Gość: B. Wildstein
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
08.11.05, 20:16
Bronisław Wildstein
Trybunał Konstytucyjny z troską pochylił się nad prawami byłych ubeków i ich
agentów. Będą oni mogli do woli zaglądać do swoich teczek, a więc dowiadywać
się, co zachowało się w archiwach IPN na temat ich działalności. Te
informacje potrzebne są im, by wiedzieli, na jakie kłamstwa mogą sobie
pozwolić, jakie fakty przemilczeć, a czego się sfałszować już nie da. Brak
tej wiedzy był w ich wypadku źródłem dotkliwej frustracji, co wywoływało
głębokie współczucie "Gazety Wyborczej", "Tygodnika
Powszechnego", "Polityki", a więc wszystkich światłych Polaków, którzy
uznawali taką sytuację za brak równości wobec prawa. Ba, przyjmowali, jak
profesorzy Romanowski, Widacki et consortes, że jest to największy, na
szczęście jeden z rzadkich, skandali III RP.
Wprawdzie jakakolwiek wiedza o zawartości archiwów nie pozwoli przewidzieć
werdyktów sądów lustracyjnych, ale trzeba przyznać, że ta nieprzewidywalność
dotyczy wyłącznie tego, jak wiele dowodów na współpracę zostanie
zakwestionowanych przez owe gremia. Gdyby zwykłe sądy zastosowały zasadę
domniemania niewinności w takim stopniu, w jakim czynią to sądy lustracyjne,
skazanie przestępcy w Polsce okazałoby się niemożliwe.
Zasadę wyznaczył Sąd Najwyższy, który uznał, że Marian Jurczyk nie był
donosicielem, gdyż jego donosy nie wyrządzały nikomu poważnej szkody.
Prawdopodobnie nie wyrządzały, czy to znaczy, że nie istniały? Przy wydawaniu
wyroku sąd bierze pod uwagę okoliczności, czy znaczy to, że odstępując od
wyroku, na przykład dla zabójcy, kwestionuje fakt zabójstwa? Być może nie ma
podstaw do potępienia zachowania Jurczyka, ale nie zmienia to faktu, że
skłamał on w oświadczeniu lustracyjnym, nie przyznając się do współpracy z
SB. I warto pamiętać, że ten wyrok jest osiągnięciem elitarnego sądu, za jaki
w Polsce uznać można Sąd Najwyższy. Na tym dopiero tle trzeba zobaczyć sądy
lustracyjne, gdzie z reguły (zdarzają się chlubne wyjątki) kierowani są
najmniej potrzebni, a więc najgorsi pracownicy sądów - tacy, dla których
głównym imperatywem jest się nie przemęczać i nie narażać. W efekcie sprawy
lustracyjne ciągną się bez końca, a sprytni adwokaci nieomal zawsze są w
stanie wychwycić błędy w uzasadnieniu wyroku, w wyniku czego postępowanie
trzeba powtórzyć. W tej sytuacji zdumiewać musi fakt skazania kogokolwiek
przez sąd lustracyjny, a trzeba przyznać, że i takie wypadki się zdarzają,
choć prawie nie obejmują prawników donosicieli, a zwłaszcza sędziów.
Trybunał Konstytucyjny nie ograniczył swojej troski wyłącznie do informowania
ubeków i ich agentów. Ponieważ w IPN znajdują się materiały, które mogą im
nie odpowiadać, trybunał pozwolił ubekom sporządzać i dołączać do akt
wyjaśnienia i tłumaczenia. Czy nie prościej byłoby pozwolić im usuwać to, co
im się nie podoba? Być może trybunał kierował się bardzo szeroko rozumianym
prawem własności. Ponieważ akta sporządzane były przez funkcjonariuszy i ich
agentów, uznał, że są ich własnością. W ten tylko sposób można uzasadnić
utajnienie archiwów przed zwykłymi obywatelami, bo taki charakter ma
zamknięcie ich przed dziennikarzami. Chcesz wiedzieć, kto był kim w PRL?
Trzeba było zostać funkcjonariuszem SB albo chociaż agentem. Inaczej wara. Tu
nierówności Trybunał Konstytucyjny się nie dopatrzył. W ten sposób szczególna
rola byłych komunistycznych funkcjonariuszy i agentów uzyskała konstytucyjną
wykładnię. Skoro winni się stać obiektem szczególnej troski, powinni także
mieć szczególne prawa. Ten szczególny status prawdopodobnie wynika z
chrześcijańskiego miłosierdzia. W ten sposób III RP chce wynagrodzić ubekom
moralny dyskomfort, na jaki byli skazani, wykonując swoje podłe zajęcia.
Polska ustawa lustracyjna jest szczególna. Czasową utratą biernych praw
obywatelskich karane jest wyłącznie kłamstwo lustracyjne. Natomiast o fakcie
współpracy nie orzeka powołana do tego instytucja (IPN), ale sąd lustracyjny.
Świadczy to o naszej wyższości na przykład nad Niemcami, które wydawać by się
mogły klasycznym przykładem państwa prawa. Tam jednak stwierdzenie
agenturalności należy do powołanej do tego instytucji, potocznie zwanej
instytutem Gaucka. Oczywiście, od jej werdyktu, jak od decyzji każdej
instytucji państwa, można się odwołać do sądu. Sąd decyduje nie o prawdzie
merytorycznej - jaką większą od wyspecjalizowanej instytucji wiedzą mógłby on
dysponować - ale sprawdza jedynie prawidłowość procedur.
Okazuje się, że tacy Niemcy mogliby się od nas uczyć. U nas o wszystkim
decydują sędziowie, a ich werdykty nabierają rangi świętości do tego stopnia,
że - jak głosi medialne porzekadło - nie wolno o nich dyskutować. Sędziom nie
podoba się film o Amwayu, a więc zakazują jego emisji. Sędziowie lubią
ubeków, a nie lubią dziennikarzy, a więc na tym polega państwo prawa.