ratpole
24.02.08, 06:28
Dlatego, doradzam, nie liczcie na specjalną życzliwość, wielkie przyjaźnie
sprzed czasu emigracji, bratnie dusze i nocne Polaków rozmowy. Raz, że nikomu
(poza nami) nie jest to już potrzebne. Dwa, że ludzie w Polsce nie mają na to
czasu. Trzy, oni i tak wszystko wiedzą lepiej. Nasze zdanie ich nie
interesuje. Stąd, pierwsze spięcia zaczynają się przeważnie od słów: 'W
Ameryce, to...', albo 'Dlaczego nie zrobicie tak jak u nas w Ameryce...?'
Miejscowi, czy jak kto woli 'krajowi' tego nie lubią, porównywanie Polski do
Ameryki, dobierane jest jak wypominanie im prowincjonalizmu. Szybko więc
dochodzi do kłótni, powstają animozje, więzy pękają. Nawet w gronie rodzinnym
i wśród najbliższych. Wkrótce okaże się, że wszyscy oni mają nam coś za złe;
że porzuciliśmy ich i ojczyznę, że nie jesteśmy patriotami; są ponadto
zazdrośni o wszystko, przeważnie też mają wyrzuty sumienia, że oni mimo
wszystko nie odważyli się 'wtedy' wyjechać. Dlatego, od dnia pierwszego,
należy się wystrzegać sentymentów i jakiegokolwiek porównywania polskiego
status quo do warunków amerykańskich. Chyba, że będziemy mówić o Ameryce źle.
Pamiętajmy jednak, że w trudnych momentach, Stany Zjednoczone są dla Polaka
nadzieją na lepsze jutro i symbolem raju. Nadmierna krytyka tego kraju jest
również powodem napięć. Najlepiej więc, mało mówić, zwłaszcza że cokolwiek
powiemy, i tak nikt nam nie uwierzy.
Jeśli więc chcemy wylądować nad Wisłą na czterech łapach i nie przeżywać
rozczarowań, należy potraktować ten powrót jak...kolejną emigrację. Tym razem
do swojej ojczyzny.
www.truepol.com/index.php?subaction=showfull&id=1167126250&archive=1172112478&start_from=&ucat=2&do=archives
www.truepol.com/index.php?subaction=showfull&id=1171823258&archive=&start_from=&ucat=2&