canoine
15.11.09, 08:39
Nie przynależę tu już od dawna. Brak przynależności ma swoje plusy, pozwala
wejść i wyjść kiedy się ma na to ochotę bez choćby cienia uczucia powinności
jakiejś czy innego zobo-przywią-zania. Zaglądam raz na parę miesięcy, zwykle
tylko po to, by przeczytać tytuły na pierwszej stronie, dojść do wniosku, że
nic mi to absolutnie nie mówi i wyjść znów bez słowa.
A dziś chwilę pogadam :] Bo mi się przypomniało jak ze cztery lata temu
wywracałam swój żywot do góry nogami, zmieniałam studia, miałam dziesiątki
różnych, niektórych nieco szalonych, planów, zresztą listę tych planów
wypisywałam tutaj wierząc, że nie ma niczego, czego bym nie mogła dokonać.
Choć trzeba przyznać, że realizację tych planów zaczęłam wówczas od
parotygodniowego pobytu w psychiatryku ;)
No i minęły te 4 lata czy ileś, chronologia nigdy nie była moją mocną stroną.
Plany częściowo zrealizować się udało - studia nowe skończyłam, ba - z wysoką
średnią, ale z nich wyleciałam, bo nie złożyłam pracy i się nie obroniłam.
Można więc uznać, że remis. Kurs pilota wycieczek też w końcu udało mi się
zrobić, państwowy egzamin zdać, licencja ważna na następne 5 lat leży sobie na
razie w szufladzie. Wprawdzie na paralotni dalej jeszcze latać nie umiem, ale
z listy planów bynajmniej nie wykreśliłam.
Pracuję 4ty miesiąc w jednym miejscu. Dotychczasowy rekord wynosił 5 miesięcy,
wygląda na to, że wreszcie uda mi się coś pociągnąć chwilę dłużej. Z Nowym
Rokiem będę się mogła zacząć rozglądać za jakimś poza-domowym kątem dla
siebie. Czas zacząć własne życie, odpowiedzieć sobie na dziesiątki pytań,
których się sobie nie zadawało w dawnych czasach, bo nie było ku temu okazji i
stworzyć siebie. Niejako od podstaw.
Pozmieniało mi się zupełnie. Przestałam smęcić psychiatrom, dałam sobie spokój
z lekami jakieś 3 lata temu, dopuszczając jedynie wyjątek doraźnego
uspokajacza, który mi wypisano w sierpniu. Od prawie roku za to łażę na
terapię i zaczęłam doceniać tę formę leczenia psyche. Doszłam do wniosku, że
depresja jest przereklamowana. Objawowo patrząc, można by uznać połowę mego
żywota za stan chronicznej depresji. Nazbyt często nie chce mi się żyć, ale to
nie powód, by nie planować wyprawy do Mongolii czy rowerem do Sankt
Petersburga. Z obserwacji życiowych - planów nie trzeba sobie robić - mnożą
się same jak króliki :)
I tym quasi-optymistycznym akcentem, życzę Wam Żuczki miłej niedzieli.
niegdyś-nev.