Gość: qvs
IP: *.89-161.tel.tkb.net.pl
21.08.07, 00:02
Przekrój
Młodzi Izraelczycy rozrabiają w Polsce
Lista strat po masowych wizytach izraelskiej młodzieży w Polsce jest długa i
kosztowna. Rozpoczynają ją wypalone dywany w polskich hotelach, kończy trauma
żydowskich nastolatków. I coraz częściej trauma tubylców.
Toskańczyk Roberto Lucchesini, od kilku lat mieszkaniec Krakowa, ostatnio
prawie nie śpi. Zanim zacznie normalnie poruszać rękami, będzie musiał przejść
długą rehabilitację. A wszystko po tym, jak w biały dzień na oczach
przechodniów i kilkudziesięciu nastolatków zamkniętych szczelnie w autobusach
zaopatrzeni w ostrą broń izraelscy ochroniarze skrępowali mu z tyłu ręce nad
głową i skuli go kajdankami. Na środku krakowskiej ulicy. Chwilę przedtem
Włoch na różne sposoby próbował zmusić kierowców autobusów, by wyłączyli silniki.
- Izraelczycy założyli mi kajdanki, rzucili twarzą w psie gówna i kopali -
żali się Lucchesini. Następnie oprawcy po prostu odjechali. Włocha rozkuła
dopiero policja.
Na krakowski Kazimierz, dawne żydowskie miasteczko, po którym zostały jedynie
synagogi i ludzkie, często bardzo bolesne wspomnienia, Lucchesini przeniósł
się z miłości do polskiej kobiety i polskiego miasta. Zamieszkał w kamienicy z
widokiem na bożnicę.
- Wydawało mi się wtedy, że to najpiękniejsze miejsce na świecie - mówi. - Po
pewnym czasie zrozumiałem, że miejsce, owszem, jest piękne, ale nie dla jego
dzisiejszych mieszkańców.
Kopniaki zamiast odpowiedzi
Podobnego zdania jest również inna mieszkanka Kazimierza, urzędniczka Beata
W., której izraelscy ochroniarze przetrzepali niedawno na jednej z ulic
torebkę, zupełnie nie wyjaśniając przyczyn.
- Kiedy spytałam, o co właściwie chodzi, kazali mi się zamknąć. Posłuchałam,
przestałam się odzywać, bałam się, że za chwilę każą mi się rozebrać do naga -
irytuje się urzędniczka.
Odpowiedzi na pytanie nie otrzymał również młody polski Żyd, który jak zwykle
w szabat kilka miesięcy temu chciał pomodlić się w swojej synagodze. Zapytał
jedynie, dlaczego nie może wejść do świątyni. Zamiast odpowiedzi otrzymał
kilka kopniaków.
- Widziałem to na własne oczy - mówi Mike Urbaniak, redaktor Forum Żydów
Polskich i korespondent "European Jewish Press" w Polsce. - Widziałem, jak
właściwie bez jakichkolwiek powodów mój kolega został brutalnie zaatakowany
przez agentów ochrony z Izraela.
A wszystko to podobno w imię bezpieczeństwa izraelskich dzieci.
- Polakom trudno to może zrozumieć, ale ochrona towarzyszy młodym Izraelczykom
na każdym kroku, i to zarówno w kraju, jak i za granicą - wyjaśnia Michał
Sobelman, rzecznik prasowy ambasady Izraela w Polsce. - Taki wymóg stawiają
rodzice dzieci, w przeciwnym razie nie zgodziliby się na jakikolwiek wyjazd.
Ochroniarze pojawiają się zatem wszędzie tam, gdzie młodzież. Polska nie jest
tu żadnym wyjątkiem.
Ale to w Polsce, jak wynika z relacji Mike'a Urbaniaka, Żydzi z Izraela
skopali przed polską synagogą polskiego Żyda, po czym zaczęli mu jeszcze
grozić więzieniem. I znów działo się to na oczach młodych ludzi z Izraela.
- Jest nam bardzo przykro, gdy słyszymy o takich incydentach - przyznaje
Sobelman. - Każda z tych spraw jest szczegółowo wyjaśniana. Zrobimy wszystko,
by do takich sytuacji więcej nie dochodziło. Być może trzeba będzie zmienić
metody szkolenia naszych ochroniarzy, po to by zrozumieli, że Polska to nie
Izrael, że skala zagrożeń w Polsce jest znikoma?
Profesor Moshe Zimmermann, szef Instytutu Historii Niemiec na Uniwersytecie
Hebrajskim w Jerozolimie, uważa jednak, że problem nie dotyczy wyłącznie
zachowania ochroniarzy. Jego zdaniem Izraelczycy zasadniczo uważają, że Polacy
nie są dla nich równymi partnerami. I nie chodzi o to, że nie potrafią ich
dzieciom zapewnić bezpieczeństwa.
- Nie są równymi partnerami do jakiejkolwiek dyskusji. Dotyczy to także
wspólnej i dzisiejszej historii oraz polityki. Efekt jest taki, że młodzież
izraelska widzi w Polakach ludzi drugiej kategorii, postrzega ich jako
potencjalnych wrogów - wyjaśnia bez ogródek.
O tym, że profesor ma sporo racji, świadczyć może instrukcja postępowania z
tubylcami rozdawana jeszcze kilka lat temu młodym Izraelczykom udającym się do
Polski. Znalazł się w niej zapis: "Wszędzie będziemy otoczeni przez Polaków.
Będziemy nienawidzić ich z powodu udziału w zbrodniach".
- Programy przyjazdów naszych nastolatków są ustalane odgórnie przez izraelski
rząd i są bardzo sztywne - wyjaśnia Ilona Dworak-Cousin, przewodnicząca
Towarzystwa Przyjaźni Izrael-Polska w Izraelu. - Sprowadzają się właściwie do
odwiedzania kolejnych miejsc zagłady Żydów. Z takiej perspektywy Polska to
wyłącznie wielki żydowski cmentarz. I nic więcej. Spotkania z żywymi ludźmi
dla tych, którzy przywożą młodych Izraelczyków do kraju naszych przodków, są
bez znaczenia.
Mieszkaniec krakowskiego Kazimierza, pochodzenia żydowskiego, uważa, że nie ma
w tym nic złego: - Izraelczycy nie przyjeżdżają do Polski na wakacje. Ich
zadaniem jest poznać miejsca Zagłady i posłuchać o straszliwej historii swoich
rodzin, historii, która często nie jest im opowiadana przez dziadków ze
względu na zbyt duży ładunek emocji. Często się zdarza, że wyjeżdżający stąd
młodzi ludzie płaczą, dzwonią do rodziców i mówią: czemu mi nie
powiedzieliście, że to było aż tak straszne? Szczerze mówiąc, nie dziwię się,
że nie mają ochoty na rozmowy o Lajkoniku.
Jednak według Ilony Dworak-Cousin brak kontaktu z Polakami sprawia, że
izraelska młodzież coraz częściej zaczyna mylić ofiary z oprawcami. -
Zaczynają myśleć, że to Polacy stworzyli obozy koncentracyjne dla Żydów, że to
Polacy byli i wciąż są największymi antysemitami na świecie - dodaje Żydówka.
Wspomniany mieszkaniec Kazimierza jest zupełnie innego zdania. - Nie wierzę,
by ktoś im mówił, że to Polacy zrobili. Dlatego nie muszą prowadzić
jakichkolwiek dyskusji z młodymi Polakami.
Nastoletni skandaliści
Jednak zdaniem sporej części Izraelczyków instrukcję dla młodzieży ostatecznie
wprawdzie zmieniono, ale podejścia do Polaków nie.
- Ktoś kiedyś w Izraelu zdecydował, że nasze dzieci, jadąc do Polski, muszą
być szczelnie otoczone ochroną - mówi Lili Haber, przewodnicząca Związku
Krakowian w Izraelu. - Ktoś zdecydował, że młodzi Izraelczycy nie mogą
spotykać się z polskimi rówieśnikami, spacerować po ulicach. W rzeczywistości
te wizyty nie są niczym więcej niż kilkunastodniowym, dobrowolnym pobytem
młodzieży w więzieniu.
Dobrowolnym, ale też niezwykle kosztownym - 1400 dolarów od osoby. Na
przyjazdy do Polski nie stać wszystkich rodziców młodych Izraelczyków.
- W dodatku, jak się okazuje, zbyt młodych na to, by oglądać miejsca kaźni -
dodaje doktor Ilona Dworak-Cousin. - Traumatyczne przeżycia, jakie towarzyszą
wizytom w kolejnych obozach śmierci, mają swoje konsekwencje. Dzieciaki stają
się agresywne. I zamiast poznawać kraj przodków, kraj, w którym Żydzi w
symbiozie z Polakami żyli prawie tysiąc lat, nastolatki z Izraela wywołują w
nim kolejne skandale.
Zdarza się, że gdzieś między wizytą w Treblince a Majdankiem młodzi
Izraelczycy spędzają czas na zamówionym przez hotelowy telefon striptizie.
Zdarza się, że obsługa hotelowa musi zbierać ludzkie odchody z łóżek i
umywalek. Zdarza się, że musi oddawać pieniądze za nocleg innym turystom,
którzy nie mogą spać, bo Izraelczycy postanowili zagrać w hotelowym holu w
piłkę nożną. O drugiej w nocy.
Sześcioletni Krzyś z Kazimierza też grał w piłkę. 15 kwietnia, w niedzielny
wieczór, po tym jak strzelił dwa gole, chciał normalnie wrócić do domu. Domu
położonego blisko synagogi, przed którą zgromadziły się na uroczystościach
poprzedzających Marsz Żywych setki młodych Izraelczyków. Tuż przed ulicą
Szeroką Krzysia zatrzymało kilku zdecydowanie niemiłych panów. - Dziś jest to
teren półprywatny. Przejścia nie ma - usłyszał. Nie pomogły prośby chłopca, że
jak nie wróci na czas do domu, jego mama będzie się denerwować.
"Bramkarze", co ciekawe, tym razem polscy, i co jeszcze ciekawsze, w
towarzystwie krako