Dodaj do ulubionych

Objazdówka z Logostourem - relacja

02.12.07, 09:50
Niektórzy na Egipt 'zapadają' - tak jak na grypę czy na katar. Ja okazałam się tą osobą 'z grupy podwyższonego ryzyka' i zapadłam.
Lekarstwo jest jedno - kolejny wyjazd. Jeśli ktoś ma ochotę we wspomnieniach przejechać Egipt - to zapraszam :)

Dzień ZERO:
Pierwszy kiks w wykonaniu warszawskiego MPT. Dziesięć minut porzed spodziewanym przyjazdem taksówki (zamawianej pięć godzin wcześniej), telefon - że taksowki nie ma i nie wiadomo czy będzie. Nerwy. Po kolejnych dziesięciu minutach i drugim takim telefonie szybka decyzja, dwie walizy w ręce, dwie torby na ramię i w drogę! (6 listopada - pierwszy śnieżek w Warszawie, zimno, plucha, a ja w stroju na Egipt ;->.
Cudem łapiemy coś na pobliskim postoju, grzęźniemy w korku, ale chyba samą siłą determinacji dojeżdżamy punktualnie na lotnisko. Przy kontuarze Logostouru poznajemy pilota, odbieramy bilety spakowane w charakterystyczne etui, przywieszki na walizki, oddajemy bagaż (24 kilo łącznie, limit Maleva 20 kilo na osobę) i trzymając karty pokładowe w ręku już czujemy się jedną nogą w Egipcie, pozostawiajac za sobą korki w i śnieg w Warszawie, a oczekując na korki i upał w Kairze ;)

Lecimy rejsowym Malevem, z przesiadką w Budapeszcie. Start z Warszawy teoretycznie 19:45, faktycznie opóźniony około pół godziny, lecimy Boeingiem 737-600 (ekraniki z trasą przelotu, aktualną temperaturą, wysokością i szybkością, ciepła kanapka, soczek), Budapeszt po 54 minutach lotu, kontrola transferowców, zabierają nieotwarte soczki które dali w pierwszym samolocie... ;->
Jeszcze sporo czasu do 23:30, kiedy to startujemy Boeingiem 737-800 do Kairu. Ponownie ciepła kanapka, batonik, coś do picia - sok, woda, cola, kawa, herbata.
Przylepiam nos do szyby. Ciemności już iście egipskie, nic nie widać, około drugiej pojawia się morze świateł... to Kair! Samolot leci, i leci, i leci..., cały czas nad Kairem, już to daje jakiś obraz potęgi tego molocha, kto nie widział Kairu w nocy z pokładu samolotu ten chyba nieprędko nabierze wyobrażenia o jego ogromie :)

Zegarki godzina do przodu, lądujemy o 3:25 czasu egipskiego. Pierepały lotniskowe, autokar o 4:15, jazda przez miasto, zatrzymujemy się na El Nile Str., do hotelu musimy podejść kilkaset metrów, bo uliczki wąskie i autobus nie dojedzie (?!)
Pierwszy moment dezorientacji - ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Wysiadaliśmy tam potem wiele razy, bagaży głównych nie taszczyliśmy sami nigdy, były dowożone do i z hotelu pickupem.
O 5:00 jesteśmy w hotelu Santana. Pierwsze wrażenie - cokolwiek przygnębiające. Skonani nie zwracamy za bardzo uwagi na szczegóły (oprócz tego, że pokój jest najwyraźniej 4-osobowy - ciekawe, czy kogoś dokwaterują). Dzień zero kończy się nam o 5:30 - padamy na łóżka i film się urywa - pobudka o 9:15 (najpóźniejsza pora pobudki w trakcie piętnastu dni, potem było już tylko gorzej ;]
Obserwuj wątek
    • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 09:51
      Dzień pierwszy:
      O 9:05 półprzytomni zwlekamy się z łóżek. Śniadanie w formie bufetu - gdzie tu dają kawę?! O, nawet jest, tylko filiżanek nie ma. Musimy poczekać aż pan uda się na obchód sali, wyłapie czyjąś filiżankę, umyje ją i nam przyniesie ;) Potem procedura się powtarza, bo zachcialo nam się łyżeczki do kawy :)

      Wyrywanie naczyń spod ręki stalo się od tego momentu cechą charakterystyczną niemalże wszystkich posiłków (jakoś dziwnie korelowało to z ilością gwiazdek miejsca pobytu - choć nie zawsze). Im mniej gwiazdek - tym szybciej usiłowano wyrwać brudne naczynia ze stolika, czasem nawet w trakcie konsumpcji, gdybym nie widziała nie uwierzyłabym - na statku sąsiad operował właśnie sztućcami w powietrzu niosąc do ust kawałek pożywienia, kiedy steward usiłował mu wyjąć talerz spod nosa :)
      Ponieważ stwierdziłam, że nie będe sobie psuć urlopu duperelami, przestawiłam się na obserwację tego zjawiska z komicznego punktu widzenia - "Pilnuj mi talerza! (widelca, filiżanki, noża) - ja idę po omlet!" ;) W momencie kiedy postanowiłam, że nie będzie mnie to denerwować - zaczęło mnie to bawić :D Przypominało to sport - kto będzie szybszy, kelner usiłujący zabrać mi talerzyk z leżącą na nim przekrojoną i posmarowaną masłem bułeczką, czy moja dłoń w pobliżu mająca talerzyk chronić (wygrałam! :))

      Po śniadaniu - ruszamy w trasę. Wychodzimy z hotelu, w drodze do autokaru mijamy sklepik misz-masz (duża woda dwa funty, mała półtora), aptekę (ważne!) i bank Ahli United(zmasowany atak w celu pierwszej wymiany, kurs 5,48 funta za 1 $)

      Przy wsiadaniu do autokaru odczytywanie listy uczestników w kolejności zgłoszeń na wycieczkę - ci pierwsi mają prawo wyboru miejsca w autokarze. Grupa liczy 32 osoby, wsiadamy jako jedni z ostatnich, zostaje tylko tył - chwalę go sobie do końca wycieczki. Nie dość, że pięć osób ma do dyspozycji podwójne siedzenia i miejscówki przy oknie, to jeszcze cały ostatni rząd zostaje nam na bagaż podręczny tudzież kuszetkę jak kogoś z nagła zmoże.
      Siadać po lewej stronie - uważam że znacznie ciekawsze widoki niż z prawej :)

      Pilot przedstawia nam dwóch Egipcjan - Khaleda, jako egipskiego pilota ze strony kontrahenta, oraz Osamę, który będzie naszym przewodnikiem po Kairze.
      Osama mówi po angielsku bardzo wyraźnie, nawet ja, która znam co któreś tam słowo, wyłapuję ogólny sens wypowiedzi, całość i tak tłumaczy nasz pilot.
      Pierwszy punkt - zwiedzamy Kair koptyjski, okolice stacji metra Mari Girgis - oglądamy resztki rzymskiej wieży obok greckiego kościoła św. Jerzego, kościół św. Sergiusza (tylko z zewnątrz), synagogę Ben Ezry (zakaz fotografowania w środku) i Kościół Zawieszony), potem obowiązkowa perfumeria ;-> Cytadela i meczet. Cytadela to praktycznie tylko meczet Muhammada Alego. Spod meczetu widać piramidy; dość dobry widok na meczet sułtana Hassana.
      W programie mamy jeszcze Cairo Tower - ale jest nadal w remoncie. Tym razem do końca roku. A potem pewnie - insz Allah ;)
      Pilot mówi nam o tym - i rzuca informacją, że w takim razie w ramach 'zadośćuczynienia' za ten remont pojedziemu do Dahszur! :)) Ju-hu!!! :)
      Ale to później - na razie już popołudnie i wracamy do hotelu, pierwszy dzien szoku kairskiego (ulice!!) poza nami.

      Na stoku Cytadeli czekamy chwilę na resztę ekipy, gdy mija nas grupka - z kilkanaście - kolorowo i tradycyjnie ubranych nastolatek. Zerkają na mnie, poszturchują sie i w pewnym momencie od grupki odrywa się jedna, robi dwa kroki w moim kierunku i zadaje po angielsku jakieś pytanie. Głupieję na moment - ale wyławiam jeden wyraz... one chcą się ze mną sfotografować!! Robię być może ciut teatralną minę - 'Ze mna?!' - pytam :) 'Yes!' uśmiechają się teraz wszystkie i opadają mnie dokoła jak stadko barwnych papużek :) Jedna wciska mi rączkę w dłoń, zaganiają również mojego TZ do pozującej gromadki - w życiu nie pomyślałam że mogę być dla kogoś 'atrakcją turystyczną' :) Ani wiek, ani prezencja nie upoważniają mnie do tego, żebym jeszcze chociaż blondynką była...! ;)
      Fotka zrobiona, roześmiane dziewczęta odbiegają - ja oszołomiona nie zdążyłam nawet poprosić o wzajemną fotkę dla siebie, buuu, gapa ze mnie... :(

      Aha - u naszego pilota obowiązuje zasada: kto się spóźni minutę - śpiewa. 2 minuty - śpiewa i tańczy. 3 minuty - śpiewa i tańczy na miejscu po autobusie ;] Strach przed publicznym występem był spory, spóźnienia występowały baaardzo rzadko :))

      Powrót, wysiadamy na rogu El Nile, zaczynam już kojarzyć gdzie iść i gdzie skręcić żeby dojść do hotelu. Krótkie ablucje w pokoju i serwowana obiadokolacja o 19-tej.
      Niektórzy profilaktycznie od razu rezygnują z podanej surówki - my zmiatamy wszystko jak leci (mimo że jedzenie takie sobie). Jak nas dopadnie to dopadnie, trudno. Zresztą - mam plan. Po kolacji wyskakujemy na moment i bohatersko wchodzę do apteki (ze trzydzieści metrów od hotelu). Mówię 'Dobry wieczór', pani zza lady (a raczej młoda prześliczna dziewczyna) uśmiecha się życzliwie i wyczekująco - a ja proszę o Antinal. Uśmiech - i na ladzie pojawia się opakowanie Antinalu. Super - to jeszcze Intetrix - i mam Intetrix do kompletu. Rachunek 5 i 12 funtów, razem 17 - wszystko zgodnie z informacjami z forum ;)

      Uzbrojeni w te dwa kartoniki postanawiamy mieć w... no, w nosie, wszystkie zemsty faraona ;)
      A na razie wracamy do hotelu, zaopatrujemy sie w pocztówki i znaczki, już wiem że jak nie wyślę ich pierwszego czy drugiego dnia, to potem już albo nie będę mieć czasu, albo po prostu zapomnę ;]
      Do pokoju - i spać, nareszcie spać, wcześnie, ale trzeba odespać w końcu poprzednią noc :)
      Na fakultatywny wieczorny rejs po Nilu, 25$ - z programem artystycznym (podobno kiepskim) i poczęstunkiem (podobno równie kiepskim) jakoś nie było chętnych ;->
      • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 09:52
        Dzień drugi:
        Pobudka oficjalna 5:45, my wstajemy nieco wcześniej - wielkie pakowanie, bo bagaż główny ma pojechać do Asuanu autobusem natychmiast po powrocie z Sakkary. Śniadanie o 6:15, pakowanie bagaży na El Nile to jest dopiero przeżycie - zwłaszcza dla walizek. Na pasie przy chodniku stoją zaparkowane samochody, zatem autobus zatrzymuje się na drugim pasie i odbywa się załadunek naszych waliz. Od strony trzeciego pasa ;-> Za trójkąt ostrzegawczy robi mała, zgrabna, czerwona walizka - szkoda tylko że to akurat moja ;D No i za mała się okazała - coś musiało ja rąbnąć - jak inaczej mogę wytłumaczyć zgięty bolec w zasilaczu? ;-/ Zastępuje ją duuuża, również czerwona waliza... ;->

        W końcu ruszamy - jedziemy do Gizy!
        Parę osób chce kupić sobie bilety na wejście do Wielkiej Piramidy (100 LE), a sprzedaż jest od ósmej i ponoć limitowana, 150 osób dziennie. Piszę 'ponoć' - bo dość długo mieliśmy okazję poobserwować wchodzących do piramidy - i naszym zdaniem załapaliśmy się na jakąś trzecią stopięćdziesiątkę ;-> Podejrzewam, że tak naprawdę jest 1500, tylko jedno zero w informacji im się zapodziało ;-P

        Z 'paru' chętnych osób zrobiło sie prawie cała grupa. Większość wlazła - na zewnątrz został pilot pilnujący całego stogu naszych kamer i aparatów ;)

        Czy warto tam wchodzić? Moim zdaniem warto. Jeśli ktoś chce mieć pojęcie jak wygląda wnętrze piramidy, jak się przechodzi korytarzem, jak efektowna jest nawa Wielkiej Galerii - to powinien to zobaczyć.
        Byłam później w piramidach Czerwonej w Dashur i w 'fałszywej' w Maydum - Cheops był dla mnie natrudniejszy (długi, niski korytarz, jakiś metr wysokości), jeśli ktoś przebrnie Cheopsa nie musi sie obawiać tych dwóch pozostałych, korytarze wejściowe są równie długie, ale wydawały mi się cokolwiek wyższe).

        Po wyjściu z piramidy obchodzimy ją powoli dokoła kierując się do Muzeum Barki. Czas skalkulowany jako-tako, uwzględniono że niektórzy będą chcieli obejrzeć barkę.
        Cena biletu - 40 funtów. Wchodzimy oboje - i nie wiemy, czy bardziej podziwiać kunszt budowniczych, czy kunszt ludzi, którzy po paru tysiącach lat potrafili odtworzyć kształt barki z wykopaliskowych fragmentów :) Samo muzeum choć z zewnątrz wyjątkowo (dla nas) brzydkie, w środku jest widne, przestronne i czyste - dają kapcie typu worek; ekspozycja dobra - nasuwa się porównanie z muzeum w Luksorze; jest i dość dobrze zaopatrzony sklepik z książkami, pocztówkami, gadżetami itp.
        Potem jedziemy oglądać Sfinksa. Wydawało mi sie że pod piramidami są tłumy - ale pandemonium pod Sfinksem przekracza wszystko, mam wrażenie że pół Egiptu zwaliło się tam na szkolna wycieczkę ;-> W kazdym razie stoi jak stał i filozoficznie pozuje do fotografii z niezmąconym sfinksim uśmieszkiem od lat.. (gdyby tak zliczyć ilość wykonywanych fotografii obiektu - byłby na pierwszym miejscu na świecie? ;)

        Z Gizy podjeżdżamy kawałek na lunch w Pyramid's View - super hotel 5* z widokiem na piramidy, super restauracja z super jedzonkiem, zamawiamy do lunchu świeży sok z pomarańcz, podany w pucharkach z kostkami lodu smakuje jak ambrozja po 15 funtów sztuka ;)

        Potem papirusy. Drożej o jakieś 20% niż w podobnej 'papirusiarni' w Luksorze i wyraźny brak małych papirusów w cenie 20-40 funtów. Ale ujdą.

        Po papirusach - Sakkara i piramida schodkowa. Ludzi już znacznie mniej niż w Gizie. Widać piramidy - z jednej strony Abu Sir, z drugiej aż po Dahszur. Niestety, przy mastabach byliśmy 16:15, więc już zamknięte. Może następnym razem... ;->

        Powrót do hotelu, po drodze stajemy w sklepie ze złotem i wszelkim innym chłamem - ceny jak dla mnie zaporowe. Trzygramowy wisiorek ' oko Horusa' - ponad 200$. Amowyniema! ;)
        Widoki na utargowanie czegoś kiepskie - zwracają sie do nas po rosyjsku :( Znajdę sobie oczko gdzie indziej, nie tu - to na południu, nie tym razem - to następnym ;)

        Korzystamy z okazji i obok w kantorze wymieniamy troche dolarów po kursie 5,485. W hotelu kolacja znów serwowana, bagaże już pojechały autokarem, my z podręcznymi udajemy się na dworzec Giza Station, do słynnego pociagu Kair-Asuan, wyjazd z o 22:20 (i nawet wyjeżdzamy punktualnie).
        Po relacjach forumowych pociąg mnie nie zaskoczył - ani na plus, ani na minus. Toalety nie widziałam - ale widzieli inni, a mi wystarczyły ich miny ;->

        Dla mnie i dla mojego TZ fotele okazały się niestety bardzo niewygodne. TZ praktycznie oka nie zmrużył, ja przespalam parę godzin budząc się co chwila i usilując przybrać mniej połamaną pozycję. Wolałabym jednak dopłacić do sypialnego. I wiem, że parę osób z grupy też chętnie by to zrobiło. Ponieważ koszt spory, to biuro powinno dać wybór... chyba że wykupienie połowy biletów w I klasie i drugiej połowy w sypialnym przekracza mozliwości logistyczne egipskiego kontrahenta ;-P

        W pewnych momencie przez wagon przechodzi jakiś facet, ubrany normalnie, ciemne spodnie, jakaś jasna koszula. Pytam "Kochanie, co ten pan niósł pod pachą? Bo mam wrażenie że albo wiertarkę, albo uzi!" - TZ wyciaga Pascala i uzgadniamy, że to jednak było uzi. Chodzący w cywilu tajniacy strzegący pociągu, uzbrojeni w automatyczną broń maszynową ;->

        Robi się chłodnawo. nogi otulam olbrzymią jedwabną chustą i jakoś leci... w Asuanie mamy być około 10, ale pilot uprzedził, że rzadko się udaje dotrzeć tam przed 12. Insz Allah.
        • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 09:54
          Dzień trzeci:
          "Koszmarna noc. Pociąg obskurny. Wszystko dosłownie lepi się od brudu. Drzwi na końcu przedziału nie domykają się i co chwila ktoś przechodzi zatrzaskując je (cierpi zmysł słuchu) bądź nie (cierpi zmysł powonienia, bo drzwi do WC też się nie domykają). Odcinek Qena - Luksor przebywamy ze średnią prędkością ciężko skacowanego maratończyka... Jedynie pakiet śniadaniowy calkiem dobry - czego nie można powiedzieć o stoliczkach wyciąganych z podłokietników... " - to pociąg widziany oczami mojego TZ, ja widać jestem bardziej tolerancyjna (ale fakt, zaraz obok tych trzaskających drzwi siedział akurat on, nie ja).

          Budzę się na chwilę dziesięć po szóstej - przejeżdzamy Nil, o 7:25 Qena. No to ok, do Luksoru jakieś 40 km, zatem przysypiam znowu.
          Przed dziewiątą podają pakiet śniadaniowy (jadalny, w cenie) i napój ustalony wieczorem - oczywiście mylą się i podają kawę i herbatę dokładnie na odwrót ;->
          Niezależnie prawie przez całą przez wagon przelatywał ludek z barkiem - kawa, herbata, soczki - płatne osobno, nesca 5 funtów.
          Przytomnieję nieco. Niecierpliwie wyglądam jakiejś stacji, ale nic mi nie pasuje. Nic dziwnego. Do Luksoru docieramy o 9:45, pociąg ma blisko 3 godziny opóźnienia, te 40 km od Qeny jechał przez ponad dwie godziny. Szybkości nabiera dopiero za Luksorem i w już normalnym tempie rejestrujemy stacje w Esnie, Edfu, Kom Ombo - w Asuanie jesteśmy o 13 ;->

          Po wyjściu na peron bucha na nas fala upału - z pewnością jest powyżej 35 stopni :) Przed dworcem czekamy chwilę na autokar - widząc perspektywę ulicy Al Mahatta proponuję żeby przejść sobie piechotą do Corniche i nią powędrować do statku - ale Khaled protestuje, mówiąc że statek może stać dalej. Hm....
          No i faktycznie. Autobus przejeżdża kawał Corniche, wysiadamy, wyładowujemy bagaże, schodzimy na nabrzeże - i zonk, statku nie ma. Nie ta przystań, grh!
          Drapiemy się po schodkach z powrotem na górę, włazimy do autokaru i jedziemy dalej. No i praktycznie dopiero przy końcu Corniche, prawie pod katedrą, nareszcie jest nasz statek. Kontrahent to Eastmar Travel, statek Ra, teoretycznie pięć gwiazdek, ale ja zaczynam mieć złe przeczucia. Które niestety się sprawdzają.
          Jeśli ten statek ma 5* ro Regina Travco, na której płynęłam w styczniu, powinna mieć ich z siedem. Jeśli to Regina miała pięć, to Ra powinien mieć max trzy ;-/
          Niskie pokłady, bardzo wąskie korytarze, niewiarygodnie ciasne kabiny, pół wanny z zasłonką w łazience, powrastany brud w fugach łazienki budzi niemiłe skojarzenia. Klima nie działa, woda na podłodze łazienki, leżący recznik cały mokry. Lecę na recepcję - pilot już się tam piekli, komuś w kabinie zapaliła się klimatyzacja. Mowię o mojej wodzie, uprzejmy recepcjonista że oni zaraz 'fix it'. Tiaaa, no to zobaczymy...

          Obiad. Tłok w restauracji, awaria klimy, duchota masakryczna. Po obiedzie z ulgą złazimy ze statku. A tak się cieszyłam na ten rejs...

          Udajemy się na przystań motorówek i płyniemy na Aglikiję. Łajbę wybiera przewodnik egipski przydzielony nam na trasę Asuan - Edfu. Duża, motor potwornie hałaśliwy, krztusi się, kopci i śmierdzi, odbiera całą przyjemność z przejażdżki po Nilu... Zwiedzamy świątynię Izydy, w powrotnej drodze patrzę - a do naszej łajby doczepia się druga, malutka, z tyłu i trochę z boku. Myślę sobie - no masz, nie dość, że ten silnik zaraz zdechnie, to jeszcze kogoś holujemy. A guzik. Okazało się dokładnie odwrotnie - nasz silnik został wyłączony, a to maleństwo, dwa razy mniejsze od nas, pchało naszą motorówkę aż do przystani...
          Wyskakuję na nabrzeże, czekam aż przybije ta druga mała motorówka, wysiada z niej piątka Japończyków, podchodzę do chłopaka który stanowił całą obsługę tej łódki, dziękuję mu za pomoc dla nas i daję mu bakszysz, kurde, no.

          Grupa w pośpiechu (mamy spore opóżnienie z powodu pociągu) udaje się w stronę przystani feluk, w programie wioska nubijska (nb. wioska z której ponoć pochodzi przewodnik). My się odmeldowujemy pilotowi - wioskę nubijską (zresztą w o wiele ładniejszym i sympatyczniejszym wydaniu jak sie potem okazało) już widzieliśmy, a teraz wolimy po prostu się przejść Corniche - Corniche w Asuanie za którym tęskniliśmy od 10 miesięcy...! :)))

          Wracamy na statek (w łazience rozgrzebany prysznic, mokry ręcznik na posłodze, kolejna wizyta na recepcji), szybko rozpoznajemy teren, lokalizuję sklepik statkowy, zamawiamy w biegu cztery koszulki z haftowanymi kartuszami (t-shirt 10$, polo 13$), wypadamy na Corniche...i nareszcie jesteśmy na urlopie ;)

          Wolnym krokiem przechodzimy nabrzeżem aż do szari Al Mahatta, wdychając upał, wygrzewając się w słońcu i sypiąc szukranami na prawo i lewo ;) Oczywiście trafiamy na bazar, szukamy przypraw w których byliśmy poprzednio - przypominamy się sprzedawcy, rozpromienia się że ktoś do niego ponownie trafił (co mu nie przeszkadza oczywiście obedrzeć nas ze skóry ;)
          Ale wszystko ze stosowną atencją - demonstracja wagi 'Made in Poland, fabryka w Olsztynie', pogonienie chłopaczka-naganiacza po karkade dla nas, zaproszenie do poczęstunku, rozmowa, pokazuje nam coś i pyta się jak to jest po polsku, wychodzi nam że to kadzidło, zapisuje sobie 'kadzidło' arabskimi robaczkami, znów rozmowa, w trakcie oczywiście wybór przypraw, propozycje, pakowanie, rachunek do zapłacenia (ałć!), daktyle i hibiskus już na otarcie łez ;) Ale nic to - wkalkulowane w koszt było ;) No i pierwszy raz zaproszono nas przy kupnie na karkade :) Roześmiane pół godziny :)

          Uparłam się na ręczniki. Targowanie raczej w biegu, znów mam wrażenie że przepłaciłam, kurde, powie mi ktoś ile za bawełniany jednostronny ręcznik tam się płaci?! ;->
          Ale ubaw spory - nie popuściłam ani grosza z ceny którą proponowałam, więc gdy po targach wręczyłam sprzedawcy bakszysz ponad wytargowaną cenę - autentycznie zbaraniał :) Widok jego miny wart był tego bakszyszu :))

          Zbliżała się siódma - pora kolacji na statku. Nie śpiesząc się wracamy barwną i fontannową szari Al Mahatta, na Corniche przyśpieszamy nieco kroku - na statku jestesmy punktualnie, nasi wrócili przed momentem.
          Na recepcji chryja - pilot wkurzony, bo kolacja jednak o ósmej. Ktoś z obsługi statku zrobił nas w jajo. Ja sprawdzam kabinę - klima nie działa, na podłodze ponownie woda i mokry ręcznik. Mając mord w oczach lecę na recepcję. Po dwóch minutach mam w ręku klucz do drugiej kabiny, identyczna jak pierwsza, ale przynajmniej nic nie cieknie i klima działa. Ta krypa może i kiedyś miała pięć gwiazdek - ale to było z pewnością w ubiegłym tysiącleciu.

          Schodzimy znowu ze statku, koło pilota zbiera sie niewielka grupka, idziemy znów na suk (no co ja moge że lubię patrzeć na suk w Asuanie?! :)) Nic tym razem nie kupuję, jakoś mniej nagabywań - aha, mecz jakiś jest i wszyscy wlepiają oczy w telewizory :))
          Przechodzimy tym razem cały suk od końca do początku, I znowu powrót szari Al Mahatta :) (tak, to się nazywa zajob, wiem o tym. Ale kocham kolorowe fontanny o zmroku na tej ulicy-deptaku w Asuanie i możecie mnie za to mnie nawet zjeść! ;)

          Wracamy na statek o dziewiątej. Kolacja w restauracji na Nile Deck. Klima nadal nie działa, duchota, tłok, owoców brak w ogóle, ze słodyczy deserowych jakieś mizerne resztki, świeżego soku z pomarańcz to nie mają, sok limonkowy mocno rozwodniony i znowu trzeba pilnować własnych nakryć, zdobycie drugiego widelca graniczy z cudem (to tylko gwoli porównania z prawdziwym PIĘCIOGWIAZDKOWYM statkiem). Na którym łazienka zresztą wyglądała jak normalna łazienka, a nie jak toto www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/10edd53ccaf3799f.html
          Wracamy do kabiny, wyłączamy wyjąca klimę, uchylam balkonowe okno i spać. Jutro Abu Simbel :)
          • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 09:56
            Dzień czwarty:
            Pobudka o nieludzkiej porze, chyba o 2:45, kawa, herbata, zgarniamy pakiety śniadaniowe, pakujemy się w autokar około 3:30 i jazda na miejsce zbiórki konwoju - przy Cmentarzu Fatymidów. O 3:50 ruszamy w drogę. I tak jak poprzednio - rozbudzona zupełnie nie śpię, czekam na brzask (4:55) i na wschód słońca (6:03). O 6:20 jesteśmy już w Abu Simbel.
            Nie szkodzi, że widzę te świątynie po raz drugi. Wrażenie takie samo jak za pierwszym razem - są wspaniałe :) No i oczywiście dyżurny miraż w drodze powrotnej, który zresztą pilnie przesypiam ;)

            Po powrocie do Asuanu Wielka Tama - minę na zdjęciu z tamy mam równie idiotyczną jak 10 miesięcy temu :( - i niedokończony obelisk. Na statek docieramy o 13 - my na obiad, statek odbija. I znowu pozostawiam Asuan za sobą...

            Zwiedzanie Kom Ombo - wieczorem. Mimo efektownego oświetlenia nie jestem przekonana czy to najlepszy pomysł... Niefachowcom, bez statywów, chyba ciężko zrobić jakąkolwiek ładną fotografię. W ogóle 'rozkład jazdy statku' do którego musimy się dostosować ze swoimi zwiedzaniami okazuje się jakiś masakryczny.

            Dzień piąty:
            Budzimy się w Edfu. Wyganiają nas na zwiedzanie, autokar ustawia sie w KONWOJU w Edfu!!! Arabska głupota w najczystszej postaci - przemieszane autokary, busy i dorożki!
            Ciekawe co z ludźmi, którzy do świątyni chcą dojść pieszo - też ich zaganiają do konwoju? ;->
            Tracimy z piętnaście minut na oczekiwanie w tym 'czymś' - bo konwojem toto jako żywo nie jest ;]

            Skutek taki, że pod świątynię wszystkie autobusy z tych wszystkich statków, co to wczoraj się spotkały wieczorem w Kom Ombo, podjeżdżaja równoczeście. Pandemonium, zwłaszcza gdy w świątyni każdy przewodnik usiłuje zgromadzić swoją grupę i choćby parę słów do ludzi powiedzieć...
            I znowu zwiedzanie Edfu w atmosferze pośpiechu - o 9 statek ponoć odpływa. To, co się dzieje przed sanktuarium, zakrawa na kabaret - zwłaszcza, że już pół godziny później nie ma tam wręcz żywego ducha. Inne grupy wyszły ze świątyni o 8, my mamy wytargowane przez pilota pół godziny więcej.

            O 9 odpływamy, około południa jestesmy w Esnie, czekamy na śluzowanie - pojawia się karteczka że odplywamy o 19:30. Równie dobrze moglismy stać w Edfu. Albo wyjść do Esny - ale w nerwach nie potrafiłam się na to zdecydować - i dzień stracony.
            Programowo wieczorem powinnismy być już w Luksorze. Hiszpańska grupa mająca samolot o szóstej rano z Luksoru nie jest zachwycona.

            A odpływamy o ... 2 w nocy, śluzujemy się po trzeciej, ze śluzy wypływamy o 3:40, statek płynie do Luksoru - wyraźnie po drodze nabierając wody (lub też solidną porcję zdążył nabrać wcześniej). Przechył na prawą burtę widoczny gołym okiem, najlepiej na poziomie wody w basenie www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/da9fe10e207e4526.html
            • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 09:58
              Dzień szósty:
              Podczas śniadania przepływamy pod mostem luksorskim - widzę 'grobowe' malowidła na filarach i z utęsknieniem czekam na przystań.
              Nie da się ukryć - schodzę z Ra z dużą ulgą. Szkoda mi tego rejsu - dla mnie stanowczo popsutego awariami statku, klimy, ciasnotą, brudem, oraz idiotycznym planem płynięcia. Trzymać się z dala od statków Eastmar Travel ;-> Z radością witam NASZ autokar i NASZEGO kierowcę ;)

              Jedziemy do Doliny Królów. Podpowiadam znajomym, że warto do Tausert i Setnachta - długi, kolorowy i pusty. Jak widzę potem te tłumy, które tam walą, to robi mi się cokolwiek głupio - ale pocieszają mnie, że zdążyli jak jeszcze nikogo w nim nie było i bardzo im się spodobał :)

              Omijam grobowce do których są kolejki, wyławiam daleki grobowiec Setiego II, potem Siptaha (puściutko), grobowiec zupełnie zniszczony, zdobienia ocalały tylko przy wejściu, piękny sarkofag w komorze grobowej) i Totmesa IV (też puściutko). W tym ostatnim pilnujący Arab schodzi ze mną na dół uprzedzając 'two hundred meters down' :)
              Korytarz schodzi w dół, zakręca pod kątem prostym i znowu w dół - w komorze grobowej kolejny rzeźbiony i - tym razem i malowany - sarkofag.

              Wejście do Tutenchamona - 80 LE (obniżyli mimo wystawionej mumii Tutenchamona, poprzednio 100 LE). Za to grobowiec Ramzesa VI zrobił się płatny osobno - 50 LE. TZ który miał go w planach zgrzyta zębami, kupuje bilet - w w ten sposób wchodzi do czterech grobowców (znow właziliśmy osobno i do różnych). Horemheb nadal zamknięty, zamknęli też Amenhotepa II i Merenptaha.

              Po Dolinie Królów - 'fabryka alabastru'. Znowu chyba dałam się naciąć kupując bazaltową Bastet - tysiac razy pytając, czy aby to naprawdę bazalt. Jak jeszcze mi ktoś wyjaśni dlaczego bazalt po zmoczeniu pachnie gipsem... ;-/

              Świątynia Hatszepsut - liczę ozyriaki, czy jakiś nie przybył przypadkiem. Nie - ale są za to wystawione fragmenty głów co najmniej czterech kolejnych - czyli nasi archeologowie działają ;)

              Po Hatszepsut - jedna z wielkich niespodzianek jakie sprawił nam pilot - fakultet Medinet Habu!!
              Płatny 40 LE - przy cenie biletu 25 LE, kasę zgarnia bezpośrednio przewodnik, można sobie policzyć jaki narzut stosuje ten egipski kontrahent ;->
              Pilot mówi, że Medinet Habu powinno być w programie jako obowiązkowy punkt. Obejrzałam - i dziwię się że nie jest. KOLORY! Najlepiej zachowane kolory świątyni - w innych zostały jako nikłe wspomnienie, tu dopiero można nabrać wyobrażenia jak wyglądały niegdyś świątynie egipskie... dużo bym dala żeby zobaczyć taką makietę, np. Karnaku.
              W czasie wolnym na fotki włazimy do nilometru (niestety, używanego jako klo przez miejscowych), oglądamy 'święte bajoro' w miejscu gdzie kiedyś bylo święte jezioro i wolniutko kierujemy się do wyjścia. Podjeżdżamy pod kolosy Memnona - i znowu kwadrans dla paparazzich. Kurde, trzeba przyjechać kiedyś na własną rękę i spokojnie postać w jednym miejscu dokładnie tyle, ile ma się ochotę...

              Wracamy na wschodni brzeg i jedziemy do hotelu. Wyszło prawie jak rekompensata za statek - lądujemy chyba w jednym z bardziej prestiżowych hoteli w Luskorze - w Pyramisa Isis ;)
              Pokoje przestronne, widne, mam widok na ulicę i minaret meczetu naprzeciwko, w restauracji nareszcie nikt mi nie zabiera talerza spod nosa, nie ja czekam na kawę, tylko ten pan czatuje na moją pustą filiżankę i bynajmniej nie po to aby ją zabrać...! ;)
              Oj, wiem, objazdówka, warunki, Egipt i te sprawy. Ale rozpuszczona luksusami ze stycznia tesknię trochę do tamtej atmosfery - co w niczym nie ujmuje tej wycieczce, nigdy w życiu! :))
              Rejestruję jedynie różnice miedzy Isis 5* a Ra, rzekomo też 5* - ot, co! :)
              A po namyśle dochodzę do wniosku, że w porywach trzygwiazdkowe Santana w Kairze i Princess Palace w Hurgadzie tez były lepsze od statku Ra - miały przynajmniej większe pokoje i nie miały takiego przechyłu...! ;-P

              Po godzinie w hotelu wyjazd do Świątyni Luksorskiej. Zaczynamy ją zwiedzać jeszcze jak jest widno, kończymy o zmroku, w sztucznym oświetleniu. Po wyjściu ze świątyni grupa się rozdziela - część jedzie autokarem na fakultet światło i dźwięk w Karnaku (25$), reszta rozpoczyna włóczęgę po Luksorze.
              My na razie jeszcze rezygnujemy z Karnaku (będzie po co wrócić ;) i urywamy się grupie - łazimy tu i tam, tracimy kupę kasy w księgarni (płacę kartą), docieramy na nabrzeże do 'naszej' kafejki - zamawiamy soki z limonek i mango - poezja...!
              Po godzinie wyłapujemy przechodzącego naszego pilota, dosiada się na moment - wracamy razem na umówiony punkt Corniche i czekamy na autokar wiozący naszych z Karnaku i już wszyscy razem wracamy do hotelu na kolację.
              Po kolacji lecę opłacić lot balonem :) Khaled z przewodnikiem kasują nas po 110$, narobiliśmy smaka opowieściami i łącznie z nami leci 9 osób :) Znowu się nie wyśpimy - pobudka o 4:15! ;->
              • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:00
                Dzień siódmy:
                Mimo idiotycznej pory w restauracji już czeka na nas kawa i herbata. Łykamy po filiżance i wychodzimy poczekać na busik. Zjawia się również cokolwiek zaspany pilot - zdaje się, że woli wiedzieć co się dzieje z grupką wariatów i nie spuszczać nas z oka! ;)
                Busik zawozi nas na Corniche - wsiadamy do motorówki, zastawiony stół, kawa, herbata, ciasto - elegancko, dłuższa przemowę wygłasza do nas (jak sie potem okazalo) pilot balonu, który będzie nas hm... przelatywał?! ;-> trochę rozumiem, nasz pilot tłumaczy - jak się zachowywać w balonie i podczas lądowania.

                Przepływamy po ciemku przez Nil, znowu busik - jesteśmy dowiezieni pod nasz balon, już nadmuchany, występujemy pojedyńczo lub dwójkami, tak jak chcemy lecieć - pilot balonowy 'mierzy i waży' nas wzrokiem i decyduje kto do którego 'przedziału' kosza ma wsiąść. Panowie włażą sami, panie są wkładane przez obsługę ;)
                Losowo dostajemy bardzo dobre miejscówki na samym rogu kosza, niestety, łącznie z dwójką Anglików - miło ale ciut ciasno. Dwie osoby miałyby luksus, trzy spokojnie się mieszczą, cztery się tłamszą nieco. Raczej nigdzie nie było dwóch, jak jedna z osób była znacznie grubsza to było troje.

                Huk palnika, gorący podmuch na karku, jeden, drugi, dziesiąty... i balon łagodnie odrywa się od ziemi... lecimy!
                Opisać wrażen się nie da. Polećcie jeśli tylko będziecie mieć okazję! :)

                Ubrałam się stanowczo za ciepło. Nie przewidziałam, że ogrzewanie gazowe będzie tak świetnie działało ;) Bluzka i jakaś wiatrówka bądż polarek wystarczą na całą przeprawę, mimo porannego pływania po Nilu :) A osoby odporne spokojnie mogą tylko w krótkim rękawku lecieć :)

                Lot - ponad 50 minut, tylko nad West Bank. Nastęnym razem polecę z inną firmą - nad Nilem i Karnakiem ;) Teraz leciałam z Magic Horizon www.magic-horizon.com
                Zawsze się dziwiłam jak te balony - przy ograniczonej sterowności - są w stanie wylądować we wskazanym miejscu. Teraz wiem - balon rzuca cumę, czatujący chłopcy arabscy chwytają tę cumę w morzu falującej trzciny cukrowej i ściągają balon na wystrzyżone poletko.

                Całość logistycznie - jak nie w kraju arabskim. Wszystko dopięte na ostatni guzik. W czasie gdy pilot balonu wręcza nam pamiątkowe dyplomy i koszulki, balon jest już złożony i ładowany na platformę, za samą powłoką balonu wędruje kosz, a my do busika, na motorówkę i na wschodni brzeg - godzina 7:30 a już tyle wrażeń :)

                Śniadanie w hotelu i wyjazd do Karnaku.
                Przed samą świątynią zaskakuje mnie olbrzymi utwardzony parking, obsadzony już palmami :) Jeszcze nie parkują na nim autokary - ale różnica w porównaniu z sytuacją ze stycznia olbrzymia :)
                Wchodzimy na teren Karnaku. W Wielkiej Sali Hypostylowej pilot pokazuje jedyne miejsce z którego można zrobić efektowne zdjęcie obu obelisków z palmą - strzelam dwie szybkie fotki, na zasadzie 'w czasie wolnym tu wrócę', niestety, złożyło się tak że z Karnaku wyszłam wcześniej i nie wróciłam... nic to, wrócę następnym razem :)
                Grupa zwiedza Karnak, ja ląduję w hotelu, kawa w barku, napatoczył się Khaled, z nim i jeszcze jedną dziewczyną wychodzimy z hotelu i łazimy po okolicy - w jakiejś bocznej uliczce Khaled wynajduje coś w rodzaje kafejki, siadamy we trójkę, gadamy (znaczy - gadają oni, moja angielszczyzna jest - delikatnie mówiąc - żadna ;-> pijemy herbatę i karkade, rachunek - 5 funtów za trzy osoby :) Oprócz nas sami miejscowi i sami mężczyżni, ale mimo że moja towarzyszka jest blondynką nie budzimy żadnej niezdrowej sensacji. Normalnie jest :) Można nie bać się lokalnych kafejek :) Sądzę, że prędzej się można spotkac z uśmiechem niż z brakiem życzliwości.
                Wracamy do hotelu, pakujemy się - i znowu autokar, i znowu opuszczamy kolejne miasto... kierunek: Dendara! :)

                Dojeżdżamy tam ciut po piętnastej. Zwiedzamy świątynię, świetnie zachowana Sala Hypostylowa, resztki kolorów, prace konserwacyjne, ja szukam wyjścia na dach, TZ szuka repliki kalendarza - wyłazimy w końcu na górę :) Widok na rumowisko, skały, jakieś boczne wejście na teren świątyni - i skalistą pustynię na horyzoncie...

                I znów do autokaru, i znowu jazda - kierunek Hurghada (brrrr! ;-P )
                Fotografuję zachód słońca na pustyni (17:01), na miejscu jesteśmy już jak jest ciemno, hotel Princess Palace, 3*, obiadokolacja - bufet taki sobie, kupa Rosjan, w pokoju poplamiony koc nie nastraja przychylnie, wolę nie sprawdzać co pod nim. Dwie noce - jakoś wytrwamy ;->
                • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:01
                  Dzień ósmy:
                  Laba w Hurghadzie: pobudka o 7:30 :) Część grupy wybiera się na rejs na Giftun (w programie rejs, lunch, plażowanie, dla chętnych nurkowanie), ja zostaję w hotelu (i oczywiście potem tego żałuję ;-> No ale tak wyszło.
                  Spacerujemy po ogrodzie hotelowym - i ogród, i basen, i zieleń, i fragment plaży nad zatoczką sprawia o wiele milsze wrażenie niż sam budynek główny i pokoje. Mimo że palmy są podlewane ściekami - sprawdzone organoleptycznie. Ale ciężko się dziwić - skoro Hurghada jest zaopatrywana w słodką wodę wodociągiem z Nilu...
                  Podziwiam krystaliczną przejrzystość wody w porcie. W holu hotelu odkrywam bankomat, bardziej z ciekawości niż z potrzeby (kantor wymiany parę metrów obok) decyduję się wyciągnąć parę funtów kartą (zobaczę jaki przelicznik zastosuje bank ;->
                  Lekko panikuję, bo nie doczytałam że po pierwsze mam podać wielokrotność 10 funtów, a po drugie całość podać w piastrach! :) Cancel, pin po raz drugi, wbijam 15000 - bankomat grzecznie oddaje mi kartę i 150 funtów :) O, zadziałało! :))

                  Wszechobecny język rosyjski drażni nas okropnie, wychodzimy więc na ulicę - oglądamy deptak, sklepiki ze wszystkim, na ulicy biorą nas częściej za Skadynawów niż za Rosjan ;)
                  Przy trzecim strzale w TZ jako Skandynawa TZ nie wytrzymuje i pyta dlaczego - 'bo masz brodę i jestes chudy!' :) Pytalismy potem również brodatego sąsiada za kogo on był uważany - okazało się, że najczęściej za Niemca (był nieco grubszy ;) Ja w każdym razie udaję Greka i na zaczepki po rosyjsku nie reaguję w ogóle - szczerze podziwiam tylko miejscowe zdolności językowe :)

                  Na lunch idziemy sobie do knajpki na ulicy - ignorujemy pizzerię obok hotelu i wybieramy jakiś lokalik z Libanem w nazwie. TZ rzuca się na porcję cielęciny, ja za marne 15 funtów dostaję coś czego nie potrafię nawet nazwać - taka egipska pizza - placek z warstwą mielonego mięska z przyprawami - pychota! :)

                  Wracamy do hotelu, zadowoleni plażowicze i nurkowicze wócili już z Giftun - i słyszymy, że ze wględu na jakość oferowanych nam posiłków w hotelu, kolacja dziś będzie 'wyjazdowa' - jedziemy do Sakkali do restauracji na owoce morza ;->

                  Pakujemy do autokaru bagaż głowny - wieczorem autokar pojedzie do Sharm na własnych kołach, a na razie zawozi nas na kolację.
                  Mam nadzieję, że była to jednak frajda dla większości - bo akurat w naszym czteroosobowym towarzystwie trzy osoby nie jadały ryb i owoców morze programowo, a ja konsumując rybkę (pyszną!) podejrzliwie zerkałam na to drugie na talerzu (co okazalo się być kalmarem, jak dla mnie mocno gumowym w konsystencji). Jako przystawka - falafel i pasta z bakłażana. Nie będę miłośniczką tej pasty, ale smak - nie da się ukryć - co najmniej oryginalny. Zionęłam ogniem ;] Zważywszy na to, że druga przystawka była bardziej pikantna niż pierwsza... ;) Ale słyszałam osoby zachwycone tą kolacją - więc się nie czepiam :) Menu pouczające jak dla mnie :)
                  Powrót do hotelu, podawanie grafiku na dzień następny, pilot: "Pobudka, śniadanie fakultatywne jeśli ktoś z państwa będzie miał ochotę..." (ryk śmiechu :))
                  Fakt faktem - ta jadłodajnia w Princess Palace była ciut przygnębiająca.

                  Mieliśmy pokój od morza i ogrodu. O pierwszej w nocy obudziły mnie hałasy dobiegające z ulicy (a sen mam raczej dość mocny i bele co mnie nie rusza) - współczułam tym, co mieli pokoje właśnie od ulicy...

                  Byliśmy chyba jakieś dziesięć kilometrów na północ od Sakkali - albo na południe, nie zamierzam się upierać, a topografia Hurghady nie zostanie moim hobby ;->

                  Dzień dziewiąty:
                  Pobudka o 7, ja i TZ z dużą ulgą opuszczamy Hurghadę. Bagaże główne autokarem już wczoraj pojechały na Synaj, my tylko z bagażem podręcznym okrętujemy się na prom (sprawdzanie paszportów). Na wszelki wypadek zżeram dwie podane tabletki przeciwko morskiej chorobie - najwyżej przysnę, lepsze to niż efekty specjalne. Płyniemy coś ponad dwie godziny, wyboiście, jak na czeskiej autostradzie, ale kołysze bardzo rzadko. W całości i bez strat w ludziach docieramy do Sharm :)
                  Witamy się z naszym autokarem i jedziemy do Naama Bay - chwilka czasu wolnego i chyba wszyscy pakujemy się na fakultatywną (15$) glass-boat - łódź ze szklanym dnem, płyniemy oglądać rafę :)
                  Dla osób które nie pływają i nie nurkują - jedyna szansa żeby zobaczyć rafę choć w takiej postaci. Widoki takie, że aż zazdrość zżera, że się nie pływa i nie nurkuje :))
                  Miejsce widokowe opuszczamy po podpłynięciu łodzi z 'rosyjską zawartością' - krzyki i wrzaski niosą się chyba na kilometr ;-/ Ale zdążyliśmy się naoglądać :)
                  Zdjęcia przez szybę kiepskie. Lepsze są filmiki - choćby krótkie.

                  Po zejściu z łodzi wsiadamy w autokar - i jedziemy do hotelu pod Świętą Katarzyną. Po drodze - wjazd na teren 'protektoratu Święta Katarzyna' - kontrola, sprawdzają czy wszyscy mamy wizę egipską w paszportach.
                  Dojeżdżamy na miejsce już po ciemku, wskazuję bagażowemu nasze walizy, numerek pokoju na kluczu - prowadzi nas do odpowiedniego bungalowu, pokój calkiem sympatyczny, zresztą... byle dotrwać do kolacji i spaaaaaaaaać, pobudka już za kilka godzin! Bleh! ;-/
                  Nie wiem na ile gwiazdek 'wyceniono' ten hotel - ale wrażenie bardzo sympatyczne. A restauracja i bufet zasługują moim zdaniem co najmniej na cztery egipskie gwiazdki (aczkolwiek jak się nie upilnowało widelca to znów był problem ;) Przestronnie, kształt rotundy, jasno w dzień, wieczorem dobre oświetlenie - jakieś radosne to było :)
                  • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:03
                    Dzień dziesiąty:
                    Pobudka o 1:00. Czysty sadyzm ;->
                    Kawa, herbata na recepcji, autokar, podjeżdamy do miejsca z którego wychodzi się na ten niepowtarzalny 'nocny spacerek' jakim jest wejście na Górę Mojżesza ;)
                    Okazuje się, że nie tylko ja mam (pardon!) pie..a egipskiego. Wśród nas jest pani, która na Górę Mojżesza będzie wchodziła po raz trzeci :) Jako że pani troszkę starsza ode mnie się wydaje, podnosi mnie na duchu niesamowicie :))

                    Prowadzący Beduin idzie chyba dość szybko, ale równo. Ja przynajmniej spokojnie nadążam za nim. Po przejściu kawałka trasy, dokładnie w momentach kiedy czuję, że już nie wytrzymam i ani kroku dalej nie zrobię - postój. I to nie minutka - ale dobre 5 czy 10 minut czasu by usiąść, wyziajać się i odpocząć. I kolejny odcinek... jakoś idzie :) Wole nie pytać ile takich odcinków jeszcze przed nami :)

                    Toalety - zauważyłam je dopiero schodząc, są na trasie, jak kogoś przypili niech pyta. Skromne budki w stylu sławojek, ale zawsze :)

                    Niebo - niewiarygodnie gwiaździste. W obserwacji przeszkadzają mi .. latarki. Ja najchętniej bym wchodziła może nieco wolniej, ale po ciemku - jak wzrok się przyzwyczai, to całkiem nieźle widać każdy kamyk i każdy skalny próg na drodze. Ale przeszkadzają wtedy latarki innych, a trudno wymagać żeby wszyscy szli po ciemku.

                    Aha - na litość, nie świećcie wielbłądom po oczach! Co komu zawiniły te zwierzaki....
                    I nie świećcie z tyłu na kogoś - jego cień wtedy idealnie mu zasłania drogę przed nim.
                    Kilka osób z grupy zrezygnowało ze wspinaczki samodzielnej i zalogowało się na wielbłądy :) I bardzo sobie chwaliło tę przejażdżkę :)

                    Dochodzimy do 'pętli wielbłądziej' - wyżej już nie wchodzą, trzeba się wdrapywać samemu po słynnych Schodach Pokutnych. Najbardziej przeszkadzają osoby, które idą nierównomiernie - dwa schodki - stają, jeden schodek - stają, i to na środku, nie sposob ich ominąć, wrrr. Ja jak chciałam odpocząć, to starałam się dotrzeć do jakiejś półki skalnej, gdzie mogłam stanąć z boku, tak, aby osoby idące 'pełną parą' za mną nie musiały nawet na sekundę zwolnić - bo to strasznie wybija z rytmu wchodzenia.
                    Na całej długości schodów stoją Beduini i oferują swoją pomoc - podtrzymają za łokieć i wholują na górę ;)

                    Ja się nie śpieszę - czasu jest wystarczająco dużo, idę swoim tempem - docieram na szczyt o 5:15... weszłam samodzielnie na Górę Mojżesza! :)
                    Do wschodu słońca jest jeszcze 45 minut. Bardzo zimno - zgodnie z przewidywaniem, ale zaczynam żałować, że jednak nie kupiłam rękawiczek od Beduina na dole ;-> Zgrabiałe ręce odbierają mi cały zapał i całą radość z wyczynu (no, prawie całą ;)
                    Czekamy na wschód, dwie skośne grupy, jedna z prawej, druga z lewej zaczynają jakieś zawodzenia.. a żeby ich licho! No trudno, kazdy ma swój sposób przeżywania pobytu w tym miejscu ;-> Ciasno, ludzi bardzo dużo, ale miejscówkę przy murku mam świetną, widok na pasmo gór na wschodzie pierwszorzędny.
                    Czekamy, czekamy.. jest!
                    Słońce pojawia się powoli, światło zalewa stopniowo coraz wiekszy obszar, widoczne są już nie tylko czarne linie na horyzoncie, a poszczególne pasma i szczyty...

                    Po kilkunastu minutach rozpoczynamy schodzenie. Ałć. Moje adidasy, tak znakomicie sprawujące sie przy podejściu, kompletnie nie zdają egzaminu przy schodzeniu - bardzo łatwo jest się poślizgnąć na skale pokrytej piaskiem, schodzę zatem bardzo uważnie, patrząc gdzie stawiam nogi i posługując się męskim wsparciem TZ-a, przezornie obutego w trapery z solidną podeszwą :)
                    W każdym razie udaje mi się zejść w całości - a parę wywrotek po drodze widziałam, moja rada - nie lekceważyć piaszczysto-kamienistej, pozornie bardzo łatwej drogi w dół. I nie skracać sobie zakosów ;)
                    Autokar - i jazda do hotelu na zasłużone śniadanie :))
                    Po śniadaniu bagaże do autokaru - i wracamy w to samo miejsce, tym razem będziemy zwiedzać sam klasztor. Piątek, klasztor otwarty tylko przez godzinę, tłok. Lokalny przewodnik - dno i beznadzieja. Dobrze, że nasz pilot ma odpowiednią wiedzę - opowiada nam o klasztorze, w pewnym momencie czepia się go jakiś tajniak, pilot wyjmuje 'certyfikat na tłumaczenie', jakie tam tłumaczenie, równo odwalał robotę przewodnika, który zdaje się nawet z podstawowym angielskim miał problem ;->

                    Po zwiedzeniu klasztoru w autokar - i nareszcie można przystąpić do odsypiania zarwanej nocy. Budzi mnie kontrola paszportów przy wyjeździe z ''protektoratu Święta Katarzyna" - sprawdzają obecność egipskich wiz w paszportach jeszcze dokładniej niż przy wjeździe ;->
                    Jedziemy na zachód - prosto nad Zatokę Sueską. Po drodze kilkunastominutowy postój w oazie Wadi Fairan. Upał - część osób pozostaje w autokarze, część wychodzi na punkt widokowy porobić fotki. Niestety - widok oazy ciut przygnębiający - przysychające palmy, zieleń jakaś taka stłamszona i przygaszona - to brak wody...
                    Kierowca ciśnie ile fabryka dała - gnamy na zachód, szosa z topniejącym asfaltem, coś w autobusie zgrzyta - patrzę na komórkę, brak zasięgu, nie łapie żadnego operatora - tak sobie myślę, w razie awarii autokaru mamy problem ;-> Ale już w niecałą godzinę od oazy pojawiają się wody Zatoki Sueskiej :) Wzdluż wybrzeża jedziemy do hotelu w pobliżu Ras Sudr.

                    W szczerej pustyni skręcamy w lewo, przejeżdżamy pod niby-bramą - i jeszcze ze dwa kilometry pustynią-śmietnikiem aż do właściwej bramy hotelu. Za bramą - egipskie pięć gwiazdek, zieleń, kwiaty, krzewy, kwietniki, trawniki, basen i bungalowy :)
                    Kwaterunek - dostajemy pokój w pobliskim bungalowie, wszędzie blisko, parter, balkonik, schodki, promenada, piaszczysto-kamienista plaża. Jest przypływ - po zatoczce, która jutro okaże się podeschniętą kałużą, szaleją windsurfingowcy - na deskach ze spadochronami :)
                    Pierwsze słowa jakie słyszymy na terenie są po polsku! 'Wypłucz jeszcze te klapki pod prysznicem!' :)) To surfujący rodacy, babeczka rzuca jeszcze 'znowu autokar przyjechał i będzie tłok', TZ z balkonu z zimną krwią - 'Ale my tylko na jeden dzień' - konsternacja i tłumaczenie, że nie o nas jej chodziło..! ;)
                    Kolacja - powiew luksusu :) Bufet, czysto, dużo, kolorowo - i nikt nie zabiera widelca z ręki :)
                    Spać!
                    • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:10
                      Dzień jedenasty:
                      Lenimy się cały dzień. Hotel jest kilka kilometrów od miasteczka, wyraźnie już po sezonie, puściutko - spotykamy kolejnych rodaków na pobycie (Sun&Fun), oni chwalą hotel, jedzenie, klimat i obsługę, pytają jak z objazdówkami - my chwalimy naszą objazdówkę i mówimy że warto Egipt obejrzeć i na terenie poza hotelem ;)
                      Korzystam z pralni - zabrali o dziewiątej, oddali uprane i uprasowane o szesnastej, za 14 funtów mam czyste spodnie i dwie bluzeczki na Kair :)

                      Nuda. Ale taka relaksująca nuda - dobrze jest odpocząć w biegu... Do dyspozycji jedna zatoczka, która się nie opróżnia podczas odpływu (mozna popływać i poserfować), basen, leżaki, parasole, ręczniki. W oddali - płynące Zatoką kontenerowce, zmierzające do kanału.

                      Znajduję muszelki na plaży... ładne, chętnie bym przynajmniej jedną wzięła, malutka 'porcelanka'. Ale przypominam sobie tekst jednej osoby z naszej grupy: 'Chcąc lepiej wyobrazić sobie zjawisko, wystarczy powiększyć skalę' i wyobrażam sobie dziesięć milionów turystów w Egipcie, z których zaledwie co dziesiąty wywiezie tylko jedną muszelkę, co daje milion wywiezionych muszelek... chlup! ;)

                      Dzień dwunasty:
                      Pobudka 4:30, łeee... śniadanie o 5, pakowanie bagaży i wyjeżdżamy do Kairu. Kanał Sueski - tyle zobaczyliśmy, co w trakcie jazdy, przez okno autokaru, Egipt jest przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa tego obszaru (i w sumie ciężko się dziwić). Tylko niektórym udają się fotki strzelane w biegu - kontenerowiec płynący po pustyni... samego kanału ani wody tym bardziej nie widać.
                      Przejeżdżamy 1700-metrowym tunelem pod kanałem, krótki postój - i w drogę.

                      Około dziesiątej jesteśmy w Muzeum Kairskim - pilot informuje, że dzwonił Osama i powiedział, że już brak jest miejsc w depozycie i że proponuje zostawić aparaty i kamery w autokarze. Zostawiamy ;->

                      Wchodzimy do Muzeum. W środku, nieco w głębi i po prawej - popiersie Kazimierza Michałowskiego. Miłe :)

                      'Zaliczamy' kolejne sale, na razie chodzimy z grupą, ale gubimy się w okolicach Tutenchamona. Ja z podziwem patrzę na skrzynie obite złotą blachą w których był sarkofag - naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, że były aż tak duże!
                      W sali ze skarbami Tutechamona - masakra, tłok, mowy nie ma żeby coś dokładniej obejrzeć dłużej niż przez sekundę. Szkoda.
                      Wracam do sali z Echnatonem - znajoma twarz, do rozpoznania wszedzie... i jestem zadowolona że bylam w Muzeum Luksorskim - żadna ze rzeźb-portretów Echnatona w Kairze nie jest równie efektowna jak te z Luksoru :) Ale zobaczyć i jedno i drugie - oczywiscie warto :)
                      Schodzimy na parter, jeszcze raz przechodzę przez sale Starego i Średniego Państwa, nie znoszę zwiedzania z zegarkiem w reku - nie potrafię się skupić :( Wrócę tu jeszcze! ;-P
                      Przy wyjsciu z Muzeum zaglądamy do dwóch sklepików-księgarenek - tłok. Wychodzmy z Muzeum, na rogu spostrzegamy kolejną ksiegarnię - ale już podjeżdża nasz autokar, ok, dobra, pamiętamy gdzie jest - spóbujemy dotrzeć tu sami :)
                      Jedziemy teraz do dzielnicy muzułmańskiej. W praktyce - lądujemy na bazarze Chan al-Chalili. Zanurzam sie w bazarowa uliczkę - tę boczną, mniej efekciarską, ale jakoś spokojna jestem, widzę że masa miejscowych robi tu zakupy. Przechodzimy wolno tam i z powrotem, potem myk w węższą - ten niejako 'oficjalny' bazar - ze sklepikami, nie straganami. Wolę stragany ;->

                      Wracamy do hotelu. Znajoma już Santana, ponownie pokoj na czwartym piętrze, ponury widok za oknem, e tam, nie będziemy przecież siedzieć w pokoju :) Wyłazimy sami 'na miasto', a biorąc pod uwagę, że miastem owym jest Kair proszę docenić nasze bohaterstwo ;)
                      Na recepcji leży stos ulotek - mapka z lokalizacją Santany, porównujemy z mapką w Pascalu - już wiemy gdzie jestesmy, no to idziemy :)
                      Przechadzka w sumie nieciekawą Nile Str., mijamy Bank Audi z ulicznym bankomatem Visa, stację benzynową z fascynującą ceną za paliwo (nie wiem co to i nie wiem czy za litr - ale ceny były po 90 i 95 piastrów!) i docieramy do mostu Galaa. Udaje nam się przedostać na drugą stronę i robimy sobie spacerek po moście na wyspę Al Gazira. Na wyspie decydujemy się wejść do jednego z parków, Ogród Rijadi, cena 2 funty, ale poniewaz pytamy za ile, placimy po trzy - niech im! :)
                      Park czyściutki, zadbany, masa ławek i ławeczek, odwiedzany chyba wyłącznie przez pary i parki :) Tuż nad brzegiem Nilu, zapada zmrok, park jest bardzo dobrze oświetlony, feeria świateł i na Nilu, i na drugim brzegu... chwila spokoju w tym mieście-przedsionku piekieł :)
                      Nie śpiesząc sie wracamy do hotelu. Na moście - wędkarze! :)) Mijamy słup z tabliczką wyświetlającą temperaturę - nie wytrzymuję, robie fotkę komórką i posyłam MMS-a znajomej jako uzasadnienie dlaczego lubię Egipt - jest wieczór, listopad, a tu 24 stopnie ;)
                      Obiadokolacja, serwowana - jakoś udaje się ją zjeść i spać, pobudka jutro znowu o jakiejś dziwnej porze ;->
                      • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:13
                        Dzień trzynasty:
                        Pobudka o 5:30 - śniadanie, zbiórka i jedziemy do Aleksandrii. Mam wrażenie, że mija pół dnia zanim wydostajemy się z Kairu na autostradę, potem jazda autostradą, od granic Aleksandrii też spory kawałek. W końcu wysiadamy - katakumby. Przydzielona nam przewodniczka Sandra - znowu taka sobie. Pilot mówi nam jej wersję - po czym natychmiast dodaje własną, nie da się ukryć, znacznie bardziej prawdopodobną. Ale co do 'Anubisa z ogonem smoka' mam inne zdanie - to byl Sobek ;->
                        Z katakumb jedziemy pod kolumnę Pompejusza/Dioklecjana, spod kolumny do odkopanego teatru rzymskiego - nie zainteresowałam się bardziej, ale padła ogólna informacji o możliwości nurkowego zwiedzania zatopionego pałacu Kleopatry - coś dla osób które nurkują.

                        Przejeżdzamy aleksandryjską Corniche do Fortu Qaitbey zbudowanego na miejscu słynnej latarni na Faros - potem wracamy, kilkuminutowy postój dla chcących zrobić fotki meczetu Abu el-Abbasa el-Mursi (na dziedziniec meczetu prowadzi nas nasz kierowca, znowu opiekuńczo osłaniając nas ramionami przy przechodzeniu przez ulicę).
                        Po meczecie chwila czasu wolnego. Grupka rozdziela się - połowa pewnie ląduje w KFC, druga połowa w McDonaldzie ;-> My włazimy do McDonalda. Z okna wypatruję coś kolorowego po drugiej stronie ulicy - Fruit Valley, hm...

                        Po wyjściu przechadzamy się chwilę ulicą, przechodzimy na drugą stronę i trafiamy pod tą Fruit Valley - tak jak myslalam, pijalnia soków, włażę. Facet za kontuarem już się do mnie śmieje, ja w obliczu pryzm owoców różnych nie potrafię się zdecydować, w końcu wybieram to co już znam - i proszę o sok z pomarańczy (obok faceta ceberek z pociętymi na ćwiartki pomarańczami, jak leci, razem ze skórą, nie sądzę aby umyte były ;)
                        Usiłuję mu zapłacić, facet śmieje się coraz bardziej i pokazuje białemu człowiekowi z buszu, że to jest normalny lokal i płaci się tam, o, tuż przy wejściu jest kasa :)
                        Śmiejąc się już na całe gardło podchodzę do kasy i płacę dwudziestofuntówką - jestem ciekawa ile to będzie kosztowało... facet w kasie uśmiecha się i tak trochę teatralnie dozuje wydawanie banknotów, bierze z przegródki kasy 10 funtów, potem pieć, potem jeden, potem jeden, potem jeszcze jeden, a na koniec 50 piastrów...! 18,50 reszty - czyli soczek kosztuje półtora funta :)))
                        Sok rzekomo z limonek, za 10 funtów, jaki nam zaserowano na Ra w porównaniu z tym to jakieś pomyje i pomyłka ;->
                        Wypijam duszkiem pół kufelka, śmiejemy się już chyba wszyscy - TZ decyduje się na sok z trzciny cukrowej, no być w Egipcie i tego nie spróbować...?! A zemstę mamy... no, gdzieś :)
                        Podchodzi do kasy i usiłuje zapłacić też półtora funta - facet bierze pięćdziesiątkę i z takim pewnym obrzydzeniem odsuwa od siebie jednego funta. Powszechna radość.
                        Stoimy pośrodku, pijemy nasze soczki - patrzę, nad kasą cennik, każdy soczek wymieniony imiennie z angielska i z arabska, obok cena - no tak, dzikusy przyjechały i nie znają miejscowych obyczajów :) A najdroższy chyba dwa i pół funta... Granaty, guavy, mango, banany, pomarańcze, limonki, mieszanki...
                        Próbuję soku z trzciny - lekko mdły, słodki - wyraźnie pachnie trawą! Najbardziej mi przeszkadza ten zapach - ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że spragniona wypijam go sporo, w każdym razie jadalny.
                        W sumie dobrze, że ten cennik zobaczyłam na końcu. Gdybym go zobaczyła od razu, to pewnie stałabym z godzinę nie potrafiąc się zdecydowac który sok chcę :) BTW - sok-nektar z guavy, butelkowy lub z kartoników, popijałam cały czas :)
                        Spostrzeżenie post factum: żadne świństwo nas nie dopadło. Może to kwestia mojego strusiego żołądka, TZ delikatniejszy, ale widać już wcześniej się oswoił z miejscową florą. Może nie rzucajcie się na takie przysmaki od razu - ale pod koniec pobytu? :)
                        W każdym razie osobom odpornym polecam tę pijalnię soków, Aleksandria, naprzeciwko McDonalda w centrum. Wybór bardzo duży, a ceny jak dla nas śmieszne.

                        Wsiadamy w autokar i przejazd Corniche - chyba najdłuższa Corniche w Egipcie - około 20 kilometrów. Piękna jest :) Ciągnie się od Fortu Qaitbey aż do Parku Montaza gdzie właśnie jedziemy.

                        Aha - po drodze jeszcze postój i oglądamy z zewnątrz słynną Bibliotekę Aleksandryjską - literka 'ż' na murze Biblioteki wypatrzona :))

                        W trakcie przejazdu - spada deszcz :) No nieee, deszcz w Egipcie?! :)

                        Zwiedzamy Park Montaza, podchodzimy aż do brzegu - fale Morza Środziemnego biją wściekle o nabrzeże, pstrykamy fotki z kilkumetrowym pyłem wodnym, obserwujemy koty polujące na dudki i dudki ignorujące koty i już do autokaru i powrot do Kairu... Aleksandrię opuszczamy o zmierzchu, do hotelu dojeżdżamy ok. 20:45, kolacja znośna, spaaaać!
                        • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:21
                          Dzień czternasty:
                          Pobudka 6:30, o 8:40 wyjeżdżamy do Dahszur, na miejscu jesteśmy już po godzinie jazdy. Piramida Czerwona - można wejść - i wchodzimy! :) Uwaga - wszechobecny zapach amoniaku, nasilający się w miarę zagłębiania we wnętrze piramidy.
                          Potem podjeżdżamy pod piramidę Łamaną - niby rzut beretem, ale autobus jedzie spory kawałek. Piramidę Amenemhata III zwaną Czarną oglądamy tylko z daleka, podjazd niemożliwy. Zwiedzających niewielu - w porównaniu z Gizą czy Sakkarą - pustynia :)

                          Jedziemy do Meidum. Kierowca specjalnie wybrał taką trasę - przemykamy się wąską ulicą wzdłuż kanalu irygacyjnego - widzimy kawałki takiego bardziej prawdziwego Egiptu. Promy z łodzi i kawałka liny - kobieta na łodzi ciągnie za linę i przeprawia się na drugi brzeg. Osiołki, zaprzężone, wiozące ludzi wierzchem, stojące uwiązane pod krzewami, stojące luzem na poboczu i skubiące liście kapusty. Gromadki kobiet piorące bieliznę w kanale. Dzieci idące do szkoły. Wąskie paseczki ziemi między kanałem a jezdnią - czasem zaledwie dwumetrowej szerokości - starannie uprawiane, przeważnie zielona pasza dla osłów, czasem warzywa lub kukurydza. Bananowce tuż na skrajem kanału. Szeregi opuncji oddzielających jezdnię od tych poletek. Trochę bardziej rzeczywisty ten Egipt się wydaje...

                          O wpół do drugiej dojeżdżamy do Meidum. Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu - posterunek policji. Panowie mundurowi nudzą się chyba, bo stwierdzają, że będą nam towarzyszyć - dostajemy eskortę i zajeżdżamy pod piramidę poprzedzani przez wóz policyjny ;->

                          Niesamowicie pusto! Oprócz nas żadnych innych turystów - chyba jesteśmy jedyni, a na pewno jedyny jest nasz autokar.
                          Osama wymienia jakieś wrzaski ze strażnikami przy piramidzie, pilot po chwili zwraca się do nas: 'Proszę państwa, mam złą informację... do tej piramidy też można wejść!' :)
                          Po krótkim wprowadzeniu grupa rozprasza się wokół piramidy, sześcioro chętnych rozpoczyna wspinaczkę do wejścia - oczywiście my idziemy w tej szóstce, a jakże! :)

                          Po piramidach Wielkiej i Czerwonej wejście do piramidy Snofru wydaje mi się wręcz luksusowe. Bez problemów docieramy do końca - do komory grobowej usytuowanej na poziomie gruntu, przechodząc wcześniej przez korytarz wiodący w dół, a potem wspinając się po stromych drewnianych schodach. Co kto miał to dał towarzyszącemu nam Arabowi - tu dolar, tam 5 funtów, fotek każdy napstrykał ile chciał ;)

                          Obok piramidy pozostałości po mastabach dostojników i członków rodziny faraona. Oznakowana mastaba nr 17 - miejsce, skąd wycięto malowidło 'Gęsi z Meidum', eksponowane obecnie w Muzeum Kairskim - podobno nawet można wejść, ale trzeba by się czołgać w przejściu. No i nie jest powiedziane co tam tak naprawdę jeszcze zostało i czy warto... hm, może nie tym razem.

                          Przed wejściem do autokaru lecimy 'wydać funta'. Toalety usytuowane w barakowozie, całkiem czysto, woda do opłukania rąk w butelkach po mineralnej - fiu, fiu! :)

                          Około trzeciej wyruszamy w drogę powrotną. Gnamy tym razem autostradą, mijamy dziesiątki furgonów załadowanych przeważnie pomidorami - to transporty z Oazy Fajum, żywnościowego zaplecza Kairu, w oczach mam wyłącznie pomidory, wyprzedzamy pomidory, jesteśmy wyprzedzani przez pomidory, komuś się ładunek obluzował i wolno przejeżdżamy fragment jezdni zasłany warstwą pomidorów, pomidory wszędzie...! :)
                          (na kolację - pomidor :)

                          Po zachodzie słońca wychodzimy z hotelu. Spróbujemy dojechać do Muzeum :) Dochodzimy do stacji metra Opera - zagłębiamy się w czeluście, pusto, czysto, żywego ducha... ;) Docieramy w koncu na poziom z kasami, ludzi już więcej, TZ kupuje dwa bilety za dwa funty, momentalnie znajduje się ktoś autentycznie życzliwy, kto chętnie mu wskaże dalszą drogę :) przechodzimy przez bramki i schodzimy na peron. Umawiamy się, że ja wsiądę do drugiego wagonu, on do trzeciego - pierwsze dwa zarezerwowane wyłącznie dla pań, co prawda wczoraj, nasi nie wiedząc o tym, czwórką mieszaną wsiedli do pierwszego, ale my się wolimy dostosować ;)

                          Tłok niewyobrażalny. Wciskam się jako ostatnia, drzwi zamykają się bez ostrzeżenia, obrywam w łokieć. Wokół mnie automagicznie powstaje pusty krąg o promieniu 20 cm - stoję zupełnie swobodnie :) Jedziemy tylko jeden przystanek - wysiadamy na stacji Sadat, rozglądamy się jak wyjść - jak się wie, gdzie się chce dojść, to wyjście z metra to betka - oznakowane wspaniale, bez problemu wyłazimy wyjściem najbliższym Muzeum :)
                          Raźno maszerujemy, na wysokości Muzeum zgarnia nas strażnik i zagania przez bramkę - tłumaczymy, że my nie do Muzeum tylko tam, do tej księgarni na rogu - ależ tak, nie ma sprawy, przechodźcie :))
                          No i lądujemy w księgarni. Siedzimy w niej chyba z godzinę, trochę pamiątek dla znajomych, trochę zakupów dla nas, znowu płacę kartą, fajnie bo nikt nie podlatuje i nie zachęca, można spokojnie sobie łazić i wszystko dokładnie obejrzeć. Dużo wydawnictw albumowych o Egipcie - w różnych językach, także i po polsku.

                          Z ksiegarni wracamy pieszo - przechodzimy spory kawałek al-Tahrir, mijamy dwa mosty, Al Gazirę, docieramy do al-Nil, decyduję się wracać do hotelu uliczką w głębi, rownoległą do 'Nilowej' - bez problemu docieramy do hotelu :)
                          Kolacja - i wielkie pakowanie, nie opłaca się już iść spać, o wpół do pierwszej mamy wystawić bagaże... schodzę jeszcze do sklepików hotelowych na parterze, kupuję ostatnie drobiażdzki - upychamy wszystko w walizach z nadzieją, że nie wyprodukowaliśmy nadbagażu.
                          • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:29
                            Dzień ostatni:
                            O 0:15 pukanie do drzwi, to bagażowy. Wystawiamy walizy i schodzimy na dół. Chwilę trwa zanim wszyscy się zbiorą, jakoś wyjątkowo nikomu się nie śpieszy ;->
                            Wychodzimy z hotelu, mijamy po raz ostatni sklepik zaopatrujący nas w wodę, 'naszą' aptekę i wsiadamy na rogu do autokaru - jedziemy na lotnisko.
                            Przed terminalem żegnamy się z kierowcą, Khaled towarzyszy nam aż do odprawy paszportowej.

                            Waga naszych dwóch waliz - 38 kilo, kurde, wywożę ze sobą 14 kilo Egiptu?!! ;)
                            Czasu bardzo dużo - obchodzimy terminal, ja się domagam kawy, ale nie w fiiżance, tylko 'w kubku do chodzenia!' - znajdujemy kawę na II poziomie, decyduję się na rozmiar medium, cena lekko mnie ścina - 24 funty ; -> Ale kawa pyszna - i jest jej duuuuuuuuuuuuużo! :)

                            Popijając i rozgladając się wędrujemy dalej... a potem już tylko powrót, chlip. Wchodzimy na pokład Boeinga 737-800, siadam, zmęczona zasypiam jeszcze przed kołowaniem samolotu, budzę się tylko w momencie startu i zasypiam znowu.
                            Lądowanie w Budapeszcie, za godzinę samolot do Warszawy, czasu wystarcza jedynie na kontrole, odprawy i wizytę w toalecie - zakładam rajstopy pod spodnie ;-/ Wsiadając do samolotu zauważam, że 'jakiś inny jest' - wracamy Fokkerem 70.

                            W Warszawie mgła. Ziemię dostrzegamy dopiero gdzieś z dziesięciu metrów, siadamy gładko w istnym mleku... perfekcja węgierskiego pilota. Odprawa, bagaże, taksówka - dom.
                            To juuuż...? :(


                            Małe resume ;)
                            Hotel w Kairze - Santana, 3*, przy ulicy Ahmeda Elmelehy 7, póltora noclegu po przylocie, dwa przed wylotem, cokolwiek przygnębiający. lepiej nie wyglądać przez okno. Oto widok z balkonu www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/c41ffd436e1b35f9.html a tu widok na basen hotelowy ;-> www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/d61b3812cbdc10e3.html (no, nie śmiać mi się tu...!!! ;))

                            Ale w momencie kiedy potraktuje się go wyłacznie jako noclegownię - da się przeżyć :) A już z Hurghady wspominany będzie z olbrzymim sentymentem - w Santanie nie było Rosjan ;-P

                            I ma wielką zaletę - względnie blisko do stacji metra Opera, do mostu 6 pażdziernika, na wyspę Al Gazira, czyli do Wieży i do parków na wyspie, jak ktoś się uprze to i do Muzeum piechotą dojdzie (jeden przystanek metra do stacji Sadat). Również stosunkowo blisko do Instytutu Papirusów dr Ragaba, polecanego przez Pascala, opis był już kiedyś na forum. I ta lokalizacja usprawiedliwiała niejako Santanę w moich oczach.

                            Pewnie odkryłam Amerykę - ale te papirusy, złota, perfumy i inne alabastry, to wymysł i warunek Egipcjan, i to oni pilnują i piłują żeby grupa turystyczna trafiała do takich przybytków. Trzeba by Wam było widzieć minę i słyszeć ton głosu naszego pilota w momencie gdy nas informował o kolejnej takiej atrakcji...! ;))
                            Przy ostatnim takim sklepie (jakieś podobno bawełniane koszulki, wymysł Khaleda) nikt, dosłownie nikt, nawet się nie podniósł z siedzenia w autokarze ;]

                            Papirusy - Golden Eeagle Papyrus przy Sakkara Road w Gizie.
                            Perfumeria - Royal Perfumes Palace przy ulicy Salah Salem, ceny 100$ za 300 ml, 50$ za 100, 40$ za 75, 25$ za 50. Wielopaki - 4 w cenie 3, 6 w cenie 5, 8 w cenie 6 plus gifty.

                            Princess Palace 3* w Hurghadzie - dwie noce, pokoje w budynku głównym od ulicy w nocy masakrycznie głośne (samochody, dyskoteki), jadłodajnia - stołówka pracownicza rodem z PRL-u, hotel opanowany przez Rosjan w 95%, aczkolwiek spotkałam tam i rodaków na pobycie(!). Widywałam Rosjan z plastikowymi opaskami na ręku - all inclusiv? Na litość, jak wygląda all w TAKICH trzech gwiazdkach?!

                            Statek - Ra 5*, powinien mieć trzy. Akurat wiem jak w Egipcie może wyglądać statek pięciogwiazdkowy. Uważam, ze kontrahent wystawił tutaj Logostour do wiatru - a Logostour dał się wystawić. Statek bardzo ciasny, brudny ze starości, organizacyjnie dno (wygonienie nas biegiem z Edfu po to, żeby potem szesnaście godzin stać w Esnie).
                            Awarie statkowe - nie działająca klima na dwóch pokładach, nabranie wody i rejs w przechyle od śluzy w Esnie aż do Luksoru. Awarii w pojedynczych kabinach pewnie nawet nie liczą.
                            Postoje gdzieś na samych końcach nabrzeży - i w Asuanie, i w Luksorze.
                            Moim zdaniem Logostour powinien chyba poważnie zastanowić się nad zmianą kontrahenta. Ja polecam Travco ;-P

                            Cały czas piszę 'moim zdaniem' bo jest to moje zdanie. Z drugiej strony staram się być obiektywna i wiem, że niektórym osobom rejs się podobał bardzo, a ewentualnych niedogodności albo nie zauważyli, albo ich nie spotkały, albo złożyli je na karb przypadku. Ale szkoda że nie zobaczyli tego rejsu w pełnej krasie - łącznie z tą 'odrobiną luksusu' jaka naprawdę potrafi tam być :)
                            • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 02.12.07, 10:34
                              Nocleg pod Świętą Katarzyną - bungalowy, sprawił wrażenie niezwykle solidnego miesjca, może nie jakieś wytworne luksusy, ale czyściutko, woda wrzątek, bardzo sympatyczna restauracja (bufet). Dają chałwę! ;)) No i kawa i herbata na recepcji o pierwszej w nocy przed wyjściem na Górę Mojżesza ;)

                              Ras Sudr - dwa noclegi, dzień odpoczynku. Hotel Creative Greeen Sudr Resort 5*. Z początku byłam niezadowolona - ale po namyśle: dzień odpoczynku bardzo się przydał, można było oddać ciuchy do pralni hotelowej, restauracja i posiłki baaaardzo fajne, a w praktyce ograniczyło się to do zamiany jednego noclegu w Santanie na jeden nocleg w pięciu gwiazdkach ;) Kapiel w zatoczkach hotelowych lub basenie, spacer po rozległym terenie hotelowym, piękna zieleń. Spokój idealny bo już poza sezonem. Tłok w piątki - w dzień wolny muzumałnów, przyjeżdżają wtedy kairczycy.

                              Pilot egipski, Khaled - rzutki, uśmiechnięty - sprawił na mnie wrażenie nieprzeciętnego cwaniaka (disclaimer: moje wrażenia są tylko moimi wrażeniami i nie muszą mieć odzwierciedlenia w rzeczywistości ;-> ).

                              Kierowca - właściwy czlowiek na właściwym miejscu. Na imię miał (chyba?!) Mecher. Bezwzględnie najsympatyczniejsza osoba ze strony egipskiej jaka nam towarzyszyła. Był naprawdę uważny i opiekuńczy :) To osłanianie nas ramionami przy wysiadaniu z autokaru na środku ruchliwej ulicy...! ;)

                              Sześciu czy siedmiu przewodników/pilotów lokalnych - uważam że tylko jeden sprawdził się w tej roli, Osama, który towarzyszył nam w Kairze. Reszta - szkoda gadać. Gdyby nasz pilot ograniczył się wyłącznie do tłumaczenia tego co mówili, to kiepsko by z nami było.

                              Prowadzący nas na Górę Mojżesza Beduin - ok. Oczywiście pojawiły się zarzuty, że momentami szedł za szybko - ale skoro nawet ja jakoś nadążyłam... Ujął mnie tym, że już przy schodzeniu wyłowił mnie z tlumu (tak jak zapewne starał się wyławiać wszystkich naszych) i wskazał drogę (rozwidlała się, w lewo schodami, w prawo normalnym zejściem).

                              Wycieczka - wiadomo. Grupa 32 osób o różnych przyzwyczajeniach, charakterach i charakterkach. I pilot który przez dwa tygodnie ma pilnować żeby to całe towarzystwo było zadowolone, co w warunkach arabskich jest zapewne jeszcze ze dwa razy trudniejsze.
                              Ja wróciłam zachwycona. Jak dla mnie wycieczkę uratował pilot - również swoim podejściem do problemów (niejako pozaegipskich) z jakimi niektórzy z grupy się spotkali.
                              Nie będę się rozpisywać, bo wyszłoby drugie tyle. Dobre wspomnienia z tej wycieczki zawdzięczam w dużej mierze właśnie pilotowi. Profesjonalista i tyle :) Chapeau bas! :)

                              A Logostour powinien dokładnie przyjrzeć się swojemu kontrahentowi egipskiemu. Na iluś przewodników, którzy nam towarzyszyli, jak dla mnie tylko Osama w Kairze był odpowiednim człowiekiem. Pozostała piątka czy szóstka sprawiła na mnie wrażenie ludzi zupełnie przypadkowych. Kiksy noclegowo-pobytowe (moim zdaniem!) to ten nieszczęsny statek i hotel w Hurghadzie.

                              Wycieczka mogłaby nosić naprawdę nazwę 'Egipt w przekroju'. Albowiem uważam że w malych dawkach pokazano nam chyba większość z tego, co Egipt ma do zaoferowania: moloch Kairu i pustynne południe z kolorowymi miastami. Turystyczne kurorty i zabytki liczące kilka tysięcy lat. Zasuw turystyczno-poznawczy i dni typowego leniuchowania urlopowego. Wspinaczka i nurkowanie. Buszowanie po arabskich bazarach i w Muzeum Kairskim. Ekstremum w postaci przechodzenia ulicy w Kairze. Dla każdego coś...! :)

                              Pilot żegnając się z nami powiedział 'przejechaliśmy 4000 kilometrów'. W trakcie wycieczki tego się nie zauważyło - a i tak była za krótka... czekając w Santanie ostatniej nocy, tuż przed wyjazdem na lotnisko, ktoś rzucił - 'To o której mamy ten pociąg do Asuanu?!'
                              Ja byłam gotowa natychmiast jechać w tę trasę po raz drugi :)

                              Dziekuję tym, co przebrnęli tę całą relację :)
                              Pytania, wnioski, zażalenia? ;) Czekam :)

                              Imka
                              • kadrom Brawoooooooo... 02.12.07, 12:16
                                Super !
                                Bajer !
                                Full wypasik normalnie !
                                Pierwszy od miesięcy rewelacyjny opis.
                                Pierwszy od miesięcy wątek, który przeczytałem w całości.
                                I tak właśnie powinno wyglądać to forum.

                                WNIOSKUJĘ DO ADMINA, ADMINÓW O NATYCHMIASTOWE UMIESZCZENIE W "ABC
                                FORUM EGIPT".

                                Po przeczytaniu takiego opisu po prostu chce się rzucić wszystko i
                                jechać...

                                I gratuluję podejścia do świata.

                                I jeszcze jedno pytanie ?
                                Można Cię wynająć jako "nadwornego kronikarza" ? Twój styl pisania
                                bardzo mi odpowiada.

                                Naprawdę bardzo mi sie podobało. Gratuluję i pozdrawiam.
                                Marcin

                                  • malena.m Re: Brawo Imka 02.12.07, 20:36
                                    Świetna relacja !, brawo za styl, czyta się lekko i przyjemnie...
                                    Podziwiam wytrzymałośc i kondycję.
                                    Poleciałabym chocby dzisiaj... , a tak jeszcze 31 dni...
                                    Pozdrawiam
                                  • imka.allegro Re: Brawoooooooo... 02.12.07, 21:02
                                    Dzięki za słowa uznania :)
                                    Ale miałam dobre wzorce - przywołana już dziś przy okazji Platynka, Edith,
                                    telegram29, beduinka... i wielu innych, których już niestety nie pamiętam,
                                    czytam forum od półtora roku i tą relacją jakby 'spłacam dług'; kiedyś
                                    skorzystałam z czyichś opisów i doświadczeń, może ktoś skorzysta z moich? :)

                                    Imka
                                • imka.allegro Re: Brawoooooooo... 02.12.07, 21:01
                                  Nono, tylko bez takich - 'rzucić wszystko i jechać!' ;->
                                  Mimo niedoboru relacji objazdówkowych na forum, jednak nie uważam aby 'od
                                  miesięcy' takich nie było - choćby relacja dario78 z samodzielnego zwiedzania :)
                                  Gdyby tak człowiek od razu rzucał i jechał przy każdej, to nie miałby czasu
                                  zarobić na to wszystko ;)
                                  A jeśli tak Ci się spodobało, to może zajrzysz tu, mój pierwszy wyjazd, ten ze
                                  stycznia, też odraportowany w tym samym stylu ;)
                                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=55478867&a=55478867
                                  Niestety, moje 'kronikarstwo' jest zbytnio uzależnione od tego co sama przeżywam
                                  - obawiam się, że w innych sytuacjach byłoby mocno niestrawne (i już na pewno
                                  nigdy na czas ;-> )

                                  Dzięki! :)
                                  Imka
                                  • malena.m Re: Brawo Imka 02.12.07, 21:17
                                    Hej Imka, byłam już w Aswanie, Luksorze i Kairze i właśnie za tym
                                    ostatnim tęsknię najbardziej, aż mnie ściska w dołku jak oglądam
                                    swoje zdjęcie - chociaż byłam tylko dwa dni....
                                    Teraz lecąc w styczniu mam ochotę na taki mały wyskok trzy-
                                    czterodniowy na własną rękę, tylko mój mąż jeszcze o tym nie wie,
                                    zobaczymy czy się uda go przekonac?
                                    No i zazdroszczę Ci Aleksandrii, ale to jeszcze przede mną, może w
                                    sierpniu...
                                    • imka.allegro Re: Brawo Imka 02.12.07, 21:33
                                      malena, no to za uszy go! ;)
                                      Zerknij (jesli nie widziałaś) na wątek Daria
                                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=70599871&a=70599871
                                      Kair na własną rękę okazuje się nie taki straszny :)
                                      My teraz Kairu jako Kairu ledwo co polizaliśmy - że tak to ujmę. Zestaw
                                      obowiązkowy, ot co. Ale już go wmontowujemy w plany Naszych Przyszłych
                                      Samodzielnych Wypraw ;)
                                      A Aleksandria - minimum dwa dni. Przecież my też ledwo co po łebkach ją
                                      oblecieliśmy, a jednak każde z tych miast ma swój klimat i swój charakter i
                                      uważam ,że chcąc powiedzieć 'byłem w X' to trzeba jednak w tym X kilka dni
                                      spędzić... :)

                                      Imka
                                  • kadrom Re: Brawoooooooo... 02.12.07, 21:33
                                    No z tym "rzucaniem..." to tylko taka "przenośnia" rozumisz była ;-)
                                    A z tym zarabianem to fakt. Ale przynajmniej jest cel.
                                    Twoją styczniową kronikę z pewnością przeczytam.

                                    Przykre to, ale takie opisy jak Twoje to dzisiaj perełka na tym
                                    forum. Tylko dzisiaj napisano tyle bezsensownych postów w kłótni na
                                    tematy:kto wyciął,kogo wyciął, z jakiego biura
                                    jeżdżą "mądrzejsi",itd. Aż mnie oburzenie wzięło, że prawie nikt nie
                                    napisał nic o Twojej opowieści.
                                    W tym roku zaraz po powrocie z objazdówki napisałem na szybko suche
                                    sprawozdanie. Zero zainteresowania, więc zniechęciłem się do
                                    produkcji szerszych wspomnień. Pozostały tylko te z 2005 roku. Moje
                                    i mojej córki można znaleźć w "ABC" na górze forum. I miałem później
                                    ogromną satysfakcję, że kilku osobom to pomogło w ich wojażach.
                                    Tak jak napisałaś, to rodzaj spłaty długu dla Forum.

                                    Jeszcze raz dzięki za doskonałe opowiadanie i życzę tysiąca
                                    kolejnych okazji do pisania kolejnych.

                                    Pzdr
                                    Marcin

                                    • imka.allegro Re: Brawoooooooo... 02.12.07, 22:08
                                      kadrom, wim, rozumim ;)

                                      Co do sytuacji na forum - jaka jest każdy widzi, a ja proponuję stary cytat z
                                      Młynarskiego - 'róbmy swoje' :)
                                      Piszmy swoje wspomnienia z Egiptu, relacjonujmy wycieczki, wyprawy i wypady,
                                      pytajmy o Egipt, udzielajmy sobie porad jak sobie dać radę w Egipcie - i jakoś
                                      się będzie kręcić :)

                                      Co do 'zera zainteresowania' - nie zgodzę się z Twoim podejściem, że skoro nie
                                      ma reakcji to nie warto pisać.
                                      Zanim w ogóle zdecydowałam się na wyjazd do Egiptu, to trafiłam na to forum i
                                      wrzucałam w wyszukiwarkę słowa-klucze, szukałam czyichś relacji - znajdowałam,
                                      czasem stare, ale nadal niosące sporo istotnych informacji. Nie odpisywałam na
                                      takie wątki - nie widzę większego sensu odpowiadania na postingi sprzed pół roku
                                      ;-> ale to nie oznacza, że Twoja relacja nigdy nikomu do niczego się nie przydała :)
                                      Skąd wiesz ile osób przeczytało ją po cichu i po cichu czekało na ciąg dalszy?
                                      Nie każdemu chce się odzywać :) Skąd wiesz ilu osobom wyskoczyłeś w wyszukiwarce? :)

                                      I takim milczkom, którzy przeczytali moją relację, również bardzo serdecznie
                                      dziękuję, a wiem że są i tacy - choćby sądząc po sobie ;)

                                      Imka

                              • liczek Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 06.01.08, 18:58
                                Imka, serdeczne dzięki. Jestem pod wrażeniem tak szczegółowego opisu. Dziękuję
                                tym bardziej, że okazał się dokładnie tym, czego szukałam, bo właśnie
                                zdecydowaliśmy się na tę konkretnie objazdówkę z Logostourem i dokładnie takiej
                                relacji szukałam. Mam nadzieję, że podczas naszej marcowej wycieczki pilot (jak
                                Pilot miał na imię?) będzie ten sam, ale statek inny....;-)
                                Dołączam się też do głosów, że ludzie relacje czytają, ale nie zawsze dają o tym
                                znać.... teraz, aby odpisać musiałam założyć konto na gazeta.pl
                                Wielkie dzięki.
                                • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 06.01.08, 20:01
                                  Miło że opis się przydał ;)
                                  Pilot miał na imię Robert, ale sądząc z innego wątku na forum 'Turystyka
                                  zorganizowana' Logostour ogólnie ma dobrych pilotów na 'kierunku egipskim'.
                                  Tu link do tego wątku
                                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=19&w=60165771&a=60165771
                                  Wypowiadały się w nim co najmniej trzy osoby biorące udział w takim objeździe (w
                                  różnych terminach), więc obraz powinien być już kompletny.

                                  Odezwij sie po powrocie - czy skończyli remont Cairo Tower? Jaki był statek? Czy
                                  zrobili coś z noclegiem w Hurghadzie? I w ogóle...! ;)

                                  ... o rany! Jak ja Ci zazdroszczę! :))))

                                  Imka
                                  • liczek Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 06.01.08, 20:32
                                    Dzięki za informacje o pilotach (ostatnio, gdy byłam z Logostourem pilotka była
                                    niestety najsłabszym punktem programu)i link - chętnie sobie jeszcze poczytam,
                                    bo lubię jeździć "przygotowana".
                                    Z pewnością dam znać, jak było. Pozdrówka.
                              • wzrogal Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 29.01.08, 07:54
                                Super relacje, przeczytałam z ogromną przyjemnością i ciekawością
                                tym bardziej, że sama myślałam o wyjeździe z Logos Tour. Słyszałam
                                dużo o ich zapale do zwiedzania. Bardzo mnie zaintrygował ich
                                program zwiedzania oaz, ale jeszcze się nie zdecydowałam. Za 16 dni
                                jade na dwa tygodnie do Egiptu, ale na wyprawę organizowaną z grupą
                                znajomych i naszym głównym zadaniem jest dotarcie do Oazy Siwa, a
                                potem Insza Allah ;-).

                                Pozdrawiam wszystkich podróżników.
      • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 04.12.07, 13:14
        W Kairze. Natychmiast po przejściu z samolotu do terminalu zostaliśmy wyłapani
        przez ludka krzyczącego 'logos, logos' (ja dopiero potem się zorientowałam że
        to nas wołał, nie zrozumiałam, po prostu szłam tam gdzie grupa i nasz pilot :)
        Ustawiliśmy sie karnie bezładną kupą przy kontuarze, podawaliśmy paszporty, a
        facet wklejał nam wizy (mimo 3:30 uśmiechnął się jak 'szukran' usłyszał :)
        Całość załatwiana przez biuro - więc nawet nie wiem, czy za wizę policzyli 15
        czy odwiecznie kwestionowane 18$ ;]

        Wydaje mi się, że nie jest to kwestia przelotu charterowego czy rejsowego, bo
        wyglądało dokładnie tak samo jak w Hurghadzie (charter z TUI). Raczej chyba
        zależy od tego czy indywidualnie, czy grupa, a jeśli tak, to na ile zorganizowana ;)


        Imka
        • fuzzy69 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 05.12.07, 19:53
          Imka, brawa i szacunek za chciejstwo. Nareszcie po długiej przerwie
          coś ciekawego na forum. Kolejna perełka do kolekcji PC Maniak,
          Platynki, Kadrom'a, Scorpio i wielu innych. Może znowu forum wpłynie
          na spokojne wody...
          Pozdrawiam
          F
    • mara_34 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 16.02.08, 19:07
      WIELKI UKŁON w Twoją stronę za rzetelne info.
      Na objazdówkę po Egipcie z Logosem ostrzę sobie apetyt od 3 lat, ale
      jakoś kasy ciągle mało... :)
      Tymczasem syn mi dorósł i z uporem maniaka śledzi wszelkie
      ciekawostki o Egipcie. Powiedz, proszę, czy taka wyprawa nie
      przerośnie mężczyzny w wieku 9,5 lat? Przeraziły mnie trochę opisy
      wyczerpujących przejazdów i kilkugodzinnej wspinaczki na Synaj...
      Pozdrawiam!
      • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 16.02.08, 20:55
        Moim zdaniem nie przerośnie - ale wolałabym aby wypowiedzieli się rodzice,
        którzy odbyli takie eskapady z dziećmi - ja mogę jedynie podrzucić Ci linka
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=47597764&a=48345035
        do wspomnień platynki, która opisuje swoje wejście na Synaj - wraz ze swoim
        pięcioletnim wówczas synkiem ;)
        A jak przejrzysz wszystkie postingi platynki w podlikowanym wątku, to zobaczysz
        jaką trasę z dziecięciem odwalili ;)

        Ale wydaje mi sie że jeśli dziecię jest normalne - w sensie niekapryśne, potrafi
        się zmobilizować, a na dodatek jak sama piszesz - już jest zainteresowany
        Egiptem - to wydaje mi się, że nie masz się czego obawiać. Dojdzie do tego, że
        to on będzie Cie holował na tę górę... ;) A jakby co - siadać na wielbłąda,
        majatku to nie kosztuje, a na dodatek frajda też duża. Wiebłądnicy 'łapią' na
        całej trasie, więc nie ma problemu z dostępnością 'usługi' w dowolnym momencie
        podejścia :)

        Cena Logostouru faktycznie jest bardzo wysoka (wyższa niż w ubiegłym sezonie).
        Ale jednak ich program znacznie różni się od standardu 7+7. Jeśli ktoś nie czuje
        estymy do pobytu w hotelowych enklawach nie mających z Egiptem wiele wspólnego,
        to tylko taka objazdówka (nie mowie że tylko z Logostourem, jak dobrze poszukac
        to pewnie gdzie indziej też się taki program znajdzie).

        Imka
        • mara_34 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 18.02.08, 22:35
          Wielkie Dzięki za wskazówki.
          Jak pisałam jestem chora na Egipt od trzech lat, więc zdążyłam już
          prześledzić "trochę" ofert objazdówek, ale Logostour jest programowo
          bezkonkurencyjny. Szkoda tylko, że standard usług nie jest adekwatny
          do ceny. No ale albo rybki albo akwarium, nie? :)
          Oferty 7+7 nigdy mnie nie pociągały. Nie należę do snobów. Jak już
          wyjeżdżam, to chcę jak najwięcej przywieźć ...w sobie.
          Solarium i basen mam pod blokiem. :))
          Mój głód świata syn ma widać po mnie w genach, więc mam nadzieję,
          że ten wyjazd go nie zabije (i syna i tego głodu!(: ).
          Jeszcze raz Wielki Szacun Imka dla Ciebie i pozdro dla wszystkich
          egiptomanów!
          • werak Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 1-5 22.02.08, 18:24
            Ofertę Logosu wybraliśmy porównując ją z wieloma innymi, wybraliśmy
            tę, ponieważ nikt inny nie miał nawet porównywalnej trasy ,żadne z
            nas nie mialo ochoty na wylegiwanie się na plaży tylko na zobaczenie
            możliwie jak najwięcej. Kto wie, może już nigdy się do Egiptu nie
            wróci, a ta trasa pozwala na zobaczenie praktycznie wszystkiego co
            jest w tej chwili możliwe do zobaczenia, powiedzieliśmy sobie i
            decyzja zapadla.
            Potem znaleźliśmy powyższy opis i….troszkę nas zmrozilo, wydawalo
            się że tempo jest zbyt szalone nawet dla nas, zaprawionych turystów
            plecakowiczów, znalazla się nawet mocno rozważana oferta konkurencji
            którą od programu logosu odróżnial tylko Synaj,była za to sporo
            tańsza, w końcu zwyciężyl jednak argument o tym że być może to ten
            jeden jedyny raz i decyzja zapadla.

            Nie chcę powtarzać powyższego opisu, dlatego krótko przy każdym dniu
            napiszę co się zmienilo, ewentualnie gdzie my inaczej
            zorganizowaliśmy sobie czas. Postaram się nie oceniać osobiście
            odwiedzanych miejsc, i tak każdy ma z nich inne wrażenia.

            Dzień 1
            Przy stanowisku Logosu tlum, obserwujemy z balkonu co raz większą
            kolejkę, cóż liczyliśmy na mniej osób. Okazuje się potem, że
            konkurencja też ma to samo stanowisko i ten tlum to do nich, a
            garstka ludzi z boku to Logosowcy i ta garstka dzieli się jeszcze na
            jadących do Egiptu i do Jordanii, więc jest nas 10!!!!!!osób-cudnie
            Lecimy tak samo Malevem, bez opóźnień, w samolotach luźno, można się
            przesiadać i wygodnie rozkladać do spania.

            Dzień 2
            Lądowanie ok. 3ciej, szybko do hotelu, niezmiennie to Santana i
            wrażenia mam identyczne. Hotel bylejaki , jedzenie co najwyżej
            zjadliwe, ale miejsce szczególnie jeśli ktoś chce sam zwiedzać Kair
            polożone bajecznie.
            Kilka godzin spania i kolo 9tej startujemy. Na początek zaskoczenie,
            po przeliczeniu kursu okazuje się, że na wstępy i napiwki placimy 25
            $ na glowę więcej niż było to podane w katalogu. Zdecydowaliśmy się
            na wyciąganie pieniędzy pieniędzy bankomatów, jak się okazalo
            wystarczylo jedno tylko wyjęcie, ale po drodze bankomaty bez
            problemu były. Reszta wymienila dolary i ruszamy zwiedzać.
            Plan ten sam stary Kair i cytadela. Wieża wciąż jest nieczynna, więc
            w zamian podjeżdżamy pod miasto umarłych mam wrażenie że tylko
            dlatego, że się o to upomnieliśmy. Miejsca i tak nie można zwiedzać,
            więc oglądamy je tylko zza szyb, no ale jakiś obraz jest. Nastepny
            punkt to sklep ze zlotem, wiem, że pierwszego dnia Kair wydaje się
            przerażający, ale to naprawdę bardzo bezpieczne miasto, polecam
            jeśli tylko nie interesuje was wciskana na silę tandeta odlączyć się
            od grupy i będąc przy cytadeli zwiedzić znajdujące się pod nią
            meczety Sultana Hassana i ar-Rifaiego, są czynne do 17tej i jak się
            przekonaliśmy (o tym później) ciężko się do nich dostać po tej
            godzinie, innej okazji praktycznie nie ma, a bezsprzecznie warto.
            Powrót taksówką spod meczetów do hotelu to równowartość 20zl.
            My niestety tej wiedzy jeszcze nie mieliśmy i wylądowaliśmy w tym
            sklepie, z którego wyszliśmy po minucie i pokręciliśmy się po
            przyległych uliczkach i poobserwowaliśmy robiący naprawdę
            niesamowite wrażenie ruch na ulicach.
            Ok.18tej kolacja. Dla nas to stanowczo za wczesnie, żeby iść spać,
            robimy sobie kilkugodzinny spacer wzdluż Nilu, robimy nocne zdjęcia
            z mostów, oświetlonych meczetów, jest ślicznie, nikt nie zaczepia,
            słowem nie ma się czego obawiać.

            Dzień3
            Pobudka 6:00, bagaże jadą do Asuanu, a my jedziemy zwiedzać
            piramidy. Na miejscu jesteśmy o 8:00. Pilot mówi nam, że Cheops nie
            jest jedyna piramidą, do której będzie można wejść, będzie to
            możliwe potem w Dashur i Maydum, wrażenia są podobne, ludzi
            zdecydowanie mniej, no tyle że to Cheops. My zdecydowaliśmy,że nie
            wchodzimy i wykorzystaliśmy sobie ten czas na spokojny spacer wkolo
            piramidy. Potem piramida Chefrena, punkt widokowy z możliwością
            zdjęć na wielbłądach i podjeżdżamy pod Sfinksa. Trochę za malo czasu
            tu dostajemy, szybkie fotki i do busika.
            Jedziemy do wytwórni perfum, tu nawet nie wchodzimy, grupa sobie
            wącha a my idziemy na spacer. Najpierw trafiamy w miejsce skąd
            fajnie, z nietypowej strony widać piramidy, potem decydujemy się na
            wejście do pobliskiego meczetu. Opiekujący się tym miejscem zaprasza
            nas do środka, pozwala wszystko obejrzeć, robi to zupełnie
            bezinteresownie, musze go potem długo szukać żeby dać bakszysz.
            Super wrażenia, warte więcej niż wszystkie perfumy świata. Po
            perfumach papirusy, tu już wchodzimy, ale też nie wytrzymujemy do
            końca, wychodzimy na ulicę, tu jest znacznie ciekawiej.
            Koniec tych sklepów wreszcie, jedziemy do Sakkary. Po drodze lunch,a
            po zwiedzaniu piramidy podjeżdżamy pod grobowiec Mereruki. Awantura
            z pilnującymi, chyba jesteśmy za późno, tylko po co tyle w tych
            sklepach, no ale wchodzimy w końcu.
            W hotelu kolacja i trochę czasu wolnego więc oczywiście ruszamy w
            miasto, nad Nil ,tym razem w drugą stronę.
            Wieczorem wyjazd na pociąg, planowy odjazd 22:20, startujemy 22:45

            Dzień 4
            Pociąg nie robi zlego wrażenia. Nie ma przedziałów tylko rzędy
            siedzeń wzdluż całego wagonu. Siedzenia bardzo wygodne z masą
            miejsca na nogi, można się spokojnie wyspać.
            W wagonach można palić! My szczęśliwie nie trafiliśmy na nikogo
            palącego, ale warto się zabezpieczyć i siąść gdzieś w środku swojej
            grupy, zawsze to jakieś oddzielenie. W wagonie też calą noc nie
            gaśnie światlo. Toalety udalo mi się nie odwiedzić, z opowieści tych
            którzy musieli wynikalo, że nie jest to mila atrakcja.
            Dojeżdżamy ok. 13tej. Pierwsze wrażenie cieplej i bardziej
            afrykańsko niż w Kairze. Naczytaliśmy się tu o statku, więc pelni
            obaw wypatrujemy gdzie będziemy zakwaterowani, chwila niepewności i
            uffffffffff, jest absolutnie rewelacyjnie!!!!Statek nazywa się Niles
            Bride i jest megaprzeluskusowy, czysty i zadbany. Po chwili okazuje
            się że pokoje są równie świetne, a po kilku następnych chwilach, że
            równie luksusowe jest jedzenie. Ogromny wybór, na kolację właściwie
            drugi obiad, masa deserów. Wyprzedając fakty powiem, że to wrażenie
            nie ulecialo do końca, podróż statkiem od początku do końca była
            wielką przyjemnością.
            Po obiedzie ok. 15tej ruszamy zwiedzać. Poznajemy Mohammada, który
            będzie naszym przewodnikiem przez następne dni. Jest świetny, choć
            jeśli ktoś nie lubi dlugich wykładów może się znudzić, za to kto
            chce ten dowie się o niemal każdym kamieniu i wyrytym w nim znaku w
            każdej ze świątyń. Zwiedzamy świątynię na wyspie Philae, potem
            wracamy na nabrzeże i od razu, niestety nie feluką a lodzią motorową
            plyniemy do wioski nubijskiej. Wracamy już po ciemku, ale idziemy
            prosto na targ, każdy ma czas na zakupy. Powrót na kolacje, po
            której dla nas było za wcześnie na spanie, więc ruszyliśmy jeszcze
            do miasta, chociaż okazalo się, że specjalnie nie ma tu jakichś
            fajnych miejsc do lażenia, zachwytów nad Corniche akurat nie
            podzielam, być może nie zimą jest tu inaczej.

            Dzień5
            Wyjazd konwoju do Abu Simbel 3:30, chociaż właściwie ten konwój to
            lipa, każdy jedzie jak chce, do tego stopnia, że w drodze powrotnej,
            co jest podobno kategorycznie zakazane, robimy sobie postój na
            pustyni na fotki. Przed powrotem na statek jeszcze wielka tama
            asuańska i niedokończony obelisk. Wyplywamy ok. 15:30, do Kom Obo
            ok. 3godzin więc czas na pierwsze podziwianie afrykańskiej przyrody
            i zrobienie masy zdjęć z górnego pokladu. Świątynia w Kom Obo
            zwiedzana po ciemku, konieczny statyw, ale bardzo dobrze, że jedną
            świątynię ogląda się w sztucznym świetle, wrażenia i odbiór są
            zupełnie inne.
            Odplywamy ok. 20tej, w Edfu mielismy być tak, żeby jeszcze wyjść na
            ląd na sziszę, niestety rejs się przedluża, po 23ciej jeszcze
            plyniemy więc zasypiamy.

            • werak Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 6-10 22.02.08, 18:26
              Dzień6
              Budzimy się w Edfu, świątynia czynna od 8mej, zajeżdżamy parę minut
              wcześniej, tak jak i wszyscy ze wszystkich cumujących tu statków
              więc tlok jest spory. Na szczęście zwiedzamy z Mohammedem, zanim
              wszystko nam opowiedział kończyliśmy zwiedzać świątynię niemal sami.
              Mamy świetne fotki bez ludzi, ale za to przez nas statek odplywa
              spóźniony. Ruszamy 9:30, w Esnie jesteśmy 12:30 po drodze znów
              cudowne widoki oglądane z górnego pokladu.

              Mala dygresja. Już od pierwszego dnia calą grupą wiedzieliśmy, że za
              pilota mamy osobę nie dość że świetnie wywiązującą się ze swoich
              typowo zawodowych obowiązków, to jeszcze że jest to osoba
              uwielbiająca Afrykę, świetnie znająca Egipt i starająca się
              przekazać nam jaknajwięcej ze swojej wiedzy, osobę której szczerze
              zależalo żebyśmy wynieśli z tej wycieczki jaknajwięcej wiedzy.
              Niejednokrotnie gdzieś w trasie mogliśmy słuchać opowieści o Egipcie
              których nie móglby przekazać nam ktoś nie będący pasjonatem tego
              kraju, nie mający tu znajomych, nie żyjący tu przez jakiś czas.
              Pozdrawiamy Agnieszko:).
              Piszę o tym akurat teraz bo porównując poprzedni opis widać że
              nadprogramowy czas w Esnie można spędzić różnie, zależy tylko czy
              pilotowi się chce.

              Wracam do opisu. Z Edfu wypływaliśmy na końcu, więc i na końcu
              dopłynęliśmy, a to oznaczalo że jesteśmy na końcu w kolejce do
              śluzowania. Już wcześniej pilot pytala nas, czy chcemy w Esnie wyjść
              do miasta i na wlasną rękę i koszt zorganizować sobie oglądanie
              tutejszej świątyni, oczywiście odpowiedź była formalnością. Jeżeli
              naprawdę podczas poprzednio tu opisywanej wycieczki pilot nie
              zaproponowal takiego wyjscia, to zrobil ludziom wręcz krzywdę,
              świątynia jest przepiękna.
              Po powrocie czas wolny, przez nas wykorzystany najpierw na
              obserwowanie z górnego pokladu życia miasta. Właściwie to tylko
              nabrzeżnej ulicy, ale i tak jest co obserwować. Esna jest zupełnie
              innym miejscem niż np. Asuan czy później Luksor, jest tu biednie,
              ale przez to jakoś tak prawdziwiej i znacznie ciekawiej, można się
              gapić godzinami na bezustanny ruch na ulicy.
              Gdy się napatrzyliśmy, postanowiliśmy ruszyć na spacer. Świątynię z
              przystanią lączy jedna, targowa uliczka, my postanowiliśmy odbić
              gdzieś w bok, ale niestety tu nie okazalo się milo. Chcieliśmy
              zobaczyć trochę prawdziwszej Afryki, ale natychmiast otoczyl nas
              tlum natarczywych ludzi, zrobilo się bardzo nieprzyjemnie, nie o to
              nam chodzilo, nie to chcieliśmy zobaczyć, nie polecam, szybko
              wróciliśmy na targową uliczkę. Jeśli chce się polazić to chyba tylko
              wzdłuż rzeki.
              Tak czy inaczej bardzo fajnie wspominam to miasto, wreszcie miejsce
              nie typowo turystyczne ale możliwość podpatrzenia trochę
              prawdziwszego życia w tym kraju. Jeżeli będzie możliwość bardzo
              polecam zejść ze statku i choć trochę się tu pokręcić.
              Planowo odpływamy 20:30 w rzeczywistości jeszcze trochę później.

              Dzień 7
              Budzimy się w Luksorze, to koniec rejsu, był absolutnie rewelacyjny.
              Świetny sam statek, do tego dobry rozklad, wygląda na to, że ktoś
              posłuchał wcześniejszych zażaleń.
              Bagaże do busika i jedziemy do Doliny Królów. Po zwiedzeniu trzech
              grobowców dowiadujemy się, że do świątyni Hatszepsut (następnego
              punktu zwiedzania) można dojść ścieżką przez góry to 1,5godziny
              drogi, niestety pilot informuje nas, że nie zdążymy przed przyjazdem
              grupy, pozostaje nam wolny czas wykorzystać na krótki spacer po
              ścieżce prowadzącej w góry. A szkoda, bo byśmy zdążyli, na trasie
              między doliną a świątynią zatrzymujemy się jeszcze na godzinę w
              sklepie z alabastrem, umiejscowiony tak, że nie mamy już gdzie z
              niego uciec:).
              Potem już świątynia Hatszepsut, tu po raz pierwszy czujemy
              prawdziwe gorąco, niewyobrażalne co tu się dzieje latem, w tym
              naturalnym górskim amfiteatrze, nie ma gdzie uciec przed słońcem.
              Pytanie o Madinet Habu to znów formalność, właściwie to nawet nie
              trzeba było pytać, bo to my się od kilku dni sami o to pytaliśmy.
              Oczywiście jedziemy i wszyscy absolutnie zachwyceni, bez dwóch zdań
              obowiązkowy punkt programu! Jeszcze kolosy Memnona i wracamy do
              hotelu. Swiss Inn, podobno po raz pierwszy ten hotel. Polożony jest
              parę kroków od świątyni luksorskiej, przy odrobinie szczęścia piękny
              widok na świątynię, Nil i góry. Na dole sklepik z duża ilością
              papirusów, jeśli ktoś ma dość targowania i chce kupić w spokoju, to
              polecam.
              Na zwiedzanie świątyni idziemy wszyscy pieszo, zaczynamy zwiedzać
              przy powoli zachodzącym już słońcu, kończymy po ciemku. Chętni na
              światlo i dźwięk do Karnaku szybko pędzą bezpośrednio ze zwiedzania,
              my na spokojnie oglądamy aleję sfinksów i idziemy jeszcze pokręcić
              się po mieście.
              Potem kolacja- podła, albo tak się rozpuściliśmy na statku, potem
              oglądamy puchar Afryki, Egipt wchodzi do ćwierćfinalu, w dniu finalu
              będziemy w Kairze, może uda nam się trafić dodatkową atrakcję.
              Po meczu jeszcze wieczorem chcemy obfotografować świątynię, niestety
              iluminacja jest wylączona już,miejcie to na uwadze,trzeba się
              spieszyć z nocnymi fotkami.
              Pozostaje więc spacer nad nilem,ale jakoś atmosfera bogatego,
              rozświetlonego miasta, kojarzącego się raczej z europejskim kurortem
              niespecjalnie nam odpowiada.

              Dzień 8
              Baloniarze balonują od bladego świtu, my śpimy dlużej trochę, na
              zwiedzanie świątyni w Karnaku ruszamy o 9tej. Kilka minut busem i
              jesteśmy na miejscu. Dobrze, że zaczęliśmy tak wcześnie, bo
              wychodząc aż ciężko się przecisnąć takie tlumy.
              Z racji konwoju do wyjazdu jeszcze parę godzin, więc rezygnujemy z
              powrotu busem i idziemy sobie spacerem nad Nilem. W hotelu i tak
              jeszcze czasu aż nadto, można rozłożyć się na balkonie i chlonąć
              widoki.
              W końcu, ok. 13:30 wyjeżdżamy ustawić się w konwoju i ok.14tej
              ruszamy. Ten konwój już jest znacznie poważniejszy niż wcześniejszy,
              chociaż po odbiciu w Kenie na Denderę jedziemy już sami.
              Malo kto zajeżdza do Dendery,a szkoda, kolejne miejsce warte
              odwiedzenia. Piekna świątynia i jedyne miejsce gdzie możemy wejść na
              dach i do krypty, zwiedzamy niemal sami.
              Do Hurgady dojeżdżamy przed 21szą. Wcześniej przechodzimy kontrolę,
              zwykly Egipcjanin nie ma wstępu do tego otoczonego plotem kombinatu
              hotelowego, wrażenie przygnębiające, dobrze że będziemy tu tylko
              jeden dzień. Hotel Lilly Land jest też po raz pierwszy użytkowany
              przez grupę Logosu, polożony nieco na uboczu, z ogromnym terenem,
              dobre jedzenie, ogólnie wrażenie calkiem przyzwoite.

              Dzień 9
              Dziś w planie wycieczka lodzią na rafy, co prawda z racji
              temperatury wody był pomysl zamiany tego na jeepy na pustyni, ale w
              końcu zwyciężyla opcja wodna. Spędzamy caly dzien na lodzi, są dwa
              postoje na snurkowanie na rafach i jeden na wyspie z której też
              można podglądać rafę, albo po prostu powylegiwać się na piasku. Na
              lodzi bardzo sympatycznie właściwie spędzamy caly dzień, wracamy
              wraz z zachodzącym słońcem Nawet jak ktoś nie plywa i nie przepada
              za wodą warto popłynąć dla samych widoków. Przed kolacją próbujemy
              pochodzić po mieście, ale spacer między hotelami i sklepowymi
              naganiaczami to marna przyjemność.

              Dzień 10
              Pobudka ok. 6tej, zaraz po śniadaniu ruszamy do portu skąd o 9:30
              odplywamy wodolotem. Podróż 3godziny, wrażliwszym polecam coś na
              chorobę morską. W Skarm czeka już na nas busik, szybko zawozi do
              przystani na rejs lodzią ze szklanym dnem-super sprawa.
              Kręcimy się potem jeszcze trochę po Skarm, pilot zabiera nas do
              nieturystycznej knajpki na falafele, a potem już do busika i w drogę
              pod górę Mojżesza. Wydawalo się, że będzie to tylko dlugi nudny
              przejazd, ale jak tylko wjechaliśmy w góry wszyscy oniemieli. Widoki
              są niewiarygodne, puki było jasno robiliśmy sobie postoje na
              zdjęcia,potem góry zaczęly tonąc w mroku,a gdy było już zupełnie
              ciemno podziwialiśmy niesamowicie rozgwieżdżone niebo.
              Przyjechaliśmy w porze kolacji, hotel niemal u stóp góry Mojżesza
              prowadzony przez Beduinów bez luksusów ale sympatyczny. Po kolacji
              • werak Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 11-13 22.02.08, 18:28
                Dzień 11
                Przez ten mecz spalem tylko 1,5godziny, ale o 2:00 wstałem bez
                problemu, wyspani na tej wyciecze jesteśmy nieporównywalnie bardziej
                niż w domu.
                Parę minut busem i jesteśmy u stóp góry Mojżesza, ruszamy o 3:00.
                Wejście dla nas, ludzi dośc młodych nie było problemem najmniejszym,
                ja się w sumie specjalnie nie zmęczyłem nawet, cala droga minęla
                nam na zachwytach nad niewiarygodnym niebem. Wiem, że piszę z
                pozycji osoby młodej, będącej w dobrej kondycji, ale i tak wydaje mi
                się, że starszenie jakimś niesamowicie trudnym podejściem jest
                przesadzone. Nawet jak ktoś ma wątpliwości czy da radę, warto
                podejść pod schody dla samego nocnego nieba i późniejszych widoków
                przy schodzeniu. Droga pod schody to szeroka lekko tylko pod górę
                prowadząca ścieżka, a potem, może silą widoków i zachwytu uda się
                wejść na szczyt….:) A warto bo widoki i przeżycie są nieporównywalne
                z niczym. My na szczycie byliśmy o 5:20
                Przy zejściu droga się rozwidla, można wrócić tak jak się przyszlo,
                lub trasą trudniejszą, ale za to ladniejszą widokowo. My niby
                trudniejszą trasą, często przystając na zdjęcia byliśmy szybciej niż
                reszta trasą zwyklą.
                Powrót do hotelu na śniadanie, godzinka wolnego wykorzystana przez
                nas na odespanie i wyjeżdżamy, najpierw do klasztoru Św Katarzyny, a
                potem już w kierunku Ras Sedr. Po drodze znów widoki gór
                przebajeczne, od czasu do czasu stop na zdjęcia i tak dojechaliśmy
                do oazy. W naszym przypadku znów myślę dzięki temu, kto był naszym
                pilotem nie było to oglądanie podsuszonej zieleni a jak potem mówili
                niektórzy jedno z najbardziej niesamowitych przeżyć tej wycieczki.
                Pilot pierwszego dnia prosila nas, o zbieranie w hotelach wszelkich
                mydełek itp., sama zaś miala zabraną jeszcze z kraju siatkę jakiś
                ciuchów i to wszystko wzięliśmy ze sobą do oazy. Rzeczywiście
                początkowo wyglądalo, że zwiedzamy jakieś opuszczone resztki miejsca
                gdzie kiedyś gdy była woda toczylo się życie, ale w pewnym momencie
                ku nam, wyszla pokrzykując coś jakaś miejscowa kobieta. Chwila
                konsternacji, ale po rozpoznaniu naszej pilot i po przekazaniu
                pierwszych podarków jesteśmy zaproszeni do…..hmmmm….domu, w każdym
                razie na teren gdzie żyje cala rodzina. Widzimy obejście dla
                zwierząt, studnię, palenisko w którym za chwile przygotowala się dla
                nas wszystkich herbata, coś w rodzaju łazienki, słowem caly teren
                zamieszkiwany przez tą rodzinę. Siadamy wszyscy razem, dzięki
                egipskiemu pilotowi udaje nam się porozmawiać, wypytać o codzienne
                życie, poznać ich zwyczaje. Nawet jeżeli w jakieś mierze ludzie Ci
                nastawieni są na to, żeby co jakiś czas wpadali tu turyści z
                podarkami, to myślę że udalo nam się przeżyć niezwykle spotkanie,
                zobaczyć jak wygląda tu trud próby przetrwania na tej spalonej
                ziemi, bez żadnych wygód, jak mimo to ludzie Ci są pelni pogody
                ducha i jak świetnie potrafią sobie radzić.
                Naprawdę spotkanie zostawilo wielkie wrażenie, przez niektórych
                głośno nazywane jedną z najlepszych rzeczy na tej wycieczce.
                Do Ras Sedr dojeżdżamy wraz z zachodzącym słońcem ok. 18tej. Hotel
                tuż nad wodą , zajmujący spory teren, bez żadnego sąsiedztwa, bardzo
                fajne pokoje,słowem idealne miejsce na dzień relaksu.

                Dzień12
                Ten dzień relaksu to dziś, ale przyzwyczajeni już do wczesnego
                wstawania nie śpimy długo. O 9tej byliśmy już po śniadaniu i
                postanowiliśmy iśc nad, jak to nazwaliśmy „prawdziwe morze”. Nazwa
                taka, bo przy samym hotelu są tylko zatoczki napełniające się plytką
                wodą czasie przypływu, lub będące błotnistym bajorem w czasie
                odpływu. Prawdziwe morze widać w oddali za klikoma takimi
                zatoczkami, pooddzielanymi półwyspami. Poszliśmy więc zbierając po
                drodze co fajniejsze muszelki i fotografując napotkane kraby:) Jest
                to troszkę spaceru, ale warto, woda ma przecudny kolor, tylko trzeba
                uważać, żeby się za bardzo nie zapatrzeć, bo nas pochloniętych
                widokami i co raz fajniejszymi muszelkami zakoczyl przypływ i to
                taki, że po terenie po którym szliśmy sobie po piasku po doslownie
                parunastu minutach wracaliśmy będąc po pas w wodzie. Przygoda fajna,
                ale do jakiego poziomu woda dochodzi później lepiej chyba nie
                sprawdzać:)
                Po tym spacerze, troszkę błogiego lenistwa na hotelowych leżakach, a
                wieczorem spacer w drugą stronę plaży czyli na prawo. Ale ani tam
                ladnie, ani ciekawie, polecam spacery raczej w drugą stronę. Myśmy
                chociaż dostali przepiękny zachód słońca, rzadko tu jest tak jak
                czasem u nas, że zabarwia się cale niebo, zwykle slonko zachodzi bez
                specjalnych efektów, tym razem mieliśmy calą ucztę dla oczu.
                Na kolacji okazalo się, że w calym hotelowym kompleksie jesteśmy
                tylko my.

                Dzień13
                Pobudka 5:40. Za oknem niewiarygodna mgła, widać tylko najbliższe
                palmy, morza i plaży ani troszkę. Śniadanie 6:30, wyjazd 7:15.
                Niestety z powodu mgly nie dość, że nie zobaczymy statków na
                pustyni, to jeszcze wstrzymana jest cala żegluga po kanale. Z kanalu
                mamy więc tyle, co świadomośc że pod nim przejeżdżamy:) To chyba
                jedyna rzecz jaka nie udała się podczas tej wycieczki. Pędzimy do
                Kairu, po drodze sporo wypadków, widać, że mgla wielu zaskoczyla. Na
                rogatkach miasta widać, że dziś final, co chwila handlarze z
                flagami.
                Podjeżdżamy pod muzeum, czas na zwiedzanie 12:00-16:00 jak dla nas
                wystarczająco. Potem targ khan al- khalili, kierowca zostawia nas w
                miejscu skąd można też ruszyć na zwiedzanie pobliskich meczetów,
                czasu bardzo malo bo tylko do 18tej,chwila zastanowienia, niestety
                zostaly nam jakieś ostatnie zakupy do zrobienia, więc ruszamy na
                targ. Możliwie szybko się uwijamy, przestalo nam sprawiać
                przyjemność chodzić po tych typowo turystycznych uliczkach i być bez
                przerwy natrętnie nagabywanymi, ruszamy do meczetów, najpierw al.-
                Ghuriego,to taki z charakterystycznymi drewnianymi łączeniami nad
                ulicą. Wejście niby za darmo, ale zaraz znajduje się ktoś, kto za
                bakszysz poprowadzi w niedostępne miejsca, a nawet wpuści na
                minaret. Nie myślałem że to będzie możliwe, jak dla mnie przeżycie
                ogromne, najpierw egipskimi ciemnościami do góry, a potem stoję na
                niewielkim balkoniku, u stóp zaczynający rozświetlać się Kair,
                slychać huk miasta a jeszcze obok mnie z głośników zaczyna wydzierać
                się muezin. Absolutnie magiczna i niepowtarzalna chwila, gapię się
                na miasto jak zahipnotyzowany. Nie mogę się stamtąd ruszyć, widok
                jest porażający, w końcu nawet spóźniamy się do busa, do hotelu
                wracam pod ogromnym wrażeniem.
                No ale do świata trzeba wrócić w końcu bo zaraz final. Szybka
                kolacja, bo nie po to jesteśmy na miejscu, żeby teraz oglądać mecz w
                hotelowym pokoju, lecimy do knajpki obok hotelu. Dolączamy się do
                tlumu egipskich kibiców, przy okazji wreszcie mamy okazję wypić
                słynny sok z mango, jeżeli nie będzie innej okazji, koniecznie
                trzeba wypić chociaż tutaj, absolutnie cudny, cena 7le. Pada bramka,
                radośc ogromna, zaraz po meczu idziemy na ulice, tu już zabawa na
                całego, masa samochodów , wiele wręcz niemożliwie przeladowanych
                ludźmi, klaksony, flagi, jakieś ognie wlasnej roboty, na wszystkich
                ulicach szaleństwo, zatrzymywane samochody, zabawa wprost na
                jezdniach, feta nie do opisania, a jednocześnie bardzo bezpiecznie i
                przyjaźnie. Super, że udalo się nam trafić jeszcze taką atrakcję,
                zasypiamy w rytmie klaksonów:)

                • werak Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 22.02.08, 18:29
                  Dzień14
                  Aleksandria. Wyjazd 8:00, do miasta dojeżdżamy ok. 12tej. Wita nas….
                  spory deszcz, może tu zawsze tak Logosowców witają:) Program
                  zwiedzania taki sam jak w poprzednim opisie z tą różnicą, że my nie
                  mamy czasu na „czas wolny”, więc cale zwiedzanie ogranicza się do
                  jeżdżenia z miejsca na miejsce. Generalnie miasto nie robi na nas
                  jakiegoś większego wrażenia, cóż naoglądaliśmy się wcześniej takich
                  cudów, że trudno zachwycać się teraz jedną sterczącą kolumną.
                  Zaryzykuję nawet opinię, że jeżeli komuś jeszcze malo Kairu, chce
                  sobie spokojnie samemu zobaczyć dokladnie jakieś miejsca, porobić
                  zdjęcia bez pośpiechu, to może warto nawet darować sobie tą
                  wycieczkę i zostać na ten dzień w stolicy. Z drugiej strony poznaje
                  się Egipt od jeszcze jednej strony, miasto jest zupełne inne niż te
                  zwiedzane dotychczas, a gdy pytalem ludków czy byli zadowoleni z
                  tego dnia mówili że jaknajbardziej, więc może nie warto sugerować
                  się moją opinią:). Powrót do hotelu po 2,5 godzinach jazdy ok.
                  21szej.

                  Dzień15
                  Super rzeczy zostaly na koniec, więc bez marudzenia że to już
                  ostatni dzień ruszamy do Dashur. Wyjazd 8:30 na miejscu po ok.
                  1,5godz. Bardzo malo ludzi, można wejść do środka piramidy, jest
                  dość ciasno i duszno. Trafiamy na świetną widoczność, doskonale
                  widać Sakarę i wierzcholki piramid w Gizie. Następnie krótki
                  przejazd pod piramidę Łamaną, tu jesteśmy już zupełnie sami, robimy
                  sobie wolny spacer wkolo piramidy, po drodze wchodzimy na
                  pozostałości malej piramidy satelitarnej-świetny widok na pustynię.
                  Spacer choć krotki to świetny, cieszę się bardzo że na koniec
                  wróciliśmy do zwiedzania tak fantastycznych rzeczy i po raz kolejny
                  doceniam program wycieczki, chyba z żadnym innym biurem byśmy tu nie
                  dotarli.
                  Do Maydum my również jedziemy tą drogą wzdłuż kanalu, mijając
                  wioseczki i obserwując tutejsze codzienne życie. Uwaga ogólna, ruch
                  w Egipcie jest prawostronny, więc jeżeli ktoś chce robić zdjęcia z
                  busa proponuję siadać po prawej stronie, wtedy ma się widoki na
                  pobocze a więc wszelkie stragany, osiołki, sklepy, ludzi i wszystko
                  inne co się będzie mijać. Siadając z lewej strony będzie się mialo
                  przede wszystkim najpierw przeciwlegly pas ruchu.
                  Docieramy do Maydum, budząc sensację wśród strażników, najpierw mamy
                  konwój, a gdy już jesteśmy na miejscu jedni krzycząc do innych
                  wybudzają się z drzemki, tu już naprawdę dociera malo kto. My za to
                  w ciągu dzisiejszego dnia, co prawda od końca, ale oglądamy, w jaki
                  sposób Egipcjanie kombinowali zanim doszli do właściwego kształtu
                  piramidy.
                  Do tej piramidy też wchodzimy, rzeczywiście wejście niemal
                  luksusowe, do mastaby obok nikt się nie zdecydował.
                  Kręcimy się jeszcze troszkę, ale nieubłaganie zbliża się moment
                  kiedy wsiadamy do busika i…program wycieczki można uznać za
                  zrealizowany. Wracamy glówną drogą, ok. 16:30 jesteśmy spowrotem.
                  Dla nas stanowczo za wcześnie żeby wracać, nawet nie idziemy do
                  hotelu, bierzemy taksówkę i jedziemy pod cytadelę do meczetów, cena
                  40le. Niestety nie zdążamy na 17tą i są już zamknięte, ale i tak
                  nawet z zewnątrz robią ogromne wrażenie, chodzimy w kolo i
                  natrafiamy na otwarty dziedziniec, gdy wchodzimy ze wszystkich
                  pobliskich meczetów, a jest ich tu kilka, rozlega się wołanie na
                  modlitwę, glos przebija nawet huk miasta, stoimy przed ogromnym
                  wejściem jak zahipnotyzowani, trwa to kilka minut, a niesamowite
                  wrażenie nie mija, to kolejna z absolutnie magicznych chwil podczas
                  tego wyjazdu. Chyba ośmieleni próbujemy wejść do środka, nawet się
                  udaje, mamy możliwość zobaczenia przewspaniałego wnętrza, ale
                  niestety za chwilę grzecznie ale stanowczo dowiadujemy się że
                  zwiedzanie tylko do 17tej. W każdym razie baaaardzo polecam
                  odwiedzenie tego miejsca. Zeby sobie umiejscowić, meczety świetnie
                  widać z cytadeli, z miejsca gdzie pierwszego dnia patrzy się na
                  panoramę miasta, to te tuż przy murach cytadeli.
                  Zaczyna się ściemniać, meczety są już podświetlone, kręcimy się
                  jeszcze robiąc masę zdjęć z przeróżnych ujęć, jeszcze trochę spaceru
                  po okolicy, kolejna taksówka (15le) i jedziemy w znajome miejsce pod
                  targ khan al- khalili. Tym razem skupiamy się tylko na meczetach,
                  choć idąc do jednego trafiamy na fajny, nieturystyczny fragment
                  targu, klimat od razu calkiem inny. Udaje się nam wejść do meczetu
                  będącego jednocześnie najstarszym na świecie uniwersytetem,
                  zwiedzamy zarówno część biblioteczną jak i modlitewną z ogromną salą
                  pelną marmurowych kolumn. Zdjęcia ze środka na dziedziniec i
                  minarety i dla nas też wycieczka powoli zaczyna się kończyć. Jeszcze
                  krótki spacer po głównym placu, takie nasze male pożegnanie z
                  miastem, ktoś zaczepia nas proponując taxi, wracamy do hotelu (35le).
                  Pilot załatwiła nam późniejszą kolację, po niej właściwie czas tylko
                  na pakowanie, 1:30 ruszamy na lotnisko.
                  Wracamy tak samo Malevem, z krótką godzinną przesiadką w
                  Budapeszcie. Ok. 9tej rano przebijamy się przez chmury i lądujemy w
                  szaroburym, smutnym kraju.

                  Podsumowując:
                  Wycieczka pod każdym względem udana. Na calej trasie nie było
                  żadnego powodu do narzekania, caly program zostal zrealizowany,
                  właściwie to nawet z nadwyżką. Atmosfera była świetna, tempo którego
                  się tak obawialiśmy okazało się idealnie dopasowane, nigdzie nie
                  goniliśmy, na wszystko starczylo czasu, a jednocześnie nie było
                  czasu na nudę.
                  Mogą przerażać wczesne godziny wstawania, ale właściwie codziennie
                  po kolacji jest już czas wolny, więc jeśli komuś mało snu można się
                  wcześniej położyć, myśmy mimo że kiedy się tylko dalo robiliśmy
                  sobie jakieś dodatkowe wyjścia i tak byliśmy wyspani bardziej niż
                  normalnie w domu.
                  Program jest nieporównywalny z żadnym jakie widzieliśmy, ogląda się
                  właściwie wszystko co tylko w Egipcie można. Co prawda po rejsie i
                  wyjeździe do Hurgady intensywność zwiedzania zwalnia. Gdzieś nawet
                  pojawiła się myśl, że jeżeli ktoś nie wchodzi na górę Mojżesza, to
                  pobyt na Synaju może wydać się nudnawy, ale nawet jeżeli tak, to
                  zwiedzenie takich miejsc jak Dashur, Maydum, Dendera itp. których
                  nie zobaczy się chyba z żadnym innym biurem rekompensuje wszystko.
                  My wróciliśmy maksymalnie zadowoleni i na pewno polecamy tą
                  wycieczkę każdemu dla kogo liczy się zobaczenie czegoś ciekawego a
                  nie leżenie plackiem na plaży.

                  Jeszcze slówko o kasie. Pierwszego dnia wyciągnęliśmy z bankomatu
                  równowartość ok. 1000zl i……polowa nam zostala. Oczywiście nie
                  okupowaliśmy się wszystkim co nam pokazywano,nie jeździliśmy na
                  wszystkie fakultety. Kupiliśmy to co chcieliśmy, trochę ciuchów,
                  przypraw, pamiątek, wydaliśmy trochę na wstępy tam gdzie chodziliśmy
                  sami, taksówki i…to wszystko. Program jest tak wypelniony, że w
                  sumie nie ma kiedy kasy wydawać:) W gorące miesiące na pewno wydaje
                  się więcej na wodę, ale z drugiej strony nie ma to jakiegoś
                  ogromnego wpływu na ogół wydatków.
                  No i to tyle, mam nadzieję, że tak jak nam przydal się poprzedni
                  opis, tak ten przyda się nastepnym Logosowcom, w razie czego, jakby
                  ktoś chciał coś dopytać jestem do dyspozycji.
                  • tony.111 Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 22.02.08, 19:30
                    bardzo fajny i konkretny opis. my byliśmy w sierpniu na tej
                    wycieczce. rzeczywiście moge polecić każdemu. z zastrzeżeniem
                    oczywiście , że jedzie jako pilot pani Agnieszka, bo naprawdę dobry
                    i znający kraj pilot to już połowa sukcesu. szkoda że nie
                    zdecydowaliście się na wejście do mastaby w Maydum, bo to też swego
                    rodzaju wspaniała atrakcja i napewno długo się jej nie da zapomnieć.
                    naprawdę warto. zgadzam się z tym że możnaby się obejść bez wizyt w
                    sklepie papirusowym a szczególnie w perfumerii, ale w sumie może też
                    warto zobaczyć coś czego w Polsce nie ma. oczywiście były i rzeczy
                    na które można narzekać jak np. hotel w Hurghadzie. Chociaż widzę z
                    twojego opisu, że miejsce do spania w Hurghadzie zostało przez Logos
                    zmienione). generalnie wycieczka bardzo fajna i przede wszytskim
                    przebijająca inne oferty pod względem miejsc które można zobaczyćw
                    Egipcie.pozdrawiam
                  • imka.allegro Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 22.02.08, 19:41
                    werak - DZIĘKUJĘ!
                    Nie masz pojęcia jak mnie uszczęśliwiłeś swoją relacją! :)
                    Tym, że moja jednak Was nie odstraszyła od wycieczki ;)
                    Tym, że mieliście mniejszą grupę (oszczędza się masę czasu na odliczaniu i
                    sprawdzaniu czy wszyscy są, czyli terminy styczniowo-lutowe rulez ;)
                    Tym, że mieliście super statek (płynęłam na Reginie w takich luksusach i wiem co
                    to za frajda :)
                    Tym, że zmienili hotel w Hurgahdzie na lepszy :) No i w ogóle :)
                    Bardzo Ci dziękuję raz jeszcze - marzyłam żeby przeczytać taką wycieczkową
                    relację autorstwa innej osoby - żeby zobaczyc jak widzą to inni.

                    Co do Esny - ja chyba mam pecha. Już dwa razy przegapiłam możliwość zejścia na
                    ląd w Esnie. Kurde, no. Płynąć trzeci raz...? ;)
                    Co do pilota - widzę różnicę, bezwzględnie na korzyść Waszej pilotki. U naszego
                    pilota brakowało mi właśnie troszkę tej współpracy niejako poza oficjalnym
                    programem, no cóż...

                    I pytanie - napisałeś, że schodziliście trudniejszym zejściem z Góry Mojżesza,
                    czyli w całości zaliczyliście słynne Schody Pokutne?
                    Czy na całej długości zejście to wygląda tak samo, jak na podejściu na sam szczyt?
                    Bo TZ mi truje, że chce tam jechać jeszcze raz i zejść właśnie schodami na całej
                    długości... ;)

                    Imka
                    • werak Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 25.02.08, 21:07
                      No to cieszę się bardzo, jeżeli Ci było miło przeczytać relację.
                      Odwdzięczyłem się w takim razie za Twoją, bo naprawdę nam się
                      przydała, zresztą nie tylko nam, bo mieliśmy ze sobą wydruk i
                      wszyscy niemal czytali:)))) Naprawdę super sprawa przeczytać przed
                      wyjazdem opis nie tylko tak jak przedstawia to biuro w katalogu, ale
                      tak jak widzi to ktoś uczestniczący, chociaż akurat w przypadku
                      Logosu nie są dwie inne wizje:)))))
                      Tak, wygląda rzeczywiście, że terminy z początku roku to super
                      sprawa. Rozmawialiśmy z naszą pilot i mówila, że podobnie jest
                      jeszcze tylko w listopadzie, na Egipt w tym roku już od wiosny są
                      praktycznie pozamykane grupy. Także na przyszly rok też się chyba
                      zaczaimy na luty:)))))
                      Co do Mojżesza, to naprawdę trudno mi pisać o trudności schodzenia,
                      bo cala ta góra była dla nas raczej miłą odmianą od zwiedzania gdzie
                      wszędzie zawiozą i podwiozą oraz wreszcie możliwością się trochę
                      poruszania, niż czymś męczącym. W każdym razie to trudniejsze
                      zejście to coś innego niż te schody wiodące na sam szczyt. Raczej
                      jest to ścieżka, miejscami dość stroma, czasem rzeczywiście są
                      kamienie poukładane na kształt schodów, żeby ułatwić zejście, albo
                      pokazać drogę, bo bywa, że między kamieniami trzeba się było
                      zastanowić którędy iść. No nie wiem jak to lepiej opisać, można to
                      troszkę na silę nazwać dalszą częścią schodów, a po mojemu ta droga
                      to coś pomiędzy drogą wielblądzią a schodami na szczyt, mogę
                      podesłać jakieś fotki jeśli chcesz.
                      Jeszcze wyjaśnienie małe, Grzegorz mam na imię, werak to nick mojego
                      szczęścia i pod jej konto loguję się na forum. pozdrawiam

                      • imka.allegro Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 28.02.08, 21:59
                        Te kilka dni przerwy złóż na karb szoku jakiego doznałam :)))

                        Dzięki za info o zejściu - skoro oceniasz, że jest jednak nieco inne niż samo
                        wejście na szczyt, to zaryzykuję (o ile tam trafię drugi raz, ale to
                        niewykluczone :) Buty ino lepsze wezmę i już :) A fotki bardzo chętnie bym
                        obejrzała, podeślijcie na maila gazetowego co łaska :)

                        Na małą liczebność grup w listopadzie bym się jednak już nie nastawiała - byłam
                        od 6 do 21 listopada właśnie. Grupa 32 osoby, ble. A marzyłam właśnie o takiej
                        dziesięcioosobowej...

                        O właśnie, następne pytania: jeździliście busikiem. Jak oceniasz komfort
                        przejazdów w porównaniu z normalnym autokarem - dużo ciaśniej czy w ogóle bez
                        różnicy? Była wystarczająca ilość miejsc na bagaże?
                        Można było normalnie wstać i się wyprostować w trakcie jazdy? I kto był
                        kierowcą? Może pamiętasz czy Mecher? I czy pilotem egipskim również był Khaled? :)

                        A - w pierwszym postingu napisałeś, że rozważaliście również ofertę konkurencji,
                        tylko bez Synaju. Możesz napisać co to było za biuro?

                        Imka



                        • werak Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 29.02.08, 16:53
                          Hejka. Co do butów to myśmy byli w najzwyklejszych adidasach i nie
                          bylo problemu, już pod sam koniec,kiedy jest naprawdę wąsko między
                          skalami i slońce nie ma tam jak dotrzeć trzeba bylo uważać, bo
                          niektóre kamienie byly śliskie od mrozu, ale pewnie nie zimą nie ma
                          tego problemu.
                          Busik....hmmmm...no komfort autokaru to to nie byl napewno, wiadomo,
                          że jest w czymś takim mniej miejsca trochę, siedzenia też nie jak w
                          nowoczesnych autokarach, ale generalnie w porządku,komfort jazdy ok,
                          choć wstać i wyprostować się to mi szczególnie byloby ciężko. Gdy
                          wszyscy usiedli na swoich miejscach zostawalo wolne jedno i caly
                          tyl, na tym tyle jeździly nasze bagaże, co by wymyślili gdyby bylo
                          nas o 2-3 osoby więcej nie mam pojęcia:))))
                          Imienia kerowcy nie pamiętam, ale raczej bylo inne niż kierowcy o
                          ktorego pytasz. Egipski pilot też byl inny, nasz to Said, facet
                          sympatyczny, choć cichy i nie rzuczający się w oczy, ale
                          zalatwiający wszystko i będący na miejscu kiedy trzeba.
                          Mi "podpadl", bo jak go pytalem o godziny meczy Egiptu w pucharze
                          afryki, zawsze mówil zle:)))
                          Konkurencja ktorą rozważaliśmy to Rainbow. W ogóle to jest tak, że
                          myśmy pierwszy raz jechali z jakimkolwiek biurem,zawsze wcześniej
                          tylko na wlasną rękę i naczytawszy się na forach różnych narzekań,
                          myśleliśmy, że zawsze są jakieś niedociągnięcia, coś nie wypala, po
                          prostu nie ma sily żeby bylo tak jak w programie. Być może dlatego
                          wróciliśmy tacy zachwyceni Logosem, bo już się nie chcę powtarzać,
                          ale wszystko bylo idealnie. A grupę Rainbow spotkaliśmy w Santanie,
                          spojrzalem na plan jaki mieli wywieszony w holu hotelu, na jeden
                          dzień zaplanowane byly Giza, Muzeum Egipskie, Stary Kair i targ Khan
                          Al-Khalili - bez komentarza.
                          Powiedz mi,czy jak jedzie więcej osób, to też robione są
                          nieprogramowe tzw. fotostopy czyli zatrzymywanie się na parę minut w
                          ciekawych miejscach tak jak u nas na pustyni czy wiele razy na
                          synaju????
                          I drugie pytanko, tak jak pisalem u nas z reguly po kolacji bylo
                          grzeczne dobranoc i każdy rozchodzil się do siebie, czy jak jest
                          większa zgraja to wygląda to inaczej???jakieś male imprezki, wspólne
                          wyjścia, pogaduchy do nocy itp???????
                          zdjęcia podeslę, pozdrawiam
                          • liczek Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 01.03.08, 15:11
                            Serdeczne dzięki za kolejną relację.
                            Zaczynam się pakować, wyjeżdżamy we wtorek. I mam praktyczne pytanko: żelazko -
                            czy bywa dostępne w przynajmniej co drugim hotelu, czy raczej należy wziąć
                            własne? A jak z suszarką do włosów?
                              • liczek Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 01.03.08, 15:55
                                Dzięki za tak szybką odpowiedź. Fajnie, że są suszarki, zawsze to trochę bagażu
                                mniej... Relację oczywiście zdam, obiecałam to już Imce. Wykorzystam też Twój
                                pomysł z wydrukiem poprzednich relacji - wydruk już gotowy, trochę go skróciłam,
                                bo strasznie długi mi wyszedł...
                          • imka.allegro Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 04.03.08, 20:22
                            Dzięki za fotki! :)
                            Faktycznie - to zejście nie takie straszne momentami. Ale dla samych widoków
                            warto! :)

                            Busik - z tej samej firmy transportowej co mój autokar, kierowca inny - widać są
                            'przypisani' do pojazdu. Pilot powiedział, że kierowcy w Egipcie są potrzebne
                            trzy rzeczy - 'good driving', 'good praying' i 'good luck' - nasz spełniał te
                            wymagania ;)

                            Nie wiem czy fotostopy są zależne od ilości osób w grupie - czy od pilota. My
                            poza 'programowym' postojem w Wadi Fairan nie mieliśmy nic takiego, czasem
                            podczas przejazdów przez różne pustynie aż mnie skręcało z żalu... Ale
                            faktycznie, jak policzyć czas wysiadania i wsiadania (i przeliczenia)
                            trzydziestu dwóch osób na takich postojach, to w napiętym grafiku może mieć to
                            znaczenie.

                            Co do wpadek różnych biur - pewnie wpływ na 'wpadkogenność' ma i popularność
                            danego biura i cena. A nie da się ukryć, że tanie biura są bardziej popularne,
                            więcej ludzi jeździ, więcej ludzi pisze o wpadkach. Ale być może nawet
                            proporcjonalnie te droższe biura mają mniej wpadek - za to czasem bardziej
                            spektakularnych ;-> vide ostatnie 'międzylądowanie' w Instambule charteru TUI,
                            Scana i chyba Rainbowa (siadali bez podwozia).

                            Ponadto IMO więcej wpadek jest przy pobytach stałych - nie taki hotel przez parę
                            dni potrafi wkurzyć, a jak się na objazdówce trafi jeden zwalony nocleg, to się
                            chyba tak tego nie odczuwa. Ponadto na takie objazdy jeździ zupełnie inny typ
                            ludzi :)

                            Logostour nie jest tani. Ale wolałabym jeszcze raz pojechać z nimi, niz taniej z
                            którymś z tańszych biur. Bo uważam że oferta Logostouru jest ciekawsza. I
                            przymusowy pobyt w Hurghadzie/Sharm skrócony do minimum ;)

                            Przy większej zgrai ;) też było dobranoc i każdy się wieczorem ustawiał jak
                            chciał. Owszem, porobiły się zespoły - ale max chyba cztero-, może
                            sześcioosobowe. Ale raczej w celu wspólnego wyjścia i połażenia, niż
                            imprezowania i pogaduch do nocy. Ja akurat nie odczuwałam potrzeby większej
                            integracji - być może więcej osob też tak miało. Wiekowo - od 20 do 60.

                            No - liczek i inni już pewnie w powietrzu :) Nam się będzie czas dłużył - im
                            mignie nie wiadomo kiedy ;)

                            Imka
                            • werak Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 07.03.08, 21:07
                              Dzięki za odpowiedź, no to widzę, że naprawdę mi poszczęścilo z tymi
                              10cioma osobami, u nas wlaściwie wystarczylo zawolać że ojjjjjjjjeju
                              jak tu ślicznie i za chwilę byl postój na fotki. Może opatrzność
                              czuwa, żebym przestal się sam poniewierać po świecie i zaczal
                              jeździć z biurami:)))))I pewnie dopnie swego, bo już wlaściwie
                              jesteśmy zdecydowani gdzie jechać za rok zimą i wygląda na to, że
                              znów z Logosem. I powiem Ci, że jak porównuję ceny, to wcale nie
                              wypadają drogo, przy Egipcie może być wrażenie że ta cena jest
                              wysoka, ale to raczej dlatego, że nikt nie oferuje podobnego
                              programu, a taka objazdówka swoje kosztować po prostu musi,zresztą i
                              Ty i ja jesteśmy przekonani że warto bylo tą kasę wydać:))))
                              W stu procentach się zgadzam, że inny typ ludzi jeździ na
                              objazdówki, także na pewno na przyszlośc będę wolal trochę doplacić
                              i zagwarantować sobie fajną ekipę niż jechać gdzieś z popularnym
                              biurem.
                              Taaaaak, liczek sobie egiptuje gdzieś wlaśnie, oj baaaaardzo jestem
                              ciekawy relacji, no nic musimy grzecznie poczekać:)))
                              pozdrawiam
                              • liczek Re: Relacja Styczeń/Luty 2008 dni 14-15 24.03.08, 16:44
                                Witajcie!!!
                                Już wróciliśmy. Całkiem sporo kwestii do opisania.... ale muszę troszkę ochłonąć, nadrobić zaległości i lada moment wezmę się za relację z naszej - uchylę rąbka tajemnicy - troszkę nietypowej podróży...
                                Tymczasem Mokrego Dyngusa wszystkim życzę!!!
                                    • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 0-1 24.03.08, 18:15
                                      Chyba 13 dnia wieczorem ktoś z grupy zapytał z niepokojem: „Od czego to się w ogóle zaczęło?”
                                      Chwila konsternacji i zastanowienia i pada odpowiedź: „Od tego, że pilotka się spóźniła na Okęcie…”
                                      Jak się skończyło? Muzeum Kairskim, dnia ostatniego, gdy zatrzaśnięto za nami drzwi i wygoniono z dziedzińca….

                                      Dzień ZERO:
                                      Zbiórka 17.45. Siedzimy (ja i mój KM) na antresoli na Okęciu i obserwujemy, jak zbiera się grupa. Jest duża, ale już podejrzewamy, że najprawdopodobniej tylko część leci do Egiptu.
                                      Schodzimy 5 minut przed planowanym spotkaniem. Za moment zjawia się pilotka Asia i zbiera swoją grupę, z którą leci do Syrii. Jednocześnie informuje nas, że nasza pilotka się spóźni nieco, gdyż w mieście są straszne korki. Na szczęście wiemy, że Agnieszka, nasza pilotka, jest super fachowcem, więc nie przejmujemy się zbytnio jej spóźnieniem. Niektórzy z uczestników reagują jednak dość nerwowo.
                                      Tymczasem rozpoznajemy się z K., z którą skontaktowałam się na naszym forum, wymieniamy trochę informacji, bo K. jest dobrze poinformowana…. I już wiemy, że nasza grupa to aż 38 osób!!!! Plus pilot. Średnia wieku, tak na oko to 50 lat. Dzieci i nieletnich brak.
                                      Pilotka zjawia się po około pół godzinie. Przeprasza, rozdaje bilety, informuje co i jak, odpowiada cierpliwie i życzliwie na pierwsze „sto pytań do..”
                                      Po kolejnych 15 minutach zjawia się spóźniona i zdenerwowana turystka do Syrii – ich pilotka czeka na nią z zupełnym spokojem.
                                      Nauka z tego taka, że spóźnienie na zbiórkę nie jest w tym przypadku wielką tragedią.

                                      Samolot pierwszy (z rękawa), kanapeczka, soczek, lotnisko – autobus, sprawdzanie bagażu podręcznego w Budapeszcie…. Nie udało się przemycić nie otwartego soczku, zabrali, by za chwilę w kolejnym samolocie dać taki sam….
                                      W Budapeszcie sporo czasu do kolejnego lotu, jest knajpka, gdzie można się czegoś napić (4 $ większość płynów) i zapalić papieroska, jeśli ktoś musi…
                                      Znów rękaw, samolot, kanapeczka, soczek….. Siedzę na środkowym siedzeniu, a pod oknem Murzyn: rozpycha się, kłuje mnie łokciem i cały czas kiwa kolanami…. Jakoś udało się zasnąć.

                                      Dzień 1:
                                      Lotnisko w Kairze. Pojawił się Khaled (pisownia umowna) – nasz egipski pilot, czy też przedstawiciel, postać już tu opisywana… Wkleja nam z uśmiechem wizy egipskie w paszporty.
                                      A oto i nasz autokar………………………. numer 1……, to ważne, bo autokar to kolejny uczestnik tej wyprawy. Wsiadamy, jak leci, my w tyle autokaru – i takie miejsca zostają nam już przypisane na stałe.
                                      Nasz kierowca Mehrer, też postać opisywana, „jeździ szybko, ale bezpiecznie”, pilotka też go chwali, i wszystko jest ok.
                                      Hotel Santana przed 5 rano. Akurat kładziemy się spać, gdy zaczyna nawoływać muzein, a za chwilę koguty zaczynają piać. Mnie to rozczula, choć wciąż nie wiem, skąd te koguty w Kairze… w centrum Kairu? Nigdzie indziej podczas tej wycieczki ich nie słyszałam – w Santanie zawsze.

                                      Hotel Santana. Wiedziałam, że nie będzie to super hotel, widziałam wcześniej zdjęcia pokojów – więc bez zaskoczenia. Pilotka oświadczyła na wstępie, że jest to nasz najgorszy hotel w trakcie objazdu, nie było więc w zasadzie żadnych uwag ze strony grupy.
                                      Ogólnie nie najgorzej, zwłaszcza, że dostaliśmy pokój od strony ogrodu. W pokojach są na wyposażeniu składane konstrukcje na postawienie bagażu – sprawdzają się też także jako suszarka na balkon…
                                      Pobudka 9.00, śniadanie – bufet. Chyba doposażyli się w sztućce i naczynia, bo tym razem nie ma problemu opisywanego przez Imkę. Ogólnie jest ok., spokojnie, cicho, miło, sprzątaczka to mistrzyni w układaniu bajzlu pozostawionego w pokoju (sprzątanie w trakcie, gdy poszliśmy na śniadanie).

                                      O 10.15 wychodzimy na zwiedzanie Kairu: wszystko według wydruku z poprzednich relacji: sklepik obok (woda 2 funty), apteka, bank – zeszło nam trochę czasu na wymianę (na stolikach w banku leżą stosy banknotów…), autobus na rogu…
                                      Poznajemy naszego kairskiego przewodnika Osamę, który tym razem mówi tylko wtedy, gdy musi…. Może to inny Osama…
                                      Zwiedzamy wszystko według poprzednich opisów, wieje piaskiem od pustyni, więc piramid z cytadeli nie widać, wieża kairska wciąż zamknięta, więc Dahszur jako zamiennik to już stały punkt programu (ale to dopiero podczas kolejnej wizyty Kairze).
                                      Pierwszy obowiązkowy przystanek – sklep ze złotem. Niektórzy kupują jakieś srebrne wyroby.
                                      Temperatura: rano wskazany sweterek, w południe i później milutkie ciepło, jakieś 28 stopni, ale tylko turyści chodzą w krótkich rękawach, Egipcjanie często nawet w kurtkach, no bo to przecież zima.
                                      Kolacja serwowana o 18.00. Później czas wolny.
                                      Śmiało można pochodzić po sąsiednich uliczkach: uzbrojona policja turystyczna na każdym kroku, a w bocznych koło hotelu, gdzie wszystkie podobne, policjant bez pytania bronią wskazuje Santana Hotel… Milutkie.



                                      • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 2 24.03.08, 20:03
                                        DZIEŃ 2:
                                        Pobudka (jak prawie zawsze telefoniczna, realizowana przez recepcję) została zapowiedziana na 5.45. Telefon nastawiłam na 5.30 na w razie czego, gdyż przypuszczałam, że i tak muezin obudzi mnie o 5.00 – jestem takim rannym ptaszkiem.
                                        A tu proszę – wyrywa mnie ze snu telefon z recepcji. OK., OK., już wstajemy. Dziwę się, dlaczego komórka nie zadzwoniła, sprawdzam… a tu 4.45. No i dynks - kto się pomylił? Nasłuchuję na korytarzu, analizuję, pytam KM, sprawdzam w wydruku z poprzednich relacji… – żadnych konstruktywnych wniosków, no to robimy sobie kawkę (mieliśmy własny sprzęt). Po kilku minutach słyszę sąsiadki z pokoju obok. Rozmawiamy na balkonie. Mają dokładnie taką samą wiedzę, co i my.
                                        Pan z recepcji później tłumaczył się, że się pomylił, ale nie aż tak bardzo, bo tylko 3 pokoje obudził godzinę wcześniej…. Od tej chwili bardzo dokładnie starałam się kodować godziny pobudek.
                                        Chyba koło 8 jesteśmy pod piramidami w Gizie. Ubraliśmy się zdecydowanie zbyt letnio, nieco telepiemy się z zimna. Piaskiem wieje od pustyni, niebo ma kolor pustyni, jeszcze trochę mgły na dodatek – efekt taki, że Cheopsa widać do 1/3 wysokości.
                                        9 osób wchodzi do piramidy, reszta ma trochę czasu wolnego. W piramidzie straszny zator, wąsko, nisko, na niektórych fragmentach nie ma się jak wyminąć, tym bardziej, że co nacja to inny sposób wchodzenia i preferowany ruch lewostronny, co dla mnie jest jeszcze bardziej niewygodne, a przesuwam się cały czas w kucki…. Nie można robić zdjęć i nie robimy. Wydostajemy się z Cheopsa jako pierwsi, czasu do zbiórki zostało kilka minut, więc szybko próbujemy napstrykać trochę zdjęć.
                                        Pilotka pokazała nam miejsce, z którego można sfotografować całą piramidę, ale gdy próbuję to zrobić, policjanci mnie odwołują, coś proponują, wreszcie wyrywają aparat i ustawiają w jakichś początkowo dla mnie dziwacznych pozycjach i pstrykają nam zdjęcia. Sprawdziłam – okazały się całkiem interesujące… domagają się bakszyszu, dostali 10 czy 20 funtów.
                                        Gdy tylko daliśmy bakszysz nie mogliśmy się opędzić od innych, którzy chcieli nam zrobić zdjęcia na wielbłądzie, przy wielbłądzie, z nimi lub z czymkolwiek innym.
                                        Potem spacerek wokół, dziura po barce, czubek piramidy obok na glebie, muzeum barki (nikt nie wszedł), sesja zdjęciowa przed Chefrenem, później podjazd na punkt widokowy i ewentualne zdjęcia na wielbłądach (po 5 funtów) – widoczność niestety była kiepska.
                                        Wracamy pod Sfinksa, trochę czasu wolnego, mnóstwo handlarzy, nie pozwalających spokojnie pooglądać. Daję się namówić na zestaw replik starych monet egipskich, a że cena wydaje mi się strasznie wygórowana i oczywiście targuję się z zapałem, ale doświadczeniem niewielkim, nabywam w końcu 2 komplety za ¾ pierwszej podanej ceny za 1 komplet.
                                        Nie obejrzałam ich jeszcze dokładnie, ale pewnie i tak przepłaciłam, bo wśród tych monet część to rzadkie w obiegu egipskie piastry w postaci monet, czyli wartość równa zeru. I już mam podejrzenie, dlaczego tych piastrów nie ma w obiegu – bo sprzedają je turystom! Ale całkiem ładne są…
                                        W drodze do Sakkary zatrzymujemy się w perfumerii, gdzie spędzamy baaardzo dużo czasu. Jako grupa robimy całkiem spore zakupy. Mnie zapachy się nie podobają, natomiast urzekają przeróżne, ozdobne delikatne buteleczki do tych perfum….Z 5 takich by mi się przydało. Buteleczki jednak kupuje się osobno i mają zawrotne ceny. Ceny te pod koniec naszych zakupów spadły nawet wielokrotnie, ale po tych prawie 2 godzinach – przestały mi się podobać. Jak się okazało, buteleczki takie można było później kupić w wielu innych miejscach, w tym także w sklepiku hotelowym w Santanie, gdzie ceny wydawały się całkiem przyzwoite. Ostatecznie nie kupiłam żadnej.

                                        Lunch w jakimś nowym miejscu, bez widoków, sympatycznie, ale bez przesady. Strasznie głodna byłam.
                                        Sakkara – ulga, jesteśmy prawie sami, jakaś grupa Japończyków w maskach w białych rękawiczkach – ponoć ten naród bardzo alergiczny jest.
                                        Fajnie i spokojnie, przed mastabami jesteśmy 15.50. Udaje nam się wejść, fajne światło, nie można robić zdjęć.
                                        Później hotel, pakowanie bagaży, bo bagaże tym razem oddajemy dopiero przed kolacją.
                                        21.30 jesteśmy na dworcu, czekamy na pociąg do Asuanu. Kawiarenka „letnia” dość obskurna, zamawiamy herbatę, dostajemy herbatę i batonik Mars. Tu obowiązuje sprzedaż wiązana – turyści dostają marsa, tubylcy coś innego. Cena za zestaw: 10 funtów.

                                        Pociąg odjechał z 10 minutowym opóźnieniem, o 22.30. Mieliśmy miejscówki w 3 wagonach. To najlepszy egipski pociąg, strzeżony, 1 klasa – ponoć bezpieczny, nigdy do tej pory nic złego się nie wydarzyło. Miałam wątpliwości, czy paszport i część kasy zostawić w bagażu głównym i powierzyć naszemu kierowcy, czy wziąć ze sobą. Padła sugestia, że cenne rzeczy ze sobą… No i rano okazało się, że jedną z uczestniczek naszej grupy w nocy okradziono; spała na swojej torebce, w której miała wszystko: paszport, pieniądze, aparat, telefon itd. – obudziła się bez torebki…. Grupa zrobiła mała zrzutkę, pilotka pożyczyła jej trochę kasy…paszport odebrała w przeddzień wyjazdu, bilet lotniczy na szczęście elektroniczny był.
                                        Fotele w pociągu jak dla mnie super wygodne – przespałam całą noc, z cennym plecaczkiem przy nogach… Pociąg brudny, lepki, przez szyby niewiele widać, o robieniu zdjęć mowy nie ma. Toalety – wchodzę do jednej – koszmarek, ale na każdym końcu wagonu są po dwie, i druga okazała się, ku mojemu zdziwieniu, całkiem znośna.
                                        • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 3-5 25.03.08, 17:48
                                          DZIEŃ 3:
                                          Do Asuanu dojeżdżamy na 12. Po drodze jest co oglądać i warto zbliżyć nos do brudnej szyby. Śniadanko w pociągu dość marne, kawa lurowata.
                                          Acha, w pociągu było jednak zimno, zwłaszcza w nocy – nam jako tako, bo założyliśmy najgrubsze ciuchy, łącznie z kurtkami.
                                          Wysiadamy – upał, szybko do autokaru i za moment jesteśmy przy naszym statku Nile Bride. Statek jak najbardziej zasługuje na 5*, no może kabiny momentami na 4*, ale ogólnie jest ładnie i czysto.
                                          W czasie oczekiwania na zakwaterowanie (teraz nie mogą, bo jest modlitwa) – idziemy na lunch. Lunche na statku w zasadzie nie różnią się od obiadokolacji. Może tylko asortyment deserów nieco szczuplejszy. Jedzenie jest OK., ale w niektórych kolejnych hotelach wydawało mi się fajniejsze.
                                          Kabiny ładnie urządzone, funkcjonalne, ale jak zauważyłam - występują w wersji mniejszej i przestronniejszej. My otrzymaliśmy tę mniejszą. Okna w kabinach są nieotwieralne.

                                          O 14.30 wyruszamy na zwiedzanie: autokar, stateczek i jesteśmy na wyspie File (świątynia Izydy). Ludzi niedużo. Przed nami maszeruje policyjny tajniak w białej koszuli i przewieszonej przez ramię marynarce i z piękną wielką spluwą w ręce. Nie znam się na broni, ale chętnie ją obserwowałam, gdyż co rusz pojawiała się inna – na ogół duża, czarna i lśniąca…

                                          Znów stateczek, autokar, stateczek – przeprawiamy się na drugą stronę Nilu – do wioski nubijskiej. Wioska jest spora, kolorowa, nastawiona na czerpanie korzyści z turystów. Jakieś kramy z pamiątkami, tubylec z malutkimi krokodylami (lub aligatorami) – można sobie zrobić zdjęcie z gadem z ręku.
                                          Po drodze do właściwego domostwa, gdzie czeka na nas mały poczęstunek – dopada nas chmara dzieciaków, które proszą o cokolwiek, czepiają się rąk, nóg, otaczają nas ze wszystkich stron. Warto coś dla nich mieć: słodycze lub długopisy, ale………. należy rozdawać w końcowym etapie drogi powrotnej, albo mieć tego ogromnie ilości. My popełniliśmy tu błąd.

                                          Wracamy na stateczek, znów przez nieuwagę siadamy od strony dymiącego, śmierdzącego silnika. Gdy statek rusza, jest już ciemno. Rusza, nie rusza… Osiedliśmy na piasku i pomimo pomocy miejscowych chłopaków przez dobre 15 minut nie jesteśmy w stanie odbić od brzegu. Część wysiada, aby odciążyć motorówkę. Udaje się ruszyć, ale ta część na brzegu… i zabawa od początku… W końcu udało się.
                                          Przed kolacją jeszcze około 1,5 godziny na bazarze w Asuanie. Ładnie i kolorowo. Jak miło byłoby pochodzić sobie i pooglądać w spokoju i bez wszechobecnych łapaczy-naganiaczy. Kupujemy hibiskus w sporej ilości i jakieś pamiątki. W hotelu okazuje się, że jeden z handlarzy zamiast 50 funtów wydał nam nowiutki banknot 50 piastrów, i tak sprytnie to zrobił… A pilotka ostrzegała….

                                          DZIEŃ 4:
                                          Pobudka o 3.00…brr!!! W recepcji kawka, ale już zdążyliśmy wypić własną. Jedziemy do Abu Simbel w konwoju. Nasz autokar bierze chyba ponadto udział w rajdzie – wyprzedzamy wszystko, podejrzewam, że także konwojentów na przodzie… Ale to prosta droga przez pustynię.
                                          O 6.30 zaczynamy zwiedzać świątynie. Później czas wolny.
                                          Wracamy równie błyskawicznie. Pustynia mnie oczarowuje. Wgapiam się w nią całą drogę. Fatamorgana oczywiście jest – odbija się jezioro Nasera. Wszyscy łapią aparaty, ale czegoś, co nie istnieje, sfotografować przecież nie można… Mimo to sprawdzamy, może jednak?
                                          Na statku witają nas mokrymi ręczniczkami do wytarcia rąk i wodą z sokiem cytrynowym….. chwila wahania: do mycia, czy do picia?
                                          Statek odpływa, my lunchujemy, później oglądamy widoki z górnego pokładu. Robi się gorącą, wieje ciepłem od pustyni, widoczność oczywiście marna. Od kilku dni nie widzieliśmy błękitnego nieba.
                                          Koło 16 Kom Ombo. Cała alejka prowadząca do świątyni kwitnie na różowo, żółto, biało.
                                          W tej świątyni spędzamy masę czasu, bo przecież mamy nowego przewodnika na czas rejsu – Mohammeda. A Mohammed ambitny jest. Tak jak wspomniał wcześniej Grzegorz – Mohammed opowiada o każdym przedstawieniu na ścianie, suficie, każdym napotkanym kamyku. Nawet pomimo tłoku, gdy przepędzano nas, bo za długo staliśmy w jednym miejscu blokując dojście pozostałym grupom – nasz przewodnik pozostawał nieugięty, a momentami nawet waleczny….
                                          W międzyczasie zapadł zmrok i zobaczyliśmy świątynię w pięknej iluminacji. Moje zdjęcia, pomimo że sama musiałam robić za statyw – są całkiem niezłe!
                                          Podczas kolacji niespodzianka dla osób obchodzących urodziny w trakcie rejsu. Nie opisuję, bo to niespodzianka.
                                          Po kolacji dyskoteka na górnym pokładzie – dla chętnych. Nie było ich jednak wielu, bo kolejna poranna pobudka już przecież za chwilę…

                                          DZIEŃ 5:
                                          O 6.30 wyjście na zwiedzanie Edfu. Tak, to był cyrk… Wszystkie statki spieszą się, aby jak najszybciej odpłynąć i ustawić się w kolejce w Esnie do śluzowania. Mrowie tłoczących się ludzi. Bez zdjęć, z tej świątyni pamiętam jedynie stary mur z cegły z mułu nilowego, bo przy murze był względny spokój….
                                          Wracamy na śniadanie, statek odpływa.
                                          Jesteśmy umówieni na wspólne zwiedzanie świątyni w Esnie – z naszą pilotką i Mohammedem.
                                          Wychodząc na brzeg przechodzimy przez kolejne 5 statków, oglądając po kolei ich recepcje… ocena jest bardzo korzystna dla naszego.
                                          W świątyni spokój – tylko nasza grupa. Upał daje się we znaki. Co niektórzy uruchomili już nawet wachlarze, a nasz Mohammed ubrany tak, jakby było z 10-12 stopni C… i twierdzi, że mu nie jest gorąco.
                                          Przez targ wracamy na lunch na statek. Po lunchu do wieczora, do 18.00, kiedy to planowane jest odpłynięcie – mamy czas wolny. Kolejne zakupy na targu – targowanie, odmawianie i oganianie się od handlarzy idzie nam już znacznie lepiej.
                                          W sklepiku na statku można zamówić sobie srebrne lub złote kartusze (wisiorki) z własnym imieniem. Wybieram taki ładniejszy model – 30 $ (srebro), będzie gotowy nazajutrz. W tymże sklepiku kupuję kolejne kartki do wysłania, bo te z targu jakieś takie wymiętolone…
                                          W kabinach jest TV, które działa tylko wtedy, gdy statek stoi. Włączamy korzystając z okazji - żadnych ciekawych (czytaj: np. polskich) programów, ale na kanale 10 odnajdujemy…. monitoring dzioba naszego statku…
                                          Odpływamy około 22, śluzujemy się 23, w zasadzie bez różnicy i tak rankiem obudzimy się w Luksorze.
                                          • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 6-7 25.03.08, 20:45
                                            DZIEŃ 6:
                                            O 7.00, już po spakowaniu się, wystawieniu bagaży i śniadaniu – opuszczamy statek i ruszamy do Doliny Królów. Dostajemy nowego przewodnika – niemowę…. Jeżeli coś mówi to tylko przez własny telefon komórkowy. Przewodnik egipski i tak nam niepotrzebny, bo nasza pilotka opowiada najładniej, ciekawie i konkretnie.
                                            Z Doliny krótki przejazd do sklepu z alabastrem, na wyrost nazwanym wytwórnią. Jestem wybredna, więc szukam i szukam… w końcu znajduję pod szklaną ladą mały dzbanuszek, z 10 cm wysoki, zupełnie niepozorny, ale mi się podoba… 700 funtów!!! Bo to ponoć antyk….
                                            Później pobliska świątynia Hatszepsut, robi się skwar, senior naszej wycieczki zaginął w tłumie, pilotka nakazuje przewodnikowi-niemowie szukać seniora; przewodnik poszedł szukać i zaginął, po czym przewodnik się odnalazł i odnalazł seniora, ale ten mu ponownie zaginął…. Odjechaliśmy stamtąd w komplecie.
                                            Medinet Habu nie było…, po drodze Kolosy…

                                            Około 13 docieramy do hotelu Mercure 4*. Hotel duży, Logostour tu po raz pierwszy. Dostajemy pokoje na 7 i 8 piętrze, szukamy windy, ale te jeżdżą tylko do 6 piętra, szukamy innej – ale jest podobnie…
                                            Bo hotel to był Santana w Kairze, wszystkie pozostałe to kompleksy hotelowe, czyli takie w zasadzie ośrodki…. W końcu znajdujemy niższe budynki na tyłach hotelu, w tym także ten, gdzie są pokoje 700- i 800-. Pokoje takie sobie, choć duże, klima śmierdzi. Na terenie kompleksu ładny basen. Jedzenie wyśmienite.
                                            O 16 mamy wyjść na zwiedzanie świątyni, hotel przy promenadzie, więc krótki spacerek…. Ale w umówionym czasie czeka nasz autokar (jest, a na przegląd miał jechać?).
                                            Świątynia, nowy przewodnik, autokar – 2/3 grupy jedzie do Karnaku na „światło i dźwięk” ocenione dnia następnego jako spektakl „dźwięk i światło”.
                                            Wyjazd na balony planowany na 4.30, więc pobudka 3.30 (konieczna kawka). Idziemy spać o sensownej porze, aby nie przysnąć w balonie…. Z wieczornego snu wyrywa mnie telefon od pilotki, że godzina wyjazdu na balony przesunięta na 6.00. Dziwne…

                                            DZIEŃ 7:
                                            Okazuje się, że jeden z uczestników wycieczki to baloniarz z zamiłowania: posiada balon i go pilotuje. Nie był zdecydowany na ten konkretny lot, ale chciał zobaczyć, jak to się w Egipcie odbywa.
                                            Na lot balonem zdecydowało się 13 osób. O 6.10 zabiera nas autokar, podwozi 200 m do stateczku. O świcie przepływamy Nil, a za Nilem widzimy kilkanaście płynących w powietrzu balonów. Później dwa busiki (oprócz naszej grupy jeszcze 6 osób, w tym 2 Amerykanów), wioska, pustynia, pustynia…. balony przelatują, lądują, a my jedziemy przez tę pustynię… Pan baloniarz w naszym busiku opowiada o lotach, sprzęcie, zawodach – fajnie, że z nami był…
                                            Udaje nam się dopaść ostatni widoczny na pustyni balon… czekamy, aż wyląduje, przepakowanie turystów z kosza i do kosza. Wita nas egipski pilot balonu, który gdy dowiaduje się, że w naszej grupie też jest prawdziwy baloniarz – zaprasza go do kosza. Chuch ognia i lecimy…………….. w górę i w górę…gorąco….. i okazuje się, że wiatr chce nas ściągnąć na góry, gdzie nie możemy lecieć, bo nie będzie jak wylądować, jak wrócić… no to jeszcze w górę i dookoła, a widoczność, jak zwykle dość marna…
                                            I tak sobie przez 50 minut powisieliśmy w górze, jako jedyny balon, bo wszystkie inne zakończyły już swoje loty. Główną atrakcją po 10 minutach było obserwowanie, gdzie przemieszczają się nasze busiki….
                                            Amerykanin zaczął się wkurzać, bo ponoć był to jego drugi taki sam lot w kierunku góra – dół. Część naszej grupy też zaczęła się burzyć… Po wylądowaniu mieliśmy okazję przyjrzeć się, jak składa się balon oraz jak busik zakopuje się na pustyni… Dyplomy, koszulki pamiątkowe, bakszysz, prośby chłopców na osiołkach o oddanie koszulek… jedną oddałam, w zasadzie mogłam obie – w domu po wypraniu jej bowiem (zakurzona była) wyglądała jak szmata: nadruk wyblakł jak po 1000 praniach, a ściągacz przy szyi wywinął się w dół niczym kołnierzyk – proponuję je oddać…
                                            Jest prawie 9, o 9.15 mieliśmy mieć wyjazd z hotelu. My tymczasem daleko na pustyni, po drugiej stronie Nilu, a busik zakopany… Wysyłamy sms-a do pilotki…..
                                            Amerykanin dyskutuje z pilotem, z przedstawicielem firmy baloniarskiej Viking Air, w końcu proponują nam, że lot możemy powtórzyć jutro rano. Miło, ale my dzisiaj wyjeżdżamy z Luksoru… Ostatecznie otrzymujemy zwrot 20$ od osoby, ale to trochę później, po interwencji naszej pilotki.
                                            Do hotelu docieramy na 10, mamy 15 minut na śniadanie i przebranie się… i ruszamy na zwiedzanie Karnaku.
                                            Wracamy – hotel, bagaże, autokar, ustawiamy się w konwoju, który rusza o 14.00. Odbijając w lewo na Dendarę, otrzymujemy prywatnego, uzbrojonego konwojenta.
                                            Dendara – świeżo wyremontowane wejście i obejście i tylko my. Można wejść do podziemi i na dach.
                                            Wracając kupujemy lody na patyku. Po otwarciu okazuje się, że lód jest zupełnie rozpłynięty, patyk wypada… mam wątpliwości, czy powinnam to spożywać, pokazuję sprzedawcy, co się dzieje… Miałam nadzieję, że mi wymieni, albo co… jego rozwiązanie było jednak znacznie prostsze – bez chwili wahania podał nam plastikowe łyżeczki, abyśmy mogli sobie loda z papierka wygrzebać…
                                            Wracając na trasę do Hurghady, mijamy Qenę, gdzie stoi kolejny posterunek, kolejna kontrola, nasz konwojent nas opuszcza. Za kilka minut mamy postój – restauracja na pustyni, jakieś stragany, pusto, na niebie rogalik Księżyca – wisi w poziomie… przerwa nam się przedłuża, bo kierowca wciąż nie ma dokumentów, które zabrano mu na ostatnim posterunku. Czekamy kolejne 10 minut, telefony na posterunek – nie wiadomo, kiedy przyjadą, bo jest problem z naszym nowym konwojentem….. W końcu przybył jakiś młodzian ze spluwą.
                                            Do Hurghady docieramy przed 21, szybko na kolację, później kwaterunek. Ten sam hotel – ośrodek Lilly Land 4*, ogromny teren, domki, bungalowy, zieleń, sklepiki, Rosjanie, Rosjanie. Otrzymujemy dwupokojowy (salon i sypialnia) apartament z aneksem kuchennym (bez wyposażenia), łącznie około 50 m2 – całkiem fajny.
                                            I nagle dopada mnie……….zemsta faraona. Po lodzie? KM nie dopadła… Może to coś kolacji – ale tak szybko? No cóż, to była zemsta za bezmyślne pożeranie wszystkiego, co popadnie.

                                            • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 8 25.03.08, 20:45
                                              DZIEŃ 8:
                                              Planowany dzień na stateczku – rafa, pływanie, wyspa. Rezygnujemy oboje, trudno: zobaczymy rafę jutro ze statku ze szklanym dnem….Na śniadanie bułeczka, na obiad bułeczka, na kolację bułeczka.
                                              Wizyta w hotelowej aptece: miałam zapotrzebowanie na coś w stylu naszej no-spa. Tanie w Egipcie leki to w tej aptece 50 funtów za 8 sztuk czegoś rozkurczowego. Przy okazji próbujemy kupić witaminę B6, którą KM ma zaleconą i którą po prostu gdzieś zapodzialiśmy. Aptekarz mocno zaskoczony, wykonał w tej sprawie nawet 2 telefony oraz poszedł skonsultować się z lekarzem, by ostatecznie oświadczyć, że w całym Egipcie witamina B6 jest niedostępna, ale proponuje zestaw witaminowy z B6, z tym że z 25-krotnie mniejszą dawką tejże….
                                              A na honorowym, najbardziej wyeksponowanym miejscu tej apteki stały pudełeczka Viagry. ;-)
                                              Idziemy na plażę – no, no, no…. Jest tak, że nie wiem, czy mi się to podoba, czy już nie…. Zatoczka, lazur, elementy rafy, granatowe meduzy, palmy, słomiane parasole…. milutko, na granicy kiczu... molo-pomost w głąb morza…. wieje dość mocno…
                                              Chcemy wyjść do miasta, okazuje się, że do centrum do 15 km, możemy zamówić taksówkę….. wolę się jednak aż tak nie oddalać od naszego pokoju…
                                              Grupa ma wrócić około 16.30, na 17.30 najprawdopodobniej wystawienie bagaży, bo jadą do Sharm, a my jutro wodolotem. Pilotka ma nas poinformować o dokładnej godzinie.
                                              O 17 wciąż nie mamy żadnych informacji, zaczynam mieć złe przeczucia. 17.20 sms, że bagaży dzisiaj nie oddajemy. Wychodzę grupie na spotkanie, okazuje się, że zepsuł się autokar i dotarli tu autokarem Nr 2, a nasz pojedzie do Kairu, bo tylko tam mogą go naprawić…. a my nazajutrz wodolotem z bagażami. Część grupy ma skwaszone miny i na boku wyraża swoje niezadowolenie.
                                              Spotykamy się na kolacji, gdzie nasza pilotka informuje, że wiatr za mocno wieje i wodolot jest odwołany, w związku z czym wyjeżdżamy dzisiaj w nocy o 01.45. Oczywiście musimy jechać naokoło, aby po 12 godzinach dotrzeć pod górę Mojżesza. Sharm El Szejk i łódź ze szklanym dnem tym samym wypada nam z programu, co dla mnie i KM znaczy głównie to, że nie zobaczymy rafy…
                                                • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 9-10 28.03.08, 21:21
                                                  DZIEŃ 9:
                                                  Konwój do Kairu, którym musimy jechać, aby od północy okrążyć Morze Czerwone, czyli Zatokę Sueską, rusza o 02.00.
                                                  Autokar Nr 3 jest krótszy, więc okazuje się, że jakby nie dla wszystkich starcza miejsc…. Na szczęście było wcześniej kilka wolnych, więc po małym przetasowaniu wszyscy siedzą – niektórzy niezadowoleni.
                                                  Nad ranem konwój zatrzymuje się na poranną toaletę. Jakieś 50 autokarów jednocześnie na jednym parkingu i kolejka do WC……… Zwątpiłam, myśląc że zejdzie nam do południa….
                                                  Przejeżdżamy przez Suez, gdzie odłączamy się od konwoju. Przed samym tunelem pod kanałem - postój i……. zmiana (planowana) autokaru na Nr 4 i oczywiście nowego kierowcę.
                                                  No i pędzimy pod górę Mojżesza…….. Nasz pierwszy kierowca jeździł szybko, ale ten to gna jak rajdowiec. Oglądamy sobie Półwysep Synaj do raz pierwszy, aby jutro w drodze powrotnej obejrzeć go po raz drugi (ale z przeciwnej strony autokaru, co jest niewątpliwie atutem tej sytuacji).
                                                  Przejeżdżamy obok hotelu w Ras Sedr, obok oazy –jutrzejszych celów naszej podróży.

                                                  Do hoteliku (ośrodka), prowadzonego przez Beduinów dojeżdżamy w porze lunchu i nadprogramowo na ten lunch się załapujemy.
                                                  Ośrodek fajnie położony, zadbany (z zewnątrz), spory basen kusi błękitną wodą, ale jest przeraźliwie zimno - zakładamy kurtki. Wreszcie widzimy przepiękne błękitne niebo.
                                                  Pokoje bardzo skromne i niespecjalnie czyste, ale na tym etapie takie rzeczy jedynie rejestruję, nie bardzo ustosunkowując się do nich emocjonalnie.
                                                  Jedzenie takie sobie, choć na śniadanie obowiązkowo chałwa, stoliki niedomyte, sztućce również. Ale atmosferka jest.
                                                  Po kolacji jesteśmy zaproszeni do beduińskiego namiotu na herbatkę ziołową i sziszę…. Miło było i posiedzielibyśmy i dłużej, ale zimno i wcześnie, czyli około 01.30 trzeba będzie wstać…
                                                  Potrafię już usnąć o każdej wymyślonej porze, ale mój KM wciąż przewraca oczyma, gdy słyszy, o której jest pobudka (no cóż, nie był przez wyjazdem zainteresowany planem wycieczki…;-)
                                                  Wyjeżdżamy o 2.15, aby chwilkę później być pod górą Mojżesza. Dostaliśmy młodego Beduina – przewodnika i w drogę. Beduin szedł zdecydowanie za szybko jak dla większej części grupy, tak że grupa porozrywała się na mniejsze części.
                                                  Mnie zdecydowanie bardziej odpowiadało tempo wolniejsze, ale bez ciągłych przystanków, jakie zarządzał nasz przewodnik.
                                                  Podejście…..? hmmm…. Na co dzień nie biegam po górach jak kozica, choć sporo maszeruję i wejście na ten szczyt nie było dla mnie łatwizną. Ścieżkę wyobraziłam sobie znacznie szerszą, a wcale aż taka szeroka nie była, więc na wielbłądy musieliśmy mieć ciągłe baczenie, bo czasami się trochę za bardzo rozpychały….Poza tym wyobrażałam sobie te przepaście, obok których przechodzimy w ciemnościach, a których schodząc już w słońcu zupełnie nie widziałam – pod tym względem wejście wydało mi zupełnie bezpieczne, ale dowiedziałam się o tym dopiero schodząc.
                                                  Gdy doszliśmy do schodów, sporo osób schodziło z góry (jakieś nocne msze tak odprawiają) i na schodach zrobił się zator, a później zaczęło świtać…. Więc tempo wchodzenia po „schodach” po każdych 10 metrach było coraz szybsze…. Jasne, że weszliśmy, prawie bez odpoczynku, ale ze 20 metrów przed szczytem miałam już naprawdę dość.
                                                  Teraz wiem, że chętnie wejdę tam raz jeszcze, ale spokojnie, w swoim średnim, jednostajnym tempie….
                                                  Wschód słońca……widziałam wcześniej zdjęcia, ale i tak było pięknie, a najpiękniej byłoby być tam samemu…. Ale cóż, to się raczej nie zdarza. Jak dla mnie, to były tam tłumy i strasznie zimno, choć eksperci twierdzili, że akurat tego dnia i dość ciepło było i ludzi niezbyt dużo…
                                                  A propos temperatury: zimno było tylko w oczekiwaniu na wschód na szczycie oraz nieco przed szczytem, gdy momentami zaczynało wiać. Nikomu nie życzę tej drogi, gdy wieje cały czas…brr!
                                                  Natomiast zejście z góry, to była dla mnie euforia – w zasadzie sobie zbiegliśmy (pamiętałam ostrzeżenia Imki, żeby uważać na piach na kamieniach!!!), a później musieliśmy bardzo długo czekać na resztę grupy.
                                                  Dalej wszystko według planu: śniadanko, bagaże, wyjazd, klasztor, krzew gorejący, baranek na skałach….
                                                  Około 13 dojeżdżamy do oazy – tej samej, w której była styczniowa grupa. Tym razem pilotka idzie „na pewniaka”, a towarzyszące nam od ulicy dzieci wprowadzają nas na teren odpowiedniego gospodarstwa, gdzie główna gospodyni rozpościera na piasku koce i jakieś narzuty – i zaprasza nas….. najpierw chętnie wyciągając rękę po prezenty, jakie im przynieśliśmy (a sporo tego nazbieraliśmy z myślą o tej wizycie)……….przy wejściu na „dywany” zdejmujemy buty oczywiście…
                                                  Herbatka, małe kózki, wisiorki, zagródki, zdjęcia, dzieci, bakszysz, bakszysz……..
                                                  Fajnie, ale o ile tym razem korale robione z suszonych owoców gospodyni sprzedawała nam po 10 funtów, to mam wrażenie, że za kilka kolejnych wizyt turystów, te same kosztować będą już 50….
                                                  Wychodzimy, a tu pod naszym autokarem wielka awantura: kierowca i Khaled wykrzykują coś, wymachują rękami i fizycznie oganiają się od gromady dzieciaków i wyrostków, która chce się wedrzeć do naszego autokaru… To mieszkańcy domostw po drugiej strony ulicy – ci, których nie odwiedziliśmy…
                                                  Wyglądało to trochę zabawnie, trochę groźnie, ale gdy nasza grupa podeszła – rozstąpili się i pozwolili wejść do autokaru, po czym znów zaczęli na niego napierać.
                                                  Szybko odjechaliśmy i równie szybko, zważywszy na sposób jazdy naszego kierowcy – znaleźliśmy się w Ras Sedr, aby wreszcie trochę odsapnąć.
                                                  Hotel w Ras Sedr bez zmian – zdecydowanie najlepszy podczas objazdu. Super pokoje, widok na morze (jak ktoś ma szczęście), świetne jedzenie, ładnie urządzony spokojny ośrodek, przeznaczony w znacznej mierze dla turystów egipskich.
                                                  Podczas kolacji patrzyłam jak zahipnotyzowana na sposób i ilość tego, co spożywają Egipcjanie….

                                                  DZIEŃ 10:
                                                  Relaks, błogie lenistwo, obserwowanie odpływu i przypływu naszego morza za oknem. Wiatr, zimno, ale słonecznie. Muszle, muszle…..

                                                  • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 11 28.03.08, 21:46
                                                    DZIEŃ 11:
                                                    Z Ras Sedr wyjeżdżamy po śniadaniu. Jest niedziela. Dla Egipcjan to normalny dzień pracy.
                                                    Ruszamy do Kairu, gdzie mamy być przed 12 pod Muzeum Kairskim, później targ, a wieczorem zakwaterowanie w naszej Santanie.
                                                    Po drodze przystanek w pobliżu kanału sueskiego, oczekiwanie na rozleniwiony statek, aby przypłynął nam bliżej…. Ale nie chciał.
                                                    Znów przejazd pod kanałem i jesteśmy na autostradzie do Kairu.
                                                    Dotąd jechaliśmy szybko, ale mam wrażenie, że teraz jedziemy jeszcze szybciej… Zaczynam wychylać głowę z końca autokaru i spoglądać na drogę. Mam wrażenie, że nie tylko ja. Autostrada ma 3 pasy. 36 kilometr przed Kairem. Nagle jakiś dziwny manewr i …..szczęście, że byliśmy wyspani i przytomni… nasz autokar zmienia jeden pas na drugi…. A może na ten… też się nie da… co z hamulcami?.. więc może tu…. o rany…”Walniemy, trzymać się!!!” – różne głosy…. i bęc!
                                                    Walnęliśmy w tył jakieś wielkiej kopary, czy innej maszyny. Ona odjechała.
                                                    Khaled zdążył uciec ze swojego dolnego siedzenia z przodu autokaru – na szczęście!!! Uratowało mu to życie, spędzi tylko kilka miesięcy w szpitalu. Nasza pilotka nie miała się na przodzie o co zaprzeć… wróciła z kończynami w gipsie. Nasz senior też, chociaż siedział z tyłu. Reszta się zaparła: jakieś siniaki, ból ramion, karku, guzy na głowach… I szczęście też, że to był właśnie autokar Nr 4 – stary mercedes: szerokie odstępy między siedzeniami, mało plastiku…

                                                    Ambulanse, policja, policja, policja…. Po godzinie podstawili nam autokar Nr 5.
                                                  • liczek Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 11-15 31.03.08, 19:19
                                                    DZIEŃ 11-12 cd. – jeden dzień mi się wydłużył (wejście na Synaj), w związku z czym wystąpił błąd w numerowaniu dni. Dzień wypadku to był dzień 12.

                                                    Zamiast do Muzeum kairskiego pojechaliśmy od razu do hotelu Santana. Na moście w Kairze ktoś krzyczy: „autokar się pali!!” Wszyscy na równe nogi…. Na szczęście to nie nasz. Dymił się jakiś miejscowy, obok którego przejeżdżaliśmy…. Po czym odreagowaliśmy małą „głupawką”.
                                                    Po drodze do hotelu dołączył do nas Osama – jak miło było zobaczyć znajomą twarz.
                                                    W hotelowej recepcji poruszenie: przecież mieliśmy być wieczorem!!! Osama rzuca dwa zdania, recepcjonista wkurza się, dyskutuje, dzwoni gdzieś krzycząc, po czym po chwili łagodnieje i machinalnie wydaje nam natychmiast pierwsze z brzegu klucze do pokojów….
                                                    Był to zdecydowanie nasz najszybszy kwaterunek. Tak szybki, że później nie do końca wiedzieli, gdzie bagaże pozanosić…
                                                    Chyba na 15.30 jesteśmy umówieni na wyjazd na targ kairski. Zawozi nas tam autokar Nr 5 i jakiś nowy przewodnik egipski. Nasza pilotka też podjeżdża z nami, tłumacząc i dając wskazówki, po czym wraca do hotelu i na wizytę do szpitala.
                                                    Na targu chyba nikt nie ma nastroju do robienia zakupów, więc ostatnią godzinę siedzimy w kafejce sącząc lurowatą kawkę.
                                                    Zbiórka pod targiem 18.30 – grupa jest, nowy pilot jest – autokaru nie ma. Czekamy i czekamy, wszyscy turyści już odjechali, a naszego nie ma!!! Grupa zaczyna się wkurzać, a po jakichś 50 minutach przybywa autokar Nr 7!!!
                                                    Na kolację dotarliśmy na 20, a nie na planowaną 19.
                                                    W autokarze poczułam, jak drętwieje mi kark i już wiedziałam, że jutrzejszą Aleksandrię sobie odpuszczę. Poza bolącym karkiem i tak nie specjalnie miałam ochotę na spędzenie całego prawie dnia w autokarze. Nie był to mój pierwszy wypadek, więc zdawałam sobie sprawę z tego, że psychicznie nie będzie to relaksująca podróż.
                                                    Po kolacji odwiedził nasz lekarz, który wysłuchał i obejrzał wszystkich uczestników wypadku. W miarę potrzeby powypisywał zalecenia, recepty lub też raporty z oględzin.

                                                    DZIEŃ 13:
                                                    My i kilka innych osób zostało w Kairze. Reszta grupy pojechała do Aleksandrii.
                                                    Przy kolacji relacja okradzionej uczestniczki z wizyty w ambasadzie RP, po odbiór paszportu: lepiej nie mieć nic wspólnego w naszą ambasadą!
                                                    I na tej kolacji chyba właśnie padło pytanie: „Od czego to się w ogóle zaczęło?”

                                                    Grupa wróciła dopiero przed 23! Dlaczego?
                                                    Rano podstawiono im autokar Nr 7, ale był w takim stanie, że grupa zażądała kolejnego autokaru, na który czekali 2 godziny. Tak więc do Aleksandrii pojechali z kolejnym kierowcą autokarem Nr 8…. I nie wspominali tej podróży mile: nikt nawet nie przysnął, reagowali na każde zahamowanie, na każde trąbnięcie i wciąż upominali kierowcę, aby jechał wolniej….

                                                    DZIEŃ 14:
                                                    Rankiem wyjazd do Dahshur. Wsiadamy do autokaru…. Nr 1, a co! A w środku nasz Meher, grupa samoistnie zaczyna bić brawo…. Bo z nim czuliśmy się bezpiecznie, i fajnie, że jest z nami choćby tego ostatniego dnia.
                                                    Mamy nowego przewodnika – Abel lub Abdul. Mówi po polsku – jako tako. Nie pozwala nic powiedzieć Agnieszce, naszej pilotce, która jedzie z nami obolała z ręką i nogą w gipsie.
                                                    Meher jedzie spokojnie i powoli.
                                                    Realizujemy kolejne punkty programu: Dahshur, potem Maydum (oczywiście jest prywatna eskorta pod piramidę). Wszędzie miło, pusto, nawet widoczność jakby ciut lepsza.
                                                    Przed 15, głodni, docieramy do Muzeum Kairskiego – oprowadza nas Abdul. Straszny tłok.
                                                    My wymykamy się więc coś zjeść, a gdy wracamy i zaczynamy zwiedzać na własną rękę, okazuje się, że muzeum powoli pustoszeje. Na koniec wracamy jeszcze raz do sal ze skarbem Tutenhamona i jest super: zupełnie puściutko.
                                                    Zbiórka umówiona na 18.40 przed wejściem, ale na dziedzińcu. O 18.25 zaczynają nas wypraszać, także z dziedzińca. Abdul protestuje, bo on tu musi czekać na grupę jeszcze 10 minut. O 18.30 z hukiem zatrzaskują się wielkie wejściowe drzwi (salwa śmiechu), a Abdul uparcie trwa na posterunku, przy egipskiej fladze… Wyganiają nas prawie fizycznie…

                                                    Potem już prawie standard: kolacja, pakowanie, bagaże, autokar (wciąż Nr 1), lotnisko, 2 wózki inwalidzkie….

                                                    DZIEŃ 15:
                                                    Loty na szczęście bez zbędnych emocji. Na Okęciu jesteśmy punktualnie, o 8.40.
                                                    Czekamy na bagaże – długo. I zaczynamy się żegnać… to moja pierwsza wycieczka, na której pożegnanie przypominało raczej wyjazd z kolonii. Uściski, całusy, podziękowania…

                                                    Wnioski proszę wyciągnąć sobie indywidualnie…..



                                                    Kilka informacji dodatkowych:
                                                    - suszarki do włosów na wyposażeniu pokojów były tylko w 3 hotelach (Santana, statek, Ras Sedr)
                                                    - oprócz noclegu pod góra Mojżesza, w każdym pokoju była lodówka do dyspozycji (nie mini-barek), kilka osób żałowało, że nie zabrało polskiej kiełbasy, bowiem osobom mięsożernym nieco brakowało polskich wędlin,
                                                    - ręczniki plażowe są na wyposażeniu hoteli (jeżeli jest basen lub plaża), więc niekoniecznie trzeba je wozić ze sobą,
                                                    - napiwki dawane są grupowo, pilot zbiera całą sumę od uczestników na początku imprezy, po czym nią dysponuje, można oczywiście też zostawiać indywidualnie…
                                                    - prawie w każdym hotelu działa pralnia i prasowalnia za niedużą odpłatnością,
                                                    - poprzednie relacje z naszego forum były znane przynajmniej 1/2 grupy, a około 1/3 posiadała przy sobie wydruki…..
                                                    - Egipcjanie władają angielskim w stopniu różnym, często bardzo podstawowym, cecha charakterystyczna: zamiast „p” wymawiają „b”, tak więc Poland to BOLAND, a „band” to funt….itd.


                                                  • imka.allegro Re: Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 11-15 01.04.08, 21:22
                                                    - the rest is silence - chciałoby się powiedzieć.

                                                    Jak na samym początku już zaznaczyłaś, że podróż była 'troszkę nietypowa',
                                                    zadzwonił mi cichutko dzwonek alarmowy - ale nie przypuszczałam, że całość
                                                    będzie wyglądała aż TAK.

                                                    Jestem bardzo, bardzo ciekawa jak teraz - po lekturze tych trzech opisów - będą
                                                    do tego wyjazdu podchodzić następni chętni: czy w jakiś sposób wpłynie to na ich
                                                    dezycję, czy w ogóle. Bo ja bym się chyba teraz poważnie zastanowiła...

                                                    Na swojej wycieczce zaliczyliście chyba większość z możliwych pechów i fatalnych
                                                    zbiegów okoliczności. Ale nie ma żadnej gwarancji że nie wystapią w takim
                                                    natężeniu ponownie.

                                                    Do zwykłego pecha zaliczam pogodę, która uniemożliwiła Wam podróż promem na
                                                    Synaj - no cóż, rzecz na którą nie ma wpływu ani biuro, ani kontrahent, a
                                                    efektem jest męcząca noc w podróży i strata rafy w Naama Bay. Ale co? Pierwszy
                                                    raz to się zdarzyło? Nie można było uprzedzić w programie? Ludzie są w stanie
                                                    sporo przełknąć - pod warunkiem że są uprzedzeni wcześniej.

                                                    Autokar który się psuje w połowie trasy? Tu już nawalił kontrahent. A kontrahent
                                                    jest z wyboru biura...

                                                    Lot balonem o szóstej? Ja nie dałabym się namówić - natychmiast bym rezygnowała.
                                                    Przecież tam latają przed wschodem słońca nie tylko ze względu na ten wschód -
                                                    ale chyba i ze wzgledu na prądy nośne - lot później nie ma już chyba większego
                                                    sensu!
                                                    Gdyby miał - to podejrzewam że spokojnie balony latałyby jak dzień długi... czy
                                                    towarzyszący Wam baloniarz mówił coś na ten temat?

                                                    Khaled...? Żebyś Ty go słyszała gorliwie tłumaczącego, że wybrał dla nas wtedy
                                                    absolutnie najlepszą i najbezpieczniejszą firmą balonową (fakt, była bez zarzutu).
                                                    Ale to ciekawe, że teraz padło na inną. Magic Horizon przestał latać? Czy od tej
                                                    drugiej miał większą prowizję?

                                                    Dopiero teraz, po Twoim opisie, zdałam sobie sprawę z tego jak cennym kierowcą
                                                    jest taki Meher (pisownia imienia nadal nie ustalona!) Ja nad jego sposobem
                                                    jazdy przeszłam do 'porządku dziennego' - byłam wcześniej na rejsie z TUI i
                                                    wszyscy kierowcy TUI (a mieliśmy chyba w każdej miejscowości inny pojazd z innym
                                                    kierowcą) jeździli normalnie (po europejsku ze znajomościa realiów egipskich ;)
                                                    Meher jeździł tak samo jak oni - więc sądziłam, że wszyscy kierowcy obsługujący
                                                    nasze wycieczki są tacy... o, święta naiwności, naprawdę teraz zaczynam się
                                                    zastanawiać nad następnym wyjazdem z biurem :(

                                                    Jestem bardzo ciekawa ciągu dalszego. Czy biuro w jakikolwiek sposób zareaguje -
                                                    odezwie sie do Was - czy na przykład wobec braku reklamacji stwierdzi, że tak w
                                                    zasadzie to nic się nie stało (poza popsuciem urlopu 38 osobom) :-/
                                                    Bo do udanych to ja bym go na pewno nie zaliczyła.

                                                    Wielkość grupy - straszna (jak dla mnie). W jednym ze starych opisów znalazłam
                                                    tekst, jak to jednocześnie jechały dwie grupy dwudziestosobowe. A teraz mieli
                                                    dwie osoby za mało, czy już zawsze grupy Logostoru będa jeździć takim stadem?

                                                    I tak jak się cieszyłam z udanej wycieczki opisanej przez Grzegorza, tak przykro
                                                    jest mi z powodu Twojej... ech.

                                                    Imka
                                                    PS: u mnie w Santanie po przylocie suszarka była, przed wylotem nie. Więc zależy
                                                    jaki pokój się trafi.
                                                  • wik07 Re: Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 11-15 01.04.08, 23:04
                                                    Byłem na tej wycieczce w lutym. Planowałem też dorzucić "swoje trzy
                                                    grosze" ale po przeczytaniu twojego sprawozdania to nie ma juz o
                                                    czym pisać. Na pocieszenie powiem, że Khaleb przepowiadał, że od
                                                    wiosny mogą być organizowane wyjazdy 2 atokarów jednocześnie.
                                                    Wyobraź sobie kwaterowanie 100 osób jednocześnie w Santanie czy inne
                                                    podobne atrakcje. Życzę szybkiego wymazania z pamięci niemiłych
                                                    wspomnień.
                                                  • werak Re: Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 11-15 04.04.08, 17:49
                                                    No tak, ja też spodziewalem sie relacji o zupelnie innym wydźwięku.
                                                    Wygląda to jakby wszystkie Horusy i Anubisy sprzysięgly się
                                                    przeciwko Wam. Ciekawy jestem czy Logos zdecyduje się na zmianę
                                                    egipskiego kontrahenta, może ktoś za jakiś czas nam powie, w końcu
                                                    jak piszesz sporo jadących tu zagląda:). Nam już w lutym podczas
                                                    wycieczki Agnieszka mówila, że większosć terminów jest już
                                                    wyprzedana, więc takie grupy jak piszesz będą teraz standartem. No
                                                    wlaśnie, czy Wasza pilot to ta sama Agnieszka która byla z nami??Nam
                                                    mówila, że następny wyjazd ma w kwietniu??
                                                    Hmmmm, rzeczywiście nie wiem jakie bym wyciągnąl wnioski po
                                                    przeczytaniu tych opisów, pewnie Twój niejednego skutecznie
                                                    zniechęci i stonuje trochę mój zachwyt.
                                                    Ale powiem Ci, że dzięki Tobie wiemy do czego byla ta konstrukcja w
                                                    pokojach w Santanie, różne mieliśmy pomysly, ale w życiu byśmy nie
                                                    wpadli że to na bagaże:))))
                                                    Sorki jeśli info z suszarkami zrobilo Ci jakiś klopot,ale u nas byly
                                                    naprawdę wszędzie.
                                                  • liczek Re: Egipt - relacja - marzec - DZIEŃ 11-15 06.04.08, 16:50
                                                    Hej,
                                                    nasza pilotka Agnieszka to ta sama Agnieszka, co była z Wami (z grupą
                                                    styczniową) - to pewne... Niestety - w kwietniu nie pojedzie....

                                                    Co do któregoś z poprzednich wątków: nasza grupa, pomimo iż duża, miała mnóstwo
                                                    postojów na fotki i to bez proszenia. Jest to więc raczej kwestia pilota,
                                                    aniżeli liczebności grupy.

                                                    W swojej relacji starałam się opisać tylko fakty, bez ocen i emocji, bo
                                                    zmieniają mi się z każdym dniem. Może za tydzień, może za dwa - wrzucę tu też
                                                    swoje własne ustosunkowanie się do tej imprezy.
                                                    Na tę chwilę jednak, dodam, iż pomimo naszych pechów, podczas ostatniej kolacji
                                                    okazało się, że grupa dzieli się na 2 części: tych, którzy już chcą jak
                                                    najszybciej być w domu, oraz tych, którzy mogliby jeszcze z miesiąc tę wycieczkę
                                                    kontynuować...



      • ynde Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 13.08.08, 17:46
        Wczoraj wróciliśmy z tej imprezy.
        W drodze powrotnej zaginęły bagaże całej grupy.
        Może Logostour coś zmienia na tej trasie...
        Na pewno zmienił przewożnika na gorszego - tanie linie ukraińskie Aerosvit.
        W dodatku Logostour wmawia nam, że za nic nie jest odpowiedzialny i zostawia nas
        sam na sam z Aerosvitem.
        Gdzie są bagaże nie wie nikt.
        Przypuszczalnie zostały w Kairze.
        Nie możecie zgodzić się na lot tymi liniami!!!

        Z programu wypadł znowu Sharm el Sheik - tym razem "popsuł się wodolot".
        W każdym hotelu czegoś brakowało, ktoś denerwował się.
        Napięcie i nieprzyjemna atmosfera narastały z dnia na dzień.

        Logostour pokazał swoją klasę.
      • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 24.08.08, 19:58
        cześć :) Ja też jadę w październiku! Witam więc współtowarzysza
        podróży :) Mnie bardzo zaniepokoiła ta informacja o zagubionym
        bagażu :(( A linie ukraińskie... bez komantarza :/ Czy takie drogie
        biuro musi oszczędzać na bezpieczeństwie turystów?
        • liczek Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 24.08.08, 20:11
          Witam po kilku miesiącach.
          Imka była ciekawa, jak Logostour ustosunkował się do wycieczki z marca...
          A no tak:
          jedna z uczestniczek dzwoniła do nich w tej sprawie kilka razy, chyba także mailowała, więc po jakichś 2 miesiącach przysłali jej pisemko, że przepraszają, ale nie bardzo czują się winni, zwłaszcza za wypadek autokarowy, który nie był zawiniony przez naszego kierowcę..., a jej w ramach rekompensaty proponują 100 lub 150 zł zniżki na kolejną imprezę z ich biurem.
          Czekałam i ja na jakieś pisemko, ale się nie doczekałam. Wiem też, że osoby które były z tamtą uczestniczką, nie otrzymały także żadnej korespondencji.
          Miesiąc temu wysłałam do Logosu maila z opinią o wycieczce i przypomniałam, że pilotka poinformowała nas, że Biuro skontaktuje się z nami w sprawie niezrealizowania niektórych punktów programu. Wyraziłam w mailu swoje oczekiwanie na tenże kontakt. Miesiąc minął i cisza. Nawet maila nie wysłali. Brzydko!!!!!
          Wiem też, że nasza pilotka Agnieszka już wydobrzała i jeździ z grupami.
          A w tzw. międzyczasie wybraliśmy się na objazdówkę po Szwajcarii z ORBISEM - udała się, bez żadnych zastrzeżeń....
          • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 24.08.08, 20:39
            A ja liczyłam (naiwna!) na jakąś inną reakcję ze strony tego biura... ale jak
            widać Logostour gładko zmierza do poziomu biur z niskiej półki.

            A tak złośliwie - ciekawe kto i ile zyskuje na tym, że pogoda nie taka, albo
            prom 'się popsuje'. Chyba że przejazd autokarowy na Synaj kosztuje tyle samo ile
            bilet na prom. Ale mam paskudne wrażenie, że jednak jest tańszy i że ktoś
            (ciekawe kto? ;-> ) chowa różnicę do własnej kieszeni.

            Nic to - widać dla miłośnikow objazdów pora na wyjazdy 'mniej' zorganizowane.
            Konkurencja nie śpi, owszem, jeszcze drożej, ale za to kameralniej i na pewno
            sympatyczniej. Znalazlam biuro-cudeńko, zapisałam sie na Egipt 2009 (ano,
            dopiero za rok), a Logostour to już chyba sobie daruję. Chciałam jeszcze na oazy
            z nimi pojechać, ale nie lubię biur, które nawalają i uważają że nic się nie
            stało. I zaczynam się poważnie nad tym wyjazdem zastanawiać...

            Szkoda że ynde nie powiedział więcej - ciekawa jestem co u niego jeszcze zostało
            spaskudzone.

            A osobom które się wybierają w październiku z Logostourem życzę dużo szczęścia,
            żeby jednak miały wycieczkę w 'mojej' czy Grzegorza wersji, a nie liczka czy ynde...

            Imka
              • olszyn82 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 25.08.08, 00:22
                Witam Erika:)
                Ja nie jestem jakoś bardzo wymagający i najbardziej mnie interesuje
                realizacja programu, jakieś drobne niedogodności moge znieść.
                Najbardziej niepokoi mnie zmiana linii lotniczych, jednak co
                regularne linie to regularne.
                Szkoda że ynde się nie odezwał, bo stwierdzenie, że w każdym hotelu
                czegoś brakowało mało mówi. Ktoś dłużej czekał na pokój, posiłki
                niesmaczne, czy co? Napewno się trzeba liczyć z tym, że to nie
                Europa i mogą mieć różne podejście do gości.
                Może się jeszcze ktoś z wrześniowego terminu odezwie, choć boje się
                żeby niepogłębił naszego stresu.

                P.S. Imka możesz napisać co to za cód biuro które znalazłaś?:P
                • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 25.08.08, 09:29
                  Coś pan, zgłupiał, mam sprzedawać publicznie taką (super, mam nadzieję) metę?!
                  :))) A nigdy w życiu :)) Poza tym - nie wiem czy przypadkiem ktoś agresywniejszy
                  nie podciągnałby tego pod spam i reklamowanie, hyhy. Pójdzie na priv ;)

                  A co do wyjazdu - również mnie tknęła forma zarzutu 'w każdym hotelu czegoś
                  brakowało'. Na dobrą sprawę każdy mógłby wyliczyć wszystkie hotele w jakich był
                  i każdemu przypiąć łatkę. Bardzo jestem ciekawa na jakie braki ynde zwrócił
                  uwagę - i czy były wcześniej i parę osób je zignorowało, czy naprawdę nastąpiło
                  pogorszenie.

                  A poza tym mam nadzieję, że jeśli Logostour zupełnie nie olał sprawy, to teraz
                  może być już tylko lepiej ;)

                  Imka
                • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 25.08.08, 10:52
                  cześć :)
                  Fajnie, że się odezwałeś :) Ja też nie jestem jakoś bardzo
                  wymagająca ani czepialska. I mnie również najbardziej interesuje
                  realizacja programu. Ale również bezpieczeństwo - moje i mojego
                  bagażu. A te linie lotnicze w związku z tym bardzo mnie niepokoją -
                  ukraińskie?! Czy oni nie są z tych, którzy puszczają samolot, moio
                  że coś w silniku stuka?
                  ratunku, ja też nie wiem, czy powinnam drżąyć dalej ten temat i się
                  stresować, czy może jechać w błogiej nieświadomości i z nadzieją, że
                  wszystko będzie dobrze? Jednak chyba wolałabym sie dalej informować,
                  stąd też mam nadzieję, że po wrześniowym wyjeździe ktoś się zgłosi i
                  opowie jak było (i nas pocieszy?)
                  Odezwijcie się, co dalej było z tym bagażem...
                  • liczek Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 25.08.08, 11:43
                    Imka, proszę też na priva namiary na biuro-cud.
                    Co do hoteli.....nie sądzę, aby od marca Logostour wymienił większość hoteli, a
                    na naszą wycieczkę wymienili tylko te, na które ludzie wcześniej narzekali.
                    Ja jestem dość wymagająca, ale hotele były ok. Santana, jak się wie, co się
                    zastanie, też do przeżycia.
                    Jeżeli wciąż jeździ Agnieszka jako pilotka, to program na pewno zostanie
                    zrealizowany, na ile się da.
                    Sprawa z wodolotem, jak dla mnie, zaczyna być podejrzana. Już na naszym
                    wyjeździe trochę wydało mi się to dziwne, że wodolot odwołali z powodu wiatru.
                    Co prawda wiało, ale nie był to jakiś wyjątkowo silny wiatr, tylko taki, co
                    przeciągi robi i palmy cały czas szumią...Czyżby w Hurghadzie taki wiatr był
                    wyjątkową rzadkością?
                    Linie lotnicze wydają mi się najsłabszym ogniwem tej wycieczki, ale poza tym
                    bądźcie dobrej myśli - to jest naprawdę fajny program i kawał zwiedzania, a
                    pilotka Agnieszka jest naprawdę profesjonalistką.
                    Po kilku miesiącach, pomimo nawet wypadku autokaru, uznaję, że nasz marcowy
                    wyjazd był udany, choć z przygodami. Szkoda tylko, że Logostour nie zareagował w
                    żaden sposób po naszym powrocie. Niestety, taka postawa zupełnie dyskwalifikuje
                    dla mnie to biuro.
                    Też czekam na info od kolejnych grup.
                    Pozdrawiam wszystkich, Ewa


                    • olszyn82 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 04.09.08, 00:33
                      A propo wodolotów. Ze względu na swoją specyficzną konstrukcje
                      (wynurzanie się kadłuba ponad wode wraz ze wzrostem prędkości) są
                      one bardzo wrażliwe na warunki, takie jak większy wiatr i fale.
                      Dlatego są one coraz żadziej stosowane na świecie. Więc daleki
                      byłbym od podejrzewania teorii spiskowych. Pozdrawiam

                      Łuki
                    • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 05.09.08, 10:11
                      To ja o coś bardziej optymistycznego. Pytanie do osób, które już
                      były. Czy na statku są wieczorami jakieś tematyczne imprezy? Kiedy
                      płynęłam z Alfą była galabija-party i nubian show. Były
                      przebieranki, taniec brzucha itp. Czy na rejsie z Logosem też można
                      liczyć na coś takiego?
                      • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 05.09.08, 10:36
                        Wydaje mi się, że na moim rejsie (na RA I) nie było. Albo byłam tak padnięta że
                        nie zauważyłam ;)
                        Nie wiem czy to zależy od organizacji na statku (ten był kiepski mimo 5*), czy
                        np. od kierunku płynięcia (rejs Asuan-Luksor jest krótszy o jeden dzień niż
                        Luksor-Asuan i czasowo się nie udaje).

                        Imka
                        • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 05.09.08, 12:40
                          Kurczę, szkoda... :/ Ja własnie z Alfą płynęłam z Luxoru do Asuanu.
                          Szkoda by było, gdyby nic nie było... Od tamtego czasu dorobiłam się
                          prawdziwej galabii, nauczyłam tańca brzucha, więc się napaliłam na
                          taką imprezę.
                          A w ogóle podczas wycieczki są jakieś wieczorne atrakcje w hotelach.
                          Czy raczej ludzie są tak padnięci, że od razu idą spać?
                          I jeszcze jedno pytanko: jaka jest średnia wieku wycieczkowiczów?
                          Dzięki i pozdrawiam :)
                          • werak Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 06.09.08, 17:07
                            W kwestii pytań: Na naszym statku (Nilesbride) galabia party bylo,
                            więc może taniec brzucha się przyda jednak:)) W innych hotelach
                            takich rzeczy już nie trafiliśmy, być może w Hurgadzie, bo miejsce
                            gdzie mieszkaliśmy to hotel z wielkim terenem gdzie bylo sporo
                            różnych knajpek, barów i generalnie miejsc do spędzania czasu na
                            hotelowym terenie, ale to by trzeba bylo samemu sobie poszukać.
                            Po kolacji większość rzeczywiście rozchodzila się do pokoi,nie wiem
                            czy ze zmęczenia, my w każdym razie gdzie się tylko dało robliśmy
                            jeszcze jakieś wieczorne wyjścia na własną rękę, nie imprezować co
                            prawda, ale zawsze możesz czegoś poszukać:) Gdzie wieczorem był czas
                            na łażenie możesz przeczytać w moim opisie. A co do wieku
                            wycieczkowiczów to w zdecydowanej większości był raczej
                            hmm....zaawansowany:)
                            Zaś moje zdanie w temacie wodolotu-wchodziliśmy na niego przy
                            praktycznie bezwietrznej pogodzie, ja nigdy nie mialem najmniejszych
                            problemów przy jeżdżeniu,lataniu czy pływaniu czymkolwiek a wybujało
                            nas tak, że naprawdę mialem serdecznie dość,więc możliwe że to co
                            nam wydaje się małymi falami im już uniemożliwia rejs. Tak czy
                            inaczej myślę że Logos powinien przy opisie wycieczki zaznaczać, że
                            w tym przypadku jest całkowicie zależny od egipskiego przewoźnika i
                            ze względów pogodowych rejs może sie nie odbyć, tak by było
                            uczciwiej.
                            • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 06.09.08, 20:23
                              Hej! Dzięki za odpowiedź na moje pytanka. Fajnie, że na Nilesbride
                              jest galabija party. Nie jestem typem notorycznej imperziary,
                              generalnie też wolę jeszcze wieczorem gdzieś wyjść pozwiedzać, niż
                              gnieść się na hotelowej (lub co gorsza - arabskiej) dyskotece, ale
                              na trochę baletów w rytmie arabskiej muzy i folkloru mam ochotę ;)
                              Mam nadzieję, ze wiek towarzyszy podróży nie będzie aż tak
                              zaawansowany i będę miaął się z kim bawić ;) Jak byłam z Alfą na
                              rejsie to jednak większość była młoda (tak średnio 30 parę).
                              Z tym wodolotem to może i prawda - płynęłam nim kiedyś na Hel. Mimo
                              że też jestem odporna na kiwanie, to było ciężko :/ Ale czemu Logos
                              nie zorganizuje zwykłego stateczku?
                        • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 10.09.08, 20:08
                          Mam jeszcze jedno ważne pytanie:
                          Czy w biurze, gdzie kupowaliście wycieczkę, dali wam oprócz umowy
                          jeszcze jakieś potwierdzenie rezerwacji? A jeśli tak, to kiedy? I
                          kiedy poinformowano Was o godzinach wylotu? Ja mam tylko umowę i
                          dowód wpłaty i nie wiem, czy to nie za mało?
                          • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 10.09.08, 20:25
                            Zapłaciłas już całość? Jak tak, to spokojnie :)

                            Mniej więcej miesiąc przed wyjazdem przyszło pocztą oficjalne info o
                            przesuniętym o dwa dni terminie, godzinie wylotu, przesiadce w Budapeszcie,
                            nazwiskiem pilota, radami w co się ubrać na Synaj i takie tam ;)

                            Jeśli lecisz 7 października to lada moment powinnaś coś takiego dostać. Daj
                            poczcie jeszcze z tydzień, jak nic przez ten czas nie dotrze, to zastukaj do biura.

                            Imka
                                  • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 29.09.08, 10:18
                                    Hej!
                                    Tak, ja już też dostałam. Też się cieszę, że lecimy Alitalią, a nie
                                    jakimiś ukraińskimi liniami. Chociaż słyszy się, że oni mają
                                    problemy i mogą splajtować :/ Gdzieś przeczytałam, że loty mają
                                    zagwarantowane tylko do końca września, a co dalej?
                                    P. Justyny też jestem ciekawa. I tak w ogóle - może ktoś by coś
                                    napisał z grupy wrześniowej, która niedawno wróciła?
    • olszyn82 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 22.10.08, 15:57
      Wróciliśmy.
      I było SUPER!!! I wiem, że to nie tylko moja opinia.
      Chciałem podziękować wspaniałym ludziom, z którymi spędziłem te 16
      dni i którzy stworzyli niezapomniany klimat tej wycieczki oraz
      naszej przecudownej pilotce.
      Postaram się wkrótce napisać coś więcej, choć może nie aż tak
      obszerną relację jak poprzednicy (wszak umysł mam raczej ścisły).
      No i wielkie dzięki dla tych, którzy na tym forum napisali swoją
      relacje. Dużo osób z wycieczki je znało, kilka miało nawet wydruki.
      • olszyn82 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 23.10.08, 17:45
        W swojej relacji będę starał się unikać powtarzania tego co napisali
        już moi poprzednicy, skupie się raczej na porównaniu. Zacznę od tego
        co już chwaliłem w poprzednim poście, a więc od ludzi.

        LUDZIE Z GRUPY
        Atmosferę wycieczki tworzą ludzie. Osoby narzekające, wiecznie
        niezadowolone mogą ją skutecznie popsuć. U nas wszyscy ludzie byli
        pogodni, nie zamierzający się przejmować drobnostkami na urlopie.
        Wszystkie niedogodności obracano w żart, a jakby ktoś chciał to
        powód do narzekania znaleźć można było bardzo łatwo –np. hotele,
        pociąg. Na szczęście wszyscy zdawali sobie sprawę, że jesteśmy poza
        Europą, w kraju o odmiennej kulturze, gdzie mogą mieć inne
        podejście do czystości, punktualności, sumienności, itd. Tak więc
        ludzie, bez przerwy żartujący z byle czego, także z drobnych
        niedogodności , byli wielkim plusem tej wycieczki. Szczególne
        pozdrowienia dla „grupki młodych”.

        PILOTKA
        Pani Justyna sprawdziła się w tej funkcji. Jest to osoba przeurocza
        i przesympatyczna. Wiele razy o zabytkach opowiadała sama, nie
        oglądając się na miejscowych przewodników. Nie raz prowadziła nas
        na miejscowy targ, falafele w barze dla miejscowych (kotleciki z
        bobu, podawane z sałatą w chlebku pustym w środku, za 1 lub 2
        funty –pyszne) czy wyciskane soki. W tych miejscach gdzie pilot
        nie może oprowadzać ( świątynie w Abu Simbel i grobowce w Dolinie
        Królów) przygotowała dla nas planiki z zaznaczonymi ciekawymi
        rzeczami.

        OBSŁUGA MIEJSCOWA
        Naszym kierowcą był Meher, a miejscowym pilotem (K)Halid. Meher
        jest osobą z klasą (podobno ma wyższe wykształcenie), w odróżnieniu
        od innych kierowców, którzy według naszej pilotki to ludzie prości.
        Jeździ szybko, ale bezpiecznie. Halid (Khalid, Khaled – pojęcie nie
        mam jak to się pisze) jest osobą wesołą – choć mam wrażenie, że
        głównie przy nas. Przez telefon często rozmawiał podniesionym
        głosem, a jak się wydarł na obsługę w wodolocie, to byliśmy równie
        zdziwieni co ta obsługa. Podobno poprawił się i teraz bardziej
        zajmuję się grupą. Podpadł nam i pilotce jak nie było go przez 1,5
        dnia w Kairze. Nie mniej jednak osoba sympatyczna, często
        żartująca. Ujął mnie tym, że na lotnisku sam siebie wypełnił
        formularz wyjazdowy naszej seniorce.
        Naszymi miejscowymi pilotami byli: Irina? – podczas pierwszego
        pobytu w Kairze, John – w Górnym Egipcie oraz Sandra – podczas
        drugiego razu w Kairze. Cała trójka to ludzie bardzo młodzi i jak
        widać po nietypowych jak dla miejscowych imionach – Koptowie.
        Zdecydowanie najlepszy był John – posiadał dużą wiedze, umiał ją
        przekazać, bardzo dobrze mówił po angielsku. Był zaangażowany,
        pomagał naszej pilotce. Szczególnie ujęła mnie historia
        opowiedziana przez pilotkę, jak przy poprzedniej grupie szukał po
        sklepach ładowarki do aparatu dla jednej dziewczyny, która
        zapomniała ją wziąć. Trochę sobie dorabiał kupując nam albumy ze
        zdjęciami z miejsc gdzie nie można ich było robić, czy sprzedając
        nagrane przez siebie na komputerze płyty z muzyką arabską.
        (Miejscowi piloci nie mają z pensji z lokalnego biura, cały ich
        zarobek to pieniądze od pilotki z puli na napiwki oraz dodatkowy
        napiwek zbierany do koperty od uczestników. Pensje dostaje tylko
        kierowca i miejscowy pilot.) Tak więc w drodze powrotnej piszemy
        dla niego listy polecające. Z dwóch przewodniczek lepsza była Irina,
        która była bardziej przebojowa. Sandra była dużo gorsza, nie była
        tak zaangażowana, średnio mówiła po angielsku.

        HOTELE
        Zdecydowanie najfajniejszy był statek - Hapi 5. Był ładnie
        urządzony, bez przesadnej tandety. Mieliśmy na nim galabija party
        oraz krótki pokaz tańca brzucha i tańca derwiszów. Posiłki smaczne,
        codziennie popołudniowa kawka na górnym pokładzie. Na drugim miejscu
        obiekt w Ras Sedr. Reszta taka sobie: Santana w Kairze, Mercury w
        Luksorze i Desert Inn w Hurgadzie.

        DWIE GRUPY
        Tak jak ktoś wcześniej pisał, Logos zaczął wysyłać dwie grupy w
        jednym terminie. W naszej grupie było 26 osób, w tamtej kilkanaście.
        Ale nie sprawiało to ŻADNEGO PROBLEMU. A to z kilku powodów. Po
        pierwsze tamta grupa leciała jeden dzień wcześniej do Egiptu i
        wracała też jeden dzień wcześniej. (Aleksandrie mieli podczas
        pierwszego pobytu w Kairze). My lecieliśmy z Alitalią przez Rzym, a
        oni przez Kijów. I jak z nimi rozmawialiśmy, to na ukraińskie linie
        nie narzekali . Mieli krótszy czas oczekiwania na przesiadkę (my 6
        h.) oraz lepsze jedzenie na pokładzie. W Alitalii (bankrutującej na
        marginesie) nie dawali nawet kawy, czy herbaty – tylko zimne napoje.
        Ukraińskie linie są dosyć młode, więc się starają. Po drugie w
        Kairze i Hurgadzie mieszkali w innych hotelach. W Kairze w hotelu
        położonym gdzieś przy Piramida Way (tu moim zdaniem mają gorzej od
        nas, bo Santana ma lepsze położenie). Tak więc byliśmy razem od
        wejścia na statek (pociągiem do Asuanu też razem jechaliśmy w
        innych przedziałach), do przystanku przy Kanale Sueskim. Tamta grupa
        zwykle przyjeżdżała do hoteli 20-30 min. po nas, więc z
        kwaterowaniem problemów nie było. (Ich kierowca jeździł raczej
        wolniej od naszego). Do tego przy zwiedzaniu też nie chodziliśmy
        razem, czasem się tylko mijaliśmy w jakiejś świątyni i to też
        rzadko. Pilotem tamtej grupy była Jagoda – sympatyczna pani z
        dredami. Mieli oni 2 razy drobne problemy z autokarem (my żadnych),
        które jednak nie wpłynęły na program zwiedzania (raz coś z kołem
        przy powrocie z Abu Simbel, a raz chrzczone paliwo).

        C.D.N.
    • olszyn82 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 23.10.08, 22:24
      No to jeszcze o programie i fakultetach.
      DZIEŃ 2
      Zaczynamy nietypowo od Muzeum Egipskiego - dzięki nietypowej porze
      tłumy występują w znośnej ilości. Niemożna robić w środku zdjęć,
      zwiedzamy koło 3 h. –nie za dużo, nie za mało. Najpierw grupą –
      głównie Galerie Tutenchamona i z okresu Starego Państwa. Później
      jest czas wolny na pochodzenie samemu, chętni wchodzą też do galerii
      mumii królewskich (fakultatywnie). W księgarni naprzeciwko muzeum
      ceny dużo niższe niż w tej w muzeum. Następnie Kair koptyjski:
      Kościół Zawieszony, Kościół Św. Barbary i Synagogę Ben Ezry oraz
      pozostałości rzymskiej wieży. Na koniec dnia wytwórnia perfum.
      Podają karkade, kawę, surowe daktyle, których odważam się spróbować.
      Kilka osób kupuje – ale raczej nie wiele. Na szczęście w sklepach,
      do których nasz zawożono nigdy nie spędzamy dużo czasu. Zwykle jest
      to koło 20-30 minut. Czasem jest to określony czas, a czasem dopóki
      grupa się nie zbierze (a zbierała się z tych sklepów raczej szybko :-
      ).
      DZIEŃ 3
      Wyjazd o 7.30 by zdążyć kupić bilety do piramidy Cheopsa. Niestety
      gdy dojeżdżamy już ich nie ma. Podchodzimy więc tylko do wejścia do
      piramidy Cheopsa, a wchodzimy do piramidy Chefrena – trzeba się
      schylać, duchota W czasie wolnym idę też do Muzeum Statku
      Królewskiego (fakultet). Następnie postój w miejscu gdzie widać
      wszystkie 3 piramidy (niektórzy też decydują się na przejażdżkę na
      wielbłądzie) oraz czas wolny przy Sfinksie. Następnie wytwórnia
      papirusu. W drodze do Sakkary fakultatywny lunch za 10$ - nie jest
      to już szwedzki stół, jak podobno było poprzednimi razami, a dania
      nakładane na talerz. Przy wejściu grają na czymś przypominającym
      flet i bębenku, ale tylko wtedy jak ktoś wchodzi i wychodzi. Krótka
      wizyta koło pieca, gdzie kobiecina wypieka chleb, który oczywiście
      próbujemy, a później do stołu. Najpierw podają chlebki z meze –
      różne sosy i marynowane warzywa. Danie główne to przede wszystkim
      kebab – kawałki kurczaka, jagnięciny i wołowiny z grilla. Jak na 10
      $ to może być, choć jakaś wielka rewelacja to nie była. Następnie
      Sakarra i sklep ze złotem na koniec. Z Sakarry widać zarówno
      piramidy w Gizie jak i w Dahszur. Wieczorem do pociągu – siedzenia
      są wygodne, szerokie, dużo miejsca na nogi. Mój fotel (podobnie jak
      w autokarze) sam odchyla się do tyłu i nie da się dłużej posiedzieć
      w pozycji pionowej. Na szczęście od razu zmniejszają nam
      klimatyzację. Dosyć brudno – lepiej nie wyciągać stoliczków z
      podłokietnika. Do toalety odwagi pójść nie miałem.


      DZIEŃ 4
      Przyjeżdżamy do Asuanu koło 13, kwaterujemy się na statku i płyniemy
      do świątyni Izydy na wyspie Phile, a później inną łódką do wioski
      nubijskiej. Niestety żadna z łódek nie jest feluką z żaglami. Kiedy
      płyniemy na wyspę sprzedają bransoletki, a kiedy płyniemy do wioski
      nubijskiej do łódki na jakimś kawałku deski podpływa chłopiec i pyta
      skąd jesteśmy, ktoś rzuca, że z Hiszpanii :P, więc chłopiec śpiewa
      jakąś piosenkę po hiszpańsku (bardzo ładnie). Ja z dachu łódki , na
      której siedzę z kilkoma osobami kręcę filmik. Chłopiec dostaje
      bakszysz i odpływa. Po wiosce nubijskiej spodziewałem się więcej.
      Docieramy tam już jak jest ciemno. Prowadzą nas do jednego z
      domostw – zdecydowanie najbogatszego z okolicznych domostw (dorobili
      się na turystach:) W środku to tylko herbata z miętą, fotki z
      krokodylami i robienie tatuaży z henny. Następnie idziemy przez
      wioskę do miejscowej szkoły. Po drodze do szkoły bazar, ale nie ma
      czasu by się zatrzymać. W szkole lekcja arabskiego:) Dowiadujemy się
      też jak się pisze nasze imiona arabskimi „robaczkami”. Wieczorem
      idziemy jeszcze na targ w Asuanie, chyba wszyscy którzy poszli
      kupują hibiskusa:)

      DZiEŃ 5
      Zgodnie z programem Abu Simbel (pobudka o 2.45), Wielka Tama
      Asuańska i niedokończony obelisk. W drodze obserwujemy wschód
      słońca na pustyni, a w drodze powrotnej fatamorganę, którą wbrew
      temu co pisaliście udaje się sfotografować. Co ciekawe na tamie
      można robić zdjęcia, ale filmować już nie. Następnie statek płynie
      do Kom Ombo, gdzie świątynie oglądamy już po ciemku, przy sztucznym
      świetle. Fajnie, że niektóre świątynie oglądamy w dzień, a niektóre
      przy sztucznym świetle. Zdjęcia, mimo braku statywu, w większości
      nawet wychodzą. Wieczorem kolacja z menu egipskim i „galabija
      party”. Sporo osób się poprze brało, zabawa jest świetna do czego
      przyczyniają się różne gry integracyjne prowadzone przez naszą
      pilotkę.

      DZIEŃ 6
      Przed śniadaniem zwiedzamy świątynie w Edfu, później płyniemy do
      Esny. ESNE zwiedzamy fakultatywnie za 25 funtów (w tym 10 funtów to
      napiwek dla egipskiego biura). Przez targ przechodzimy do świątyni.
      Świątynia znajduje się w wykopie, jej dach niewiele wystaje ponad
      poziom gruntu. Odkopano jedynie sale hipostylową, ale zachowały się
      kolory na kolumnach. Świątynia jest piękna i nie ma w niej tłumów
      więc warto ją odwiedzić. Następnie przepływamy przez śluzę i
      dopływamy do Luksoru. Chętni idą na „światło i dźwięk” do świątyni
      w Karnaku. Ci co poszli, mówili , że żadna rewelacja jak na 30$.
      Najpierw idzie się przez świątynie przez kolejno podświetlane części
      świątyni, a następnie po dojściu do amfiteatru słucha się opowieści
      o świątyni z taśmy. Tak więc, ci co byli w większości nie polecają.

      DZIEŃ 7
      Tego dnia w programie mamy Dolinę Królów, wytwórnie alabastru,
      świątynie Hatszepsut, kolosy Memnona oraz po zakwaterowaniu w hotelu
      świątynie Luksorską. Rano, kiedy wstajemy, z okien kajuty widzę
      kilkanaście balonów nad zachodnim brzegu – jutro też nas to czeka:)
      Nasz statek w Luksorze zacumowany jest jako 9. Żeby wyjść na ląd
      trzeba przejść przez 8 innych statków!!! Nasza pilotka w
      międzyczasie dowiedziała się, które groby w Dolinie Królów są
      otwarte i przygotowała nam planiki 3 z nich, z zaznaczonymi
      ciekawymi przedstawieniami i miejscami. Są to grobowce Ramzesa I,
      III i IV. Te grobowce też omawia (na szczęście w zaciemnionym
      miejscu, bo upał straszny). Oczywiście możemy wchodzić do dowolnych
      z otwartych grobów. Ja, dzięki uprzejmości jednej pani z naszej
      grupy, której wejście do jednego grobowca wystarczyło i oddała mi
      swój bilet, wchodzę do 4 grobowców: Ramzesa III, Tauseret/Setnachta
      (bardzo ładny, dziękujemy Imka), Siptaha oraz Ramzesa IV.
      Tutenchamona postanawiam sobie odpuścić. Pomysł aby przejść
      tzw. „ścieżką osiołków” przez góry z Doliny do świątyni Hatszepsut
      przez górę momentalnie zostaje wybity nam przez upał. Podczas czasu
      wolnego pod koniec zwiedzania świątyni Hatszepsut większość ucieka
      do cienia, tylko nieliczni zostają w świątyni by pooglądać górny
      taras. Świątynie Luksorską zwiedzamy już po zmroku, przy sztucznym
      oświetleniu. Po jej zwiedzeniu chętni spod świątyni odjeżdżają
      dorożkami na przejażdżkę uliczkami Luksoru (10$). Wycieczka jest
      świetna, pilotka stwierdza, że będzie wnioskowała o włączenie jej do
      programu zwiedzania dla wszystkich!!! Przez ok 40-50 min. dorożki
      zataczają rundkę po ulicach, na które sami byśmy się w życiu nie
      zapuścili!!! Przejeżdżamy przez targ dla miejscowych między
      straganami. Gdybyśmy wstali, moglibyśmy zerwać ubrania wiszące
      między straganami nad ulicą. W pewnym momencie nasza dorożka
      zatrzymuję się, a woźnica krzyczy na małą dziewczynkę, która okazuje
      się jego córką. Po chwili przychodzi dwóch facetów i zabiera małą do
      domu.

      C.D.N. – a w części następnej będzie o deszczu, delfinach, schodach
      pokutnych i karawanseraju:)
    • olszyn82 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 25.10.08, 15:27
      DZIEŃ 8
      Dzień zaczynamy bardzo wcześnie, gdyż lecimy balonem. Pobudka z 5
      przesuwa się o pół godziny. Jest szczyt sezonu i balony latają na 2
      tury – my jesteśmy właśnie tą drugą. Jest super, choć kręcimy się w
      okolicach Medinat Habu, której dzień wcześniej nie obejrzeliśmy z
      powodu małej liczby chętnych. (Było tylko 8 osób chętnych – no cóż,
      upał zrobił swoje.) Granica między zielenią doliny Nilu a pustynią
      widziana z góry robi niesamowite wrażenie. Lądujemy na piasku
      pustyni blisko jej krawędzi. Pilotka opowiada, że każdy lot jest
      inny – raz udało im się przelecieć nad Nilem, a raz lecieli tuż nad
      dachami domów, na których spali ludzie. Po śniadaniu zwiedzamy
      Karnak. Do Dendery wyjeżdżamy koło 15. W drodze chmurzy się i
      zaczyna PADAĆ. Pilotka nie może uwierzyć, mówi o cudzie. Pierwszy
      raz widzi deszcz w Egipcie, w końcu pada tam raz na rok, lub nawet
      raz na dwa lata. Nie pada długo, najwyżej pół godziny. Docieramy do
      Dendery. Świątynia jest piękna, sala hipostylowa przypomina tą w
      Esnie. Także zachowały się kolory na kolumnach i suficie. Można
      wyjść na dach i do podziemi. Do Hurgady jedziemy w prywatnym
      konwoju, który ulatnia się gdzieś w połowie drogi.

      DZIEŃ 9
      Płyniemy z Hurgady na rafę i wyspę Giftun by popływać z maską i
      rurką. Gdy stoimy przy rafie, nie wszyscy do niej dopływają, gdyż
      fale tego dnia są całkiem spore. Po pływaniu na stateczku serwują
      całkiem niezły lunch. Aby także ci co gorzej sobie radzą z maską i
      rurką mogli popływać, więcej czasu spędzimy na wyspie. Nie ma tam
      fali, do rafy można podpłynąć z brzegu. Obserwacja ryb i rafy
      pochłania mnie całkowicie. Czas na wyspie szybko płynie, chętnie
      zostałbym do zachodu, a nawet dłużej. Materac, śpiwór, ognisko z
      pieczeniem barana – to jest myśl. Przy odpływaniu od rzędu
      połączonych ze sobą jachtów coś idzie nie tak – uderzamy w kilka z
      nich. Okazuje się, że coś nie tak z naszym silnikiem. Obsługa
      pożycza generator (czy tam coś innego – nie wiem dokładnie co to
      było) z innego jachtu i ładuje akumulator. Po pół godziny możemy
      płynąć. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po
      drodze widzimy w morzu DELFINY, a większość statków już odpłynęła.
      Drugi planowany postój na popływanie w morzu jest krótki, ponieważ
      słońce już zachodzi, a jacht nie ma świateł. Oglądamy zachód słońca
      nad górami i już po ciemku dopływamy do przystani.

      DZIEŃ 10
      Płyniemy wodolotem z Hurgady do Sharm. Przed rejsem obsługa
      rozdaje tabletki na chorobę morską - a więc będzie nieźle bujało.
      Pilotka zdradza nam, że dzień wcześniej były wątpliwości czy
      wodoloty będą pływały (zdecydowanie biuro powinno o tym ostrzegać).
      Rzeczywiście nieźle bujało, ale większości z nas doskwierała silna
      klimatyzacja. W Sharm idziemy na łódź ze szklanym dnem (fakultet).
      Jest to o tyle przyjemne, że na lądzie straszny upał, a na wodzie
      się tego nie czuje. Widoki podobne do tych co widzieliśmy pływając,
      tylko korale są bardziej kolorowe. No i można robić zdjęcia, bo nikt
      z nas nie miał sprzętu do fotografowania w wodzie. Wycieczka
      mogłaby być trochę dłuższa, ale jak za te 10 czy 15$ (nie pamiętam
      dokładnie) to jestem zadowolony. No i ta „ścieżka zdrowia”
      (pływający pomost) by dojść z brzegu na stateczek. Po powrocie na
      brzeg pilotka prowadzi nas do knajpki dla miejscowych na falafele (
      2 funty, w kolejnych miejscach będą za 1 funt). Następnie jedziemy
      do hotelu w okolicy Św. Katarzyny z przerwą na fotografie w górach.
      Wieczorem, mimo że jutro trzeba wstać o 1 w nocy, idziemy do namiotu
      beduińskiego. A tam herbatka, szisza i tańce. Niektórym naszym
      paniom użyczono beduińskich strojów, mamy także w swojej ekipie
      osobę, która taniec brzucha ćwiczyła. Zostalibyśmy w namiocie
      dłużej, ale trzeba się choć ze 2 godziny przespać przed wchodzeniem
      na Górę Synaj.

    • olszyn82 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 25.10.08, 15:29
      DZIEŃ 11
      Wstajemy o 1 w nocy by wejść na Górę Synaj. Na niebie pełno gwiazd i
      księżyc w pełni, tak więc latarki nie są potrzebne (choć niektórzy
      świecą). Nikt nie korzysta z camela, choć co chwila nam ktoś je
      proponuje. Myślałem, że ceny w sklepikach po drodze będą wyższe, ale
      nie jest ta źle. Na schodach tworzą się korki. Na szczycie ludzie
      śpiewają, dużo osób przeżywa wschód pod kontem religijnym.
      Schodzimy w kilka osób „schodami pokutnymi”. Są one strome, ale
      stopnie nie są wysokie. Drogę ciężko zgubić, a widoki są piękne.
      Schodzi mi się bardzo dobrze, paniom trochę gorzej. Na koniec widok
      na klasztor Św. Katarzyny z góry. Schodząc spotykam osoby z
      wycieczki Logos’a do Izraela. Po śniadaniu wracamy do klasztoru,
      jednak jesteśmy zmęczeni i nie zbudza on wielkiego entuzjazmu. W
      drodze do Ras Sedr odwiedzamy oaze Wadi Fajran. Palmy wyglądają
      troche mizernie, ponieważ oaze nawiedziły dwie klęski – najpierw
      powódź, a później susza. Oglądamy palmy, bo ludzie mieszkają w innym
      miejscu, zostawiamy dary oraz kupujemy naszyjniki i bransoletki.

      DZIEŃ 12
      Odpoczynek w Ras Sedr – plażowanie, pływanie i zamki z piasku:P

      DZIEŃ 13
      Na początek podjeżdżamy boczną drogą do Kanału Sueskiego. Nakazane
      mamy chować aparaty jeśli pojawia się policja. Wody kanału nie
      widać, jedynie statek na tle pustyni - niesamowity efekt.
      Następnie przejeżdżamy pod kanałem tunelem. Za tunelem jedziemy w
      wykopie. Po obu stronach na krawędzi nasypu co kilkanaście metrów
      stoi żołnierz, większość mierzy karabinami w przejeżdżające pojazdy.
      Widać, że to elitarne oddziały, co jakiś czas stoi karabin
      maszynowy. Wracamy do Kairu, gdzie zaczynamy od wjechania na Wieże
      Kairską. Widoki całkiem fajne , choć widoczność średnia – piramidy
      widać bardzo słabo, jedynie zarys. Podobno zamiast wieży, wcześniej
      w programie był któryś meczet. Szkoda, bo my zwiedzaliśmy tylko
      meczet Muhammada Alego w cytadeli. Po cytadeli jedziemy na bazar
      Chan al-Chalili, gdzie mamy 1,5 h. wolnego. Szybko uciekamy z
      głównej ulicy bazaru nastawionej na turystów. Skręcamy w pierwszą
      boczną ulice w lewo, by wstąpić na kawę do Fiszawi, która wg
      przewodnika jest otwarta przez całą dobę od 200 lat. Następnie koło
      meczetu
      al-Azhar przechodzimy przejściem podziemnym pod ruchliwą ulicą. Po
      drugiej strony bazar dla miejscowych, widzimy może z jednego
      europejczyka. Egzotyka pełna – łącznie z kurami w klatkach. Klucząc
      po uliczkach (moje panie mają już niepewne miny) docieramy do
      Zespołu al-Ghuriego, a następnie do Wikali al-Ghuriego, czyli
      dawnego karawanseraju, który zwiedzamy także w środku. Sprzedający
      bilety pokazuje otwiera dla nas także pomieszczenia, w których
      mieszkali kupcy, ich rodziny i niewolnicy. Bardzo ładne i ciekawe
      miejsce. Wracamy na główną ulice bazaru, gdzie w pośpiechu
      przepłacamy za ręcznik i przyprawy. Po kolacji pilotka prowadzi nas
      na targ warzywny i do sklepu z alkoholem w pobliżu hotelu.
      Wstępujemy też do pijalni soków, gdzie próbujemy soku z trzciny
      cukrowej.

      DZIEŃ 14
      Aleksandria. Na zdjęcia zatrzymujemy się przy Forcie Kaitbeja,
      maczetach, nowej bibliotece i w Parku Montaza. Zwiedzamy katakumby
      (to mi się najbardziej podobało ze zwiedzanych obiektów a Aleks,
      niestety nie można robić zdjęć), zespół świątynny (same fundamenty)
      z Kolumną Pompejusza i Sfinksami (tam najciekawsze są podziemia,
      które ponoć były filią Biblioteki Aleksandryjskiej, można robić
      zdjęcia) oraz teatr rzymski (co za dużo to niezdrowo). Muzeum Grecko-
      Rzymskie w remoncie. W czasie wolnym pilotka prowadzi nas na
      falafele oraz na soki do osławionego Fruit Valley. W sumie wypijam
      chyba ze 3 szklanki, a próbuje soku z mango, granatu (nie ma go
      umieszczonego w menu), guavy i kokosa.

      DZIEŃ 15
      Tego dnia rzadziej odwiedzane piramidy. Najpierw piramidy w
      Dahszur. Wchodzimy do Piramidy Czerwonej , Łamaną widzimy z daleka.
      Następnie jedziemy do piramidy w Medum, którą także zwiedzamy w
      środku. Do mastaby wchodzi 1/3 grupy!!! – naprawdę warto się
      pogimnastykować by przejść drogą, którą do komory grobowej dostali
      się rabusie. Jest ślisko, nisko, w jednym miejscu trzeba się
      przecisnąć na leżąco nogami lub głową do przodu. Emocje budzi
      wejście na drabinę. Można poczuć się jak sam Carter. W komorze
      grobowej sarkofag z odsuniętą płytą. Pod płytą leży młotek
      zostawiony przez rabusiów. Przeżycie niezapomniane. Wracając wiozą
      nas do sklepu z wyrobami z bawełną. Ceny wysokie, a targować się nie
      chcą. Pierwszego dnia może byśmy się nabrali, ale na pewno nie
      ostatniego. Za to odwiedzamy bar z falafel’ami obok sklepu  Po
      południu w Kairze wybieramy się w 6 osób metrem w okolice muzeum.
      Idziemy do stacji Doqqi przy końcu targu warzywnego i jedziemy 2
      stacje. Po powrocie ponowne odwiedzamy pijalnie soków koło
      targu.

      P.S. Magdo, masz coś do dodania?:P

      P.S. 2 A teraz czekamy na relacje pani Imki z wycieczki do Egiptu, z
      biurem podróży od pani, której w Logosie już bardzo nie lubią:P
      Jedziesz na wiosnę, czy na jesień?
      • imka.allegro Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 25.10.08, 17:04
        Każde takie Wasze wpsomnienie czyta się rewelacyjnie :) No dobra - oprócz
        wspomnień liczek, bo tam to ciarki po mnie fiukały prawie przy każdym postingu :(

        Szkoda że nie widzieliście Medinet Habu - zdziwiłam się, że było tak mało
        chętnych, u mnie w grupie 34-osobowej zgłosiło się chyba ponad 20 sztuk. Może
        faktycznie ten upał...? Jak byłam w listopadzie było całkiem znośnie, mimo że
        trafiliśmy tam po (wyczerpującej chyba w każdej porze roku) świątyni Hatszepsut.

        Swoją drogą - i tak zostało mi jeszcze parę rzeczy do obejrzenia ;-P
        Wieża Kairska, meczet Ibn Tuluma, Esna, Abydos, zejście schodami z Góry
        Mojżesza, wioska robotników na Zachodnim Brzegu, grobowce dostojników w Asuanie
        - to tak zaległości z grubsza, nie mówiąc już o oazach czy też rejsie po
        Jeziorze Nasera ;->

        O właśnie - dlaczego to JUŻ nie lubią w Logosie nowej konkurencji? Czy dlatego,
        że zabiera ludzi do oaz, do ktorych Logos nie jest w stanie zorganizować
        wycieczki już czwarty sezon? ;-P

        Zamierzam się wybrać jesienią, za rok - więc na relację trochę sobie poczekacie ;)

        Imka
      • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 26.10.08, 22:19
        Rewelacyjny opis! Tak własnie było, a może jeszcze lepiej. Ja należę
        do osób, którym spektakl światło-dźwięk w Karnaku się podobał. I
        wcale nie żałuję, że poszłam. Jak się umie angielski i ma się troch
        wyobraźni, łatwo można się przenieść w tajemniczy świat wielkich
        faraonów. Albo chociaż przeżyć romantyczną chwilę w scenerii pięknie
        oświetlonej świątyni.
        A tak ze spraw praktycznych:
        Dla wszystkich bojących się upału - nie jest tak źle, bo zawsze
        wraca się do klimatyzowanych pomieszczeń. Poza tym sporo miejsc
        zwiedza się rano, kiedy jeszcze nie jest bardzo gorąco.
        Nie trzeba się też bać wczesnego wstawania, bo tam śpi się zupelnie
        inaczej. I odsypia się "przy okazji", np. w autokarze.
        Dla ambitnych, którzy uważają dzień plaży w Ras Sedr za dzień
        stracony: po wczesnym wstaniu i męce wejścia na Synaj dzień
        odpoczynku naprawdę się przydaje.
        Na wszelkie inne pytania chętnie odpowiem. Łącznie z tym, jak
        budować zamki z piasku ;)
        • aniaw1980 Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 05.07.09, 15:01
          Witam,
          właśnie wybieram się z Logosem do Egiptu.... chcaiałabym zadać parę
          pytan dotyczących wycieczki. Będę wdzięczna za wszelkie informacje.
          Czy z Logosem do Egiptu leciała Pani z tzw międzylądowaniem? Czy
          bilety tzw wstępu uczestnicy wyciczki kupują sami stojąc w
          kolejkach? Ile gotówki oprócz proponowanej przez biuro warto było by
          mieć z sobą.... na tzw dodatkowe koszty(chodzi mi o to czy w czasie
          wycieczki pilot zaskakuje dodatkowymi kosztami?}
          • erika_anne Re: Objazdówka z Logostourem - relacja 13.07.09, 09:30
            Witam serdecznie!
            Tak, lecieliśmy z międzylądowaniem w Rzymie. Spędziliśmy tam 6
            godzin. Ale w Waszym przypadku wcale tak być nie musi.Oni chyba za
            każdym razem szkujaą innych korzystnych połączeń. Logos, ponieważ
            lata tylko raz w miesiącu, nie ma wykupionych czarterów. Ale możecie
            mieć przesiadkę krótszą i w innym mieście. Nie ma chyba
            bezpośrednich lotów rejsowych z Polski do Kairu.
            Bilety kupuje przewodniczka za każdym razem dla całej grupy. Niedy
            nie czekaliśmy długo na wejście. Pierwszego dnia daje się jej całą
            sumę na wstępy, o której pisze biuro. W naszym przypadku (a zależy
            to od kursu dolara) zostało jej jeszcze na koniec trochę pieniędzy,
            z ktorych bardzo uczciwie się z nami rozliczyła.
            W czasie wycieczki pilot nie zaskakuje dodatkowymi kosztami. Z
            dodatkowych kosztów dużą sumą było 120 dol. na fakultatywny lot
            balonem nad Luksorem. Był też dodatkowo płatny rejsik łodzią ze
            szklanym dnem w Szarm-el-Sheikh. Ale nie pamiętam, ile to było, ale
            raczej niewiele (ze 20 dol.) A kieszonkowe zależy od wlasnych
            oczekiwań i umiejętności targowania. Czasem nawet nie ma czasu na
            zakupy. Ale min, ze 200 dol. (oprócz powyższych wydatków) by się
            przydało.
            Pozdrawiam i życzę udanego wyjazdu! Z zazdroszczę, bo jeszcze raz
            bym pojechała :)