Dodaj do ulubionych

Batalia o NBP - prof.Mech

06.01.07, 15:48
Obecna dyskusja dotycząca kandydatury prezesa NBP w sposób istotny powinna
podkreślać wagę wyboru dla kształtowania się koniunktury gospodarczej w
Polsce, wysokości kosztów obsługi długu państwa, przedsiębiorstw, jak i
gospodarstw domowych. A możliwości obniżki tych kosztów są ogromne, gdyż
sięgają kwoty ponad 10 mld zł i to tylko w części dotyczącej obsługi długu
Skarbu Państwa. Na tym tle warto chwilę się zastanowić zarówno nad stanem
gospodarki polskiej, jak i realizacją obietnic programowych koalicji
rządowej. Podczas tej analizy wyraźnie należy rozróżnić obecną sytuację
gospodarczą kraju w skali makro, kreowaną właśnie przez politykę pieniężną,
jak i przyspieszenie wzrostu gospodarczego za granicą - od działań
systemowych realizowanych w skali mikro.
Obserwowany wzrost gospodarczy w istotnej części jest konsekwencją
przeprowadzonych w ciągu ostatniego roku przez Radę Polityki Pieniężnej
obniżek stóp procentowych. W efekcie wysokość kosztów odsetkowych uległa
szybkiemu obniżeniu aż do początku kryzysu bankowego z UniCredito na początku
marca 2006 r., aby po tym okresie ponownie wzrosnąć; niemniej jej relatywna
wysokość nie jest już tak znaczącym obciążeniem jak w przeszłości, co
powoduje skokowy wzrost opłacalności inwestycji. Jest to bardzo dobry sygnał,
oznaczający, że polskie firmy dynamicznie się rozwijają i potrzebują
pieniędzy na inwestycje, a gdyby postanowiono zaplanowaną strategię
oddziaływania na stopy procentowe kontynuować, to transfer dochodów na rzecz
sektora finansowego byłby jeszcze niższy. Niemniej w efekcie obniżek
zadłużenie firm po raz pierwszy znacząco od pięciu (!) lat wzrosło, i to aż o
4,6 mld zł w 2006 r. - czyli o 12 proc. Po pięcioletnim okresie stagnacji,
kiedy to wahało się między poziomem 123,6 mld zł na koniec 2001 r., a 127 mld
na koniec 2003 r. i 125 mld zł w roku 2005.
Osiągnięciu trwałego wzrostu gospodarczego sprzyja prowadzenie polityki
stabilizującej, która powinna zmniejszać, a nie potęgować rozmiary wahań
cyklicznych. Niestety, upolitycznione w ostatnich latach decyzje Rady
Polityki Pieniężnej nie spełniały tego kryterium. Decyzje o cięciu stóp nie
tylko zapadały z dużym opóźnieniem wobec zmian sytuacji makroekonomicznej,
ale i według zasady - gdy przeciwnik polityczny u władzy, to restrykcyjna
polityka pieniężna tłumaczona dążeniem do obniżenia inflacji istniejącej, a
jeśli ta jest niska, to antycypowanej w przyszłości.

Przede wszystkim spójność
Konieczna jest więc zmiana tego stanu i wprowadzenie spójnej polityki
fiskalno-pieniężnej. Prawo i Sprawiedliwość w programie gospodarczym
postulowało, aby polityka pieniężna stanowiła pozytywny element polityki
gospodarczej prowadzonej przez rząd w celu ograniczenia bezrobocia,
powstrzymania kryzysu demograficznego i kryzysu finansów publicznych oraz
pobudzenia inwestycji i stabilnego tempa wzrostu gospodarczego.
Zasadniczym wymogiem było obniżenie realnych stóp procentowych,
przeciwdziałanie aprecjacji złotego oraz rezygnacja z restrykcyjnego
podejścia do likwidowania inflacji. Niezależna, stabilna polityka pieniężna
miała sprzyjać eksportowi, a obniżone stopy procentowe - inwestycjom. Te dwa
czynniki stanowić miały fundament wzrostu gospodarczego, który bezpośrednio
miał się wiązać ze wzrostem zatrudnienia. Konsekwentna polityka
makroekonomiczna i monetarna wzorowana na kombinacji działań prowadzonych
przez administrację prezydenta Clintona w USA w latach 90. miała doprowadzić
do podobnego boomu gospodarczego i skokowego wzrostu zatrudnienia w okresie
do 2009 roku. Powyższy typ strategii fiskalno-pieniężnej szczegółowo opisuje
doradca Clintona (prezydenta "wybranego dzięki deklaracji: "Praca, praca i
jeszcze raz praca dla wszystkich!"") noblista Joseph E. Stiglitz w
książce "The Roaring Nineties. A New History of the World"s Most Prosperous
Decade": "długoterminowe stopy procentowe gwałtownie spadły... W związku z
tym cena długoterminowych obligacji państwowych wzrosła. W konsekwencji tej
ryzykownej gry raptownie poprawiły się bilanse banków. A ponieważ
długoterminowe stopy procentowe były teraz niskie, czyniąc długoterminowe
obligacje mniej atrakcyjną inwestycją, banki zaczęły rozglądać się za zyskami
gdzie indziej. Wróciły do swej właściwej działalności, którą jest
pożyczanie", kreowanie inwestycji i miejsc pracy.

Zapobieganie upolitycznieniu
Właściwie to tylko ten element programu gospodarczego został konsekwentnie
wprowadzony od samego początku rządu premiera Marcinkiewicza. Nastąpiło
szerokie informowanie opinii publicznej o fakcie, że w Polsce istnieje
zarówno najniższy poziom inflacji w UE przy jednocześnie dwukrotnie wyższym
poziomie stóp procentowych. Powyższe działania zapobiegły upolitycznionym
podwyżkom stóp procentowych, które postulował prezes Balcerowicz, a które w
razie wprowadzenia doprowadziłyby do wyhamowania wzrostu gospodarczego i
przerzucenia odpowiedzialności za ten stan na koalicję rządową. Nastąpiła
znacząca redukcja "spreadu" między stopami w Polsce i za granicą - spadek
stóp procentowych w Polsce o 50 pb przy jednoczesnym wzroście w strefie euro
o 150 pb oznacza względny spadek restrykcyjności polityki pieniężnej o 2
punkty procentowe, a więc o 50 proc. w stosunku do stopy bazowej, jak i
obniżki kosztów zaciągania długu, i w konsekwencji doprowadziło do
przyspieszenia poziomu inwestycji oraz PKB, zaczynając od II kwartału roku
2006. Powyższe działania jednocześnie zmniejszyły opłacalność spekulacyjnych
operacji typu "carry trade", polegających na zaciąganiu niżej oprocentowanych
zobowiązań za granicą i wykupywaniu wyżej oprocentowanego długu w Polsce.

Wzrost inwestycji
Tak jak to było zaprezentowane w programie gospodarczym PiS, w
przeciwieństwie do okresów poprzednich, kiedy to wysokie stopy procentowe
doprowadziły do znaczącej redukcji ilości opłacalnych projektów
inwestycyjnych, obniżenie stóp procentowych spowodowało znaczący wzrost
poziomu inwestycji. Ich wzrost spowodował, że w przyroście PKB stanowiły one
2,3 proc. w II kw. i aż 3,4 proc. w III kw., a więc niemal 3/5 całej dynamiki
gospodarki, w porównaniu z 0,9 proc. w I kw. ubiegłego roku. Gdyby udział
inwestycji w PKB kształtował się w wysokości 1,1 proc., a więc na poziomie
przeciętnym dla lat 2004-2005, to już obecnie wystąpiłyby widoczne objawy
dekoniunktury w postaci spadku tempa wzrostu PKB do poziomu 4,3 proc. w II
kw. i zaledwie 3,5 proc. w kw. III 2006 roku.
Tak więc batalia o NBP jest batalią o naszą przyszłość i należy mieć
nadzieję, że Sławomir Skrzypek będzie w stanie tym wyzwaniom sprostać.

Autor jest doktorem ekonomii, w przeszłości pełnił funkcję prezesa Urzędu
Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, był też wiceministrem finansów w rządzie
Kazimierza Marcinkiewicza. Współautor programu gospodarczego PiS. Absolwent
SGH oraz prestiżowego programu doktorskiego w IESE w Barcelonie. Obecnie
pracuje w Kancelarii Sejmu.


Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka