Dodaj do ulubionych

Najsztub pyta Waltera - watek Lisa cd. [Przekroj]

15.04.04, 18:36
Zdradzony prezes zdradza



Nie chodziło o niezależność. To był konflikt z człowiekiem chorobliwie
ambitnym i egocentrycznym - wyrzuca z siebie twórca TVN Mariusz Walter w
rozmowie z Piotrem Najsztubem.







Zniknięcie Tomasza Lisa to strata dla stacji?

- Z perspektywy wartości „Faktów" to pewno będzie strata, przynajmniej w
pierwszym miesiącu. W dłuższej perspektywie nie, choć bardzo tego zniknięcia
żałuję. Lis był wybitną postacią w TVN. I myślę, że będzie w życiu
politycznym... bądź dziennikarskim, jeśli wreszcie zdobędzie się na jasne
oświadczenie. Bo widać z pańskiego z nim wywiadu, że też nie uzyskał pan
jednoznacznej odpowiedzi.

Myślę, że choć ta odpowiedź już w nim jest, to musimy na nią po prostu
poczekać.

- Dał jej wyraz w „Newsweeku".

Tak pan sądzi? Komentując ranking prezydencki?

- Jestem tego pewien, co zresztą potwierdził w późniejszych wypowiedziach.
Nigdy do dziś nie padło zdanie: „Nie będę kandydował".

Dlaczego wyleciał?

- To długa historia. Tu trzeba sięgać pamięcią do co najmniej dwóch ostatnich
lat. Bo na sięganie w głębszą przeszłość przyjdzie czas przed wyborami, po to
by jego sylwetkę w pełni pokazać wyborcom. Muszę jednak uczynić pewien wstęp.
W prasie bardzo szybko mieliście państwo alternatywę. To, co się stało 15 lat
temu, czyli poszerzenie rynku, zaczęło budować skrzydła dziennikarzom,
mieliście wolność wyboru pracy. Ale tak było tylko na rynku prasowym. Na
rynku telewizyjnym dopiero TVN stworzyła tę możliwość dla dziennikarzy
informacyjnych, to znaczy decyzja właścicieli TVN o budowie silnego centrum
informacyjnego. Dla bardzo wielu po raz pierwszy zaistniała możliwość
przejścia do innej pracy.
Jednak równolegle nie zbudowała się u wszystkich wiedza środowiska o czymś,
co można nazwać kulturą dotrzymywania umów. Umowa, jeśli obie strony są
profesjonalne, przewiduje większość sytuacji. Pan Lis ma dziś odwagę
twierdzić, że on nie ma w umowie tego, co w niej jest. Myślę, że zbliża się
czas, kiedy będę musiał ją ujawnić w obronie przed zarzutem kłamstwa.

Tego, czyli czego?

- Tego, czego nadużywał, zwłaszcza w ostatnim okresie, permanentnie, a czego
erupcją był fakt niezawiadomienia prezesa zarządu TVN o tym, że - i tu po
kolei wszystko może pan sobie wymienić.

Książka, artykuły w prasie, udział w programie Kuby Wojewódzkiego? O to panu
chodzi?

- I wiele innych jego aktywności. Na każdą powinien mieć zgodę zarządu TVN.
Czy pan pamięta swoją pierwszą umowę?

Nie przywiązywałem do tego wagi.

- Odpowiedział pan to, co chciałem usłyszeć! Otóż te umowy, ponieważ
pociągają za sobą olbrzymie ryzyko, muszą być przestrzegane przez obie
strony. Powiem tak: żartem i krotochwilnym potraktowaniem miejsca, gdzie się
pracowało przez sześć lat, jest oznajmianie wszem i wobec, że się czegoś
takiego nie miało w umowie. Tu pan Tomasz Lis jako potencjalny kandydat na
prezydenta dał może nie pierwszą plamę, ale dał plamę. Bo zmusi kiedyś zarząd
TVN do ujawnienia przynajmniej tego fragmentu umowy, który został podpisany
nie raz, ale trzy razy. Co więcej, za nieprzestrzeganie tego zapisu pan Lis
został kiedyś kilkakroć ukarany.

Jak?

- Naganą.

No dobrze, ujawnicie taki zapis, a opinia publiczna, szczególnie środowisko
dziennikarskie, uzna, że nic specjalnego się nie stało, że fragmenty tej
umowy krępowały jego wolność, a on czuł się wolny.

- Nie myślę, żeby pan należał do tych, którzy opinię publiczną mają za łatwą
do kształtowania i bezmyślną. W badaniach, kto jest najlepszym dziennikarzem,
najlepiej postrzeganym, a kto jest najmniej lubianym, pan Tomasz Lis ma
zadziwiającą proporcję. O ile w pierwszej kategorii jest albo pierwszy, albo
w pierwszej trójce, o tyle w drugiej klasyfikacji jest bezapelacyjnie
pierwszy. I nigdy bym tego nie powiedział, ale to jego lekceważenie w
reakcjach przez dwa ostatnie tygodnie i brak wstrzemięźliwości w zarzucaniu
kłamstw zadziwia mnie. Więc nie jest tak, że opinia publiczna jest bezmyślna.

Ale jak dotąd musi go nie lubić za coś innego, a nie za nieprzestrzeganie
umowy. Lis mówił, że rzecznik TVN kłamał, kiedy mówił, że prowadzone są z nim
rozmowy. Twierdzi: nie było żadnych rozmów, nikt ze mną nie rozmawiał.

- Na naszej antenie rzecznik TVN nie informował o żadnych rozmowach toczących
się z Tomaszm Lisem. W pierwszej krótkiej rozmowie z prezesem zarządu TVN, a
moim synem Piotrem Walterem, usłyszał propozycję, żeby poszedł na urlop. On
odpowiedział: albo oświadczenie, albo nic.

Oświadczenie mówiące, że nie będzie kandydował?

- Tak. Jasne, czyste, ale ono nigdy nie padło.

No więc czego jeszcze chcieliście więcej?

- Proszę pana, na takie oświadczenie to czas był w czwartek, piątek, sobotę,
niedzielę bądź poniedziałek rano, przed ukazaniem się „Newsweeka" z
rankingiem prezydenckim. A Lis nie przyszedł do zarządu, tylko później
ubolewał, że zarząd do niego nie przyszedł. „Nie rozmawiają ze mną" - mówił.
Pytam: skąd, jeśli nie z próżności i skrajnego egocentryzmu, może urodzić się
sąd, że to zarząd ma do niego przyjść i coś z nim uzgadniać? Podstawowy
obowiązek to przyjść do tego, który stworzył warunki takiej kariery, jaką Lis
zrobił, i zaproponować rozwiązanie, powiedzieć coś, raz choćby użyć
słowa „przepraszam". Ale w słowniku Tomasza Lisa według mojej wiedzy i
doświadczeń to słowo nie istnieje.

Jednak pamiętajmy, że nie on był inicjatorem umieszczenia siebie w tym
rankingu.

- To nie o sam sondaż chodzi, tylko o reakcję Tomasza Lisa i brak jasnej
deklaracji, że nie będzie kandydował w 2005 roku. Pamięta pan jeszcze, co
mówiłem o umowie?

Za złamanie umów się nie przeprasza.

- Za złamanie umów opuszcza się pracę. Nie miał okazji zadzwonić do człowieka
wskazanego przez prawnie zawartą umowę i poinformować go, że jest takie
zdarzenie!? Nie. On się oderwał od ziemi, jest ponad obowiązujące
zapisy „jakiejś tam" nielogicznej umowy, które ograniczają ponoć jego prawa
obywatelskie. A ja zapytam, może nazbyt prostacko: a co by się stało, gdyby
właściciele nagle zaproponowali panu Lisowi połowę wynagrodzenia? Dalej co
prawda żyłby jak król, ale - według pana - naruszylibyśmy umowę czy nie? Czy
umowa przewiduje rozdziały ważne i nieważne?

Oczywiście w sensie prawnym nie. Ja raczej nawiązuję do sensu potocznego
zapisów umów.

- Proszę pana, jeżeli się produkuje najdroższe pół godziny w polskiej
telewizji, to nie ma dwóch sposobów widzenia - tego, co inwestuje, i tego, co
to wykonuje.

A dlaczego nie ucieszyliście się z sukcesu swojego pracownika, dlaczego wręcz
nie nakazaliście mu prowadzić „Faktów" tego dnia - one miałyby ogromną
oglądalność? Dlaczego nie próbowaliście tego zdyskontować komercyjnie?

- To było niemożliwe, bo było o te parę dni za późno. W czwartek, na pięć dni
przed publikacją rankingu „Newsweeka", redaktor naczelny „Faktów" Adam
Pieczyński dowiedział się o nim, poszedł do Tomasza Lisa i powiedział mu, że
powinien natychmiast zawiadomić o tym zarząd. A wie pan, jaka była odpowiedź?
Że nie ma numeru do Piotra Waltera. Dostał ten numer od Pieczyńskiego. Czy
myśli pan, że pan Lis zadzwonił? Nie, bo jest ponad to!

Pan cały czas przemawia obrażonym tonem.

- Mało, że obrażonym, głęboko dotkniętym!

Ale dlaczego nie zauważył pan w tej całej historii szansy?

- Jakiej szansy?

Na zwiększenie oglądalności.

- To była szansa na to, że zdezorientowany widz nie będzie wiedział, z kim ma
do czynienia! Dziennikarzem czy samopromującym się kandydatem na prezydenta.

Ale dlaczego nie być pierwszą telewizją na świecie, która poprowadzi kampanię
prezydencką swojego prezentera i wygra wybory?

- Po pierwsze, pan mnie nie zapytał, czy ja chciałbym jako współwłaściciel
stacji wydawać nasze pieniądze na to, żeby Lis został prezydentem. Odpowiadam
panu: dziś ni
Obserwuj wątek
    • absztyfikant cz.2 15.04.04, 18:38
      Na zwiększenie oglądalności.

      - To była szansa na to, że zdezorientowany widz nie będzie wiedział, z kim ma
      do czynienia! Dziennikarzem czy samopromującym się kandydatem na prezydenta.

      Ale dlaczego nie być pierwszą telewizją na świecie, która poprowadzi kampanię
      prezydencką swojego prezentera i wygra wybory?

      - Po pierwsze, pan mnie nie zapytał, czy ja chciałbym jako współwłaściciel
      stacji wydawać nasze pieniądze na to, żeby Lis został prezydentem. Odpowiadam
      panu: dziś nie chciałbym.

      Ale może miałby pan wielką oglądalność, największy polityczny reality show na
      świecie!

      - Gdybyśmy kierowali się takimi kryteriami, to byśmy w ogóle nie robili
      informacji, publicystyki! Nie byłoby „Faktów", „Uwagi", nie
      byłoby „Superwizjera", nie byłoby szeregu ukazanych afer.

      Ale dobrze, róbcie te wszystkie programy, miejcie tę misję, tu była szansa na
      megashow!

      - Niech pan się nie martwi z powodu naszej utraconej szansy, bo my na to
      patrzymy inaczej. Ta stacja we wszystkich badaniach uzyskiwała najlepsze wyniki
      wizerunkowe, i nie tylko z powodu 24 minut „Faktów", ale całego 24-godzinnego
      programu. Byłoby to wbrew naszym zasadom. Bo je mamy. To larum, które próbuje
      podnosić pan Tomasz, że były naciski, a on był tym gwarantem niezależności...
      To nieprawda. Powiedział w radiu u Moniki Olejnik, że raz doznał jakiegoś
      ograniczenia swojej wolności, a ja panu mówię, że i ten raz to guzik prawda!

      W wywiadzie dla „Przekroju" sugerował, że podczas poprzedniej kampanii
      prezydenckiej były naciski ze strony szefostwa TVN na lepsze traktowanie
      Kwaśniewskiego, że to szefostwo czuje teraz sympatię do kandydatury Jolanty
      Kwaśniewskiej i to być może spowodowało jego zwolnienie.

      - A co ma opowiadać? Że nie dotrzymał umowy?

      Zachowuje się pan jak żona, którą zdradził mąż.

      - I dobrze! Właściwie pan odczytuje mój stan! Czy pan sobie wyobraża, że kiedy
      mówi się potocznie: „Lis zbudował „Fakty” ", że to jest pełna prawda? To duże
      nadużycie. To efekt antenowy. Każdy w tej stacji wie, że jeśli chodzi o sprawy
      dziennikarstwa „Faktów", to już nie tylko Lis, a po drugie, gdy chodzi o odwagę
      decyzji czysto biznesowych i inwestycyjnych i wytrwanie przy nich, przy tym
      najdroższym z programów, to jest też w tym jakiś współudział zarządu, a tego
      nie ma w żadnej wypowiedzi Lisa. Ja nie akceptuję egocentryków!

      Polityk musi być egocentrykiem.

      - Życzę panu wszystkiego najlepszego przy takich poglądach!

      Dziękuję. Ale to pan sam powiedział mu kiedyś, że będzie prezydentem.

      - Tak, bo zobaczyłem ogrom jego ambicji! Pan chce być prezydentem -
      powiedziałem. Nie zawahałbym się powiedzieć, że Lis jest taką jednostką
      niekontrolowalnej przez siebie samego ambicji, samokreacji, egocentryzmu, które
      być może po tym wszystkim mogą zostać przez niego zauważone. I w sumie Lis może
      spaść na cztery łapy, jeśli chodzi o swoje dalekosiężne plany. Bo dotąd nie
      doznał niepowodzenia.
      A dla równowagi powiem też szczerze, że uważam Lisa za niebywale utalentowanego
      dziennikarza, władającego zarówno słowem, jak i tekstem w sposób perfekcyjny.
      Do tego stopnia, że przy braku wewnętrznej kontroli, a tę utracił - myślę, że
      temu świadkowałem, a nawet to zauważyłem - jest w stanie przy pełnej sali
      udowodnić, że dwa razy dwa wcale nie jest cztery, tylko pięć, i wszyscy
      słuchaliby go z rozdziawionymi ustami. Jest żonglerem słowa, a nawet myśli,
      tylko to jest tak samo wspaniałe jak i niebywale niebezpieczne, jeżeli niczym
      nie jest ograniczone. On żyje w przekonaniu: ja mogę wszystko, nawet o wiele
      więcej niż wszyscy inni razem wzięci.

      Tak się zdarzyło, że z TVN zniknęło dwóch dziennikarzy powszechnie uważanych za
      niezależnych, co pan sam w przypadku Tomka Lisa udowodnił, czyli on właśnie i
      Monika Olejnik. Oczywiście oba przypadki są różne, ale mogą pokazywać jakąś
      tendencję, że dziennikarzom, którzy zbyt często albo prawie zawsze mają swoje
      zdanie, jest tu trudno.

      - Przecież jeśli człowieka nie przybiją do krzyża, a wie, że jest to konieczne
      dla uszlachetnienia wszelkich jego motywacji działań i zachowań, to się sam
      przybije!

      Czyli oni oboje sprowokowali swoje odejście z TVN?

      - Ale nic podobnego, nie to chciałem powiedzieć. Nieobecność pani Moniki,
      której odejścia bardzo żałuję, wynika z jej niepogodzenia się ze zmianami
      ramówkowymi. Pani Monika nie chciała przyjąć do wiadomości...

      Nie chciała zostać zmarginalizowana.

      - To nie byłaby marginalizacja, ponieważ myśmy jej proponowali codzienną
      obecność w TVN24, a w TVN godzinny program, takie tygodniowe
      podsumowanie „Kropki..." z TVN24. Więc przedstawianie tego jako propozycji
      marginalnej jest żartem, bo TVN24 nie jest stacją marginalną wbrew pozorom, a
      tymi pozorami jest jej formalnie mały zasięg. A co do tonów politycznych...
      Proszę mi wskazać stację, która przez ostatnie cztery lata nie przegapiła
      żadnej ważnej afery, wykroczenia, złego zachowania politycznego. Która nikogo
      nie oszczędziła. To TVN, TVN24! I po sześciu latach „Faktów" on mi opowiada po
      różnych gazetach, że była presja. Pokażcie mi sińce po tej presji!

      W tej chwili Lisa zastąpił Rymanowski. Czy stacja będzie szukała jakiejś nowej,
      a ewidentnej gwiazdy na to miejsce, żeby spróbować odwalczyć miejsce
      poprzednika?

      - Po pierwsze, nie utraciliśmy miejsca Lisa, jeżeli pan przejrzy wyniki...

      Mniej chodzi tu o oglądalność.

      - A o odbiór społeczny, no tak. Dotyka pan tutaj kolejnej bardzo niemiłej do
      zrelacjonowania historii negocjowania przeze mnie dwóch wcześniejszych
      kontraktów... Wie pan, na co najwięcej czasu straciłem w rozmowach z Tomaszem
      Lisem?

      Nie.

      - Mówiłem mu: panie Tomaszu, nie może pan przez cały tydzień
      prowadzić „Faktów", dlatego że w sytuacji, w której coś się stanie, stacja musi
      mieć innego zawodnika. Musi pan stworzyć przestrzeń rozwojową dla innych. Wtedy
      zazwyczaj słuchałem długiego wywodu, jaka jest wartość tego, że on to będzie
      robił od początku do końca, a na argument, że potrzebuję przestrzeni rozwojowej
      dla kilku innych kolegów i koleżanek i że muszę myśleć również o nich,
      otrzymywałem twarde ”nie".

      Czyli jest pan w kłopocie?

      - Nie jestem w kłopocie. Bo mam redakcję „Faktów" i TVN24, razem 140
      dziennikarzy. A mam przede wszystkim pana Rymanowskiego. Mamy ludzi, którzy
      będą się starali, to potrwa, niełatwo jest dogonić Lisa, ani przez moment tego
      nie udaję i nie usłyszy pan ode mnie, że nic się nie stało. Ale na przykład
      pana Rymanowskiego uważam za człowieka, który nie będzie potrzebował dużo
      czasu, żeby uszczuplić w widzach poczucie nieobecności pana Lisa. Zresztą
      liczyliśmy się z takim rozwojem wypadków. Ja bym kolejnej umowy z Lisem nie
      podpisał, bo uważałem, że to jest moment, w którym on odrywa się od ziemi i
      szybuje do, jak to mówił w pańskim wywiadzie, wielotysięczników. Jednak od
      dwóch lat TVN prowadzi mój syn. Piotrek zrobił wszystko, żeby jego stosunki z
      Lisem były inne niż ze mną. Ja zawsze czułem się z nim jak na ringu. Piotr
      starał się ułożyć z nim te stosunki na zasadzie bardziej partnerskiej. Piotr
      liczył, że się dogadają. Nie udało się. W jednym z wywiadów Lis na
      pytanie: „Czy ma pan żal do zarządu TVN?", odpowiada: „Kategoria żal pojawia
      się u mnie, gdy z czyjejś strony mogę doznać zawodu, w tym wypadku nie ma więc
      mowy o żalu".
      Po sześciu i pół roku życia bez żadnych ograniczeń finansowych, merytorycznych,
      gdzie wyhodował swoje skrzydła przystosowane do najwyższych lotów, gdzie ma, co
      chce, gdzie nawet markę samochodu się z nim uzgodniło, gdzie się mu ustępuje,
      powiedzieć coś takiego zarządowi?!...

      Chyba nikt nie mógł pana głębiej dotknąć?

      - Nikt mnie już nie dotknie głębiej niż on, zwłaszcza że obarczyłem „problemem
      Lisa" mojego syna. Nie wtrącałem się do negocjacji ostatniego kontraktu z
      Lisem. Jak można powie
      • absztyfikant cz.3 15.04.04, 18:39
        Chyba nikt nie mógł pana głębiej dotknąć?

        - Nikt mnie już nie dotknie głębiej niż on, zwłaszcza że obarczyłem „problemem
        Lisa" mojego syna. Nie wtrącałem się do negocjacji ostatniego kontraktu z
        Lisem. Jak można powiedzieć ludziom po sześciu latach życia w skrajnym dostatku
        zawodowym, egzystencjonalnym, jak można im coś takiego powiedzieć! Nie można
        mieć ludzi, z którymi się pracowało na co dzień sześć lat, za dotkniętych
        całkowitą amnezją, którzy mu nie odpowiedzą na coś takiego jak
        oświadczenia: „Mój pełen serca i pasji superpozytywny stosunek do TVN" - to
        cytat z zeszłego „Przekroju".

        Pan w to powątpiewa?

        - Nie tylko powątpiewam! Jeżeli oglądam w konkurencyjnej stacji talk-show, w
        którym Tomek dystansuje się wyraźnie od TVN, kiedy siedzi na jednej ławce z
        sobowtórami Elvisa, i mam w pamięci walkę, jaką zarząd musiał stoczyć, to
        proszenie, łaszenie się, zmuszanie, namawianie do tego, żeby wystąpił w meczu
        piłkarskim aktorzy kontra TVN i „Big Brother", a Tomek nie chciał w nim
        wystąpić i nie przekonał go nawet argument, że na zwycięzcę „Big Brothera"
        głosowało kilka milionów ludzi... A tu siada w programie konkurencyjnej stacji
        obok sobowtórów Elvisa i na pytanie, co pan oglądał w TVN, odpowiada, że nic
        nie oglądał. A co to jest akcja kropek? Nie wiem, co to jest akcja kropek. To
        jest ten superpozytywny stosunek? Że jak „Wiadomości" dają na pierwszym miejscu
        porwanie dwóch dziennikarzy polskich, w tym naszego Firleja, my to dajemy w 16.
        minucie? Prawda jest taka, że to nie jest konflikt o niezależność, to jest
        konflikt z człowiekiem chorobliwie ambitnym, egocentrycznym.

        Spróbujmy na chwilę zapomnieć o Lisie. Da pan radę?

        - Oczywiście.

        Za trzy miesiące będziemy w Unii, nasz rynek otworzy się na zachodnie koncerny
        telewizyjne. Przez dwa lata toczyły się spory o kształt ustawy, za pomocą
        której rząd chciał was do tego wejścia przygotować. Wszystko uległo rozsypce.
        Może to dobrze?

        - Wie pan, ktoś niewprowadzony w branżę medialną mógłby powiedzieć, że to
        nieźle, wolny rynek. Jedyna możliwa odpowiedź, jeśli się cokolwiek o tej branży
        wie, brzmi, że to jest tragiczne, że polski rynek medialny nie uzyskał żadnego
        wzmocnienia polegającego choćby na możliwości łatwej konsolidacji. Nie mówiąc
        już o tym, co kiedyś publicznie proponowałem, żeby dla uważanych za silne i
        poważne mediów prasowych, radiowych i telewizyjnych zorganizować bardzo duże i
        bardzo niskooprocentowane specjalne kredyty finansowe, żeby się mogły wzmocnić
        i nie być poddanymi pokusie szybkiego, łatwego zarobku - sprzedaży.
        Wielkość i siła kapitału pozwalają na przyduszenie konkurencji aż do ziemi, aż
        jej kark pęknie, a potem budowanie albo czegoś lepszego, albo czegoś całkiem
        niewartościowego i tak uniwersalnego, że pan już nie będzie wiedział, czy
        ogląda to w Polsce, czy w Belgii.

        A kto tutaj mógłby wejść?

        - Wszyscy, bo nikt nie odpuści 39-milionowego rynku, który ma rosnące PKB i na
        którym siła nabywcza rośnie. To może być piekielnie silny rynek, czyli wielkie
        przychody z reklam i nie po tych cenach co dziś, tylko zawodowych. My jesteśmy
        najtańsi, oprócz Chorwacji - mówię o cenach reklam. Straszne jest to, w jakiej
        atmosferze zbliżyliśmy się do tego 1 maja - w atmosferze niemożności ustalenia
        nowych regulacji ustawowych, w atmosferze rozpoczętego i nieskończonego procesu
        Rywina.

        Jesteście łatwym łupem dla zachodnich koncernów?

        - Łatwiejszym, niż byliśmy. Jesteśmy dziś nie tylko bez pancerza, można
        powiedzieć, że rozebrano nas do koszuli.

        Czy z tej perspektywy rozpętanie afery Rywina nie było błędem, czy nie trzeba
        było tego raczej schować pod sukno i prowadzić dalej rozmowy z rządem?

        - O chowaniu pod dywan nie może być mowy. A co do samej ustawy... Gdyby
        nowelizację ustawy zaczęto o wiele wcześniej albo odłożono na o wiele później,
        wcześniej wykonując jakieś ruchy wzmacniające obie części rynku, to byłoby
        znacząco lepiej. Tylko była idea wzmocnienia ponad miarę telewizji publicznej,
        a osłabienia rynku prywatnych nadawców. I w zabiegu, który miał inteligentnie i
        szybko wzmocnić jedną nogę, połamano obie.

        Przy okazji afery Rywina okazało się, że Agora chciała kupić Polsat. Dlaczego
        nigdy między wami do takich rozmów nie doszło, jesteście swoimi naturalnymi
        partnerami?

        - Zgoda na to, że to naturalny partner. O czym obie strony wiedzą, bośmy nieraz
        rozmawiali. Natomiast my nie mamy najlepszych doświadczeń w prowadzeniu tej
        stacji i kanałów ze wspólnikami. To jest bardzo trudne zadanie. Nasz pierwszy
        wspólnik stukał nam po głowie, kiedyśmy wkładali wielkie pieniądze właśnie w
        informacje.

        Ale Agora to jednak inny partner, niż mieliście do tej pory, nie finansowy,
        tylko merytoryczny, ma duże zaplecze dziennikarskie, to partner strategiczny, z
        którym moglibyście nie bać się światowych gigantów wchodzących do Polski.

        - Powiem panu otwarcie: było kilka rozmów, które nigdy nie wyszły poza wzajemne
        sygnały.

        Przelatuje wam jakaś szansa przed nosem?

        - Może. Bardzo ważnym elementem jest chęć pozostania całkowicie samodzielnymi,
        to jest po obu stronach.

        A może jesteście Lisami-indywidualistami?

        - Ale nikt nikogo nie obraża, proszę na to zwrócić uwagę.

        Często podnoszona jest przez publicystów czy w środowiskowych rozmowach pańska
        sympatia dla Pałacu Prezydenckiego. Dlaczego właściwie pojawił się pan wtedy na
        wieczorze wyborczym u Kwaśniewskiego? Sporo osób odebrało to jako błąd, że szef
        stacji w ten sposób deklaruje swoją sympatię do kandydata, prezydenta.

        - Po pierwsze, pojawiłem się, gdy pan prezydent był już wybrany. Po drugie,
        uważam, że szef stacji powinien chodzić wszędzie tam, gdzie go zapraszają,
        jeżeli są to ważne miejsca. Bez wątpienia zaproszenie prezydenta jest dla mnie
        czymś takim. Gdyby mnie pan widział wśród tłumu obserwującego tablicę z
        wynikami, kiedy jeszcze nic nie wiadomo, zagryzającego palce w niepewności, to
        miałby pan dziś łatwiejszą ze mną rozmowę, a tak ciężko mnie pokroić.

        No to inaczej. Sympatyzuje pan z kandydaturą Jolanty Kwaśniewskiej, podoba się
        panu ta kandydatura?

        - Trudno sobie wyobrazić lepszą Pierwszą Damę. Ta para nas reprezentuje bez
        zarzutu.

        Ale za półtora roku będziemy wybierali nie parę, tylko...

        - Dzisiaj postrzegam panią Kwaśniewską jako znakomitą Pierwszą Damę, która
        bardzo pożytecznie spędza czas, podobnie jak inne damy w świecie towarzyszące
        mężom.

        Przejdźmy do meritum.

        - Mówienie na półtora roku przed wyborami o osobach, które na razie się nie
        zdeklarowały... Kiedy się zdeklarują, byłaby możliwość i potrzeba dziennikarska
        zbadania ich zachowań w dyskusji na tematy merytoryczne. Ja nie mam
        wyobrażenia, jak pani Jolanta Kwaśniewska wypadnie w dyskusji z panem Iksińskim
        czy z panią Iksińską.

        Mając taką samą wiedzę wstępną na temat Lisa polityka, kategorycznie mówi
        pan „nie".

        - Postrzegam ją jako osobę bardzo wartościową i postrzegam ją jako osobę
        bezkonfliktową, która na tle chamstwa politycznego jawi się jako oaza taktu,
        spokoju i racjonalnego działania na obszarze, który dziś uprawia. Jaka jest jej
        wiedza i kompetencja do bycia pierwszą osobą w państwie? Dziś nie mam pewności,
        ale jak wielu jestem tego ciekaw, więc nie chcę wyrokować. Poczekajmy, aż
        stanie przed jakimś egzaminem.

        Ale już dziś mogę powiedzieć, że jeżeli w drugiej turze wyborów prezydenckich
        będzie Lis i Kwaśniewska, to pan zagłosuje na Kwaśniewską.

        - Nie chciałbym, by Tomasz Lis był moim prezydentem. Nie może być nim człowiek,
        który nie przestrzega tego, co sam podpisał.





        Rozmawiał Piotr Najsztub
        Warszawa, 18 lutego 2004 r.





        Mariusz Walter, urodził się 66 lat temu we Lwowie. Ukończył Politechnikę
        Gliwicką. Karierę w mediach zaczął w katowickim radiu i tamtejszym ośrodku
        telewizyjnym. W 1963r. Trafił do centrali TVP w Warszawie. Wyprodukował po
        • absztyfikant cz.4 15.04.04, 18:40
          Rozmawiał Piotr Najsztub
          Warszawa, 18 lutego 2004 r.





          Mariusz Walter, urodził się 66 lat temu we Lwowie. Ukończył Politechnikę
          Gliwicką. Karierę w mediach zaczął w katowickim radiu i tamtejszym ośrodku
          telewizyjnym. W 1963r. Trafił do centrali TVP w Warszawie. Wyprodukował ponad
          300 programów telewizyjnych, w tym bardzo popularne w latach 70. „STUDIO 2".
          Odszedł z TVP w 1982 r. Dwa lata później wspólnie z Janem Wejchertem założyli
          spółkę ITI – wówczas małą firmę handlującą sprzętem elektronicznym i kasetami
          wideo, a dziś holding rozrywkowo-medialny. W 1997r. Stworzył swoje niezależnie
          dzieło – bezpłatny ogólnopolski kanał telewizyjny TVN – i został pierwszym
          prezesem stacji. Jest mężem Bożeny Walter, ma dwoje dzieci, Sandrę i Piotra –
          obecnego prezesa TVN.





          ”W ciągu ostatnich miesięcy Tomasz Lis wielokrotnie naruszał zasady umowy,
          którą zawarł ze stacją 30 września 2003 r., mówiące o konieczności uzyskiwania
          zgody na publiczne wystąpienia i wypowiedzi. Był w tej sprawie upominany przez
          prezesa TVN i przez właścicieli stacji. Mimo to prowadził nadal działania poza
          anteną TVN (...). Doprowadził tym samym do głębokiego kryzysu zaufania w swych
          relacjach z kierownictwem Telewizji TVN" - Z komunikatu zarządu TVN z
          10.02.2004
          • Gość: Pismak Re: cz.4 IP: 80.51.242.* 15.04.04, 20:30
            W zasadzie bez trudu mogę dodać do tego niemal z pierwszej ręki, że Lis jest
            wobec swoich współpracowników cholernie nieprzyjemny. Bywa ordynarny, zachowuje
            się jak gwiazdor, jest zarozumiały itp. itd. To wszystko prawda. I co z tego?
            Co to zmienia? Jest poważnym kandydatem na prezydenta tego kraju i być może
            nawet wygra. Niejeden miły gość w naszej historii był w domu okrutnikiem i
            tyranem. Mnie wcale nie bawi fakt, że z Lisa jest kawał sukinsyna. Te jego
            ambicje są niebezpieczne, bo może facetowi kiedyś odbić ta "wiodąca rola" i
            jeszcze się mesjaszem ogłosi. Ale jego kandydatura mimo tych obaw wciąż jest
            realna. Myślę, że z czasem w notowaniach (jeżeli takie będą) będzie zyskiwał, a
            Jolka będzie tracić. Ona niewiele robi w kierunku swojej kandydatury. Po prostu
            jest. To dobre w momencie, gdy pokazuje się pierwszy sondaż i jej wynik
            wszystkich zaskakuje. Ale rzeczywistość nie znosi próżni. Zmieniła się
            sytuacja - od Joli się teraz czegoś wymaga. Ludzie oczekują, że coś zrobi -
            czymś potwierdzi to społeczne zaufanie albo czymś swoją kandydaturę
            skompromituje. Nie można udawać, że się nie gra, kiedy karty leżą na stole,
            niemal wyłożone. To denerwuje. Jeżeli nie współgraczy, to na pewno publiczność.
            A Lis robi sporo. Na robieniu sobie dobrego public to on się akurat zna. Jola
            może napisać książkę o cukrzycy albo mammograficznej biopsji piersi. A Lis
            walnie kolejny traktat o Polsce, w którym wyłoży swój populistyczny przecież
            program wyborczy. I ruszy w rundkę promocyjną po kraju. To jest swego rodzaju
            fenomen, że facet robi sobie kampanię wyborczą już teraz, tak wcześniej. Tak,
            jak pisałem wcześniej - wolę Lisa. Ale to wcale nie znaczy, że będę na niego
            głosował :))). W końcu to pojedynek Barbie vs. Ken. Taki medialny reality show.
            Na tej samej zasadzie miałem faworytów w Big Brotherze, ale nie wysyłałem
            smsów. Smutne jest to, że o losach tego kraju może zadecydować taki medialny
            show z malowanymi idolami tłumów. To jest dopiero problem. A może tylko znak
            czasów.

            pismak_logowany@gazeta.pl
    • piotr33k2 Re: Najsztub pyta Waltera - watek Lisa cd. [Przek 15.04.04, 20:10
      po przeczytaniu tego wywiadu utwierdziło się we mnie przekonanie że to o czym
      juz dawno ćwierkały wróbelki jest jednak prawdą ,prawdą jest że walter i tvn
      silnie promują i chciałyby widzieć jolante na fotelu prezydenta .jeżeli chodzi
      o egocentryzm lisa to coś w tym napewno jest ,lis zbytnio w siebie uwierzył i
      zapatrzył, trzeba jednak pamiętać że miał ku temu podstawy bo to ostatecznie
      on wypromował i doprowadził fakty do tego czym są dzisiaj ,na początku jakoś
      walterowi nie przeszkadzały królewskie warunki kontraktu gdy za wszelką cenę
      podkupił go telewizji publicznej .murzyn zrobił swoje i stał sie za bardzo
      egocentryczny więc murzyn może odejść ,szkoda tylko że bez murzyna i murzynki
      (olejnik) ta telewizja byłaby taka w publicystyce jak jest w rozrywce i
      kulturze czyli - wieś tańczy i śpiewa!.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka