Gość: szacunek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
20.07.10, 08:00
Zniszczyć dłużnika
Zbigniew Girguś, niegdyś dobrze prosperujący przedsiębiorca z Torunia,
właściciel dużej drukarni, przepięknego kompleksu wypoczynkowego i kilku
domów, dzisiaj - bezdomny rencista, trafił w ostatnich dniach do szpitala. Już
trzeci rok syndyk masy upadłościowej Zbigniew B. "przejada" jego majątek, choć
dawno uzyskał środki do pełnego zaspokojenia wierzycieli, ten licytował dalej.
Po interwencji poseł Lidii Staroń (PO) Ministerstwo Sprawiedliwości wszczęło
kontrolę postępowania upadłościowego.
W teorii postępowanie upadłościowe ma doprowadzić przede wszystkim do
zaspokojenia wierzycieli, a nie do zniszczenia dłużnika. Bywa jednak na
odwrót. W praktyce wszystko zależy od dobrej lub złej woli syndyka i od
układów w lokalnym wymiarze sprawiedliwości, którego organa nadzorują proces
upadłościowy.
Schemat wygląda tak: dobrze prosperujący przedsiębiorca, właściciel dochodowej
firmy i wartościowych nieruchomości, potyka się na dużym kontrakcie i wpada w
długi. Nie reguluje terminowo należności wobec kontrahentów, zalega z ZUS.
Firma działa, czasem rokuje zyski, jednak nie na tyle duże, żeby można było
spłacić zadłużenie od ręki. Potrzebne jest porozumienie z wierzycielami o
przesunięciu terminu i rozłożeniu płatności na raty. Toczą się rozmowy, lecz
przerywa je jeden z wierzycieli, najczęściej ZUS, składając wniosek o upadłość
dłużnika.
To jeszcze nie dramat, o ile wierzyciele godzą się na układ. Firma pracuje,
zarabia, majątek przedsiębiorcy przewyższa wartość jego długów. Sąd ustanawia
zarządcę nad majątkiem upadłego, by zaspokoił wierzycieli z majątku dłużnika.
Licytacja nieruchomości, dzierżawa pomieszczeń i maszyn - to środki prowadzące
do celu. Bardziej radykalne posunięcia: wstrzymanie działalności gospodarczej,
upadłość likwidacyjna i sprzedaż przez syndyka masy upadłościowej - powinny,
logicznie biorąc, następować wtedy, gdy przedsiębiorstwo generuje straty, a
majątek upadłego nie pokrywa zadłużenia. W praworządnym państwie tak zapewne
jest. Ale nie w Polsce...
Świadczy o tym historia Zbigniewa Girgusia, niegdyś dobrze prosperującego
przedsiębiorcy z Torunia, właściciela dużej drukarni, przepięknego kompleksu
wypoczynkowego i kilku domów. Dziś mężczyzna jest bezdomnym rencistą, w
ostatnich dniach trafił do szpitala. Serce nie wytrzymało. Już trzeci rok
syndyk masy upadłościowej Zbigniew B. licytuje jego majątek, choć dawno
uzyskał środki do pełnego zaspokojenia wierzycieli. Gdyby nie interwencja
poselska Lidii Staroń i w jej wyniku kontrola postępowania upadłościowego
zarządzona przez Ministerstwo Sprawiedliwości, sprzedałby cały majątek.
Oczywiście za grosze. Posiadłość w Lubiczu, warta nawet kilka milionów, poszła
za niespełna 1,3 mln złotych. Sprzedano także, za kilkaset tysięcy złotych,
maszyny drukarskie dłużnika.
Tymczasem zadłużenie pana Girgusia wynosiło około 700 tys. zł (ok. 800 tys. zł
z odsetkami). Należy do tego doliczyć kwotę ok. 300 tys. zł kosztów
postępowania, w tym wynagrodzenie syndyka.
- Z dokumentów wynika niezbicie, że uzyskana kwota wystarczyłaby na
zaspokojenie wierzycieli, a mimo to licytowano nadal i postępowania
upadłościowego nie kończono. Dlatego zwróciłam się do ministerstwa o
skontrolowanie tego postępowania - wyjaśnia poseł Staroń.
Sprawa toczy się przed Wydziałem Gospodarczym Sądu Rejonowego w Toruniu.
W wyniku kontroli sędzia komisarz wstrzymał kolejne licytacje, ku
niezadowoleniu syndyka, który zamierzał sprzedać nabywcy Lubicza także
sąsiadującą nieruchomość pana Girgusia - "pod budowę obiektu
hotelarsko-gastronomicznego". Skierował nawet pismo do sędziego:
"Uprzejmie proszę sędziego komisarza o zmianę skierowanego do mnie
zobowiązania o zakazie zbywania dalszych elementów masy upadłości". Tak jakby
celem pracy syndyka była nie spłata wierzycieli, lecz dostarczenie działki pod
inwestycję wskazanemu inwestorowi...
Dalsze licytacje wprawdzie wstrzymano, lecz postępowanie upadłościowe
formalnie trwa do dziś, choć miało być zamknięte w ubiegłym roku. Zamiast
niezwłocznie spłacić długi, by nie narastały odsetki, a pozostały majątek
zwrócić właścicielowi, syndyk czeka i powiększa straty. Za swoją pracę zażądał
200 tys. zł wynagrodzenia z majątku dłużnika. Girguś, oburzony jego
postępowaniem, zakwestionował tę kwotę.
"Albo zgoda na moje wynagrodzenie i kończę sprawę w dwa tygodnie, albo
wszystko się przeciągnie i straci pan jeszcze więcej. Mnie i tak sąd przyzna
tyle, ile żądam" - tak zrelacjonował Girguś rozmowę z syndykiem w liście
skierowanym do poseł. Nie przyjął dyktatu. Zaraz potem, zapewne przez
przypadek, sędzia komisarz poszedł na zwolnienie, potem to zwolnienie
przedłużył. Girguś wylądował w szpitalu.
- Wystąpiliśmy o wyznaczenie nowego sędziego, aby sprawę wreszcie zakończyć,
interweniowałam także ponownie w Ministerstwie Sprawiedliwości - mówi Lidia
Staroń. Czeka na decyzję sądu.
Lokalna prasa pisze, że syndyk Zbigniew B. już niejednemu dłużnikowi zniszczył
życie.
- Ten człowiek traktuje nas jak szmaty. Pan jest nikim - zwykł mawiać -
opowiadają o nim poszkodowani byli przedsiębiorcy. Ich firmy zostały przez
syndyka zlikwidowane, a pracownicy trafili na bruk. Władysław Przybysz z
Grudziądza, Krzysztof Pankowski z Brodnicy, Zbigniew Girguś z Torunia i kilku
innych zapowiadają założenie stowarzyszenia, by wspólnie bronić godności.
- Zbigniew B. zaczyna od złożenia wniosku o zakaz prowadzenia działalności
gospodarczej, aby mieć delikwenta w garści - a potem robi, co chce, a sąd to
przyklepuje - mówi mecenas Lech Obara, pełnomocnik Girgusia.
- W ten sposób zamiast upadłości układowej, gdzie bez kłopotu dłużnik może
wyjść z tarapatów, dochodzi do upadłości likwidacyjnej, gdzie często za bezcen
zbywa się jego majątek - dodaje poseł Lidia Staroń.
Wobec 57-letniego Girgusia syndyk wystąpił o zakaz prowadzenia działalności
gospodarczej na całe 10 lat (!). Sąd przychylił się do lat trzech. Uznał, że
tyle na razie wystarczy...