Dodaj do ulubionych

Świat odlotów.

IP: 82.160.76.* 11.02.07, 21:48
Przez cały czas było jakieś takie wewnętrzne odczucie, co powodowało coś
takiego, co nazwałbym wstydem, że żyję. Wstydziłem się, że istnieję. Tak
naprawdę patrzyłem na życie - że oto jestem, urodziłem się, lecz kto mnie w
to wpakował? I z taką pogardą myślałem o sobie samym. Chciałem, żeby to jakoś
się urwało, żeby jakoś się skończyło. To powodowało, że było we mnie
rozdarcie. Z jednej strony nienawidziłem samego siebie, z drugiej - chciałem,
żeby to jak najszybciej się skończyło. Myślałem dużo o śmierci, a z drugiej
strony starałem się jakoś dowartościować i coś z tego życia mieć.
Kiedy to wszystko zaczęło we mnie narastać, zacząłem szukać jakichś własnych
swoich dróg. Zacząłem medytować, uprawiać różne formy wschodnich religii.
Zaczęło robić się tak dziwnie wokół mnie. Straciłem kontakt ze swoimi
znajomymi. Spędzałem dużo czasu z ludźmi, którzy byli ode mnie pięć i więcej
lat starsi. ż tego powodu czułem się taki dumny. Później, podczas ferii
zimowych, byłem w siódmej klasie, chciałem zapalić papierosa. Zobaczyłem, że
nie ma papierosa. Rozejrzałem się po domu. W domu nie było papierosów, nikt
nie kupił. zdenerwowałem się i pomyślałem sobie, że może teraz zrobię coś
innego. Poszedłem, wziąłem trochę kleju, nawąchałem się. I w tym momencie,
kiedy zacząłem wąchać, najpierw myślałem, że to nic takiego niezwykłego. Tak
wącham, wącham... myślę... no, całkiem nieźle to śmierdzi, ale po jakimś
czasie zaczęło coś dziać się z moim sercem. Zaczęło tak nienaturalnie bić i
przed moimi oczami zaczął pojawiać się pewien obraz; i stał się on taki
rzeczywisty, że myślałem, że to ma miejsce naprawdę. Przeżyłem wtedy
taki "odlot" w związku z tym, że wiedziałem, iż to będzie moją taką zabawką
na dłużej.

To było coś, co mnie naprawdę zafascynowało, co mnie bardzo mocno pociągnęło.
Przez kilka tygodni, każdego dnia najważniejszym wydarzeniem dnia było
nawąchanie się. Kiedy trwałem w takim stanie przez cztery miesiące, zacząłem
sobie uświadamiać, że tak naprawdę, to w moim umyśle nie zostało już miejsca
na nic innego. Wcześniej miałem jakieś zainteresowania. Coś tam rysowałem,
malowałem, słuchałem różnych audycji w radio. Bardzo lubiłem słuchać książek,
które były czytane w radiu. Teraz, w tym momencie jedyne co się liczyło, to
żeby zaliczyć dzień i pójść się nawąchać.

Po tych czterech miesiącach zobaczyłem, że to tworzy jakieś zagrożenie.
Straciłem zupełnie kontakt ze światem. Żyłem w tym wyimaginowanym świecie i
wizji, halucynacji. Ten świat rzeczywisty to było coś, co odwiedzałem tylko i
w czym czułem się trochę nieswojo. Dla mnie ten świat halucynacji i wizji,
który miałem podczas tych "odlotów" był o wiele bardziej realnym i
rzeczywistym niż ten świat rzeczywisty. Świat rzeczywisty to była podróż w
problem. Podróż w poczucie tego, że jest się kimś gorszym, że nie widzi się
żadnego sensu przed sobą i że nie widzi się dla siebie jakiejkolwiek nadziei
na przyszłość. Bardzo mocno odczuwałem, że nie mam siły żyć życiem normalnych
ludzi; że nie stać mnie na taki wysiłek, żeby zachowywać się jak normalni
ludzie.

Kiedy zauważyłem to zagrożenie, że po prostu popłynę z tym wszystkim, to
chciałem zrobić coś takiego, żeby wrzucić do swego umysłu coś, co mnie by
zajęło. I tym czymś był klimat punkowy. W tamtym czasie zacząłem słuchać
takiej ostrej muzyki punkowej. Takich naprawdę pionierskich kapel, jak
Dezerter itp. Uchwyciłem się tego. Teksty były dość ciekawe, jak dla mnie
wtedy. Z Dezertera to chyba teksty z czterech płyt w głowie miałem. Cała ta
muzyka i to wszystko, były jak Biblia, jak jakieś prawo dla człowieka. Jak
rozmawialiśmy ze znajomymi, to rozmawialiśmy fragmentami z tekstów tych
punkowych kapel. To tak mocno utkwiło w moim wnętrzu i wszystko to było
związane z taką ideologią, że to życie nie ma sensu, że skoro i tak wszystko
jest pozbawione możliwości sensownego życia, to jedne co można zrobić, to
wziąć zapić się, naćpać i zabalować, wesoło umrzeć.

Pojechałem na pierwszy poważniejszy taki festiwal w okolicy. Okazało się, że
jest ogromna ilość ludzi, którzy pozjeżdżali się z okolicznych miast. Wszyscy
wyglądali tak jak ja. Mieli bardzo dziwne rzeczy na głowie, byli oćwiekowani,
pełno rzemieni, jakieś koraliki, skóry. I tak poczułem się, jak u siebie,
kiedy ich zobaczyłem. Weszliśmy na salę już po iluś tam piwach wypitych z
chłopakami, których dopiero co poznałem, i zaczęliśmy pogować. To było moje
pierwsze, naprawdę typowe pogo. Kiedy wskoczyłem między tych ludzi, wszyscy
zaczęliśmy skakać i obijać się o siebie, to wyglądało naprawdę jak jeden
wielki młyn ciał. W trakcie tego pogowania ktoś mnie po prostu za mocno
popchnął i kiedy się przewracałem, byłem jakieś dwadzieścia centymetrów od
podłogi, gdzie uderzyłbym głową o podłogę, to nagle może pięcioro, może
więcej ludzi chwyciło mnie na ręce przy samej podłodze i unieśli bardzo
wysoko. Ja nie znałem tych ludzi, oni nie znali mnie. I był to taki moment, w
którym poczułem, że kogoś obchodzę, że tworzymy jakąś wspólnotę, że tworzymy
jakąś całość. Stało się to momentem, w którym wiedziałem, że ja temu się
oddam tak mocno, jak tylko potrafię się oddać.
Obserwuj wątek
    • Gość: ex Re: Świat odlotów. IP: 82.160.76.* 11.02.07, 21:48
      Różnie to bywało, ale z reguły dużo ludzi u mnie siedziało ciągle i każdy
      wieczór to było zażywanie prochów, wina, prochów, klei, rozpuszczalników i tym
      podobnych rzeczy. Było coś takiego, że któregoś dnia razem z kumplami
      siedzieliśmy przy ognisku. Ja tradycyjnie co noc zawsze czegoś tam się
      nawąchałem. Siedziałem, wąchałem, bardzo długo to trwało, w końcu około drugiej
      kumpel z wioski powiedział, że chce iść do domu. Wstałem i powiedziałem, że go
      odprowadzę. Tak zaczęliśmy iść. Ja niosłem ze sobą samarę i wąchałem coś, co
      tam w niej było, nie pamiętam już co. Kiedy tak szliśmy, on wyszedł trochę
      przede mnie, jakieś trzy metry szedł przede mną, i tak szliśmy, rozmawialiśmy
      ze sobą, a że byłem nawąchany, zupełnie nie miało to sensu. I kiedy weszliśmy
      na taką piaskową drogę, poczułem jakby uderzył we mnie powiew jakiegoś zimnego
      powietrza. I to było takie dziwne, bo wydawało się, że to powietrze wpadło do
      wnętrza mojego ciała. I wtedy zacząłem słyszeć, tak jakby w środku, w samym
      sobie krzyk, który był krzykiem pełnym autorytetu i władzy, i tonu takiego
      domagania się. To było żądanie: Zabij go! Pietruch był moim najlepszym kumplem.
      Ja rzadko miewałem przyjaciól, ale kiedy ich miałem, to ich ceniłem. A w tamtym
      momencie, kiedy byłem pod wpływem tego, to zupełnie się nie liczyło i tak
      patrzyłem na Pietrucha, który szedł przede mną. Wsadziłem rękę do kieszeni, a
      przy sobie nosiłem taki wielki nóż. Wyciągnąłem ten nóż i był taki problem, że
      nie mogłem go otworzyć. Otwierałem go przez jakiś czas i w końcu, kiedy go
      otworzyłem, to w tym momencie już troszeczkę przetrzeźwiałem, kiedy szedłem
      wbić mu nóż w plecy. Wtedy tak nagle uświadomiłem sobie: Boże, co ja robię?
      Złożyłem ten nóż. Poszliśmy dalej. Kiedy szliśmy dalej, w moim umyśle zaczęły
      pojawiać się jakieś nowe obrazy. Patrzyłem przed siebie i zaczęły się dziać
      rzeczy, które zupełnie wykraczały poza wydarzenia, wizje i halucynacje, jakie
      miałem w momentach, kiedy byłem nawąchany. Szedłem. Zobaczyłem przed sobą, że
      piorun uderza w drogę. Na drodze pojawiła się brama. Myśmy szli w jej kierunku.
      Ona była jakieś 50 metrów od nas. Zbliżaliśmy się do niej. Kiedy doszliśmy, ona
      otworzyła się przed nami. Kiedy wszedłem, to zobaczyłem, że znalazłem się w
      jakimś dziwnym ogrodzie. W tym ogrodzie stał posąg bogini Wenus z dłońmi
      wsuniętymi we włosy, z wypiętymi piersiami i w sukni stała, wyglądała naprawdę
      pięknie. Moje oczy utkwiły w niej. Później zobaczyłem, że w tym ogrodzie jest
      więcej rzeczy. Zauważyłem po swojej lewej ręce posąg człowieka, który bardzo
      przypomina posąg Mojżesza z katedry w Wilnie. To był Mojżesz z rogami.
      Spojrzałem w drugą stronę. Widziałem tam rozbity mur z napisem „Eliasz”. Kiedy
      tak się rozglądałem, to usłyszałem, że coś dzieje się za mną. Odwróciłem się i
      spojrzałem w to miejsce, w którym wcześniej była brama. Tam zobaczyłem łodygę
      około trzech metrów wysokości, zieloną z wielkimi liśćmi, która na swoim
      szczycie zamiast kwiatu miała głowę czerwonej żmii. Ta żmija zaczęła się śmiać.
      To było tak przerażające i paraliżujące, że chciałem wyrwać się z tego stanu.
      Próbowałem kopnąć tę łodygę, ale ta głowa zaczęła krzyczeć i mówić z takim
      wielkim autorytetem: Ty na zawsze będziesz mój i nigdy nie wyjdziesz z tego
      ogrodu! Ja wtedy odwróciłem się i powiedziałem, że wyjdę z tego ogrodu. I kiedy
      wyszedłem, idąc tą drogą minęliśmy posąg bogini Wenus, znaleźliśmy się jakby
      poza obszarem tego ogrodu, zacząłem wtedy słyszeć jak coś krzyczy do mnie:
      Zabijemy cię! Zabijemy cię! Było to mówione takim głosem pełnym przekonania.
      Kiedy wyszliśmy na asfalt, doszedłem do wniosku, że dzieje się ze mną coś
      dziwnego, że tracę rozum, że może popadam w jakąś chorobę psychiczną od tego
      wąchania. Postanowiłem, że już więcej nie będę wąchał. Opuściłem od ust rękę z
      tą samarą i zacząłem głęboko oddychać, żeby przewietrzyć płuca i żeby
      otrzeźwieć. Szliśmy asfaltem. Ja poczułem, że to co trzymam w ręce, zrobiło się
      jakieś bardziej ciężkie. Podniosłem to do góry i zobaczyłem, że trzymam w ręce
      kawałek płótna, w które zawinięta ścięta głowa. Krew zaczęła spadać na asfalt i
      rozpryskiwać się. Rozejrzałem się dookoła. Zobaczyłem, że z drzew płynie krew.
      Spojrzałem wtedy na Pietruchę. Powiedziałem wtedy: Pietruch, ja tracę rozum, ty
      najlepiej wrzuć na kamasz. I on pobiegł do domu. Ja stałem tam przez jakiś
      czas. Zacząłem wracać do domu i byłem pewien, że zwariowałem.

      Przez następne kilka dni leżałem w domu, nigdzie nie wychodziłem, ciągle miałem
      jakieś wizje i omamy przed oczyma. Byłem pewien, że stało się coś z moim
      mózgiem, że teraz będzie ze mną naprawdę źle działo. Myślałem, że wyląduję w
      jakimś psychiatryku. Postanowiłem, że lepiej będzie się powiesić niż iść do
      psychiatryka i zostać tam na zawsze. Byłem pewien, że uszkodziłem sobie mózg.
      Wcześniej doświadczałem jakieś paraliże, zaniki pamięci i tym podobne rzeczy, i
      wiedziałem, że może to być coś nie odwracalnego. Wtedy po kilku dniach
      przyszedł do mnie Pietruch i powiedział mi: Słuchaj, Korzeń, stało się coś
      naprawdę dziwnego. Od momentu, kiedy żeśmy tam się rozstali, ja ciągle mam
      jakieś wizje. Ciągle widzę, że ktoś mi podcina gardło. Widzę, że firanka
      zeskakuje z okna i zaczyna tańczyć po pokoju. Kaloryfer mi spada ze ściany.
      Telewizor się roztapia i dzieje się ciągle wiele dziwnych rzeczy, i ciągle
      jestem w wielkim strachu. Dla mnie to było wielkim szokiem. Z jednej strony to
      się ucieszyłem, że ja nie sam takie rzeczy przeżywam, ale że i mój najlepszy
      kumpel. Mówię do niego: Pietruch, ja tak balowałem, wąchałem. Dla mnie nie
      byłoby dziwnym, że mam uszkodzony mózg i że takie rzeczy mogą się dziać. Ale
      skoro to u ciebie, który od czasu do czasu wypiłeś jakiegoś bełta i w cale od
      jakiegoś czasu nie ćpałeś... Rozmawialiśmy o tym i doszliśmy do wniosku, że
      jesteśmy pod wpływem jakiegoś uroku, jakiegoś działania, jakichś czarów czy
      czegoś w tym stylu. Pietruch się pytał, co można z tym zrobić. Ja, słuchając
      różnych audycji w radiu, mając informacje stamtąd, powiedziałem mu: Wiesz,
      słyszałem że można odczynić urok za pomocą kart tarota. I on powiedział, że
      bardzo dobrze się składa, bo on kiedyś w Ełku skubnął na rynku książkę i talię
      kart tarota.
      • Gość: ex Re: Świat odlotów. IP: 82.160.76.* 11.02.07, 21:49
        Kiedy znaleźliśmy się u niego w domu, on przyniósł te karty tarota. Zaczęliśmy
        to oglądać. I to, co się stało, momentalnie, to cały ten stan lęku, on ustąpił.
        Pietruch zapadł w taki stan błogości i powiedział: Korzeń, ja bym się tyle
        męczył, gdybyś mi o tym nie powiedział. Poczuliśmy się tacy szczęśliwi, że to
        nas opuściło. Z drugiej strony pomyślałem: Co to jest, jeśli to powoduje takie
        rzeczy przy pierwszym zetknięciu? To, co to może być, żeby zainteresować się
        tym głębiej? Poprosiłem Pietrucha, żeby mi to pożyczył. Przyniosłem te karty do
        domu. Zacząłem je rozkładać jedną po drugiej...

        Wpadłem w taki dziwny stan, w którym zacząłem otrzymywać informacje, jakie jest
        znaczenie każdej z tych kart. Tych kart było 78. Każda z tych kart, kiedy
        kładłem je przed sobą, otrzymywałem takie dziwne przeświadczenie, jakby za
        pomocą intuicji, o czym ta karta mówi. Po jakimś czasie dostałem książkę,
        instruktaż do tarota marsylskiego i okazało się, że wszystkie moje
        spostrzeżenia były trafne. To zafascynowało mnie podwójnie. Wszystko, co
        zacząłem robić od tego momentu, było skupione na okultyzmie. To mnie tak tak
        pociągnęło, tak zafascynowało, że to zajęło mój umysł do tego stopnia, że całe
        moje punkowe życie, ono poszło gdzieś na bok.. W tym momencie całkowicie
        odstawiłem alkohol i zupełnie przestałem pić. Od czasu do czasu paliliśmy
        jeszcze trawę. Znacznie rzadziej zdarzało mi się wąchać, dlatego że w tym
        momencie okultyzm stał się rzeczą tak fascynującą, tak pochłaniającą, że ja
        naprawdę nie miałem czasu pójść się naćpać. Siedziałem w domu i czytałem.
        Nosiłem zawsze talię kart tarota przy sobie. Często ludzie, tak jakby dla
        zabawy, chcieli żebym im powróżył lub coś takiego zrobił. Ja zawsze chętnie na
        to odpowiadałem. Byłem jeszcze bardziej zachęcony do tego, kiedy wszystko co
        mówiłem, okazywało się być prawdą.

        Zdarzyło się, że dziewczyna, która przygotowywała się do matury, miała problem
        z podjęciem decyzji, gdzie pójść na studia i spytała się mnie, czy może do mnie
        przyjść, żebym rozłożył jej tarota. Ja zgodziłem się na to i kiedy przyszła,
        przystąpiłem do takich rutynowych działań. Pomieszałem według wszelkich
        okultystycznych instrukcji te karty, zacząłem je rozkładać. i w Trakcie
        rozkładania znalazłem się, niezależnie od swojej woli, w takim hipnotycznym
        stanie i zacząłem mówić pod wpływem hipnozy. Byłem w takim odlocie, że nie
        bardzo nawet kontaktowałem, że jestem teraz w pokoju, że mówię do kogoś. Moja
        świadomość była jakby wyłączona w tym momencie i coś innego przejęło nade mną
        kontrolę. Ja tylko jakby zza ściany obserwowałem co się dzieje. Tej dziewczynie
        mówiłem, że znajdzie się w ciąży zanim wyjdzie za mąż, że to będzie problemem.
        To za parę miesięcy się stało autentycznie. I w trakcie, kiedy mówiłem, co
        oznacza każda z kart w tym układzie, miałem taki chwilowy przebłysk
        świadomości, gdy spojrzałem na nią i zobaczyłem, że na jej twarzy jest takie
        wielkie przerażenie. Kiedy widziałem, jak ona jest przerażona, wtedy to tak
        trochę mną wstrząsnęło i zacząłem wydostawać się z tego stanu hipnozy, aby
        zorientować się, co się dzieje. Już prawie całkiem na trzeźwo na to patrzyłem.
        Spojrzałem na stół, a na stole leżała karta, dziesiątka. Miecze w tarocie
        marsylskim - to ryba przebita dziesięcioma mieczami. I z każdej rany, gdzie
        miecz wchodził lub wychodził z ciała tej ryby, to z tych ran zaczęła wypływać
        krew na kartę. Patrzyłem na to. Patrzyłem na jej twarz, przerażenie, i
        zastanawiałem się nad tym, czy to, co ja widzę, dla mnie jest skutkiem hipnozy
        i tylko ja to widzę, a ona jest poruszona z jakiegoś innego powodu, czy też
        oboje widzimy to samo. Postarałem się zdobyć jak najwięcej trzeźwości.
        Wyszedłem całkiem z hipnozy, ale to wszystko przez cały czas widziałem przed
        oczami. Byłem już zupełnie... jakby na trzeźwo, na zimno patrzyłem na to,
        patrzyłem na nią i spytałem ją, co ją tak porusza. - Ona mówi: Nie widzisz
        tego, co dzieje się z kartami? - Ja mówię: Ja widzę, ale chcę być pewien, że
        widzimy to samo. O którą kartę ci chodzi? I ona mi pokazała, o którą kartę jej
        chodzi. Ona mi pokazała i mówi: Z tych ran wypływa prawdziwa krew.
        Postanowiliśmy nie ciągnąć tego dalej. Ja złożyłem te karty. Zostawiłem tylko
        tę jedną na stole. Chcieliśmy, żeby to się skończyło. Nie rozumieliśmy tego
        zjawiska, tak samo ona jak i ja. Tylko ja byłem chyba bardziej spokojny w tym
        wszystkim. Uniosłem tę kartę do góry. Zacząłem ją uspakajać. Powiedziałem:
        Słuchaj, to nie jest nic strasznego. Weź tę kartę za róg. Chciałem ją w ten
        sposób uspokoić. Ona wzięła tę kartę za róg i tak staliśmy w pokoju trzymając
        tę kartę, ona za jeden róg, ja za drugi. Patrzyliśmy, jak na tej karcie krew
        podnosi się w górę i opada w dół. W tym momencie zacząłem rozumieć, że to już
        nie ja zajmuję się okultyzmem, ale to okultyzm zajmuje się mną. Że to nie ja
        gromadzę jakąś wiedzę, którą później z siebie wyrzucam, tylko że znalazłem się
        w jakimś dziwnym polu oddziaływania jakiejś siły, która ma sobie znane zamiary,
        a które dla mnie nie są takie jasne; i że to coś zajmuje się mną, a nie ja tym
        czymś.

        Zacząłem myśleć o tym wszystkim czego doświadczałem. Miałem przeżycia takie,
        jak dzisiejsi jogini, buddyjscy mnisi. Zdarzało mi się opuszczać ciało i być
        poza ciałem. Będąc poza ciałem jakby doznawałem większego oświecenia. Wtedy
        przychodziły wszelkie te myśli dotyczące okultyzmu, które później czyniły tak
        uzdolnionym w tej dziedzinie. Kiedy zacząłem myśleć o tym wszystkim, o tej
        karcie, o tych wydarzeniach, to wtedy zacząłem powoli sobie uświadamiać, że to,
        z czym mam do czynienia, to nie są jakieś tajemnicze moce przyrody, ale że to
        jest... że to są jakieś osoby, że to jest ktoś, kto posiada jakąś inteligencję,
        jakiś cel, i że posiada jakieś zamiary. Ja uwikłałem się w to, nie jestem
        pewien zamiarów tego czegoś, ale jestem w rękach tego. Był to moment, w którym
        postanowiłem, że muszę się upewnić co do tego, z czym mam do czynienia. Kiedy
        następnym razem znalazłem się poza ciałem, znalazłem się w polu oddziaływania
        tych mocy, to jeden z tych (wtedy nazwałbym to mocą przyrody, a teraz nazwę to
        duchem) duchów zaczął ze mną rozmawiać. Powiedział mi: Słuchaj, ty jesteś
        szczególną osobą. Ty staniesz się wielki. Ty będziesz znany przez tysiące, bo
        będziemy oddziaływać przez ciebie w potężny sposób i będziesz czynił
        niesamowite cuda. Poczułem się troszeczkę taki szczególnie wybrany, bo dla mnie
        do jakiegoś momentu wydawało się, że jest to jakaś choroba psychiczna, z którą
        czuję się dobrze.
        • Gość: ex Re: Świat odlotów. IP: 82.160.76.* 11.02.07, 21:49
          Z jednej strony, mnie tak bardzo pociągnęło, a z drugiej strony sobie
          pomyślałem: Nie ma tak, że przychodzi coś za darmo. W trakcie tych moich
          podróży poza ciałem, kiedy spotykałem się z tymi istotami, dowiedziałem się
          kilku takich rzeczy, które one wymagały ode mnie. Był to taki moment, jak
          myślę, decydujący dla tego, co stało się później. Duch, który przedstawiał się
          dla mnie, w momencie przedstawiania się powiedział, że to jest jego symboliczne
          imię. Powiedział, żebym zwracał się do niego Prometeusz, dlatego że on przynosi
          światło z wysokości. On powiedział... przeprowadził ze mną taką rozmowę i to
          troszeczkę wyglądało jakby był takim filozoficznym snobem. Zaczął takim tonem
          filozofa mówić o szczęściu. Powiedział, że moja gonitwa za szczęściem jest tym
          problemem, który mi uniemożliwia stanie się już teraz takim wielkim Salibabą,
          czy kimś takim. Ja pytałem się, o co w tym wszystkim chodzi. I on mówił: Aby te
          wszystkie moce mogły się przejawiać przez ciebie, to musisz być całkowicie
          wypróżniony z jakichkolwiek pragnień. Nie możesz odczuwać szczęścia, nie możesz
          odczuwać nieszczęścia. Nie możesz odczuwać smutku, nie możesz odczuwać radości.
          Nie możesz odczuwać miłości, nie możesz odczuwać nienawiści. Musisz być
          całkowicie opróżniony ze wszystkiego czym jesteś. W momencie, kiedy ty
          opróżnisz się z tego, to te wszystkie moce będą miały swobodę, żeby przez
          ciebie, jak przez taki kanał się przejawiać. Dla mnie to było przerażające.
          Zacząłem myśleć o tym wszystkim, co wcześniej dla mnie stanowiło jakieś treści,
          o swoich przyjaciołach, o swojej dziewczynie. Tak sobie pomyślałem, że wtedy to
          wszystko straci sens. Wtedy, to jedyne co będę miał, to będzie tylko to, że
          będę jakimś tam wielkim czarownikiem. Odpowiedziałem sobie na to, że ja czegoś
          takiego nie chcę. To, na czym mi najbardziej zależy, to bliskość z jakimiś
          ludźmi. To jest zupełnie coś innego niż to, co widziałem w tych planach, które
          one dla mnie miały. Będąc poza ciałem w trakcie tego wszystkiego, ja
          powiedziałem, że ja chyba tego nie chcę. Był to moment, w którym zobaczyłem
          gniew wszystkich tych istot, które wcześniej wydawały się takie przyjazne.

          Ja nie odbierałem świata, w którym z jednej strony jest Bóg, z drugiej diabeł,
          ale z racji zainteresowania hinduizmem i buddyzmem, myślałem o jakimś
          absolucie, świadomości zbiorowej; o tym, że wszyscy ludzie przechodzą później w
          jakieś byty duchowe. Czułem, że ja po prostu mam kontakt z tym światem, który
          wydawał się dla mnie neutralny. Ani zły, ani dobry. Wydawał się być po prostu
          częścią rzeczywistości, która jest omijana i nie znana przez przeciętnego
          zjadacza chleba. Czułem się taki wybrany, szczególny z tego powodu, że ja
          mogłem coś z tego świata odkryć, że mogłem to zobaczyć. Ale w tym momencie,
          kiedy te duchy postawiły warunki, kiedy ja okazałem, że tego nie chcę, kiedy
          znalazłem się z powrotem w ciele, ja spakowałem tarota, spakowałem książki,
          spakowałem notatki, zawinąłem to wszystko w papier i włożyłem do szuflady.
          Postanowiłem, że nie będę się tym zajmował. To, co stało się potem... miałem
          ciągłe nawiedziny duchów i wyglądało to zawsze w podobny sposób. Najpierw
          przychodziła taka paraliżująca obecność i to wszystko zaczynało się bardzo
          natłaczać. Nim bardziej to się natłaczało, tym bardziej czułem się
          sparaliżowany i w końcu nie mogłem już nawet poruszyć powieką, czy wydobyć z
          siebie słowa, tylko leżałem taki sparaliżowany. W tych momentach pojawiały mi
          się obrazy. Zaczynałem słyszeć w swoich uszach krzyki, błaganie o jakąś pomoc.
          Ja po prostu często byłem w takim stanie, że leżałem sparaliżowany i słyszałem
          jak ktoś bliski krzyczy: Leszek, ja cię proszę, pomóż mi! Później zaczynały się
          takie okropne krzyki i odgłosy jakiejś walki. W trakcie tego wszystkiego
          widziałem porąbane kawałki ciała, porozrzucane po całym pokoju. W takich
          momentach ja sobie myślałem: Ja muszę przez to jakoś przebrnąć. Myślałem: Aby
          tylko to wytrzymać, nie zwracać na to uwagi. Zaczynałem zamykać się w sobie.
          Myślałem w takich momentach: Zawsze to mija, to się skończy. Kiedy nauczyłem
          się już tak wytrzymywać to, wtedy zaczęły się dziać inne rzeczy. Leżałem w
          pokoju, przyszła taka paraliżująca obecność. Ja leżałem na łóżku, to była noc,
          patrząc przed siebie w sufit. Zobaczyłem, że z sufitu wychodzi lina, a na tej
          linie są powieszone zgniłe już od jakiegoś czasu zwłoki. I te zwłoki, jakby
          poruszane przez wiatr, bujały się nad łóżkiem. Ja nie mogłem w tym momencie się
          ruszy, nie mogłem nic z sobą zrobić. W pewnym momencie te zwłoki spadły i
          poczułem uderzenie tych zwłok o łóżko. Poczułem to tak realnie i rzeczywiście,
          jakby to naprawdę się wydarzyło. Wtedy głowa, taka przegnita czaszka z zębami
          na wierzchu, odwróciła się w moim kierunku i zaczęła krzyczeć mi do ucha. To
          nie było w języku polskim, ale to był wrzask pełen takiego tonu oburzenia i
          nienawiści. Ja wiedziałem, że to są takie momenty, w których demony dają mi
          demonstrację tego, jak silne i władcze są. Przez cały czas, kiedy działy się
          takie zjawiska, ciągle słyszałem: Zabijemy cię! Ty miałeś szansę. Ty sprzedałeś
          to za nic. Za coś tak ulotnego jak szczęście, którego nigdy nie zaznasz.

          Wtedy wydarzyło się coś takiego, że otworzyły się szafki w tym pokoju, w którym
          spałem. Ubrania z tych szafek wyleciały. One zaczęły krążyć pod sufitem,
          szorując o sufit. To było jakby trąba powietrzna w pokoju. Kiedy się to działo,
          ja myślałem, że to jest jeszcze jedna z schizofrenicznych wizji i że to jest po
          prostu taki obraz, że to nie dzieje się rzeczywiście. Ale kiedy rano otworzyłem
          oczy, kiedy matka waliła w drzwi... że trzeba mi wstawać do szkoły... Ona
          otworzyła drzwi, ja otworzyłem oczy, zobaczyłem w jakim stanie jest pokój. Ona
          zobaczyła, spytała się co się stało. Ja powiedziałem, że szukałem czegoś i ona
          wyszła. Ja poskładałem te ubrania. Wiedziałem, że to co się działo w nocy było
          prawdą, że to nie była tylko jakaś wizja. Później takie wydarzenia się
          powtarzały.

          Żyłem wtedy w tak wielkim przerażeniu, że już z powodu przerażenia, a nie z
          powodu fascynacji bardzo rzadko chodziłem się nawąchać, czy coś takiego zrobić,
          ale ciągle byłem w nałogu. Z jednej strony problemem był okultyzm, z drugiej
          strony było wąchanie i do tego jeszcze dochodziło zdrowie. Zaczynałem pluć już
          od jakiegoś czasu skrzepami krwi. Ale od tego czasu, kiedy się to działo, to
          już plułem czymś więcej, nie tylko krwią. Miałem takie poczucie, że nawet jeśli
          demony nie spełnią swojej groźby i mnie nie zabiją, to ja i tak umieram. Kiedy
          to wszystko się działo, zastanawiałem się czy może być z tego jakaś droga
          wyjścia. Wtedy pomyślałem, że co mnie to szkodzi. Stanąłem w pokoju, w którym
          parę dni wcześniej przedmioty latały pod sufitem i w którym nawiedzały mnie
          duchy. I kiedy tak stałam, to naprawdę z wielkim trudem, po pół godzinie chyba
          stania tam i wysiłku, żeby włożyć w to swoje usta, powiedziałem: Boże Żydów,
          jeżeli chcesz, objaw mi się i pomóż. Kiedy to powiedziałem, to wiedziałem, że
          nastąpi jakaś zmiana. Zaczęła pojawiać się w moim wnętrzu jakaś taka nadzieja,
          jakieś ożywienie. Może następnego dnia, może po kilku dniach, teraz już tego
          nie pamiętam, wpadła do mnie dziewczyna, przyniosła nowy testament, i mówi:
          Korzeń, tu jest napisane o takich ludziach jak ty. Jest napisane, że wszyscy
          pójdą do piekła. Ja ją wyśmiałem wtedy, ale wziąłem ten nowy testament. Nie
          bardzo chciałem go czytać. Miałem taki zły stosunek do Biblii, zły stosunek do
          religii, zły stosunek do wszystkich tych rzeczy, ale kiedy przeglądałem spis
          treści, zobaczyłem że tam jest księga Apokalipsy i pomyślałem sobie, że mógłbym
          tak dla ciekawości przeczytać. Kiedy zacząłem czytać, przebrnąłem przez
          pierwszy rozdział i coś mnie uderzyło w tej postaci, która była tam opisywana.
          Było to tak potężne, wielkie autorytetu, tak mocno mnie to dotknęło, że
          wszystkie moje podróże poza c
          • Gość: ex Re: Świat odlotów. IP: 82.160.76.* 11.02.07, 21:50
            Było to tak potężne, wielkie autorytetu, tak mocno mnie to dotknęło, że
            wszystkie moje podróże poza ciałem, że wszystkie te doznania, jakich nie
            doznają przeciętni ludzie, te wszystkie wydarzenia, jakie miały miejsce w moim
            życiu, z powodu których czułem się dumny, bo przecież normalni ludzie takich
            rzeczy nie przeżywają - jestem kimś wyjątkowym; i kiedy to wszystko stało się
            jakieś małe w porównaniu z tym czymś, co trzymałem w rękach i czytałem... I
            brnąłem dalej. Przeczytałem następne dwa rozdziały. Odłożyłem ten nowy
            testament i wiedziałem, że coś dziwnego ze mną się dzieje. Byłem w jakiejś
            dziwnej atmosferze. Myślałem o wszystkich tych słowach. Wiedziałem, że tak samo
            jak moje przeżycia, moje doznania nie są z tego normalnego świata, tak samo to,
            co jest napisane w tej księdze, nie pochodzi z tego normalnego świata, ale
            pochodzi ze świata, którego nie znam. Byłem tego pewien. To mnie zafascynowało.
            Następnego dnia, kiedy wróciłem ze szkoły, pierwsze co chciałem zrobić, to
            czytać Biblię. Następnego dnia było znowu tak samo i następnego... i
            następnego... i następnego. Kiedy minęło kilka tygodni, ja nagle uświadomiłem
            sobie i było to wielkim szokiem, uświadomiłem sobie, że od momentu kiedy
            zacząłem czytać nowy testament, znikł absolutnie głód psychiczny jeśli chodzi o
            odurzanie się. Ja nie chciałem ani wąchać, ani pić niczego. To wszystko po
            prostu odeszło.

            Wiedziałem, że się wydarzył cud. Wiedziałem, że to nie dzieje się tak
            normalnie... że ludzie chodzą do ośrodków odwykowych, na detoksy, że spędzają
            tam często dużo czasu, a i tak nie opuszcza ich głód psychiczny. Nikomu tego
            nie musiałem wmawiać. Sam przed sobą wiedziałem, że mnie głód psychiczny
            opuścił. Wiedziałem, że to jest coś nienormalnego. Myślałem, że może to stało
            się w związku z tą Księgą, że może będzie w niej też, za pomocą czego będę mógł
            się wydostać z tego swego drugiego kłopotu, z okultyzmu, który naprawdę dla
            mnie był o wiele większym kłopotem w tym czasie od ćpani. Ciągle miałem te
            dziwne demoniczne przeżycia. To mnie nawiedzało. Brnąłem przez ten nowy
            testament. Przeczytałem księgę Apokalipsy. Wszystko to zajmowało dla mnie
            ogromną ilość czasu. Czytałem czasami przez godzinę jeden rozdział.
            Analizowałem to wszystko, co tam było. Gdy skończyłem Apokalipsę, zacząłem
            czytać od początku od Ewangelii Mateusza. Kiedy przeskakiwałem przez każdą
            następną księgę nowego testamentu, zastanawiałem się, czy w tej następnej
            księdze będzie czuć tę dziwną moc, to coś, co powodowało, że myślałem, że ta
            Księga nie pochodzi z tego świata. Jest w niej zupełnie coś tajemniczego,
            zupełnie... takiego mistycznego, coś co nie jest naturalne. Za każdym razem,
            kiedy zaczynałem czytać tę Księgę, myślałem o tym i po jakimś czasie
            odkrywałem, że tak, że w tej Księdze też to jest. Widziałem z opisów Ewangelii,
            w jaki sposób Jezus rozprawiał się z demonami. On nakazywał im wyjść z tych
            ludzi i te demony opuszczały te osoby. Wiedziałem, że jeśli ktokolwiek mógłby
            mi pomóc, to właśnie Jezus, właśnie ktoś, kto ma władzę nad demonami. Kiedy
            doszedłem do końca Ewangelii Marka, przeczytałem tam, że wierzącym będą
            towarzyszyły znaki, że będą mówić obcymi językami, że będą nakładać ręce na
            chorych... ci wyzdrowieją, i że będą mieli władzę nad demonami.

            Poszedłem do swojej parafii, zapukałem do drzwi duchownego. On otworzył i
            zacząłem opowiadać mu o swoim problemie. Wtedy on mnie wyśmiał. Powiedziałem
            mu, że ja się zastanawiałem nad tym swego czasu, byłem przekonany, że to, czego
            doświadczam, to jest choroba psychiczna. Ale czy choroba psychiczna jest w
            stanie unieść przedmiot w górę i spowodować, że będzie kręcił się po pokoju w
            powietrzu? Czy choroba psychiczna jest w stanie sprawić, że inni ludzie mają
            przy tobie wizje? Czy choroba psychiczna jest w stanie sprawić, że mówi się
            ludziom rzeczy z przyszłości, które się wypełniają? Kiedy tak rozmawialiśmy, on
            powiedział: No, dobrze, ale po co ty z tym przyszedłeś do mnie? Ja mu
            powiedziałem, że w momencie, kiedy się dowiedziałem, że wierzący w imieniu
            Jezusa będą wyganiać demony, to był on pierwszą osobą, która mi przyszła na
            myśl. On zupełnie tego nie rozumiał. Mówi: A kto ci takich głupot naopowiadał?
            Mnie to bardzo zdziwiło i mówię, że przeczytałem przy końcu Ewangelii Marka, że
            wierzący w imieniu Jezusa demony wyganiać będą. Kiedy to powiedziałem, on cały
            poczerwieniał. Zawstydził się tym, zaczął coś kręcić, mówić o jakichś tam
            rzeczach, że teraz... to było dobre dwa tysiące lat temu, że teraz to my mamy
            lepsze rzeczy... Powiedział, żebym poszedł do psychiatry. Pomyślałem w tamtym
            momencie: Jak nie on, to może jacyś inni wierzący. Przypomniało mi się, że
            kiedyś, jak chodziłem do szkoły, miałem znajomego świadka Jehowy. Kiedy
            przyszło mi to na myśl, to poszedłem do niego. Ten chłopak miał na imię Daniel.
            Mówię: Słuchaj, Daniel, ja mam problemy z demonami, a teraz nawracam się do
            Boga. Czytam Biblię. Ja wiem, że jestem opętany. Ja wiem, że potrzebuję
            uwolnienia od demonów takiego, jak jest opisane w Biblii. Powiedz mi, czy ktoś
            u was takimi rzeczami się zajmuje? Czy ktoś z was może mi pomóc?. On był tym
            bardzo zaszokowany. Powiedział: Korzeń, tak naprawdę to jest metoda walki z
            szatanem i ty możesz uwolnić się od demonów, systematycznie czytając Strażnicę.
            Ja spojrzałem na niego. Wiedziałem, że on też zupełnie nie wie, o czym mówi.
            Przychodziły ciągle takie myśli, które mówiły, że: No widzisz, to się
            wpakowałeś. Urodziłeś się dwa tysiące lat za późno, żeby doznać takiego
            uwolnienia. Teraz takie rzeczy się nie dzieją. To masz wesoło. Nie? To były
            takie myśli, które powodowały gorycz.

            Ci nie mogli mi pomóc i ci nie mogli mi pomóc. Wtedy pomyślałem sobie:
            Pomodliłem się raz i On przyszedł w taki sposób, że doznałem uwolnienia od
            nałogu i to było coś naprawdę niesamowitego. Co by się stało, żebym pomodlił
            się drugi raz? Stałem w tym samym pokoju i pomodliłem się w taki sam sposób,
            jak poprzednio. Powiedziałem: Boże Żydów. Ci ludzie, z którym się spotykałem,
            którzy nazywają Ciebie Twoimi sługami, oni nie mają pojęcia o tych rzeczach,
            które są napisane w Twojej Księdze. Skończyłem tę modlitwę, mówiąc: Jeżeli Ty
            masz jakichś ludzi, którzy naprawdę żyją według tego, to chciałbym, żebyś mnie
            z nimi skontaktował. po paru dniach szedłem przez miasto, spotkałem swego
            starego kumpla z poprzedniej szkoły, z której mnie wyrzucono. I tak się pytamy:
            Co słychać? - Misiek mówi: Nawracam się. A co u ciebie, Korzeń? - Ja mówię: Ja
            też się nawracam. Jak ci to idzie, Misiek? - Dobrze. A jak tobie, Korzeń? - Ja
            mówię: Trochę gorzej. - A czemu? - No, jestem opętany. On się roześmiał.
            Myślał, że sobie żartuję. Ale kiedy tak rozmawialiśmy i okazało się, że nie
            żartuję i opowiedziałem mu o tym wszystkim, co się działo - naprawdę był tym
            poruszony i powiedział: Korzeń, nie wiem w jaki sposób ci pomóc, ale wiem, kto
            wie. On zorganizował grupę ludzi wierzących. Ja opowiedziałem im o tym, jak w
            wieku trzynastu lat bawiłem się w satanizm pijąc krew, o tym, jak zaczynając
            punkować wpadłem w ćpanie, o tym, jak wpadłem w okultyzm, oddając się
            szatanowi, nawet nie będąc pewnym tego, że jest to szatan. Opowiedziałem o tych
            wszystkich swoich przeżyciach. Opowiedziałem, jak w momencie, kiedy dostałem
            nowy testament i zacząłem go czytać, w jednej chwili Bóg uwolnił mnie od
            nałogu. I jak niesamowitym i dziwnym mi się to wydaje, że Bóg mógł takiego
            człowieka dotknąć w taki sposób, pomimo że wcale na to nie zasługiwałem. Kiedy
            skończyłem o tym mówić, powiedziałem że wiem o tym, że wchodzę na jakąś drogę,
            że w moim życiu pojawia się zupełnie coś nowego, o czym nic nie wiem, do czego
            nie jestem przygotowany... że chcę, żeby wszyscy się o mnie modlili. Wszyscy
            wtedy zaczęli się modlić. Było słychać w tym naprawdę taki autentyzm i
            przejęcie. W tamtym momencie zaczął mnie ogarniać stan takiej błogości,
            • Gość: ex Re: Świat odlotów. IP: 82.160.76.* 11.02.07, 21:51
              W tamtym momencie zaczął mnie ogarniać stan takiej błogości, swobody. Cały
              stres, spięcie, w którym żyłem, cała ta wewnętrzna gorycz, wszystko to zostało
              ze mnie wyrwane. Poczułem taką swobodę. Odczuwałem ją fizycznie. Odczuwałem
              tak, jak bym wcześniej nosił zamiast kości, rozpalone pręty. Teraz normalnie
              czułem to w rękach, w nogach, w całym ciele jakąś taką swobodę, lekkość,
              wolność. Nie działo się ze mną w trakcie tej modlitwy coś dziwnego, ale
              wiedziałem, że doznałem uwolnienia. Wiedziałem, że to coś mnie opuściło. Kiedy
              wracałem do domu ostatnim autobusem, okazało się, że będę musiał przejść
              jeszcze kilka kilometrów pieszo. Szedłem przez las. Kiedy myślałem o tym
              wszystkim, co się stało, o tym w jaki sposób Bóg uwolnił mnie od ćpaniam jak
              teraz uwolnił mnie od demonów i o tym, że wcale na to nie zasługiwałem... jakim
              byłem do tej pory, to naprawdę coś zaczęło się we mnie łamać. Myślałem o Nim i
              zastanawiałem się: Czym On się kieruje? O co Jemu chodzi? Myślałem: A może w
              tym też jest jakiś haczyk? Tak jak z tymi demonami. Może On po prostu czegoś
              chce i udziela mi takiego kredytu, a potem wystawi rachunek? Tak myślałem o
              tym. Czułem i cieszyłem się... byłem wolny. Dwie rzeczy, które tak mnie
              wyniszczyły, okultyzm i ćpanie, to było już historią. Tego już nie było.
              Szedłem, myślałem o tym wszystkim, ale ciągle powracało to: Dlaczego On to
              robi? I kiedy tam stałem w środku lasu, myślałem i tym, to... kiedy myślałem o
              tym w związku z tymi wszystkimi fragmentami Biblii, które przeczytałem,
              mówiącymi o Bożej miłości, o tym jak Jezus umierał za mnie na krzyżu, to
              uświadomiłem sobie, że Jego jedynym motywem w tym wszystkim było to, że On mnie
              kocha. Było to czymś, co mnie tak bardzo złamało, że wszystko, co wydarzyło się
              do tej pory, wszystko o czym myślałem, uczyniło mnie osiemnastoletnim starcem.
              Wydawało mi się, że ja w ciągu tych swoich osiemnastu lat przeżyłem więcej niż
              niejeden człowiek dożywający setki. Czułem się takim wypalonym starcem.
              Wszystkie te przeżycia, w tym momencie kiedy uświadomiłem sobie, że Bóg, Ten,
              który stworzył wszechświat, Ten, który stworzył wszystkie drzewa, które były
              dookoła; Ten, który stworzył gwiazdy, które świeciły wtedy nad moją głową... że
              Ten Bóg spojrzał gdzieś tam nisko i zobaczył jakiegoś ćpuna w krzakach, i
              zechciał zmienić jego życie. To wszystko tak mnie bardzo przejęło, że cało to
              myślenie, wszystko co było z przeszłości - odeszło. Ja wiedziałem, że teraz
              wchodzę do zupełnie nowego świata. Nie wiedziałem, jak o tym powiedzieć. Nie
              wiedziałem, że to jest właściwe. Zacząłem się znowu modlić. Powiedziałem: Boże,
              ja nie wiem czy taki człowiek, jak ja, powinien mówić takiemu Bogu jak Ty takie
              rzeczy, ale mi wydaje się, że wszystko to, przez co przeszedłem w tym czasie i
              kiedy patrzyłem, co robił Jezus, gdy czytałem Biblię... Kiedy patrzę na to, co
              Ty robisz teraz w moim życiu, to uświadamiam sobie, że jest coś, co trzyma mnie
              w środku. Coś, o czym trudno mi było mówić i to słowo z wielkim trudem wyszło z
              moich ust. Powiedziałem: Ojcze, myślę o Jezusie i wydaje mi się, że Go kocham.
              To, co wtedy siei stało, to było tak niesamowite. Z kolejnym krokiem, szedłem
              asfaltem modląc się. Z kolejnym krokiem poczułem, jak gdybym wszedł do zupełnie
              innego świata. Coś dziwnego spłynęło na mnie z góry. Takie uczucie niesamowitej
              swobody, akceptacji i miłości. Podszedłem do drzewa i zacząłem je obmacywać.
              Tak rozglądałem się dookoła i nawet powietrze, które wciągałem w płuca, było
              zupełnie niesamowite. Tak jakbym wcześnie z tym nigdy nie miał do czynienia.
              Coś w moim wnętrzu zaczęło mi mówić, że cały ten świat jaki był, taki i został.
              Taki był przez cały czas tylko ja jestem nowy.

              Jesteśmy teraz w piwnicy, w której kiedyś, jak miałem trzynaście lat,
              pomalowałem ściany krwią, ustawiłem przy jej końcu taki mały ołtarz i spalałem
              na nim od czasu do czasu ofiary. Stanowiło to dla mnie taką mistyczną rozrywkę.
              Taką artystyczną formę jakiejś religijności, gdzie przemoc, zło, agresja były
              siłą w pewien sposób czczoną, w pewien sposób uznawaną jako ta, która była
              bardziej dominująca dla ludzkości, jak jakiekolwiek przejawy dobra. Kiedy
              poznałem Biblię, kiedy zacząłem ją czytać i kiedy postanowiłem odwrócić się od
              tego wszystkiego czemu oddawałem się wcześniej, to przyniosłem tutaj swoje
              książki okultystyczne, notatki, karty tarota i inne akcesoria. Porwałem to
              wszystko w drobne strzępy, tak żeby te książki spaliły się dokładnie. Wtedy
              usypałem tutaj całą kupę tych kartek. Na górę rzuciłem talię kart tarota i
              wtedy podpaliłem to, i wyszedłem. Tutaj było strasznie dużo dymu. Kiedy
              wyszedłem stąd i odczekałem aż ten dym przestanie lecieć, wszedłem żeby
              zobaczyć co się stało. Zobaczyłem, że wszystko to spaliło się. Wszystko było w
              popiele. Została tylko jedna karta, która nie spaliła się, której ogień nie
              dotknął. Naprawdę mnie to przeraziło. Podniosłem ją i spojrzałem na nią.
              Przypomniałem sobie, jakie ona miała znaczenie w okultyzmie. To był rycerz
              skorpiona. To była karta, która w szczególny sposób odnosiła się do osób, które
              były spod tego samego znaku zodiaku co ja. Znaczyła ona mniej więcej tyle, co
              przepowiedzenie choroby psychicznej na tle religii. Myślę, że naprawdę
              odleciałem. Myślę, że jestem w tym odlocie od ośmiu lat. W ciągu tych ośmiu lat
              pomogłem kilku osobom wydostać się z narkotyków. Pomogłem dla iluś tam osób
              wydostać się z okultyzmu. Ileś tam osób nie popełniło samobójstwa, które
              spotkały się ze mną w tych krytycznych momentach dla swego życia. I myślę, że
              jeśli tak miał wyglądać ten "odlot" i obłęd, który szatan mi przepowiadał, to
              myślę, że jest dobrze, ale wiem, że on nie jest z tego zadowolony. Niech to
              wszystko będzie szyderstwem wobec niego.
              • Gość: xxtoja Re: Świat odlotów. IP: *.chello.pl 11.02.07, 22:22
                nie szydź z szatana. Po co ci to? czy nie lepiej pójść w inną stronę. Mam
                nadzieję, że tą kartę spaliłeś. Ja bym to inaczej zinterpretowała. Nawet w
                tarocie Bóg pokazuje drogę wyjścia, tylko trzeba mu zaufać. Nie wiem czy
                czytałes taką jedną książkę pt. Tarot, to było o planecie Tarot, gdzie z Ziemi
                na nią byli wysiedlani ludzie, którzy mieli różne wiary. Autor jakiś szwajcar.
                Oni szukali Boga.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka