Dodaj do ulubionych

Legendy toruńskie

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:00
Zakładam taki wątek, bo wydają mi się ciekawe i warte poznania. Cała nasza
siła to wiedza i przekazy od poprzednich pokoleń. Moze posłuża do
inscenizacji w szkołach?
Może powstaną jakies figurki czy atrakcje w/g nich?
Pamietam, ze jeszcze w XIX wieku wisiała pod bramą legendarna chochla
kucharczyka, który dał nia sygnał do ataku na zamek krzyżacki w 1454 roku
torunskim mieszczanom.
Nie mozna tego odtworzyc?
Obserwuj wątek
    • Gość: basik O tym jak powstała nazwa miasta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:01
      O tym jak powstała nazwa miasta

      Dawno temu, przed wieloma wiekami, w zakolu Wisły powstało miasto. By jego
      mieszkańcy czuli się bezpiecznie otoczono je wysokim ceglanym murem,
      wzmocnionym obronnymi basztami. Jedna z baszt była szczególnie ciekawa świata.
      Zaprzyjaźniła się z prze- pływającą obok rzeką i od niej dowiadywała się wielu
      ciekawych rzeczy.

      A Wisła niejedno widziała i niejedno słyszała. Płynęła od Baraniej Góry, przez
      Kraków, przez mazowieckie pola i wszystkie nowinki opowiadała baszcie.

      Po kilku latach zażyłej znajomości, baszta zaczęła zazdrościć rzece, nie
      chciała już słuchać jej opowieści. Jednak Wisła nadal chwaliła się swymi
      przeżyciami i chcąc zmusić basztę do słuchania zaczęła podmywać jej mury.
      Baszta nie wytrzymała ciągłego uderzania fal o jej fundamenty i rzekła do Wisły:
      - Wisło, Wisło nie płyń tutaj bo runę!
      - To ruń – odpowiedziała Wisła swej niedawnej przyjaciółce, a echo poniosło jej
      słowa...

      W tym czasie do miasta zmierzało dwóch wędrowców. Ujrzawszy z daleka ceglane
      mury miejskie, jeden z nich zapytał:
      - Ciekawe , cóż to za miasto?
      -To ruń – usłyszeli echo unoszące w dal słowa wypowiedziane przez Wisłę do
      baszty.
      Toruń – taką właśnie nazwę nanieśli na swoją mapę. I w taki oto sposób
      powstała nazwa naszego miasta.
    • Gość: basik O flisaku i żabach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:02
      O flisaku i żabach

      Na Rynku Staromiejskim stoi fontanna zwana „Flisakiem”. Jest to figurka
      pochodząca z 1914 roku, odlana z brązu, przedstawiająca flisaka i zasłuchane w
      jego grę żabki.

      Legenda głosi, że średniowieczny Toruń nawiedzony został przez dokuczliwą plagę
      żab, które w wyniku letnich powodzi zadomowiły się w mieście. Żaby spotkać
      można było wszędzie: na ulicach, w mieszkaniach, a nawet w dostojnych salach
      ratuszowych. Budziły wstręt zarówno u toruńskich mieszczan, jak i u
      przejezdnych kupców. Wszyscy głośno krytykowali burmistrza i rajców za taki
      stan rzeczy. Grożono nawet ogłoszeniem nowych wyborów i zmianą burmistrza.

      Tego było już za wiele. Burmistrz wraz z Radą Miejską wydali zarządzenie
      wzywające mieszczan do walki z żabami na każdym kroku. Niestety niewiele to
      pomogło. Żaby nadal okupowały miasto. Ogłoszono więc, że jeżeli znajdzie się
      śmiałek, który uwolni miasto id dokuczliwych żab, otrzyma solidną zapłatę oraz
      rękę pięknej córki toruńskiego burmistrza. Zgłosiło się wielu młodzieńców
      zakochanych w pięknej toruniance, którzy próbowali wyprowadzić żaby z miasta.
      Niestety, żaby nadal królowały w mieście.

      W córce burmistrza od dawna zakochany był młody flisak. Postanowił także
      spróbować swych sił. Wszem i wobec ogłosił, że uwolni Toruń od plagi, lecz nikt
      nie wierzył w jego obietnice. Wyszedł więc na staromiejski rynek, grając na
      swych skrzypkach piękne, flisacze melodie zasłyszane w czasie spływania drewna
      Wisłą do Gdańska. I stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Żaby
      zasłuchane i oczarowane flisaczym graniem zaczęły gromadzić się wokół niego.
      Powychodziły ze swych kryjówek i wszystkie stanęły wokół grającego flisaka. On
      zaś powoli ruszył w kierunku Bramy Chełmińskiej, a zasłuchane żaby podążały za
      nim. Poprzez bramę opuścił miasto i ruszył w kierunku przedmieścia Mokre, gdzie
      znajdowały się bagna i mokradła. Dopiero tutaj flisak przestał grać, a żaby
      rozpierzchły się po całym przedmieściu, pozostając na rozległych rozlewiskach
      wody.

      Flisak wrócił do miasta ku ogromnej radości mieszczan. Mniej zadowolony był
      burmistrz, który dotrzymał jednak danego słowa.

      Wkrótce odbył się ślub pięknej burmistrzanki i biednego flisaka, a Rada Miasta
      wypłaciła z miejskiej kasy należną mu sumę złotych dukatów. Huczne wesele
      trwało siedem dni i siedem nocy. Młodzi żyli w Toruniu długo i szczęśliwie, a
      burmistrz, który bardzo polubił muzykalnego flisaka doczekał się siedmiu
      wnuczek i siedmiu wnucząt.
    • Gość: basik O kocie, który bronił miasta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:02
      O kocie, który bronił miasta

      Przed wiekami, kiedy toruńskie spichrze były pełne zboża, w mieście zadomowiły
      się wielkie ilości myszy. Burmistrz nakazał więc sprowadzić koty, których
      zadaniem była walka z tymi złośliwymi gryzoniami. Wśród sprowadzonych do miasta
      kotów był jednak jeden kot bardzo leniwy. Niezbyt chętnie uganiał się za
      myszami, za to wieczorami, kiedy inne koty wyruszały na łowy, ten przechadzał
      się po miejskich murach szukając przyjaciół wśród miejskich strażników.
      Toruńscy strażnicy polubili go, często dostawał od nich odpadki po posiłkach, a
      niekiedy nawet spory kawał mięsa.

      Nastał dzień 16 lutego 1629 roku. Pod miejskie mury zbliżyli się Szwedzi, chcąc
      zdobyć miasto. Mieszczanie broniący miasto z trudem odbierali ataki
      nieprzyjaciela. Dochodziło do walki wręcz i wtedy okazało się, że leniwy dotąd
      kocur mężnie bronił rodzinnego grodu. Swymi pazurami naznaczył niejednego
      nieprzyjaciela.

      Po długich walkach nieprzyjaciel został pokonany. Władze miasta dostrzegły
      bohaterskie wyczyny walecznego kota. Na ratuszowych salach sporo czasu
      zastanawiano się jak wynagrodzić jego męstwo. Postanowiono więc, że odtąd nazwy
      niektórych toruńskich baszt będą przypominały o jego wyczynach. Baszty broniące
      miasta od strony północnej nazwano więc Kocim Łbem, Kocim Ogonem, Kocimi
      Łapami, a barbakan broniący Bramę Chełmińską nazwano Kocim Brzuchem. Do dziś
      niewiele zachowało się z miejskich baszt i murów, po których przechadzał się
      waleczny kot.

      Do dnia dzisiejszego zachowała się jedynie okrągła baszta przy ulicy Podmurnej,
      zwana Kocim Łbem.
    • Gość: basik O kucharzu Jordanie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:03
      O kucharzu Jordanie

      Było to w lutym 1454 roku. Na zamku krzyżackim odbywała się uczta na cześć
      dostojnych gości przybyłych na zamek. Tymczasem pod zamkowym murem zbierali się
      toruńscy mieszczanie przygotowujący się do zdobycia i zniszczenia zamku.

      Już od dawna toruńscy mieszczanie mieli bowiem dość krzyżackiego panowania.
      Krzyżacy już od kilkudziesięciu lat ograniczali przywileje miasta, przejmowali
      kontrolę nad wiślanym handlem. Zaprzyjaźniony z mieszczanami zamkowy kucharz
      Jordan, czekał aż biesiadujący rycerze uraczą się miodem i winem z zamkowych
      piwnic, by dać toruńskim mieszczanom znak do ataku na znienawidzony zamek.
      Stanął więc na zamkowej wieży ze swoja nieodłączną chochlą. Gdy nastała
      odpowiednia chwila chochlą dał umówiony znak i mieszczanie przystąpili do
      szturmowania zamkowych murów.

      Kucharz ciekawy był jaki będzie efekt ataku, stał więc dłuższą chwilę na
      zamkowej wieży obserwując przebieg walk. Zaskoczeni Krzyżacy nie byli
      przygotowani do obrony. Tymczasem atakujący mieszczanie szybko pokonali zamkowe
      fosy i mury i w pierwszej kolejności postanowili wysadzi ć w powietrze zamkową
      wieżę. Szybko założono i podpalono lont. Niestety, Jordanie zdążył zbiec z
      wysokiej wieży. Wybuch zastał go w połowie drogi. Siła wybuchu była tak wielka,
      że dzielny kucharz wyleciał wysoko w powietrze. Długo szybował w powietrzu, aż
      wylądował na jednej z toruńskich bram – na Bramie Chełmińskiej.

      Blady ze strachu siedział na bramie tak długo, aż walki ustały i mieszczanie
      szczęśliwi z odniesionego zwycięstwa wracali do swych domów. Wśród okrzyków
      radości zdjęto Jordana z bramy, a szczęśliwi toruńczycy postanowili w
      szczególny sposób wynagrodzić dzielnego kucharza.

      Na bramie, na której wylądował zawieszono wywieszkę przedstawiającą Jordana z
      chochlą w ręku, przypominającą o wyczynie kuchcika. Wisiała tam ta wywieszka
      przez wiele lat. Obecnie oglądać ją można w toruńskim muzeum mieszczącym się w
      staromiejskim ratuszu.
    • Gość: basik O piekarzu i o jego córce Katarzynie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:03
      O piekarzu i o jego córce Katarzynie

      Od niepamiętnych czasów Toruń słynie z wypieku najsmaczniejszych pierników.
      Trudno dziś powiedzieć, kto pierwszy zmieszał żytnią mąkę z miodem i
      przyprawami korzennymi. Wiadomo jednak, że już przed wiekami mieszkało w
      mieście wielu mistrzów trudniących się wypiekami tych przysmaków. Jeden z nich
      cieszył się wśród toruńskich mieszczan szczególnym uznaniem. On wypiekał
      najsmaczniejsze pierniki, on przygotowywał najciekawsze formy piernikowe, a
      przy tym był człowiekiem bardzo skromnym i dobrym. Miał on jedyną córkę –
      Katarzynę, którą bardzo kochał i która często pomagała mu przy wypieku
      pierników. Pewnego razu piekarz ciężko zachorował. Nie mógł już pracować i
      bieda zaczęła zaglądać do ich domostwa. Poprosił więc swą córeczkę by sama
      spróbowała wypiekać pierniki. Kasia, która starała się we wszystkim ojcu
      pomagać, z ochotą przystała na prośbę ojca. Szybko przypomniała sobie jakie
      czynności wykonywał ojciec przygotowując piernikowe ciasto, rozpaliła piec
      służący do wypieku. Niestety nie mogła znaleźć drewnianych piernikowych form,
      wyrzeźbionych przez ojca.

      Przygotowanie nowych form piernikowych to zbyt ciężka praca dla małej
      dziewczynki, wzięła więc cynowy kubek i zaczęła nim wycinać z ciasta okrągłe
      medaliony. Ułożyła obok siebie po sześć sztuk i włożyła do pieca. Kiedy już
      gotowe pierniki wyłożyła na stół, zauważyła, że ułożone parami medaliony
      zlepiły się tworząc dziwny kształt. Zasmuciła się z obawy, że pierników o tak
      dziwnym kształcie nikt nie zechce kupić. Smuciła się niepotrzebnie, bowiem tego
      samego jeszcze dnia wszystkie pierniki sprzedała. Były bardzo smaczne,
      smaczniejsze nawet od tych, które wypiekał stary piernikarski mistrz i ich
      kształt też wszystkim przypadł do gustu.

      Długo dyskutowano na toruńskim rynku nad sekretem ich wyśmienitego smaku.
      Przeważyła opinia starej toruńskiej przekupki, która stwierdziła , że pierniki
      przygotowane przez Kasię są tak dobre, gdyż obok mąki, miodu i przypraw włożyła
      w ich wypiek całe swoje serce i miłość do chorego ojca. Z tą opinią zgodzili
      się wszyscy i odtąd pierniki w kształcie sześciu połączonych ze sobą medalionów
      zaczęto nazywać „katarzynkami”. Tę nazwę i smak zachowały po dzień dzisiejszy.
    • Gość: basik O grzechu Krzyżaka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:04
      O grzechu Krzyżaka

      W toruńskim zamku mieszkało 12 Krzyżaków. Wśród nich jeden był człowiekiem
      szczególnie urodziwym. Spacerując po Toruniu spotkał równie urodziwą toruniankę
      i zakocha się od pierwszego wejrzenia. Zupełnie zapomniał o tym, że był nie
      tylko rycerzem, ale także zakonnikiem.

      Często spotykał się z piękną mieszczanką wieczorami w staromiejskich zaułkach.
      Pewnego razu zostali zauważeni przez mieszkańców miasta i wieść o ich romansie
      rozniosła się szeroko. Dowiedzieli się o tym zarówno członkowie Rady Miejskiej,
      jak i krzyżacki komtur. Długo zastanawiano się jaką karę wymierzyć nieszczęsnym
      kochankom i kto ponosi większą winę za to co się stało. W końcu uznano, że wina
      jest równorzędna, a ich spotkania niegodne są wzorowej obywatelki miasta, a tym
      bardziej rycerza-zakonnika.

      Sąd toruński skazał więc na 25 batów wymierzonych przy Bramie św. Jakuba na
      Nowym Mieście. Decyzja w sprawie kary dla zakochanego Krzyżaka należała do
      komtura. Ten zaś skazał nieszczęśnikowi wybudowanie wieży obronnej, która
      byłaby odchylona tak od pionu, jak jego życie odchylone było od reguły
      zakonnej. Rycerz wybudował wię Krzywą Wieżę, odchyloną od pionu o 1,4m., którą
      oglądać możemy po dzień dzisiejszy i która przypomina o niegodnym występku
      rycerza-zakonnika.

      Toruńska Krzywa Wieża jest więc symbolem grzechu. Jest jednak miejscem, gdzie
      sprawdzić można swoją niewinność.

      Stojąc pod wieżą z plecami przypartymi do pochyłego muru, dotykając piętami
      jego cegieł i wyciągając przed siebie ręce sprawdzimy swe sumienie. Jeżeli uda
      się nam przez dłuższą chwilę wytrzymać w takiej pozycji, oznacza to, że na
      naszym sumieniu ciążą przewinienia.
    • Gość: basik O „ratuszowym kalendarzu” IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:04
      O „ratuszowym kalendarzu”

      Po wojnie trzynastoletniej – zakończonej w Toruniu w roku 1466 – ziemia
      chełmińska, a wraz z nią Toruń wróciły po latach krzyżackiego panowania do
      Królestwa Polskiego. Dla miasta nastały czasy dobrobytu i dostatku. Toruński
      burmistrz Henryk Stroband, po naradzie z Radą Miejską postanowił rozbudować
      najważniejszy w mieści budynek – staromiejski ratusz. T u bowiem było centrum
      zarządzania miastem, tu funkcjonowały kramy kupieckie, tu wreszcie odbywały się
      wszelkiego rodzaju miejskie uroczystości. Dokonanie przebudowy zaproponowano
      pochodzącemu z dalekiej Flandrii gdańskiemu architektowi, Antoniemu van
      Obberghenowi. Ten z radością przyjął propozycję, chociaż postawiono przed nim
      bardzo trudne zadanie: po przebudowie ratusz toruński miał być budynkiem
      niepowtarzalnym i powinien zadziwiać wszystkich.
      Architekt szybko wziął się do pracy i przebudował ratusz w taki sposób, że
      można w nim było doszukać się całorocznego kalendarza.

      Zbudował więc jedną wieżę symbolizującą rok, cztery narożne wieżyczki
      przypominające cztery pory roku, 12 wielkich sal – tak jak dwanaście miesięcy w
      roku oraz 52 mniejsze pomieszczenia odpowiadające liczbie tygodni. W budynku
      było 365 okien i każde z nich przypominało jeden dzień w roku. Wiadomo jednak,
      że co cztery lata rok liczy 366 dni. Z tym także sobie poradzono. Raz na cztery
      lata władze miasta wynajmowały murarza, który w starych murach wykuwał
      dodatkowy otwór, aby nie zabrakło dnia 29 lutego. Po zakończeniu roku otwór
      zamurowywano, by wykuć go ponownie za 4 lata.

      W ciągu stuleci toruński ratusz ulegał wielokrotnym przebudowom. Dzisiaj trudno
      jest doszukać się doskonałego kalendarza zaprojektowanego przez gdańskiego
      mistrza Antoniego. Przetrwała jedna wieża, przetrwały cztery narożne wieżyczki,
      ale czy zachowała się ilość pokoi i okien, trudno powiedzieć. Zwiedzając
      ratusz, policzymy je zresztą sami.
    • Gość: basik O piernikach i Litwinkach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:05
      O piernikach i Litwinkach

      Przed wiekami, książę Konrad Mazowiecki sprowadził na ziemię chełmińską
      zakonników Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie popularnie
      zwanych Krzyżakami. Wyruszyli oni na podbój okolicznych ziem, by szerzyć wiarę
      chrześcijańską wśród pogańskich dotąd Prusów. Krzyżackie oddziały dotarły nawet
      na tereny dzisiejszej Litwy i tam w wyniku zwycięskiej bitwy Krzyżacy wzięli do
      niewoli wiele litewskich dziewcząt.

      Wkrótce jednak Wielki Mistrz Krzyżacki zrozumiał, że zabieranie w niewolę
      kobiet jest kłopotliwe i należy otoczyć je należną opieką. Przywieziono je więc
      na teren ziemi chełmińskiej, do Torunia i tutaj ochrzczono, a w roku 1312
      wybudowano klasztor, w którym umieszczono litewskie dziewczęta, nadając
      klasztorowi regułę św. Benedykta.

      Siostry Benedyktynki otoczono troskliwą opieką, prowadziły więc życie dostatnie
      i wygodne. Nie lękały się o swój materialny byt, a wolny czas poświęcały na
      przygotowywanie bardzo smacznych potraw. Był bowiem zwyczaj, że raz w miesiącu
      siostry zapraszały rycerzy krzyżacki na wystawną kolację. Wtedy to na stołach
      pojawiały się przeróżne potrawy, którymi benedyktynki starały się odwdzięczyć
      za pomoc i opiekę.

      Podczas jednej z kolacji podano nieznany dotąd przysmak. Przygotowała go
      siostra Katarzyna, piekąc ciasto z żytniej mąki, miodu i przypraw korzennych.
      Przygotowane przez siostrę Katarzynę ciasta posiadały różne kształty, a wśród
      nich był piernik w kształcie 6 połączonych medalionów. Wszystkim uczestnikom
      biesiady pierniki bardzo smakowały, zastanawiano się jak nazwać piernik o tak
      dziwnym kształcie, przygotowanym przez benedyktynkę. Wówczas krzyżacki komtur
      zaproponował, by piernik o nieznanym dotąd kształcie nazwać „Katarzynką”
      upamiętniając w ten sposób imię siostry, która go przygotowała.

      Z biegiem czasu Krzyżacy coraz bardziej zaniedbywali toruńskie benedyktynki.
      Siostry same musiały starać się o swe utrzymanie i wtedy przypomniano sobie
      o „katarzynkach”. Postanowiono, że siostry by zarobić na utrzymanie klasztoru
      będą wypiekały i sprzedawały pierniki. Tak też zrobiły. W krótkim czasie,
      toruńscy kupcy zaczęli masowo je kupować i wywozić nie tylko do innych miast,
      ale i do innych krajów.
      I tak sława o toruńskich „katarzynkach” wkrótce obiegła całą niemal Europę.
    • Gość: basik O Bogumile i królowej pszczół IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:05
      O Bogumile i królowej pszczół

      Przed laty żył w Toruniu bogaty i szanowany piekarz Bartłomiej, u którego
      pracował czeladnik o imieniu Bogumił. Mistrz miał piękna córkę Katarzynę, do
      której co wieczór tęsknie wzdychał młody czeladnik. Mimo, iż Katarzyna
      odwzajemniała uczucia czeladnika, ojciec nie chciał słyszeć o ich ślubie.
      Bogumił był zbyt ubogi, a Mistrzowi marzył się zięć równie bogaty jak on sam.

      Młody piekarz lubił wieczorami wychodzić poza obronne mury Torunia, by wśród
      ptaków rozmyślać o swej ukochanej. Pewnego dnia siedząc zadumany nad
      podmiejskim stawem, z bukietem kwiatów nazrywanych dla Kasi, dojrzał tonącą,
      małą pszczółkę. Żal mu się zrobiło nieszczęsnej pszczółki, podsunął jej więc
      listek i wyciągnął z wody. Pszczółka pięknie podziękowała i odfrunęła.

      Po chwili jednak na ramieniu czeladnika usiadła Królowa Pszczół. Wiedziała już
      o szlachetnym uczynku Bogumiła i postanowiła odwdzięczyć się za uratowanie swej
      siostry. Zdradziła mu sekret wypieku smacznych pierników. W sekrecie
      powiedziała chłopcu, by do ciasta dodawał słodkiego miodu i korzennych
      przypraw. Bogumił podziękował za radę, wziął przygotowany bukiet kwiatów i
      wrócił do Torunia. Kiedy przybył do piekarni zastał wszystkich przy wytężonej
      pracy, gdyż niespodziewaną wizytę w mieści zapowiedział król. Również i
      Bogumił od razu zabrał się do wypiekania ciasta przeznaczonego dla króla.
      Przypomniał sobie rady Królowej Pszczół i nie mówiąc nikomu dodał do ciasta
      miodu i korzennych przypraw. Kiedy zaś ciasto było gotowe wykonał z niego dwa
      serca, ułożył je naprzeciw siebie i połączył dwoma kółkami, które miały
      symbolizować dwie obrączki.

      Rankiem piernik dla króla był już gotowy. Kiedy wypiek ujrzał Bartłomiej bardzo
      się zdenerwował. Zamiast ładnego piernika ujrzał ciasto o dziwacznym wyglądzie.
      Dwie odwrócone serca i dwie obrączki pod wpływem ciepła połączyły się ze sobą
      tworząc niespotykany dotychczas kształt.

      Niestety, na wypiek innego piernika nie było już czasu. Król bowiem wjeżdżał
      już do miasta. Burmistrz wraz z Radą Miasta przywitali króla częstując go
      wypieczonym przez Bogumiła piernikiem. Wielkie było zdziwienie mistrza
      Bartłomieja, gdy króla zachwycił smak i kształt piernika. Król poprosił by
      przedstawiono mu piekarza, który to piekł. Stanął więc przed królem Bogumił i
      tłumaczył władcy, że kształt piernika ma symbolizować dwa zakochane serca
      połączone ze sobą obrączkami, a swój smak zawdzięcza piernik miodowi i
      korzennym przyprawom dodanym do ciasta. Wyznał tez Bogumił królowi, że
      wypiekając ciasto cały czas myślał o ukochanej Katarzynie, córce
      piernikarskiego Mistrza. Król wysłuchał opowieści Bogumiła w milczeniu i
      natychmiast zwrócił się do stojącego obok mistrza Bartłomieja z prośbą, by
      zezwolił na ślub Katarzyny z młodym czeladnikiem. Bartłomiej nie śmiał odmówić
      królewskiej prośbie. Król nadał też Bogumiłowi tytuł piernikarskiego Mistrza i
      hojnie go obdarował złotymi dukatami. Mistrz zaś nadał przywilej wypieku i
      sprzedaży pierników nie tylko na terenie całego kraju, ale też poza granicami i
      poprosił toruńskich piekarzy, by pierniki w kształcie uformowanym przez
      Bogumiła nazwano „katarzynkami” na pamiątkę miłości Bogumiła i Katarzyny.
    • Gość: basik O najstarszym toruńskim dzwonie „Tuba Dei” IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:06
      O najstarszym toruńskim dzwonie „Tuba Dei”

      Niemal 500 lat temu, kiedy kończono prace związane z rozbudową najstarszego
      toruńskiego kościoła – staromiejskiej fary p.w. św. Janów okazało się, że
      zabrakło pieniędzy na nowy dzwon.

      Długo zastanawiano się skąd je wziąć, a musiało być ich sporo, bo dzwon
      powinien być wielki, godny wspaniałego miasta i wspaniałej świątyni. W końcu
      Rada Miejska postanowiła zdobyć je podstępem. Zbliżał się rok 1500 i
      rozgłoszono, że zbliża się koniec świata. Toruńscy mieszczanie szybko uwierzyli
      w tę przepowiednię i radzili jak uchronić się przed zbliżającym się
      kataklizmem. Burmistrz ogłosił więc, że jeżeli do 31 grudnia 1500 na toruńskiej
      farze zawiśnie dzwon nazwany ku chwale Bożej „ Tuba DEI”, co w tłumaczeniu na
      język polski znaczy „Trąba Boża” – Bóg da się przebłagać i zapomni o ludzkich
      niegodziwościach.

      W toruńskich mieszczan wstąpiła nadzieja. Zaczęli znosić do staromiejskiego
      ratusza cenne kruszce i pieniądze potrzebne do odlania dzwonu. Hojność
      mieszczan była wielka i wkrótce można było zamówić u znanego odlewnika Marcina
      Schmidta odlanie dzwonu. Odlewnik wykonał wielką formę, rozpalił ogromny piec,
      w którym roztopił zebrane srebrne, cynowe, a nawet złote naczynia zebrane przez
      mieszczan. Odlał wielki dzwon. Ważył on 7238 kilogramów, miał wysokość 2,76
      metra i 2,17 metra średnicy.

      Wielka była radość mieszkańców Torunia, kiedy 22 września 1500 roku dzwon
      został uroczyście poświęcony. Kiedy uroczystości związane z poświęceniem
      dzwonu, zaczęto zastanawiać się jak tak wielki dzwon wciągnąć na kościelną
      wieżę. Projektów było wiele, ale w końcu zdecydowano się na budowę bardzo
      długiej pochylni. Pochylnia ta, zbudowana ponad dachami toruńskich kamieniczek,
      miała swój początek daleko poza miejskimi murami i prowadziła na wierzę
      świętojańskiej świątyni. Na wieży usadowiono 12 wołów, których zadaniem było
      poruszanie urządzenia do wciągania ogromnego dzwonu.

      Ta skomplikowana operacja udała się. Dokładnie 31 grudnia 1500 roku „Tuba Dei”
      po raz pierwszy wydał z siebie głos. Który rozchodził się bardzo daleko,
      docierając do nieba, gdzie cudowny jego ton został zapewne przychylnie przyjęty.

      Końca świata nie było. Toruński dzwon służy miastu do dnia dzisiejszego.
      Podczas wielkich uroczystości można usłyszeć jego piękny ton, a co najbardziej
      zapobiegliwi mieszkańcy miasta, gdy milknie dotykają lewą ręką miejsca gdzie
      uderza serce dzwonu. Podobno przynosi to szczęście. Ci, którzy to uczynili
      twierdzą, że toruński dzwon „Tuba Dei” naprawdę przynosi szczęście.
    • Gość: basik „Szwedko” IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 22:07
      „Szwedko”

      Przed wiekami schwytano w Toruniu włóczęgę oskarżonego o dokonanie licznych
      kradzieży. Nie był to zapewne jedyny złodziej w mieście.

      Tego jednak udało się schwytać w momencie, gdy kradł dostojnemu mieszkańcowi
      miasta sakiewkę pełną złotych dukatów. Szybko odbyła się w sali sądowej
      staromiejskiego ratusza rozprawa, a wydany wyrok miał odstraszyć innych przed
      zuchwałymi kradzieżami. Sąd toruński wydał więc wyrok bardzo surowy.
      Nieszczęśnika skazano na śmierć i postanowiono niezwłocznie powiesić go na
      szubienicy.

      Miejsce straceń znajdowało się o milę od murów miejskich, na wzgórzu, które
      zwano „Wiesiołkiem”. Było to niewielkie wzniesienie porośnięte krzewami, na
      którym od niepamiętnych czasów stała szubienica. Toruńscy mieszczanie starali
      się omijać to miejsce z daleka, ale w chwilach wykonywania wyroków tłum
      mieszczan chętnie przyglądał się egzekucji.

      Tak było i tego dnia – 16 lutego 1629 roku, kiedy miała nastąpić egzekucja
      włóczęgi – złodziejaszka. Pomimo zimna, tłum mieszczan otoczył przygotowaną do
      wykonania wyroku szubienicę. Kiedy kat przygotował pętle, skazańca wprowadzono
      na drabinę. Spojrzał więc nieszczęsny złodziejaszek ostatni raz na świat, który
      miał wkrótce opuścić i rozglądając się wokół ujrzał wielką liczbę zbliżających
      się żołnierzy i kolorowych sztandarów. Krzyknął więc przerażony „Szwedzi idą” i
      wskazał ręką miejsce, z którego nadciągał nieprzyjaciel. Władze miasta i tłum
      mieszczan w popłochu opuścili ponure „wiesiołki”, oczywiście zapominając o
      wykonaniu wyroku śmierci. Za nimi, uciekając przed szwedzkimi wojskami pobiegł
      skazaniec. Zdążył wbiec do miasta zanim pozamykano bramy. Niebawem 8000
      żołnierzy pod dowództwem generała Wrangla i pułkownika Teuffla stanęło pod
      miejskimi murami.

      Mieszkańcy miasta bronili się bardzo dzielnie i już następnego dnia wojska
      szwedzki zmuszone były wycofać się. Wielka była radość z odparcia oblężenia.
      Świętowano je bardzo hucznie i dopiero po kilku dniach przypomniano sobie o
      złodzieju, który ostrzegł mieszczan przed wrogiem. Odszukano go w jednej z
      toruńskich gospod. Bladego ze strachu ponownie przyprowadzono przed oblicze
      toruńskiego sądu. Ten jednak wspaniałomyślnie darował mu karę i podziękował za
      uratowanie miasta. Na pamiątkę tego wydarzenia nazwano go „Szwedko”.

      „Szwedko” pozostał w Toruniu i przez długie jeszcze lata żył ciesząc się
      szacunkiem jego mieszkańców.
    • Gość: daria No prosze! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.06.05, 15:13
      No prosze!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka