con.science
31.10.05, 20:17
w zasadzie to ja nie jestem chora-nie wymiotuję, nie jestem
wychudzona...Śledzę to forum od dłuższego czasu, ale bałam się wypowiedzieć.
Szczerze mówiąc nawet jak to piszę nie jestem do końca pewna czy
kliknę "wyślij". Najbardziej powstrzymywało mnie to, że ktoś odbierze mnie
jako idiotkę (i pewnie tak się stanie :(), że spotkam się z obraźliwymi
komentarzami, które niestety i tu mają miejsce z tego co zauważyłam...tego
się boję. Dlatego jeśli ktoś jeszczez bardziej chce mi uzmysłowić, że coś ze
mną nie tak to lepiej niech nie czyta tego do końca. Jak pisałam, raczej nie
jestem chora...chociaż już sama nie wiem. Mój problem zaczął się jakiś rok
temu (teraz mam 16 lat)...zawsze byłam chudziutka i wyższa od koleżanek,ale
nie bardzo wysoka (mam około 169 cm). Moją wielką namiętnością były słodycze,
kiedy miałam pod ręką jakiś smakołyk pałaszowałam go od razu, w ciągu minuty
mogłam zjeść całą czekoladę, ale nawet mimo tego zawsze byłam szczupła. Tylko
właśnie w przeciągu ostatnich 2-3 lat kiedy tak rozkoszowałam się tym całym
jedzeniem coraz więcej osób zaczęło mi docinać (nie złośliwie), że przytyję
jeśli dalej będę sobie tak pozwalać. Nie mogę powiedzieć żebym była osobą
zadowoloną ze swojego wyglądu,ale w tamtym okresie to zaczęło się poglębiać,a
zresztą wiadomo-dojrzewanie-więc przytyłam. Czułam się coraz gorzej w samej
sobie (i tak jest do tej pory), moje koleżanki, drobniejsze,
ładniejsze....boże czasami nie chcę stawać blisko kogoś niższego bo czuję się
jak wielka baba. Przez to, że przytyłam ubzdurało mi się, że jak schudnę to
orkopne uczucie zniknie. Postanowiłąm się odchudzać mimo że ważyłąm przy
wzroście 168-169 53 kg. Ten nogi, wystający brzuch...czuję się do tej pory
obrzydliwie. Pierwszy raz w życiu o tym mówie. Chce mi się ryczeć. na dobre
moje "ślepe koło" zaczeło się jakieś półtora roku temu-od tej pory gdy tylko
zjem coś więcej niżbym chciała(CZYLI ZAWSZE) mam starszne wyrzuty sumienia,
czuję beznadziejność, słabośc...jest mi strasznie źle. Aż mi się nie chce
wierzyć, że te straszne uczucia towarzyszą mi już tak długo, że tak dsługo z
tym żyję. Czasami zastanawiam się jak to jest iść drogą i nie czuć sie tak
okropnie gdy na ciebie ludzie patrzą, iść normalnie swobodnie bez
zażenowania. Jak to jest się ubrać w strój kąpielowy bez wstydu, jak to jest
patrzeć w lustro z uśmiechem...i co najważniejsze-jeść bez wyrzutów, jeść nie
myśląć ile to ma kalorii, jeść nie obiecująć sobie-od jutra, od jutra...
WSZYSTKO PRZEZ TE CHOLERNE KOMPLEKSY! W tym roku poszłam do 1 klasy LO...
minęły najelpsze (mino wszystko) lata moje życia-w gimznajum otaczali mnie
wspaniali ludzie,czułam się dobrze,a teraz...a teraz zaczęłam wagarpować bo
znienawidziłam szkołę,nie daję sobie rady, okłamuje rodziców, dzisiaj
podrabiałam usprawiedlienie...boże co sie ze mną dzieje...a jestem w jednej z
najlepszych szkół w moim mieśćie :| codziennie zbiera mi się na płacz jak
myślę o szkole...nigdy nie było mi tak smutno :(
Przez LO wszystko jest jeszcze czraniejsze niż było...Kocham swoich rodziców,
ale jest mi smutno, bo nie bardzo interesują się tym, że jest mi źle w nowym
środowisku. Nasunęła mi się nowa debilna myśl, że jak zacznę się głodzić to
może coś zauważą...nigdy nie sądziłam, że posunę się do czegoś takiego :| ale
jeszcze świadomie o tym piszę ...już nic nie rozumiem... od 2 tygodni bardzo
mało jem. dzisiaj jest mi bardzo źle bo się objadłam :( taka byłam szczęśliwa
siedząc w szkole na 9 (uf..ostatniej) lekcji czująć jak jest mi słabo...a w
domu tylko "dla picu" troche obiadku...zapijanie głodu kawą...mimo mojej
miłości do słodyczy przez te 2 tygodnie tknęłam tylko 2 czekoladki czego
gorzko żałuję do tej pory...boże...ja wiem...wy macie gorzej, ciepricie
bardziej o ile to o czym pisze to jest cierpienie. sama nie umiem tego
zdeefiniować. ale potrzebowałam o tym napisać...
gratuluję jeśli ktoś dotrwał do końca i dziękuje...potrzebowałam się
wygadać...