Dodaj do ulubionych

Tolerancja

27.09.09, 08:20
mateusz.pl/czytania/2009/20090927.htm
"W dobie różnorakich nacjonalizmów, separatyzmów, wojen religijnych,
rozmaitych kampanii nienawiści, fałszywych pomówień, szczucia
jednych przeciwko drugim, Jezus daje nam jako lekarstwo złotą zasadę
tolerancji: „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. Ponieważ
jednak kwestia tolerancji religijnej budzi wiele gorących emocji i
sporów, warto przyjrzeć się współczesnym „wojnom religijnym” w
świetle tej Ewangelii.

Od razu widzimy, że Janowi trochę tej tolerancji zabrakło.
Prawdopodobnie w dobrej wierze: chciał ustrzec dzieło Chrystusa
przed zniekształceniem, rozdrobnieniem i profanacją. Być może dały
też o sobie znać ciągotki monopolistyczne – Jan też miał prawo nie
lubić konkurencji. Dość, że potrzebna była interwencja Chrystusa.

Jednakże jeśli ktoś myśli sobie z satysfakcją, że w ten sposób Jezus
utarł nosa Kościołowi, a szczególnie jego hierarchom, to się grubo
myli. W tej Ewangelii na pewno nie ma pretekstu do kolejnego ataku
na Kościół w imię rzekomej „obrony tolerancji przed zapędami
klerykalnego totalitaryzmu”. Czy czytając ten cytat (w zasadzie
nawet dość oględny) z rozmaitych „Nie”, „Wprost”, „Poznaniaków” itp.
nie czujemy jakiegoś niesmaku, jakiejś wielkiej dysharmonii ze
słowami Chrystusa? Jest to język propagandy i walki, jakże obcy
kojącej mowie Ewangelii. A jednak, wielu ludzi ulega presji tego
języka nienawiści i daje się nią owładnąć.

Tymczasem Jezus podaje warunki, które musi spełniać ktoś, kto ma
mieć prawo do miana i przywilejów chrześcijanina. Innymi słowy:
podaje granice tolerancji, poza którymi nie można już mówić o
postawie chrześcijańskiej. Tą granicą i kryterium przynależności do
Chrystusa, jest cześć dla imienia Jezusowego, czyli wiara. Kto
podejmuje jakiekolwiek działanie w imię Jezusa, czyli w zgodzie z
zasadami, które Jezus głosił, nie może być nastawiony wrogo. Jeśli
ktoś podejmuje krytykę Kościoła w imię Jezusa, czyli kierując się
miłością, braterskim upomnieniem, dyskrecją, pokorą, troską o
wspólne dobro – jest to zawsze krytyka twórcza i konstruktywna. I
taką krytykę Kościół z wdzięcznością, choć może niekiedy bez
entuzjazmu poszczególnych księży, przyjmuje.

Ale to, z czym na ogół mamy do czynienia w prasie, radiu i
telewizji, z krytyką i miłością nie ma nic wspólnego. Są to często
niewybredne, niekulturalne, kłamliwe ataki, których celem nie jest
wcale żadna troska, ani nawet chęć zmiany postępowania Kościoła,
lecz jego zdyskredytowanie, oczernienie, podważenie zaufania ludzi
do wiary. Dzieje się to często pod przykrywką obłudnych zapewnień o
swych szlachetnych intencjach, przy wtórze okrzyków w obronie
pokrzywdzonych, wybuchów serdecznego oburzenia, jękami zawodu
nieprzychylną postawą biskupów.

Tymczasem dla wszystkich powinno być jasne, że poniżej pewnego
poziomu dyskusji się nie schodzi, że z niektórymi ludźmi dialog jest
niemożliwy, dopóki wyraźnie nie pokażą, że ich intencje są szczere,
a metoda dyskusji uczciwa. W przeciwnym razie szkoda zdrowia i
języka na udział w słownych burdach. To tu najlepiej widać, że
ludzie tacy z nawiązką spełniają warunek „przeciwko nam”, a z takimi
ludźmi chrześcijanin nie ma nic wspólnego.

Mało tego! Postępowanie takie ma wszelkie znamiona zgorszenia. Za
tym wojowniczym pokrzykiwaniem przeciwko Kościołowi, idzie
wielu „małych”, których być może nie stać na samodzielną i krytyczną
refleksję, którzy na ogół bez zastanowienia powtarzają cudze
poglądy. Najpierw dają sobie odebrać wiarę w Kościół, łudząc się, że
w ten sposób oczyszczają tylko swoją wiarę w Boga. Ale bez Kościoła
żadna wiara w Boga nie jest możliwa, dlatego zaraz potem tracą
wszelką wiarę i zostaje straszliwa duchowa pustka. Biada tym, którzy
świadomie takim procesem sterują!"

Ks. Mariusz Pohl
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka