na płycie lotniska, a w samolocie nie
            ma już wolnych miejsc?

            Polak jednak potrafi. Upychanie ludków połączone z tłumaczeniem, że każdy ma
            miejsce siedzące i nie ma miejsc stojących trwało dwie godziny.

            Wreszcie siedzę. Chciałem przy oknie, ale trudno. Od przejścia też jest dobrze,
            nawet lepiej, bo bede mógł przejść sie od czasu do czasu bez przepraszania i
            proszenia o pozwolenie ruszenia się. Z tym różnie bywa.

            Lecimy. Zaczynają się wedrówki ludów. Szukanie zgubionych przy wsiadaniu
            przyjaciół. W ogonie samolotu słychać pobrzękiwanie szkła. Polewają znaczy się.
            Ktoś ma dylemat. Otworzyć żółtą kopertę, czy nie otworzyć.
            - Otwieraj, co ci mogą zrobić, samolotu nie zawrócą, jak będziesz już w Nowym
            Jorku to cię w tyłek mogą pocałować.
            - Co deportują? To ty otwórż swoją kopertę, jak takiś mądry. A pewnie, że
            otworzę, nie takie przewalanki się robiło.

            Puszczają jakiś film. Nikt nie patrzy. Panie roznoszą słuchawki. Cena $2. Nikt
            nie bierze. Panie roznoszą jedzenie. Wszyscy biorą. Piwo do obiadu? Proszę
            bardzo, $2. Nikt nie bierze. Wielu ma własne zapasy. Obsługa samolotu
            anglojęzyczna. Nikt nic nie wie. Niektórzy jakoś sobie radzą. Wiadomo,
            światowcy.

            Po 6 godzinach zbliża się lądowanie. Panie roznoszą deklaracje do wypełnienia.
            Mało kto wypełnia. Ludki nie wiedzą o co chodzi. Ja zresztą też. Lądujemy.
            Ludki klaszczą. Obsługa nie wie o co chodzi. Na wszelki wypadek uśmiechają się.
            Wysiadanie przebiega bez dramatów. Idziemy rękawem do poczekalni. Przy wyjściu
            z rękawa jacyś żółtojęzyczni ludzie, skośnookie każą na migi oddawać żółte
            koperty. Jeden, okazało się Wietnamczyk, studiował w Polsce, zauważa:

            - Oooo, pańska koperta była otwierana, proszę na tę stronę, pana również była
            otwierana, proszę tutaj.

            Moja nie była otwierana, więc nie znam dalszej drogi tych ludków którzy
            otworzyli swoje koperty. Z lotniska zawieziono nas do hotelu. Była godzina
            jedenasta w nocy czasu NY. Mam pokój z człowiekiem zupełnie mi nieznanym. Nawet
            nie pamiętałem go z samolotu. Nie jest rozmowny. Zostawia swoje bagaże i gdzieś
            znika. Włączam telewizor (kolorowy). Przemawia pan prezydent, Reagan. Nic nie
            rozumię, ale czuję, że to dobry znak. Przychodzi mi do głowy pytanie: czy
            jeszcze za jego kadencji zrozumię co mówi? Rano zebraliśmy się w hallu recepcji
            i już małymi grupkami rozprowadzano nas do samolotów w różne kierunki Ameryki.

            Ja i pięciu innych samotnych trafiło do Amarillo w Texasie.

            Nigdy nie dowiedziałem się co było w mojej żółtej kopercie.

            • don5 Traiskirchen - przedpieklo do raju. 26.01.03, 19:24
              Traiskirchen - przedpieklo do raju.

              Piotr Wisniowski
              Byl to poczatek lat osiemdziesiatych , w szkole nie szlo mi najlepiej a
              perspektywa sluzby w Wojsku Polskim nie byla akurat mazeniem mojego zycia. Moim
              mazeniem byl swiat po tamtej stronie . Swiat o jakim mowili w radiu “Wolna
              Europa”, jaki ogladalem kartkujac kolorowe prospekty zachodnich firm albo ten o
              ktorym opowiadala mi ciocia. Ona byla “tam” od ponad 15 lat kiedy to wyjachala
              po poznaniu polskiego niemca Edka. Edek mial zeby jak szczur I kulal ale ciocia
              byla” zakochana” po uszy a Edek pewnie cieszyl sie ze wreszcie ma kobiete.
              Ciocia pracowala tam w kuchni a Edek w magazynie I tam byli zwyklymi
              robotnikami . Dla nas jednak byli to bogacze. Jak parkowali swoj
              Opel “Berlineta” to czesto gromadzil sie maly tlomek dzieciakow I slychac bylo
              uhy I ohy. Dorosli tylko nieznacznie zerkali z daleka niezrecznie tamujac
              bulgoczaca zazdrosc, a moze bali podejsc do tamtych za granicy. Ja dumnie
              stalem obok I udawalem wlasciciela. Czasami dawalem gume do zucia ale pozniej
              sie wycwanilem I sprzedawalem ja podwa zlote sztuka . Ciocia przywozila duzo
              zeczy. Najczesciej przyjezdzali do Polski dwa razy w roku na swieta i w lecie
              na wakacje. W tedy nie wiedzialem ze oszczedzali zeby tu pokazac rodzinie a
              wiekszosc tych zeczy jakie dostawalismy od nich to byly podarunki innych
              niemcow” dla tych biednych Polaczkow co cierpia pod ruska okupacja “albo byly
              to zakupy w sklepach z odzieza z drugiej reki. My o tym nie wiedzielismy i nie
              mialo to wielkiego znaczenia tym bardziej ze wszysko mialo zachodnie metki I
              bylo kolorowe w porownaniu do naszej odziezy. Teraz ciocia juz nie przyjezdza,
              narzeka na polska drozyzne, niemcow z bylego NRD I polakow co nie chca juz u
              niej pracowac za 200 marek miesiecznie.

              Ja bylem ostroznym czlowiekiem, nie lubilem ryzyka na poczatku 1981 roku w
              szkolne wakacje wykupilem wycieczke do Wiednia. Byl to juz okres wzmozonych
              ucieczek I duzo sie mowilo o wyjazdach za granice. Wygladalo zle wezwali mnie
              na komisje a w szkole same dwoje. Trzeba bylo cos robic. Do Wiednia dotarlismy
              przez Wegry. W autokarze bylo duzo kobiet , w Krakowie dosiadlo sporo ludzi ze
              Slaska. Na kazdym postoju robili zakupy. Grubialy siatki. W Wiedniu popularna
              byla wloczka, dobrze sprzedawaly sie polskie “Malboro”. Ja jednak nie robilem
              zakupow ,udalem sie na na postoj taksowek I poprosilem o kurs do Traiskirchen.
              Kierowca znal juz taryfe nie bylem pewnie pierwszym ktorego wiozl do tego
              miasta.

              Traiskirchen

              Kierowca wysadzil mnie zaraz obok bramy . Pamietam ze byl to wczesny poranek I
              cala brama wjazdowa byla zablokowana klebiacym sie tlumem. W wiekszosci slychac
              bylo polskie przeklenstwa.Smierdzialo potem, niestrawionym alkocholem I
              kwasnymi oddechami. Wartownik w budce leniwie zbieral polskie paszporty,
              zapisywal z nich jakies dane I co jakis czas wpuszczal kogos z dlugiej kolejki.
              Minelo kilka godzin kiedy wezwali mnie do srodka. Pierwsze pytania , odciski
              palcow I zdjecia. Wiekszosc korytarzy zajeta byla przez zelazne prycze. W
              wielosobowych salach slychac podpite glosy.W niektorych pokojach widac bylo
              brudne koce przedzielajace je w polowie na czesc gdzie spaly kobiety. Od czasu
              do czasu przeszedl jakis murzyn lub arab, wzbudzal wtedy nasze zaciekawienie .
              Ci ca byli tu dluzej radzili pilnowac walizek, niektorzy z nas przywiazywali je
              sobie do nogi albo starali sie nie spac.Pod koniec 19981 roku wiekszosc nowo
              przyjezdnych to byli uchodzcy z Polski ale w Traiskirchen mieszkali tez ludzie
              z bylej Czechoslowacji, Bulgarii I Albanii. Ci byli najgorsi I slyszalem jedna
              historie o tym jak Albanczycy zabili kilku swoich w jakiejs awanturze o wplywy.
              Podobno weszli do jednej z sal I walili kogo popadlo metalowymi nozkami od
              lozek. Zostalo kilka trupow. Nastepnego dnia po ubogim posilku dostalem
              przydzial do innego obozu “Gotzendorf”. Single tzn samotni mezczyzni w
              wiekszosci byli kierowani wtedy do tego obozu. Rodziny I malzenstwa rozsylano
              po roznego rodzajach pensjonatach. Byly dobre gdzie dbano o nas ale byly I
              takie gdzie bardzo narzekano na racje zywnosciowe. Wlasciciele tych pensjonatow
              brali nas by zapelnic pokoje czesto ratowalo ich przed bankrotctwem.

              Gotzendorf

              Gotzendorf to byly koszary wojskowe czesciowo oddane nam emigrantom . Dostalem
              sie do sali z szesnasciorgiem osob. Ludzie w roznym wieku I pochodzeniu
              spolecznym, z roznych rejonow polski. Kazdy z wlasnym mazeniem o pieniadzach I
              lepszym zyciu. Terazniejszosc jednak nie byla wesola . Czesc nie wytrzymywala
              tych pierwszych dni I wracala a czesc zapominala o mazeniach I znajdowala
              zadowolenie w oproznianiu “krow” tak okreslalismy tanie wino sprzedawane w
              trzech litr.opakowaniach. Oboz znajdowal sie kilka kilometrow od najblizszej
              wioski. W polowie miedzy jedna a druga wsia. Jak sie szlo na prawo to przed
              wejsciem do osady wital nas duzy czarny napis ‘Polen-Raus” I “ Polnische
              Schwaine”. Staralismy sie nie zwracac na niego uwagi I dlatego wiekszosc z nas
              wolala isc w lewo do miejscowosci gdzie wiecej bylo sklepow. W obozie wszysko
              mozna bylo miec . Czec sprytnych biznesmenow otworzyla sklepiki w ktorych mozna
              bylo kupic alkochol lub papierosy. Dla tych co chcieli miec cos innego
              przyjmowali zamowienia lepsi specjalisci. Przez nich napis pokazal sie I po
              lewej stronie obozu . Z poczatku wspolczuto nam I w zimie zorganizowano nawet
              zbior zeczy ale pozniej jak sie szlo do sklepu I zaczelo mowic po polsku to za
              plecami dyskretnie stawal wlasciciel lub ekspedjent I patrzyl nam na rece lub
              do kieszeni. Dlatego zaczelismy unikac wycieczek do sklepu. Chodzilismy za to
              zeby zadzwonic do Polski lub kolegi co juz wyjechal “na blache”. Byl to
              podluzny pasek metalu ktory wkladalo sie do automatu zeby oszukac licznik. W
              dni wolne od pracy czesto ustawiala sie duza kolejka I ktos kto nie chcial
              czekac musial isc do nastepnej budki. Pozniej zatrzymywala nas policja ale
              nigdy nie mielismy klopotu z ukryciem “blachy”. W obozie mieszkali glownie
              mezczyzni , w naszym bloku mieszkala dziewczyna ale nie pamietam juz jej
              imienia , pamietam za to jak jej alfons chcial skakac z parapetu po pijaku jak
              spodobal jej sie inny chlopak. Podobno byla tania rozrywka ale po tym jak ktos
              sie zarazil stracila duzo klijentow. Dzien w obozie zaczynal sie zwykle na
              sniadaniu po ktorym ogladalo sie listy na “interwiev”w poszczegolnych
              ambasadach. Pozniej szlo sie do miasteczka albo drzemalo na swojej pryczy albo
              pilo I czekalo do obiadu po ktorym czekalo sie do kolacji I dalej pilo I tak do
              rana. Noc w obozie czesto byla glosna I wiele razy slychac bylo oddalone
              odglosy bojek, czasami krzyk Stacha . Stachu z reguly spedzal dzien w swojm
              lozku bujajac sie w przod I tyl z musztardowka w reku. Od czasu do czasu
              wrzasnal do siebie moze na jakies wspomnienie a moze tylko dlatego zeby
              wzbudzic nasza uwage. Stachu dawal o sobie znac takze w inny sposob a to wtedy
              kiedy zapomnial sie wyproznic we wlasciwym miejscu. Od czasu do czasu odwiedzal
              nas Andzej. Kiedy sprzedal wszysko co posiadal to od czasu do czasu chodzil po
              salach I zbieral na piwo. Zostaly mo tylko dresy I ciezko bylo sie do niego
              zblizyc poniewaz strasznie smierdzial amoniakiem. Ze wspomniej utkwilo mi jak
              pewnego razu na stolowce austriaccy kucharze specjalnie wyrzycili na podloge
              pudelko pomaranczy I jak ludzie zucili sie do ich zbierania. W obozie byli tez
              tacy co chcieli pracowac. Chodzilo sie wtedy na stojke pod oboz I ci co mieli
              szczescie dostawali prace u “bauera” w polu lub na winnicy. Byla to pewnego
              rodzaju walka bo tylko kilku dostawalo prace na dwudziestu , trzydziestu
              oczekujacych. Pewnego razu jeden z podjezdzajacych stracil dzwi od swojego auta
              • don5 Re: Traiskirchen - przedpieklo do raju. cdn 26.01.03, 19:25
                Pewnego razu jeden z podjezdzajacych stracil dzwi od swojego auta w momencie
                jak zucilo sie za duzo chetnych. Za dzien pracy mozna bylo dostac ze 100 szyl ,
                zjesc obiad I wypic wino. W zimie jezdzilismy na odsniezanie Wiednia. Wstawalo
                sie wtedy o 4 rano zeby byc o 5 pod biorem, wywalczyc soj numerek na lopate z
                miejscowym elementem I o siodmej byc gotowym do pracy. Naszym szefem byl Jugol
                I za kazdym razem jak szlismy na miejsce to on przystawal przy koszach na
                smiecie. Widocznie znal te dobre bo zawsze cos z nich wyjmowal. Najlepsza prace
                dostalem przy powiekszaniu muru w pewnym domu uciech. Pracowaly tam dwie polki
                z Krakowa, oficjalnie na sluzbie. Drugiego dnia jeden z nas skaleczyl sie w
                noge I musielismy go wyniesc na zewnatrz. Wlasciciel byl zly ze zapaskudzil
                wnetrze krwia a my ze mielismy dodatkowa prace. Ten czlowiek spal w grudniu w
                swoim maluchu I tak mial nadzieje na zarobienie na lepszy samochod. Jak
                nosilismy ta ziemie to obok stal Hans. Praca Hansa polegale na tym ze patrzyl
                nam do wiader w ktorych wynosilismy ziemie I jak doszedl do wniosku ze nie sa
                wlasciwie wypelnione to dorzycal lopate a czasami to potrafil splunac na buty
                lub wyzej. W obozie nie bylo cieplej wody, grzalismy ja przy pomocy grzalek
                zrobionych z dwoch zyletek w duzych metalowych puszkach od konserw. W
                lazienkach wiekszosc armatury byla zniszczona a dzwi od kabin dawno juz
                przestaly istniec. Trzeba bylo uwazac na ekstrementy I nocami na onanizujacych
                sie facetow. Zeby utzrymac cieplo palilo sie w kazdej z sal weglem w zeliwnych
                piecykach. Tam gdzie mozna bylo robilo sie dyzury I kazdego dnia ktos mial za
                zadanie przynosic opal I dbac o to zeby nie wygasl ogien. Na rurach czesto
                wieszalo sie skarpetki .Gorzej bylo z praniem spodni czy koszul, wiekszosc
                jednak mezczyzn po pewnym czasie zapominala o higienie, otepiale czekalo sie na
                przepuske do raju tzn rozmowe o wize wjazdowa w jednej z trzech ambasad krajow
                emigracyjnych. USA, Kanady I Australii. Wtedy ubieralo sie to co jeszcze
                nadawalo sie do zalozenia miedzy ludzi. Tak na codzien nikt sie niczym juz nie
                przejmowal a zmysl powonienia obojetnial na najgorsze zapachy. Kiedy
                likwidowano oboz pod koniec 1982 roku czesc z naszych rodakow dla zartu
                wylewala wode na te piecyki I na podloge. W obozie co jakis czas ktos tracil
                swoj portfel I niewiadomo jakby czlowiek uwazal pewnego razu budzil sie bez
                dokumentow I ostatnich oszczednosci. Mnie przydazylo sie to raz bo pozniej nie
                bylo juz co mi zabierac. Na interwiev w konsulatach przygotowywalo sie historie
                o przesladowaniu. Trzeba bylo byc politycznym I miec to jako tako umotywowane.
                Do USA trafial najgorszy element. O dziwo na ten dzien zawsze trzezwy. Wybite
                zeby I blizny byly dodatkowym atutem na Amerykanska wize.
                • don5 Re: Traiskirchen - przedpieklo do raju. cdn 26.01.03, 19:27
                  texty z www.najmici.org/
    • Gość: bronek Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 27.01.03, 05:32
      sqrvielom spamera mowimy NIE
      • Gość: up Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 02.02.03, 07:11
        up
    • Gość: kasia czy ktos byl w Melk (1981-1982)? IP: proxy / *.statefarm.com 27.01.03, 21:00
    • Gość: mgrBurak Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 29.01.03, 07:33
      up
    • Gość: hjbvyijl; Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 31.01.03, 03:31
      jm
    • Gość: up Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 03.02.03, 05:05
    • Gość: Krystyna Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.qc.sympatico.ca 07.02.03, 15:22
      Kto byl w latach 1981-1982 w hotelu Burgemoos w Windischgarsten a po tym w
      Tauplitz? W Tauplitz mieszkalismy w Alpenpension G. Peer. Byl to hotel
      prowadzony przez ``Babcie`` Perowa i jej syna Gernoda. Bardzo dobrze ja
      wspominam i caly tam pobyt.
      • jajecznical Re: Traiskirchen-za ile sprzedaliscie swoje samoch 08.02.03, 06:39
        • jajecznical Traiskirchen-za ile sprzedaliscie swoje samochody 08.02.03, 06:42
          juz nie pamietam ale mysle ze to bylo 8000 szylingow
          chyba nie oddalem nowego 126P(samochod?) za 800?
      • jajecznical Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 10.04.03, 06:47
        wrocmy do tych czasow
    • jajecznical Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 22.02.03, 07:28
      ocalic od zapomnienia
      • Gość: ------------------ Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 08.03.03, 13:29
    • Gość: A27 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.proxy.aol.com 08.03.03, 21:43
      • Gość: katahdin Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.newark-45rs.nj.dial-access.att.net 02.04.03, 03:34

        Tak do poczytania....i do przypomnienia...
        • luiza-w-ogrodzie Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 10.04.03, 10:25
          up
          • Gość: Dr Who Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 18.05.03, 23:22
            luiza-w-ogrodzie napisała:

            > up


            Czy taki byl temat?
          • Gość: gadula Andrzej Kaniecki vel. Radca IP: *.sympatico.ca 19.05.03, 16:58
            Gasil swiatlo juz o 9-tej wieczorem i kapowal na Polizei kto rozrabial, pil ...
            Rozne mendy tam byly ....
    • luiza-w-hamaku Co bylo w Zoltej Kopercie? 19.05.03, 01:32
      Papiery wypelniane przez przesluchujacego czyli to co sie temu czlowiekowi
      mowilo. Koperty byly otwarte w jednej kolejce i potem poslano nas do drugiej
      kolejki z juz otwartymi. Wtedy zajrzalam.

      Jezeli chodzi o sklad socjalny grupy to sam poslad robotnicy
      niewykwalifikowani, alkoholicy, jakas samodzielna krawcowa, murarz w podeszlym
      wieku, ogolna nedza z Polski, element ktorego sie balam ze mnie poderzna. Bez
      znajmosci slowa w jezyku obcym i wycwanieni w organizowaniu grupek
      kontrolujacych. Jedynie co ich powstrzymywalo przed otwartym atakiem byl strach
      ze ich cofna do kraju co otwarcie zapowiedzial komisarz grupy.
      Straszne jakich to 'Polakow' wpuszczono do USA. WIekszosc z nich zapila sie na
      smierc i wrocila po ukradzeniu pieniedzy czy narobieniu dlugow.
      Nigdy nie zrozumiem dlaczego USA wpuszczalo wiekszosc niewykwalifikowanych gnoi
      z Polski zamiast wziac sobie tylko fachowcow. Widocznie wiedzieli ze elemnt i
      tak zginie a fachowcom trzeba dac miejsca pracy. DrWho i DOn5 dzieki za temat.
      Szokujace i zapomniane.
      • Gość: Dr Who Re: Co bylo w Zoltej Kopercie? IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 19.05.03, 01:41
        ejoy, zachecamy innych do wpisow na tym arcy ciekawym watku.
        • Gość: gen Cdn. - wspomnien obozowych ! IP: *.tnt3.ewr3.da.uu.net 19.05.03, 17:18
          no prosze !! watek sie rozwinal niespodziewanie !! w opracowaniu jest strona
          internetowa na ten temat przygotowana przeze mnie,na uroczyste otwarcie
          zaprosze starych veteranow z Traiskirchen,bedzie to rodzaj tablicy pamiatkowej
          w internecie,poswieconej tym ktorzy to przezyli !!
          A poki co ! czy pamieta ktos kto przebywal w znanym "Hiltonie"
          slynnego "Jurgensa" z Malborka stary pijak i rozrabiaka chodzil po jedzenie do
          obozowej stolowki o inwalidzkich kulach zeby ominac kolejki za zarciem a potem
          jak miske mial juz pelna to szczudla odstawial na bok i i szedl
          normalnie,pierwszy do pijackich awantur i nocnych burd,zawsze "krowe" mial pod
          lozkiem ktora do rana oproznil.
          • Gość: gadula Re: Cdn. - wspomnien obozowych ! IP: *.sympatico.ca 19.05.03, 17:48
            Nie omieszkaj zaprosic Andrzeja Kanieckiego vel. Radca ... on mial cos
            na kazdego dzieki kontaktom na Polizei ... stare czasy, no nie?
            • Gość: gen Re: Cdn. - wspomnien obozowych ! IP: *.tnt3.ewr3.da.uu.net 19.05.03, 19:39
              aha !!??
              to dlatego on [radca] - nigdzie nie wyjechal tylko do dzis pozostal
              w "Kasztani" czyli w Austrii,kiedy cale tlumy pchaly sie do Australii i
              Canady !! ,moze jakas fuche szwejki zalatwili mu na Polizei ?? i do dzisiaj z
              tego zyje ?
              pozdrowienia dla veteranow z "Hiltonu" gdziekolwiek teraz sa na swiecie !
    • Gość: Pol-am 81-82 Lasnitzhoe kolo Gratz? IP: 207.76.204.* 19.05.03, 20:12
      Wiekszosc wyjechala do USA, ktos do Kanady, Ktos chyba do RPA.
      • Gość: ja Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 wiosn IP: *.lu.dl.cox.net 19.05.03, 20:17
        a?
        • Gość: swiatlo Re: Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 IP: *.sympatico.ca 20.05.03, 03:20
          Ja tam bylem i z naszymi wodkem pilem, hehe ... Radca to kapus!
          • Gość: Dr Who Gadula, _chomiczek, WC itd IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 20.05.03, 03:43
            nie wtracaj glupich uwag idz dyskutowac z wiarusem i kowalskim
          • Gość: Pomocny Re: Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 IP: 66.207.104.* 20.05.03, 21:43
            Moglbys to rozwinac Swiatlo?
            • radca Re: Czy ktos byl w Ebestalzell pensjonacie? 1981 20.05.03, 21:57
              Gość portalu: Pomocny napisał(a):

              > Moglbys to rozwinac Swiatlo?

              -no wlasnie,bardzo jestem ciekawy - bo slowko sobie rzucic ( czyt.plunac )
              i to z ukrycia ( pod zmieniajacymi sie nickami ) - to nie sztuka.

              Swiatlo - czy jak ci tam jeszcze - rozwin i nadaj, a chetnie poczytam smile

              radca
              • Gość: swiatlo Kto nie pije ten kapuje! IP: *.sympatico.ca 21.05.03, 02:33
                Ano rozwine, jako ze Andrzejek sie domaga ... swiatlo gasil o 9-tej
                wieczorem! Za kazdym razem jak ludzie troche wypili z okazji imienin, czy
                udanej rozmowy w ambasadzie on zaraz donosil wszystko na Polizei.
                Niektorzy to sie go nawet bali ... problem w tym, ze nie pil (kto nie pije ten
                kapuje!)
                • Gość: Dr Who A kto byl w Grifenstein u. Donau IP: *.dsl.snfc21.pacbell.net 21.05.03, 04:05
                  Byl tam syn profesora z SGGW, nie pamietam imie. Wysoki szatyn, byl dosc mily
                  ale rozpil sie na zaboj. Twarz pokopana przez biesiadujacych tam kryminalistow
                  z Polski (wszyscy prawie wyjechali do USA).

                  Jak nie mial pieniedzy na piwo (tanie w Austri okolo 4 szylingi za 0.5 litra)
                  To szedl do Marketu zakladal na siebie trzy pary dzinsow ktore nastepnie
                  sprzedawal wspolobozowiczom aby kupic piwo. Pozniej kupowal za to caly worek
                  browaru i czekal az wszystkie sklepy pozamykaja sie w okolicy.
                  Otwieral wtedy meline i sprzedawal za drugie tyle.
                  Kompletnie stoczyl sie na dno, byl kopany przez kryminalistow azylantow. Tracil
                  czasem wzrok jak ktorys kopnal go w twarz.
                  Do Polski nie chcial wrocic bo wstydzil sie pokazac zonie i dziecku ktore tam
                  zostalo. Jestem pewny ze pare lat pozniej byl juz niezywy.
                • radca ' Kto nie pije ten kapuje! ' - UB i SB to glosilo 21.05.03, 21:21
                  Gość portalu: swiatlo napisał(a):

                  > Ano rozwine, jako ze Andrzejek sie domaga ... swiatlo gasil o 9-tej
                  > wieczorem!

                  - tak,to prawda ( zreszta juz o tym pisalem szczegolowo w tym temacie )
                  W pokoju byly rodziny z malymi dziecmi.Byly to sale o roznej liczebnosci -
                  nawet do 100 osob, a wiec ...?


                  > Za kazdym razem jak ludzie troche wypili z okazji imienin, czy
                  > udanej rozmowy w ambasadzie on zaraz donosil wszystko na Polizei.

                  - nigdy bym nie doniosl ( wiec oskarzenie jest klamliwe )i zyczylbym sobie - by
                  tak " donoszono " - jak ja.

                  Kiedy na " PENSJON " przyjechalo kilku "kumpli z obozu" do kogos - to tak
                  popili,ze pozniej wyszli do centrum wioski i spiewali glosno piosenki
                  partyzanckiem.Przychodzili ludzie i skarzyli sie,ze zaczepiaja kobiety
                  i przeklinaja.Mysleli,ze to moze jacys nasi "znajomkowie " ? - bo Polacy.
                  NIESTETY ! - znajomi ich byli tak spici,ze nie reagowali na tych " kolezkow".

                  Co zrobil wtedy " andrzejek " ?

                  Otoz nie mialem z nimi nic wspolnego,ale poswiecilem swoj czas i swoje paliwo
                  by zawiesc ich okolo 100 km do ich "Pensjonu ". Dzieki mnie wioska miala
                  spokoj.Ich nie zwinela POLICJA ( wystarczyl jeden telefon od mieszkancow )

                  Dlaczego ja to zrobilem ??? No wlasnie....? dlaczego ?
                  przeciez nie mialem z tym i z nimi - nic wspolnego .


                  > Niektorzy to sie go nawet bali ... problem w tym, ze nie pil (kto nie pije
                  > ten kapuje!)

                  - i takie powiedzonka rodem z PRL-u stawaly sie przyczyna wielu TRAGEDII.
                  Pijany lekarz i pijana erka.

                  "kto nie pije - ten kapuje " ???

                  Czlowieku.... zejdz na ziemie i nie wypisuj tych bredni.To UB-owcy i SB-eki
                  upijali spoleczenstwo - bo " po pijanemu mozna sie bylo wiecej dowiedziec "

                  radca
    • Gość: Suomi Re: Traiskirchen-Austria refugee camp IP: *.aokk.fi 24.05.03, 02:16
      Gość portalu: gen napisał(a):

      > moze jest na forum ktos kto w latach 1980-82 emigrowal przez slynny oboz
      > Traiskirchen pod Wiedniem, kto mieszkal w slynnym "Hiltonie" ? to sa
      > niezapomniane wrazenia, tysiace ludzi z PRL pieklo pod Wiedniem
      > tlum,rogardiasz,awantury,wybujale nadzieje i oczekiwania. Handel piwem
      > ipapierosami na "kwarantanie" z Rumunamii,nocne wypady do Wiednia.
      > Sprzedawanie skromnego dobytku za kilka szylingow na Mexico Platz. Widzialem
      > scene sprzedania Fiata 126 [malucha] za kilka paczek Mallboro,przed wylotem
      do
      > Australii.Obozy przejsciowe na poludniu Austrii- Steirmark, Kartnen itp.
      Jesli
      > jestes jednym z tych co znaja ten temat to wejdz do forum ,chetnie poznam.

      Ja rowniez.
    • puciek4u Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 29.05.03, 04:59
    • tad-28 Re: Traiskirchen-Austria refugee camp 04.06.13, 13:15
      Witam ....poszukuję osób, które były w obozie tydzień przed stanem wojennym, kwarantanna i pierwszy pensjonat Buschenraiter przed Tuln, potem Gastchaus Mariennhof pod Wiedniem gotowała tam nam obiadki Pani Zosia , szukam Tadka z Bierunia, Józka z żona z Olkusza....pozdrawiam Tadeusz

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka