absztyfikant
15.04.04, 18:36
Zdradzony prezes zdradza
Nie chodziło o niezależność. To był konflikt z człowiekiem chorobliwie
ambitnym i egocentrycznym - wyrzuca z siebie twórca TVN Mariusz Walter w
rozmowie z Piotrem Najsztubem.
Zniknięcie Tomasza Lisa to strata dla stacji?
- Z perspektywy wartości „Faktów" to pewno będzie strata, przynajmniej w
pierwszym miesiącu. W dłuższej perspektywie nie, choć bardzo tego zniknięcia
żałuję. Lis był wybitną postacią w TVN. I myślę, że będzie w życiu
politycznym... bądź dziennikarskim, jeśli wreszcie zdobędzie się na jasne
oświadczenie. Bo widać z pańskiego z nim wywiadu, że też nie uzyskał pan
jednoznacznej odpowiedzi.
Myślę, że choć ta odpowiedź już w nim jest, to musimy na nią po prostu
poczekać.
- Dał jej wyraz w „Newsweeku".
Tak pan sądzi? Komentując ranking prezydencki?
- Jestem tego pewien, co zresztą potwierdził w późniejszych wypowiedziach.
Nigdy do dziś nie padło zdanie: „Nie będę kandydował".
Dlaczego wyleciał?
- To długa historia. Tu trzeba sięgać pamięcią do co najmniej dwóch ostatnich
lat. Bo na sięganie w głębszą przeszłość przyjdzie czas przed wyborami, po to
by jego sylwetkę w pełni pokazać wyborcom. Muszę jednak uczynić pewien wstęp.
W prasie bardzo szybko mieliście państwo alternatywę. To, co się stało 15 lat
temu, czyli poszerzenie rynku, zaczęło budować skrzydła dziennikarzom,
mieliście wolność wyboru pracy. Ale tak było tylko na rynku prasowym. Na
rynku telewizyjnym dopiero TVN stworzyła tę możliwość dla dziennikarzy
informacyjnych, to znaczy decyzja właścicieli TVN o budowie silnego centrum
informacyjnego. Dla bardzo wielu po raz pierwszy zaistniała możliwość
przejścia do innej pracy.
Jednak równolegle nie zbudowała się u wszystkich wiedza środowiska o czymś,
co można nazwać kulturą dotrzymywania umów. Umowa, jeśli obie strony są
profesjonalne, przewiduje większość sytuacji. Pan Lis ma dziś odwagę
twierdzić, że on nie ma w umowie tego, co w niej jest. Myślę, że zbliża się
czas, kiedy będę musiał ją ujawnić w obronie przed zarzutem kłamstwa.
Tego, czyli czego?
- Tego, czego nadużywał, zwłaszcza w ostatnim okresie, permanentnie, a czego
erupcją był fakt niezawiadomienia prezesa zarządu TVN o tym, że - i tu po
kolei wszystko może pan sobie wymienić.
Książka, artykuły w prasie, udział w programie Kuby Wojewódzkiego? O to panu
chodzi?
- I wiele innych jego aktywności. Na każdą powinien mieć zgodę zarządu TVN.
Czy pan pamięta swoją pierwszą umowę?
Nie przywiązywałem do tego wagi.
- Odpowiedział pan to, co chciałem usłyszeć! Otóż te umowy, ponieważ
pociągają za sobą olbrzymie ryzyko, muszą być przestrzegane przez obie
strony. Powiem tak: żartem i krotochwilnym potraktowaniem miejsca, gdzie się
pracowało przez sześć lat, jest oznajmianie wszem i wobec, że się czegoś
takiego nie miało w umowie. Tu pan Tomasz Lis jako potencjalny kandydat na
prezydenta dał może nie pierwszą plamę, ale dał plamę. Bo zmusi kiedyś zarząd
TVN do ujawnienia przynajmniej tego fragmentu umowy, który został podpisany
nie raz, ale trzy razy. Co więcej, za nieprzestrzeganie tego zapisu pan Lis
został kiedyś kilkakroć ukarany.
Jak?
- Naganą.
No dobrze, ujawnicie taki zapis, a opinia publiczna, szczególnie środowisko
dziennikarskie, uzna, że nic specjalnego się nie stało, że fragmenty tej
umowy krępowały jego wolność, a on czuł się wolny.
- Nie myślę, żeby pan należał do tych, którzy opinię publiczną mają za łatwą
do kształtowania i bezmyślną. W badaniach, kto jest najlepszym dziennikarzem,
najlepiej postrzeganym, a kto jest najmniej lubianym, pan Tomasz Lis ma
zadziwiającą proporcję. O ile w pierwszej kategorii jest albo pierwszy, albo
w pierwszej trójce, o tyle w drugiej klasyfikacji jest bezapelacyjnie
pierwszy. I nigdy bym tego nie powiedział, ale to jego lekceważenie w
reakcjach przez dwa ostatnie tygodnie i brak wstrzemięźliwości w zarzucaniu
kłamstw zadziwia mnie. Więc nie jest tak, że opinia publiczna jest bezmyślna.
Ale jak dotąd musi go nie lubić za coś innego, a nie za nieprzestrzeganie
umowy. Lis mówił, że rzecznik TVN kłamał, kiedy mówił, że prowadzone są z nim
rozmowy. Twierdzi: nie było żadnych rozmów, nikt ze mną nie rozmawiał.
- Na naszej antenie rzecznik TVN nie informował o żadnych rozmowach toczących
się z Tomaszm Lisem. W pierwszej krótkiej rozmowie z prezesem zarządu TVN, a
moim synem Piotrem Walterem, usłyszał propozycję, żeby poszedł na urlop. On
odpowiedział: albo oświadczenie, albo nic.
Oświadczenie mówiące, że nie będzie kandydował?
- Tak. Jasne, czyste, ale ono nigdy nie padło.
No więc czego jeszcze chcieliście więcej?
- Proszę pana, na takie oświadczenie to czas był w czwartek, piątek, sobotę,
niedzielę bądź poniedziałek rano, przed ukazaniem się „Newsweeka" z
rankingiem prezydenckim. A Lis nie przyszedł do zarządu, tylko później
ubolewał, że zarząd do niego nie przyszedł. „Nie rozmawiają ze mną" - mówił.
Pytam: skąd, jeśli nie z próżności i skrajnego egocentryzmu, może urodzić się
sąd, że to zarząd ma do niego przyjść i coś z nim uzgadniać? Podstawowy
obowiązek to przyjść do tego, który stworzył warunki takiej kariery, jaką Lis
zrobił, i zaproponować rozwiązanie, powiedzieć coś, raz choćby użyć
słowa „przepraszam". Ale w słowniku Tomasza Lisa według mojej wiedzy i
doświadczeń to słowo nie istnieje.
Jednak pamiętajmy, że nie on był inicjatorem umieszczenia siebie w tym
rankingu.
- To nie o sam sondaż chodzi, tylko o reakcję Tomasza Lisa i brak jasnej
deklaracji, że nie będzie kandydował w 2005 roku. Pamięta pan jeszcze, co
mówiłem o umowie?
Za złamanie umów się nie przeprasza.
- Za złamanie umów opuszcza się pracę. Nie miał okazji zadzwonić do człowieka
wskazanego przez prawnie zawartą umowę i poinformować go, że jest takie
zdarzenie!? Nie. On się oderwał od ziemi, jest ponad obowiązujące
zapisy „jakiejś tam" nielogicznej umowy, które ograniczają ponoć jego prawa
obywatelskie. A ja zapytam, może nazbyt prostacko: a co by się stało, gdyby
właściciele nagle zaproponowali panu Lisowi połowę wynagrodzenia? Dalej co
prawda żyłby jak król, ale - według pana - naruszylibyśmy umowę czy nie? Czy
umowa przewiduje rozdziały ważne i nieważne?
Oczywiście w sensie prawnym nie. Ja raczej nawiązuję do sensu potocznego
zapisów umów.
- Proszę pana, jeżeli się produkuje najdroższe pół godziny w polskiej
telewizji, to nie ma dwóch sposobów widzenia - tego, co inwestuje, i tego, co
to wykonuje.
A dlaczego nie ucieszyliście się z sukcesu swojego pracownika, dlaczego wręcz
nie nakazaliście mu prowadzić „Faktów" tego dnia - one miałyby ogromną
oglądalność? Dlaczego nie próbowaliście tego zdyskontować komercyjnie?
- To było niemożliwe, bo było o te parę dni za późno. W czwartek, na pięć dni
przed publikacją rankingu „Newsweeka", redaktor naczelny „Faktów" Adam
Pieczyński dowiedział się o nim, poszedł do Tomasza Lisa i powiedział mu, że
powinien natychmiast zawiadomić o tym zarząd. A wie pan, jaka była odpowiedź?
Że nie ma numeru do Piotra Waltera. Dostał ten numer od Pieczyńskiego. Czy
myśli pan, że pan Lis zadzwonił? Nie, bo jest ponad to!
Pan cały czas przemawia obrażonym tonem.
- Mało, że obrażonym, głęboko dotkniętym!
Ale dlaczego nie zauważył pan w tej całej historii szansy?
- Jakiej szansy?
Na zwiększenie oglądalności.
- To była szansa na to, że zdezorientowany widz nie będzie wiedział, z kim ma
do czynienia! Dziennikarzem czy samopromującym się kandydatem na prezydenta.
Ale dlaczego nie być pierwszą telewizją na świecie, która poprowadzi kampanię
prezydencką swojego prezentera i wygra wybory?
- Po pierwsze, pan mnie nie zapytał, czy ja chciałbym jako współwłaściciel
stacji wydawać nasze pieniądze na to, żeby Lis został prezydentem. Odpowiadam
panu: dziś ni