Gość: R.
IP: *.devs.futuro.pl
09.12.05, 13:10
Originally Posted by Puls Biznesu
Siła czarowania
09 grudnia 2005
Jacek Konikowski
Wrocław kusi inwestorów „otwarciem na biznes”. Ale co to znaczy? Banał,
etykietka? Ano zobaczmy.
Na początek przewrotnie: Wrocław i okolice to nie najszczęśliwsze miejsce do
inwestycji. Teoretycznie. Wiecznie rozkopana „autostrada” do furii doprowadzi
nawet opanowanego Niemca. Lotnisko — owszem, jest. Ale peryferyjne: dostać
się z niego do Paryża czy Brukseli to koszmar przesiadek. Nawet zdobycie
miejsca w samolocie do Warszawy wymaga uroku osobistego i dyplomacji
(zwłaszcza na wieczorne loty). Można samochodem — ale to z sześć godzin.
Wrocław nie ma nawet obwodnicy. Pociąg? Nie widziałem w nim tłumu
biznesmenów...
Szukanie dziury w całym? Kiedy rozglądamy się za biurem we Wrocławiu lub
okolicach, to lepiej od razu uświadommy sobie, że przypomina to pisanie
scenariusza III części „Mission Impossible”. Jest ich jak na lekarstwo!
Apartamenty? Będą. Za rok. Cóż, może chociaż ulgi podatkowe? Wrocław nimi nie
rozpieszcza: takie są wszędzie. Również bliskość wielkiego i bogatego
niemieckiego rynku też nie ma już decydującego znaczenia.
Dlaczego więc, do licha, w samym mieście i okolicach działa już ponad setka
dużych i kilka tysięcy mniejszych firm, a do prezydenta Wrocławia ustawia się
kolejka nowych inwestorów z całego świata? Jakim cudem tylko w ciągu
ostatnich 18 miesięcy firmy zainwestowały tu ponad miliard euro i zatrudniły
50 tys. osób? Odpowiedź nie spodoba się księgowym: bo to magiczne miejsce.
Niemal dosłownie.
— Wrocław ma kilka wad, ale ich się nie dostrzega dzięki panującemu u nas
klimatowi, podejściu urzędników do biznesu i tego „czegoś” w samych ludziach,
powiedziałbym: ich otwartości — mówi Krzysztof Razik, dyrektor ds.
organizacji i współpracy międzynarodowej we Wrozamecie.
Wyznanie nietypowe jak na biznesmena.
Otwartość — to słowo pojawia się w rozmowach jak lejtmotyw. Ma podkreślać
wyjątkowość wrocławian. W tym wrocławskich urzędników.
Stereotypy
Wrocławski Rynek, nieopodal knajpka. Dziwna, bo w środku można wypić kawę i…
wyprać koszule. Czyli połączenie kawiarni z pralnią. Pomysłowo.
Z Marcinem decydujemy się na kawę. Rozmawiamy o stereotypach. Jacy są
wrocławianie? O poznaniakach zwykło się mówić — pracusie, o krakowiakach —
konserwatyści... I znów to słychać:
— Otwarci na świat i ludzi. Kiedyś przeprowadzono badania socjologiczne — i
okazało się, że wrocławianie są najbardziej otwartymi mieszkańcami Polski.
Tak, zdecydowanie ludzie są tu cool! — twierdzi Marcin Garcarz, rzecznik
prezydenta Wrocławia.
Zgoda. Są cool — choćby dlatego że piją kawę w pralniach. I tylko dlatego?
Wrocław to polska Ameryka, gdzie tuż po wojnie z całego kraju zjechali tu
przesiedleńcy i wszyscy zaczynali od zera.
— O Wrocławiu mówi się albo że to poniemieckie miasto, albo że tu „każdy
kamień mówi po polsku”. Fakt, mieszkańcy mają płytkie korzenie i z samym
miastem byli luźno związani. Z punktu widzenia rozwoju gospodarczego — wada.
Ale udało nam się ją przekuć w zaletę, powtarzam: w otwartość na świat i
ludzi. Także dzięki wielkiej powodzi, która nas zalała, ale też zintegrowała.
Ratowaliśmy już nie „poniemieckie” czy inne, lecz nasze miasto — dodaje
Bogdan Zdrojewski, były prezydent Wrocławia, który pierwszy zaczął na dużą
skalę przyciągać zachodnich inwestorów.
Owa otwartość miasta jest niewątpliwie także zasługą młodego pokolenia. Dolny
Śląsk należy do najmłodszych regionów w Europie (idzie o stosunek liczby
rencistów i emerytów do aktywnych zawodowo). Tłum młodych i wykształconych
osób: 27 uczelni... Młodych widać na ulicy, miasto przypomina studencki
campus.
— Pewnie na pierwszy rzut oka są lepsze miejsca do inwestowania. Wrocław ma
jednak dwa magnesy: wykształceni ludzie i klimat przedsiębiorczości. Ten
klimat czuje się tu na każdym kroku. Miasto jest zarządzane jak
przedsiębiorstwo. Urzędnicy działają niby menedżerowie realizujący
biznesplan. To się rzadko spotyka nawet w miastach pozornie ciekawszych
inwestycyjnie. I to nie tylko w Polsce... Z urzędnikami rozmawiamy jak z
biznesmenami. Pomaga — twierdzi Małgorzata Stachowicz, global business centre
manager HP.
Ktoś, kto nie zna wrocławskich realiów, z trudem trafi do siedziby HP. Kilka
razy minie dom towarowy, zanim do niego wejdzie i wjedzie na VI piętro.
Nietypowo.
— To przez ten brak lokali biurowych w mieście — tłumaczy Małgorzata
Stachowicz.
Wielu już choćby to odstraszyło.
— Na początku miasto nas kusiło, było mnóstwo obietnic — byle nas tu
ściągnąć. Nawet się zastanawiałam, ile z nich okaże się bez pokrycia. I wie
pan, co? Byłam zaskoczona. Nie dość że spełnili wszystkie, to jeszcze dają
więcej, niż obiecywali. Nie tylko nas kusili, wabili, ale i rozpieszczają —
sumuje Małgorzata Stachowicz.
Ot, drobny przykład: chodziło o szkołę dla dzieci pracowników HP. Prośba
trafiła do ratusza. Nazajutrz na biurku Małgorzaty Stachowicz leżała lista
wytypowanych szkół.
— Tu się walczy o inwestorów. Gdy Dutkiewicz dowiedział się, że Fagor myśli o
inwestowaniu na Wschodzie, pojechał do Hiszpanii z teczką projektów i
przekonał prezesów, by wybrali Wrocław. Hiszpanie nie mogli uwierzyć, że
zjawił się u nich prezydent miasta, a do tego rozmawiał z nimi nie jak
urzędnik, ale prezes korporacji — przypomina Krzysztof Razik z Wrozametu.
— Ci ludzie wiedzą, czego chcą, mają plany i realizują je z żelazną
konsekwencją, bez względu na zmiany personalne w urzędzie. Jeżeli tutejszy
urzędnik mówi, że coś zrobi, to wiemy, że tak będzie. Trudno to znaleźć w
innych miastach — dodaje Andrzej Styliński, dyrektor ds. public relations w
Siemensie.
Laurka? Ale inwestorzy nie mają potrzeby komplementowania władz, bo to oni
przynoszą pieniądze. A jednak komplementują.
Sprzężenie zwrotne.
— Rzadko się zdarza, by inwestorzy czuli się częścią lokalnej społeczności,
wręcz identyfikowali się z miastem. W Warszawie nikt nawet o tym nie myśli —
uważa Andrzej Styliński.
W ratuszu
Z pralni do ratusza są dwa kroki — przez wielki rynek. To na nim śpiewał
Placido Domingo, całe pół godziny pod gołym niebem. Wcześniej tylko raz dał
się namówić na podobny występ (przy okazji otwarcia mistrzostw świata w piłce
nożnej).
Pośrodku placu stoi okazały ratusz — symbol „urzędniczej władzy”.
Teoretycznie.
— Rafał Dutkiewicz — zanim został prezydentem — 10 lat prowadził własną
firmę, niedużą agencję doradztwa personalnego. Typ pracusia, zajęty po 14
godzin dziennie — mówi Marcin Garcarz, prowadząc do prezydenckiego gabinetu
przez ratuszowe korytarze.
Fakt, wcisnąć się do jego grafiku, choćby na kwadrans, to jak na krakowskim
rynku szukać klientów na poznańskie rogale marcińskie. W wielkim holu,
służącym za sekretariat, wciąż brzęczą telefony, sekretarka rozmawia raz po
niemiecku, raz po angielsku. Wreszcie otwierają się drzwi gabinetu i wychodzą
z niego skośnoocy biznesmeni.
Mamy kwadrans.
— Wrocław i okolice to nie eldorado, więc dlaczego kapitał tak pana lubi.
Nęci pan utajonymi ulgami, wakacjami podatkowymi?
— Nęcę, ale nie ulgami. Jestem ich drastycznym przeciwnikiem. Gdyby świat był
idealny, to takie przywileje w ogóle nie powinny byłyby istnieć. Pomogą
niskie i proste podatki. Ulgi mamy, ale takie jak wszyscy: takie, jakie
zaakceptowała Bruksela. Musimy nimi nęcić inwestorów, bo to samo robią inni.
Nie można zakładać na haczyk małej rybki, żeby złowić dużą — opowiada
Dutkiewicz.
A ta zanęta to...
— Klimat i podejście do inwestorów. Sztuką jest inwestora zdob