Gość: Bruno
IP: *.olsztyn.mm.pl
07.05.06, 19:35
W oczekiwaniu na film oparty na książce Dana Browna: „Kod Leonarda da Vinci”
dowiaduję się, że nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego ukazuje się
książka "Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci" autorstwa Carla E. Olsona i Sandry
Diesel. Na dzień przed oficjalną premierą mam to dzieło i czytam z niesmakiem.
Widzę to, bowiem tak: Podstawą do wiedzy na temat Jezusa są pewne dokumenty.
Problem w tym, co uznać za dokument wystarczający, czyli mogący być
potwierdzeniem jakiejś tezy. Ja tam ufam dobrym obyczajom nauki i mocno
trzymam się takich autorytetów jak Tacyt, Pliniusz, Swetoniusz, ewentualnie
coś jeszcze w tym duchu. Są to jednak źródła bardziej mówiące o początkach
religii chrześcijańskiej niż o samym Jezusie. Uważam jednak, że te źródła są
bardzo skromne, jak na tak wielką religię i jak na czas, o którym sporo
wiemy. Reszta, np. pisma kanoniczne, uważam za element wiary a nie wiedzy.
Nic nie mam przeciwko wierze, która w każdej religii a tym samym i w kulturze
odgrywa sporą rolę. I tym większą, im mniejsza jest wiedza na określony
temat. To jasne.
Tymi samymi źródłami dysponował Dan Brown. W wyciąganiu wniosków poszedł inną
drogą – drogą fikcji literackiej. I tego nikt nie ukrywa, mimo że temat był
obrabiany na różne sposoby i stał się sposobem dyskusji o religii. Teraz, gdy
książka Browna odniosła olbrzymi sukces a film prawdopodobnie jeszcze
większy, Kościół zaciekle walczy o utrzymanie swojej wizji jako
obowiązującej. Świadczy to o dwóch sprawach: Po pierwsze, o niezręczności
słonia w składzie porcelany, bo przecież walcząc z fikcją stawia ją na
poziomie wiary; Po drugie, o błędzie metodologicznym, gdy historię czasów
dawnych tworzy w oparciu o dzisiejszą pozycję. Zupełnie jak PIS tworzy
historię PRLu w oparciu o dzisiejsze prawo. Absurd! Czego rozumienia życzę
nawiedzonym po każdej ze stron.