Gość: Jazzek
IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.*
29.08.05, 12:02
Jednym uchem słuchałem wywiadu z przywódcą strajku w Stoczni Gdańskiej w
radiowej Jedynce. Boże, jaki to bufon (skądinąd wiadomo, ale za każdym razem
mnie to szokuje). "Ja zrobiłem, ja planowałem, ja, ja, ja..."
Pół biedy, kiedy mówi prawdę, gorzej, kiedy przeinacza fakty.
Powiada, że przez całe lata 70 tylko dziesięciu ludzi znalazł chętnych do
działalności. Ani słowa o Wolnych Związkach Zawodowych, do których wszedł
(zresztą sam jeden), gdy już dawno działały.
Powiada, że podtrzymał wygasający strajk. A to on sam trzeciego dnia strajku
ogłosił jego zakończenie, i gdyby nie panie Pieńkowska i Walentynowicz, i
gdyby nie Gwiazda, to nie byłoby pewnie Sierpnia, tylko znowu rozeszłoby się
po kościach.
Powiada, że go ciągali po SB, ale IPN głowi się już kilka miesięcy, jak nadać
mu status osoby pokrzywdzonej.
Zasługi ma niewątpliwe. Byłoby dla niego i wszystkich nas lepiej, gdyby mówił
prawdę. Ponieważ istnieje w naszej kulturze postać Konrada Wallenroda, mógł
był spokojnie opowiedzieć o swoich dawnych niezbyt chlubnych czynach, a
Polacy zrozumieliby i nawet jeszcze bardziej cenili. Niestety, woli tkwić w
zakłamaniu. Rozmieniać na drobne swoją dawną chwałę. Być ikoną, a nie żywym
człowiekiem.