Gość: marek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
12.07.05, 08:00
Czy druga osoba w państwie, główny ustawodawca, może nie znać konstytucji
albo ją ignorować? Włodzimierz Cimoszewicz, marszałek Sejmu, złamał w
ostatnią sobotę art. 32 ustawy zasadniczej. Przecież "wszyscy są równi wobec
prawa. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne".
Cimoszewicz zakpił sobie z konstytucji, nie mówiąc o tym, że uchybił powadze
Sejmu, którego jest przecież marszałkiem. Cimoszewicz zakpił też sobie z
procedury karnej, na której podstawie został wezwany przed komisję śledczą.
Przy okazji zademonstrował też całkowite rozdwojenie jaźni.
Cimoszewiczów dwóch
Wezwany przez komisję śledczą ds. PKN Orlen, Cimoszewicz dokonał wykładni
ustawy o komisji śledczej i na tej podstawie wystąpił o wyłączenie z prac
komisji jej przewodniczącego Andrzeja Aumillera, a także posłów Romana
Giertycha, Zbigniewa Wassermanna, Antoniego Macierewicza, Konstantego
Miodowicza, Andrzeja Grzesika i Andrzeja Celińskiego (chyba tylko dla
równowagi). Zrobił tak, bo uznał, że nie są oni bezstronni. Po pierwsze,
dlatego że komentowali zawartość jego teczki z IPN i w ogóle go oceniali. Po
drugie, dlatego że ich partyjni koledzy są konkurentami Cimoszewicza w walce
o prezydenturę. Ergo: posłowie z komisji są "złączeni w zakresie kampanii
wyborczej jednym wspólnym interesem. Chodzi o to, aby mający obecnie
największe poparcie społeczne kandydat utracił je. (...) W waszym interesie
leży moja porażka wyborcza". Taka psychologiczna, żeby nie powiedzieć
psychiatryczna wykładnia prawa jest światowym ewenementem i powinna przejść
do historii jako lex Cimoszewicz. Gdyby ją zastosować, niemożliwe byłoby nie
tylko żadne postępowanie prokuratorskie i sądowe, ale też żaden egzamin,
ocena czy zwykłe badanie. Łaskawości Cimoszewicza można tylko zawdzięczać, że
nie wniósł o odebranie członkom komisji czynnego prawa wyborczego.
Stwierdziwszy, że pozostały w komisji poseł Zbigniew Witaszek, którego
wyłączenia się nie domagał, nie stanowi kworum, Włodzimierz Cimoszewicz
uznał, że jego dalsza obecność przed komisją nie ma sensu. Zanim wyszedł,
wprawiwszy w osłupienie przewodniczącego Aumillera, który mówił do jego
pleców, Cimoszewicz zademonstrował rozdwojenie jaźni. Stwierdził
bowiem: "Oczekuję, że poinformuje pan [Andrzej Aumiller] marszałka Sejmu
[Włodzimierza Cimoszewicza] o zaistniałej sytuacji i skieruje pan do niego
wniosek o to, aby Prezydium Sejmu rozpatrzyło złożone przeze mnie wnioski".
Innymi słowy, kandydat na prezydenta Cimoszewicz oddzielił się od marszałka
Sejmu Cimoszewicza i obaj wyszli z sali. Nie wiadomo więc, który
powiedział: "Nie pozostaje mi w tej sytuacji nic innego, jak życzyć panom
miłego wypoczynku w czasie tego weekendu". Podczas konferencji prasowej,
którą zwołał (zwołali) kilka minut później Cimoszewicz (Cimoszewiczowie),
dodał (dodali) jeszcze: "Czas udać się do lasu".
Pyszny arogant
Cimoszewicz dowiódł, że jest nieodrodnym dzieckiem PRL. Że podobnie jak
Gomułka, Gierek, Jaroszewicz, Babiuch czy Jaruzelski uważa, iż ludzie władzy
mogą robić praktycznie wszystko. Zademonstrował przy tym taką pychę i
poczucie bezkarności, że członków komisji i obecnych w sali dziennikarzy
zwyczajnie zatkało. Dał do zrozumienia, że główny ustawodawca, czyli
marszałek Sejmu, może nakładać na obywateli wszelkie prawne ograniczenia, ale
sam im nie podlega. Posłowie z komisji nie mogli wyjść z osłupienia. - Takiej
lekcji chamstwa nie spodziewałem się od faceta, który ubiega się o urząd
prezydenta - mówi "Wprost" Konstanty Miodowicz, członek komisji śledczej z
PO. - To przykład skrajnej arogancji. Nie wyobrażam sobie, żeby Cimoszewicz
zjawił się na przesłuchaniu u prokuratora i powiedział, że wyłącza
prokuratora z przesłuchania, a na odchodnym oświadczył mu, że jedzie sobie na
żubry - dodaje Zbigniew Wassermann (PiS). - Arogancja, jaką pokazał
Cimoszewicz, da się porównać tylko z czasami, kiedy Polska była folwarkiem
Jaruzelskiego - zauważa Antoni Macierewicz (RKN). Nawet lewicowy poseł
Andrzej Aumiller (UP) nie mógł wyjść z osłupienia po występie Cimoszewicza. -
Tym bardziej jest mi przykro, że jestem człowiekiem lewicy - mówi Aumiller.
Arogancja czy pycha są tylko brzydkimi cechami charakteru i można by przejść
nad nimi do porządku. Ważniejsze jest to, że Cimoszewicz postawił się ponad
prawem. Trzy komisje śledcze przesłuchały przez ostatnie miesiące prawie stu
świadków. Stawili się oni i składali wyjaśnienia - wszyscy oprócz prezydenta
Aleksandra Kwaśniewskiego, który również uznał się za stojącego ponad prawem.
To świetna zapowiedź ewentualnych rządów prezydenta Cimoszewicza, który
widocznie zamierza sprawować urząd monarchy, a nie pierwszego obywatela.
Bardzo to kontrastuje z tym, że bez najmniejszych pretensji i pokrętnych
interpretacji prawa przed komisjami śledczymi stanęli dwaj inni kandydaci na
prezydenta - Lech Kaczyński i Marek Borowski. Dlaczego oni mogli, a
Cimoszewicz nie? Bo jest "kandydatem cieszącym się obecnie największym
zaufaniem społecznym".
Wielki interpretator
Kiedy Aleksander Kwaśniewski odmówił stawienia się przed komisją śledczą,
dysponował przynajmniej kilkoma naciąganymi ekspertyzami prawnymi.
Włodzimierz Cimoszewicz sam sobie wszystko wyłożył i zinterpretował. -
Cimoszewicz stawił się przed komisją jako świadek, a nie marszałek Sejmu.
Zgodnie z ustawą o komisji śledczej i kodeksem postępowania karnego, każda
osoba ma obowiązek stawić się przed komisją i złożyć zeznania - mówi prawnik
dr Janusz Kochanowski, prezes fundacji Ius et Lex. Znany adwokat Roman
Nowosielski nie ma wątpliwości, że gdyby w podobny sposób zachował się zwykły
obywatel zeznający jako świadek, zostałby surowo ukarany. - Gdyby ktoś z
moich klientów wyszedł z sali rozpraw, sąd zareagowałby natychmiast: zostałby
doprowadzony z powrotem i ukarany karą porządkową - mówi Nowosielski. Także
prof. Piotr Kruszyński nie ma wątpliwości, że marszałek Sejmu złamał prawo. -
Można zrozumieć powody polityczne, którymi kierował się Włodzimierz
Cimoszewicz. Niemniej jednak naruszył prawo, samowolnie opuszczając
posiedzenie komisji przed zakończeniem czynności - mówi "Wprost" prof.
Kruszyński. - Pomysł wyłączenia członków komisji pod zarzutem braku
bezstronności, bo świadek kandyduje na stanowisko prezydenta, to absolutnie
nieuprawniona interpretacja. Oznaczałaby ona uniemożliwienie przesłuchania
jakichkolwiek osób kandydujących na jakiekolwiek stanowisko polityczne.
Doprowadziłoby to do oczywistego paraliżu prac komisji śledczych -
podsumowuje dr Janusz Kochanowski.
Praktyczny świętoszek
Dlaczego Włodzimierz Cimoszewicz chciał uniknąć przesłuchania przed komisją
śledczą? Teraz, kiedy cieszy się dużym poparciem (około 30 proc.) i wykreował
wizerunek polityka nie skompromitowanego, zwyczajnie bał się trudnych pytań,
które by ten wizerunek zburzyły. Choćby pytań o wart pół miliona złotych
pakiet akcji spółek PKN Orlen i Agora (wydawca "Gazety Wyborczej"). Jak sam
napisał w oświadczeniu majątkowym, te akcje miał jeszcze w 2002 r. Roman
Giertych chciał wyjaśnić, w jaki sposób Cimoszewicz nabył te akcje, skąd
wziął na nie pieniądze i co się z nimi stało. Bo w kolejnych oświadczeniach
nie ma ani akcji, ani śladu ich spieniężenia. Podczas naprędce zorganizowanej
konferencji prasowej Cimoszewicz tłumaczył, że część pieniędzy pochodziła z
pożyczki od córki i zięcia. Giertych chciał się jednak dowiedzieć, czy
pożyczka została zarejestrowana w urzędzie skarbowym. Przy okazji Cimoszewicz
zaatakował też tygodnik "Wprost", bo nie spodobały mu się pytania naszego
dziennikarza dotyczące sposobu objęcia akcji Agory. "To pytania z tezą" -
wytłumaczył zebranym. Mimo ucieczki Cimoszewicza posłowie i tak wkrótce
dowiedzą się, jak kupił on akcje Orlenu i Agory i jak się ich pozbył. Na
wniosek komisji te i inne pytania zostaną skierowane do Komisji Papierów
Wartościowych oraz