Gość: ex
IP: 82.160.76.*
11.02.07, 21:48
Przez cały czas było jakieś takie wewnętrzne odczucie, co powodowało coś
takiego, co nazwałbym wstydem, że żyję. Wstydziłem się, że istnieję. Tak
naprawdę patrzyłem na życie - że oto jestem, urodziłem się, lecz kto mnie w
to wpakował? I z taką pogardą myślałem o sobie samym. Chciałem, żeby to jakoś
się urwało, żeby jakoś się skończyło. To powodowało, że było we mnie
rozdarcie. Z jednej strony nienawidziłem samego siebie, z drugiej - chciałem,
żeby to jak najszybciej się skończyło. Myślałem dużo o śmierci, a z drugiej
strony starałem się jakoś dowartościować i coś z tego życia mieć.
Kiedy to wszystko zaczęło we mnie narastać, zacząłem szukać jakichś własnych
swoich dróg. Zacząłem medytować, uprawiać różne formy wschodnich religii.
Zaczęło robić się tak dziwnie wokół mnie. Straciłem kontakt ze swoimi
znajomymi. Spędzałem dużo czasu z ludźmi, którzy byli ode mnie pięć i więcej
lat starsi. ż tego powodu czułem się taki dumny. Później, podczas ferii
zimowych, byłem w siódmej klasie, chciałem zapalić papierosa. Zobaczyłem, że
nie ma papierosa. Rozejrzałem się po domu. W domu nie było papierosów, nikt
nie kupił. zdenerwowałem się i pomyślałem sobie, że może teraz zrobię coś
innego. Poszedłem, wziąłem trochę kleju, nawąchałem się. I w tym momencie,
kiedy zacząłem wąchać, najpierw myślałem, że to nic takiego niezwykłego. Tak
wącham, wącham... myślę... no, całkiem nieźle to śmierdzi, ale po jakimś
czasie zaczęło coś dziać się z moim sercem. Zaczęło tak nienaturalnie bić i
przed moimi oczami zaczął pojawiać się pewien obraz; i stał się on taki
rzeczywisty, że myślałem, że to ma miejsce naprawdę. Przeżyłem wtedy
taki "odlot" w związku z tym, że wiedziałem, iż to będzie moją taką zabawką
na dłużej.
To było coś, co mnie naprawdę zafascynowało, co mnie bardzo mocno pociągnęło.
Przez kilka tygodni, każdego dnia najważniejszym wydarzeniem dnia było
nawąchanie się. Kiedy trwałem w takim stanie przez cztery miesiące, zacząłem
sobie uświadamiać, że tak naprawdę, to w moim umyśle nie zostało już miejsca
na nic innego. Wcześniej miałem jakieś zainteresowania. Coś tam rysowałem,
malowałem, słuchałem różnych audycji w radio. Bardzo lubiłem słuchać książek,
które były czytane w radiu. Teraz, w tym momencie jedyne co się liczyło, to
żeby zaliczyć dzień i pójść się nawąchać.
Po tych czterech miesiącach zobaczyłem, że to tworzy jakieś zagrożenie.
Straciłem zupełnie kontakt ze światem. Żyłem w tym wyimaginowanym świecie i
wizji, halucynacji. Ten świat rzeczywisty to było coś, co odwiedzałem tylko i
w czym czułem się trochę nieswojo. Dla mnie ten świat halucynacji i wizji,
który miałem podczas tych "odlotów" był o wiele bardziej realnym i
rzeczywistym niż ten świat rzeczywisty. Świat rzeczywisty to była podróż w
problem. Podróż w poczucie tego, że jest się kimś gorszym, że nie widzi się
żadnego sensu przed sobą i że nie widzi się dla siebie jakiejkolwiek nadziei
na przyszłość. Bardzo mocno odczuwałem, że nie mam siły żyć życiem normalnych
ludzi; że nie stać mnie na taki wysiłek, żeby zachowywać się jak normalni
ludzie.
Kiedy zauważyłem to zagrożenie, że po prostu popłynę z tym wszystkim, to
chciałem zrobić coś takiego, żeby wrzucić do swego umysłu coś, co mnie by
zajęło. I tym czymś był klimat punkowy. W tamtym czasie zacząłem słuchać
takiej ostrej muzyki punkowej. Takich naprawdę pionierskich kapel, jak
Dezerter itp. Uchwyciłem się tego. Teksty były dość ciekawe, jak dla mnie
wtedy. Z Dezertera to chyba teksty z czterech płyt w głowie miałem. Cała ta
muzyka i to wszystko, były jak Biblia, jak jakieś prawo dla człowieka. Jak
rozmawialiśmy ze znajomymi, to rozmawialiśmy fragmentami z tekstów tych
punkowych kapel. To tak mocno utkwiło w moim wnętrzu i wszystko to było
związane z taką ideologią, że to życie nie ma sensu, że skoro i tak wszystko
jest pozbawione możliwości sensownego życia, to jedne co można zrobić, to
wziąć zapić się, naćpać i zabalować, wesoło umrzeć.
Pojechałem na pierwszy poważniejszy taki festiwal w okolicy. Okazało się, że
jest ogromna ilość ludzi, którzy pozjeżdżali się z okolicznych miast. Wszyscy
wyglądali tak jak ja. Mieli bardzo dziwne rzeczy na głowie, byli oćwiekowani,
pełno rzemieni, jakieś koraliki, skóry. I tak poczułem się, jak u siebie,
kiedy ich zobaczyłem. Weszliśmy na salę już po iluś tam piwach wypitych z
chłopakami, których dopiero co poznałem, i zaczęliśmy pogować. To było moje
pierwsze, naprawdę typowe pogo. Kiedy wskoczyłem między tych ludzi, wszyscy
zaczęliśmy skakać i obijać się o siebie, to wyglądało naprawdę jak jeden
wielki młyn ciał. W trakcie tego pogowania ktoś mnie po prostu za mocno
popchnął i kiedy się przewracałem, byłem jakieś dwadzieścia centymetrów od
podłogi, gdzie uderzyłbym głową o podłogę, to nagle może pięcioro, może
więcej ludzi chwyciło mnie na ręce przy samej podłodze i unieśli bardzo
wysoko. Ja nie znałem tych ludzi, oni nie znali mnie. I był to taki moment, w
którym poczułem, że kogoś obchodzę, że tworzymy jakąś wspólnotę, że tworzymy
jakąś całość. Stało się to momentem, w którym wiedziałem, że ja temu się
oddam tak mocno, jak tylko potrafię się oddać.