diabollo
01.10.09, 18:24
czyli kolejny ważny tekst na temat stosunków pomiędzy polskim państwem, a
Kościołem Katolickim w Polsce.
Kłaniam się nisko.
Niektóre kawałki:
Tak zwany kompromis
Grzech jest, można powiedzieć, pierworodny, bo powstał u zarania III RP, gdy
rząd Mazowieckiego w 1990 r. na mocy tylko instrukcji ministra edukacji
narodowej (czyli metodą – od zakrystii) wprowadził religię do szkół. Następnie
Trybunał Konstytucyjny oddalił skargi dwóch kolejnych rzeczników praw
obywatelskich, prof. prof. Ewy Łętowskiej i Tadeusza Zielińskiego, którzy
protestowali przeciwko łamaniu przez tę instrukcję i idące za nią
rozporządzenia reguł demokratycznych.
Dopiero w kwietniu 1992 r. zostało wydane rozporządzenie „w sprawie warunków i
sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach”.
Wreszcie konstytucja z 1997 r. potwierdziła obecność religii w szkole i nikt
już nie protestował, zwłaszcza że politycy wszystkich właściwie formacji
przyczynili się do zawarcia tego tak zwanego kompromisu z Kościołem. Bo
wszelkie ustępstwa i przywileje dla Kościoła, ideologiczne i te bardziej
przyziemne (celne, podatkowe, dotyczące zwrotu majątków, dotacji itp.), rychło
zaczęto nazywać kompromisem.
Każdy, kto kwestionował „kompromisowe” ustawy, był traktowany jak
niebezpieczny radykał, który zajmuje się tematami zastępczymi i podnosi rękę
na z takim trudem wypracowane porozumienie. A porozumienia wyglądały na ogół
tak, że Kościół postulował, a politycy się zgadzali.
Jeszcze za życia Jana Pawła II Kościół w Polsce osiągnął właściwie wszystko,
co chciał, tak prawnie (w 1993 r. podpisano konkordat, ratyfikowany przez Sejm
w 1998 r.), ideologicznie, światopoglądowo i symbolicznie, jak i materialnie.
A co najważniejsze, udało mu się określić granice i sposoby dyskusji o swoich
sprawach i interesach tak, że się po prawdzie w ogóle nie dyskutuje.
Warto przypomnieć i inne zdarzenia z 20 lat na linii państwo–Kościół:
zakamuflowane próby finansowania z budżetu budowy Świątyni Opatrzności Bożej,
sejmową propozycję intronizacji Chrystusa Króla, apel biskupów z 1994 r. do
twórców nowej konstytucji, aby ustawa zasadnicza gwarantowała prawo do życia
od poczęcia, ostrzeżenia najwyższych hierarchów, jeszcze pod koniec lat 90.,
że wstąpienie Polski do UE grozi utratą suwerenności (potem, pod wpływem Jana
Pawła, nastąpiła zmiana stanowiska, choć nie u wszystkich biskupów). W 2006 r.
po cichu dofinansowano z budżetu państwa papieskie wydziały teologiczne –
pojawiły się kontrowersje, ale zostały uciszone z antyklerykalnego paragrafu.
Księża wskazywali ugrupowania, na jakie nie należy głosować, a potem
publicznie dziwili się, jak biskup kielecki w 2001 r., że w wierzącym w 90
proc. społeczeństwie wygrywa formacja (SLD), która „gardzi zbawieniem”.
Właściwie nikt specjalnie nie prostował, że funkcjonują układy: konkordat za
konstytucję, zwrot majątku za Unię, nieruszanie ustawy antyaborcyjnej za
łagodzenie nastrojów społecznych w kryzysowych latach na początku dekady. Mało
kto już dziś pamięta, jakie boje toczyły się o konstytucyjne pojęcie
neutralności religijnej państwa, w końcu – na życzenie hierarchów – zastąpiono
je słowem „bezstronność”.
Zapewne na początku III RP rządzący widzieli w Kościele autorytet, który może
tonująco wpływać na życie społeczne okresu wielkiej transformacji. Partie
dopiero się tworzyły, ideowe formacje musiały okrzepnąć, stąd ustępstwa wobec
hierarchii, której zdolności negocjacyjne i koncyliacyjne potwierdził czas
PRL. Ale ten okres trwał dłużej niż czas budowy demokratycznego państwa,
przychylność Kościoła przyjęto uważać za warunek konieczny powodzenia
wszelkich projektów: dokończenia transformacji, uchwalenia konstytucji, akcesu
do Unii Europejskiej. A potem nastał PiS, który już otwarcie próbuje wciągnąć
Kościół polski do polityki.
(...)
Wiesław Chrzanowski, działacz ZChN i WAK, tak wspomina po latach w wywiadzie
dla „Polityki” swoje zaangażowanie polityczne po stronie Kościoła:
„Przeprowadziliśmy skuteczną kampanię w sprawie religii w szkołach,
wprowadzono ustawę antyaborcyjną (...), udało się storpedować, między innymi w
porozumieniu z liberałami, wniosek o opodatkowanie kościelnej tacy. W sumie to
Kościół skorzystał, a my zapłaciliśmy wysoką cenę. Walczyliśmy o sprawy, które
wówczas nie cieszyły się powszechnym uznaniem, były kontrowersyjne”.
Chrzanowski zauważa, że kolejne wcielenie „partii kościelnej” – czyli Ojczyzna
powstała przed wyborami w 1993 r. – już nie dostało większego poparcia hierarchów.
Chrzanowski stawia tu ciekawą hipotezę: „(...) wyraźnie zanosiło się na
zwycięstwo lewicy, a toczyły się ważne dla Kościoła sprawy, jak choćby
ratyfikacja konkordatu. Postanowiono więc, że lepiej się nie angażować”. Widać
tu zatem dwie kwestie o kapitalnym znaczeniu dla zrozumienia politycznego
istnienia Kościoła katolickiego w ostatnich 20 latach: po pierwsze, nie ma on,
podobnie jak dawniej Imperium Brytyjskie, wiecznych sojuszników, a jedynie
wieczne interesy; po drugie, politycy gotowi są do popierania jego postulatów,
nawet ze świadomością, że angażują się w sprawy, których większość
społeczeństwa nie popiera. Widocznie uważają, że per saldo kiedyś im się to
jednak opłaci.
Bo, rzeczywiście, większość polityków, włącznie z postkomunistyczną lewicą,
układała się z Kościołem po jego myśli, nie szła z nim na żadną wojnę, tak jak
gdyby przyjęto żelazną zasadę, że tu frontów się nie buduje, tu trzeba się
dogadać, czyli ustąpić. Do rytuału należały audiencje w Watykanie, publiczne
dawanie świadectwa swojej wierze, uczestnictwa w mszach, wyjątkowe honorowanie
hierarchów.
Kto tego nie przestrzegał, ryzykował, że zaprzepaści szanse w walce
politycznej, choć bardzo dawno nikt nawet nie sprawdzał, czy rzeczywiście tak
jest. Donald Tusk w 2005 r., kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi, wziął
ślub kościelny; w ten sposób zdjął z wokandy łatwy do przewidzenia zarzut,
jakiego mógł się spodziewać ze strony obozu przeciwników, że nie zachowuje się
i nie żyje jak prawdziwy Polak katolik.
Ale też nie rozpatrywano kwestii, czy dla realnego elektoratu Platformy,
wielkomiejskiego, wykształconego, w dużej mierze zlaicyzowanego, ta kwestia ma
w ogóle jakieś znaczenie. Tusk zrobił to na wszelki wypadek. Bo wobec Kościoła
wszyscy coś robią na wszelki wypadek. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mieliśmy
i nadal mamy tu często do czynienia z grą pozorów i polityczną hipokryzją, z
cynicznie realizowanym interesem: jeśli nawet nie ma co liczyć na sympatię
hierarchów, to przynajmniej nie prowokujmy ich do okazywania niechęci i
wspierania konkurentów. Ilu to chociażby polityków lewicy pokazywało swoje
metryki chrztu i opowiadało o swoich posługach ministranckich w dzieciństwie?
Można w ciemno założyć, że Jarosław Kaczyński ma o ojcu Rydzyku opinię mniej
więcej taką jak o Andrzeju Lepperze, ale przecież na luksus okazywania swoich
uczuć i wyrażania szczerych myśli nie może sobie politycznie pozwolić. Więc
będzie zachwycony wysłuchiwał tyrad ojca dyrektora w Częstochowie i kokietował
zebranych tam pielgrzymów.
całość:
www.polityka.pl/politycy-w-zakrystii/Lead30,933,302599,18/