Dodaj do ulubionych

kryzys wiary.co dalej?

21.10.07, 13:15
trzy lata temu po ciezkiej chorobie zmarla moja mama. do samego
konca wierzylam, ze wyzdrowieje. modlilam sie do Boga i wierzylam,
ze nam pomoze. nie pomogl. wtedy rozumialam, ze taka byla Jego wola.
wtedy jeszcze sie modlilam. powoli jednak tracilam wiare w sens tej
modlitwy. coraz czesciej myslalam: po co? i tak mnie nie slyszy. juz
czwarta niedziele nie poszlam do kosciola, juz od dawna sie nie
modle. nie okazuje radosci, bo boje sie, ze jesli Bog to zobaczy
zabierze mi wszystko to co kocham, wszystko to na czym mi zalezy.
tak, jak zabral mame. nigdy nie zapomne uscisku dloni profesora i
jego gratulacji, ze teraz juz bedzie tylko dobrze, mojej radosci i
smierci mamy tydzien pozniej. dlaczego Bog tak postapil? jak mam sie
teraz odnalezc?
Obserwuj wątek
    • maureen2 Re: kryzys wiary.co dalej? 21.10.07, 13:18
      wydaje mi się,że twoim bogiem była mama
      • gosia152 Re: kryzys wiary.co dalej? 21.10.07, 14:39
        Bóg cię słyszy, Bóg cię kocha, musisz się modlić o siłę i łaskę,
        jeśli oczywiście chcesz cos zmienić, bez chęci z twojej strony nic
        się nie zmieni
        • astrotaurus Re: kryzys wiary.co dalej? 23.10.07, 09:45
          gosia152 napisała:
          "bez chęci z twojej strony nic się nie zmieni"


          Co Ty pierniczysz?!
          O jakim bogu mówisz?
          Czy ten Twój jest uruchamiany na pilota modlitwy, czy może robić co
          chce i jak chce?
          Ech... rece opadają.
      • 1611ab Re: kryzys wiary.co dalej? 25.10.07, 08:42
        mauren2 , trzeba być bez serca lub mieć 12 lat, żeby w ten sposób odpowiedzieć .
    • grgkh Boga nie ma 21.10.07, 15:09
      To urojenie. Właśnie w takich jak Twoja sytuacjach, gdy
      rzeczywistość nie daje nam tego, czego w zgodzie z naszym poczuciem
      sprawiedliwości oczekujemy, gdy brak nam mocnych więzi z innymi
      ludźmi, więzi, które pomogłyby nam przeczekać trudne chwile, właśnie
      wtedy niektórzy z ludzi sięgają po narkotyk, po środek uśmierzający
      ból, uciekają w iluzję, w bajkę.

      Boga nie ma. Nikt/nic nie zobaczy, że się nie modlisz. Religia to
      handel, doskonały marketing koncernu posługującego się strachem i
      niespełniającymi się obietnicami ukrytymi za pozorami. To fałsz i
      obłuda kleru żerującego na ludzkim nieszczęściu, na ludzkiej
      niewiedzy, na żądzy władzy ludzkimi duszami i sumieniami.

      Prawdziwy świat jest jeden, a prawdziwe życie też tylko jedno, tu i
      teraz, i pomiędzy ludźmi takimi jak my. I to kontakt z nimi jest
      najważniejszy, i dla niego warto żyć, bo od naszych przodków mamy
      wszystko, a naszym następcom powinniśmy przekazać najlepsze, co sami
      posiadamy.

      Umrzeć musimy wszyscy. Czeka to każdego człowieka, każdą istotę
      żywą. Z przemijaniem trzeba się pogodzić, bo go nie unikniemy, a
      przecież nie znaczy to, że to jest złe. Tak musi być. A więc żyjmy
      dla żyjących...
    • trapista_maszynista Re: kryzys wiary.co dalej? 21.10.07, 15:27
      Jan Pawel II jeszcze jako arcybiskup Krakowa powiedzial na jakims pogrzebie,ze
      czlowiek umiera zawsze w momencie dla niego najlepszym,bo Bog jest dobry.
      • wanda43 Re: kryzys wiary.co dalej? 22.10.07, 16:27
        >bo Bog jest dobry

        a gdzie ty widzisz tę jego dobroc?
        w wojnach, chorobach, kataklizmach?Gdy giną setki i tysiące ludzi?
        Nie ma Boga ani zlego, ani dobrego. Bog, to to,co nam sie wmawia od dnia
        naznaczenia przez chrzest. Bog, to biznes koscielny i wladza nad barankami.
        Ludzie lubia byc oszukiwani, bo boja sie smierci i tego, co potem. A potem nie
        ma nic. Zuzywamy sie i psujemy, jak wszystkie przedmioty, a zamiast na smietnik,
        trafiamy do matki ziemi, by ja zasilic swoim truchlem. Po smierci nie ma juz nic.
    • mich.999 Re: kryzys wiary.co dalej? 22.10.07, 11:48
      U Ciebie nie ma wiary - usiłujesz jedynie handlować z Bogiem.Modlitwę traktuj jako formę medytacji i wtedy Ci pomoże.
    • dagmama Re: kryzys wiary.co dalej? 22.10.07, 14:19
      Niestety, nie można wierzyć tylko wtedy, kiedy jest dobrze.
      Czy nie wiedziałaś, że inni też tracą bliskie osoby? Nie tylko
      rodziców, co jest jeszcze naturalne, ale także dzieci.
      Wiara to nie jest zakład: wierzę, ale nie robisz mi krzywdy (jeśli
      to Bóg krzywdzi).
      Co teraz?
      Ponieważ "straciłaś wiarę", a według mnie to nie była nawet
      prawdziwa wiara, skończ z tymi mrzonkami.
    • astrotaurus Re: kryzys wiary.co dalej? 23.10.07, 09:57
      elabeta napisała:
      "trzy lata temu po ciezkiej chorobie zmarla moja mama"

      Ty nie masz problemu z wiarą, tylko ze sobą.
      Jeśli trzy lata po śmierci matki wstrząsaja Tobą takie myśli, to
      znaczy, że nie poukładałaś sobie obrazu świata. Z wiarą w jakiegoś
      boga czy bez wiary powinnaś już sprawę relacji śmierci matki do
      wiary mieć uporządkowaną.
      Wszystko wskazuje na to, że już nie wierzysz, ale jeszcze nie chcesz
      się do tego przyznać. Przy czym brak czy zachwianie wiary wynikają z
      nieracjonalnych przyczyn.

      I zapewne na forum nie damy rady Ci pomóc, najlepiej, abyś się
      zwróciła do mądrego bliskiego człowieka, albo psychoterapeuty.
      Bez wielu informacji na temat Twojego wieku, życia, doświadczeń,
      pogladów nie jest możliwe rozstrzygnięcie kwestii, która
      prawdopodobnie jest źle postawiona.
      • pocoo Re: kryzys wiary.co dalej? 24.10.07, 09:03
        Normalne życie.Bóg ma plan w stosunku do każdego człowieka.Jak Bóg
        postanowił to tak będzie. Klepanie paciorków 24 godz. na dobę ,
        wszelkie błagania i płacze można sobie w" buty wsadzić".Mozna
        zwariować jeżeli miliardy modłów do Boga dociera i każdy czegoś
        chce.A dajcie wy Bogu święty spokój do wszystkich diabłów.Jaki sens
        ma modlitwa do Boga który ma to gdzieś? Modlitwa służy do ogłupiania
        rozumu.
        • mich.999 Re: kryzys wiary 24.10.07, 16:59
          Modlitwa nie ma służyć do ogłupiania mózgu ale pomaga w medytacji.
          • pocoo Re: kryzys wiary 25.10.07, 00:10
            mich.999 napisał:

            > Modlitwa nie ma służyć do ogłupiania mózgu ale pomaga w medytacji.
            A to sobie medytuj jak lubisz.
    • piwi77 Szukaj przyjaciół wśród ludzi, a nie wśród bogów, 24.10.07, 09:24
      co do których nic nie wiadomo.
    • patula1889 Re: kryzys wiary.co dalej? 24.10.07, 15:15
      "wtedy rozumialam, ze taka byla Jego wola"

      "Niech nikt kto jest doświadczany, nie mówi :Prez Boga jestem
      doświadczany. Bóg bowiem nie może być doświadczany przezcos złego
      ani sam nikogo nie doświadcza" Jakuba 1:13

      " dlaczego Bog tak postapil?"
      To nie Bóg jest sprawcą naszych cierpień. "Cały świat podlega mocy
      niegodziwca." 1 Jana 5:19

      "powoli jednak tracilam wiare w sens tej modlitwy. coraz czesciej
      myslalam: po co? i tak mnie nie slyszy"

      " Bóg jest blisko wszystkich, którzy go wzywają, wszyskic, którzy go
      wzywają w wierności wobec prawdy. Spełni pragnienie tych, którzy się
      go boją, a ich wołanie o pomoc usłyszy" Psalm 145:18,19
      " O nic się nie zamartwiajcie, ale we wszystkim niech wasze gorące
      prośby zostaną przedstawione Bogu w modlitwie i błaganiu wraz z
      dziękczynieniem; a pokój Boży, który przewyższa wszelką myśl, będzie
      strzegł waszych serc i władz umysłowych przez Chrystusa Jezusa"
      Filipian 4:6,7


      • pocoo Re: kryzys wiary.co dalej? 25.10.07, 00:25
        Masz rację , że zło to szatan stworzony przez Boga.Skoro Bóg zna
        każdego człowieka , to po co wysyłać do niego błagalne prośby?Bóg
        wiedział , że Hiob będzie mu wierny bez względu na okoliczności i w
        formie zakładu pozwolił szatanowi aby ten Hioba zgnoił psychicznie i
        fizycznie.Za wiernośc Bóg nagradza ale kłóci sie to z moim poczuciem
        sprawiedliwości.Czy ludzie to lalki którymi wolno się Bogu zabawiać?
    • piwi77 Re: kryzys wiary.co dalej? 25.10.07, 09:13
      To ludzie mają służyć bogu (tak się nawet mówi, sługa boży), nie
      odwrotnie, więc dlaczego bóg miałby realizować życzenia wyrażane w
      modlitwach?
      • pocoo Re: kryzys wiary.co dalej? 25.10.07, 10:23
        Bóg uwielbia hymny pochwalne a prośby ma gdzieś , czego dowodem jest
        JPII za życia.Po śmierci papieża , wielu katolików prosi go o
        wstawiennictwo u Boga bo jest bliżej i wtedy dzieją się "cuda".Może
        po śmierci Bóg ludzi wysłucha , tylko po co?
    • funix Może to Ci pomoże... 25.10.07, 20:59
      elabeta napisała:
      > dlaczego Bog tak postapil? jak mam sie teraz odnalezc?

      Przesyłam Ci fragment z książki J.Krishnamurtiego „O konieczności przemiany”.
      Nie jest to tekst dla każdego, ale też i Ty nie jesteś w zwykłej, codziennej
      sytuacji. Podobno chińskie przysłowie mówi, że „kryzys jest szansą zmiany na
      lepsze”. Skoro już cierpimy i nie da się tego uniknąć, szkoda by było cierpieć
      na próżno...
      Myślę, że to może być dla Ciebie „na czasie” ;) Ciekaw jestem , co po
      przeczytaniu powiesz.
      Nie jestem uczniem Krishnamurtiego, ale chyba wiem, o co mu chodziło, jeśli więc
      czegoś w tym tekście nie rozumiesz, gotów jestem wytłumaczyć na forum czy przez
      maila.
      Trzymaj się mocno :)


      WIARA
      ROZMÓWCA: Należę do tych, którzy naprawdę wierzą w Boga. W Indiach byłem uczniem
      jednego z wielkich współczesnych świętych, który dzięki wierze w Boga spowodował
      tam wielkie polityczne przemiany. Cały ten kraj pulsuje rytmem boskości.
      Słyszałem pańskie wypowiedzi przeciwko wierzeniom, wiec zapewne jest pan
      niewierzący. Będąc jednak człowiekiem religijnym, musi pan mieć jakieś poczucie
      istnienia Najwyższego. Przewędrowałem całe Indie i sporą część Europy,
      odwiedzając klasztory, kościoły, meczety i wszędzie widziałem, jak żarliwa,
      głęboka wiara w Boga kształtuje ludzkie życie. Skoro nie wierzy pan w Boga, a
      jednak jest pan religijny, to jaki właściwie jest pański stosunek do tej sprawy?
      Dlaczego pan nie wierzy? Czy jest pan ateistą? Jak panu wiadomo, w hinduizmie
      można być ateistą, nie popadając w sprzeczność z ortodoksją. Oczywiście inaczej
      jest w chrześcijaństwie. Nie wierząc w Boga, chrześcijaninem być nie można. Ale
      nie o to chodzi. W istocie przyszedłem tutaj, aby prosić pana o wyjaśnienie
      pańskiego punktu widzenia i o wykazanie mi jego słuszności. Ludzie idą za panem,
      więc ciąży na panu odpowiedzialność, stąd moje pytanie.
      KRISHNAMURTI: Wyjaśnijmy przede wszystkim to, co poruszył pan na końcu. Nie ma
      tu miejsca dla żadnych wyznawców i nie jestem odpowiedzialny za pana ani za
      ludzi, którzy słuchają moich przemówień. Nie jestem też hinduista ani nikim
      podobnym, gdyż nie należę do żadnego religijnego czy niereligijnego ugrupowania.
      Każdy musi być światłem sam dla siebie. Dlatego nie ma tu nauczyciela ani
      ucznia. Trzeba to jasno zrozumieć od początku. W przeciwnym razie człowiek ulega
      czyimś wpływom, staje się niewolnikiem propagandy i perswazji. Dlatego wszystko,
      o czym obecnie mówimy, nie stanowi dogmatu, nie jest przedmiotem wiary. Nie
      chodzi tu również o przekonywanie; może jedynie dojść lub nie dojść do spotkania
      we wspólnym zrozumieniu. Otóż stwierdził pan z naciskiem, że wierzy pan w Boga i
      przypuszczalnie pragnie pan doświadczyć dzięki wierze tego, co można by nazwać
      boskością. Słowo „wiara" jest wieloznaczne. Bywa więc wiara w fakty, których się
      osobiście nie zna, ale można je sprawdzić, jak na przykład istnienie Nowego
      Jorku czy wieży Eiffla. Może pan być też przekonany o wierności żony, ale jak
      jest naprawdę, tego pan nie wie. Mogłaby przecież być niewierna w myślach, lecz
      będzie pan przekonany o jej wierności, gdyż faktycznie nie zauważył pan, by z
      kimś innym przebywała. Może ona zdradzać pana codziennie w myślach i panu
      zapewne też się to zdarzało. Wierzy pan chyba w reinkarnację, choć nie ma żadnej
      pewności, że coś takiego istnieje. I chyba wierzenie to nie ma wpływu na pańskie
      życie. Wszyscy chrześcijanie uważają, że należy kochać, ale nie kochają. Na
      równi z innymi znaczą swoją drogę fizycznymi i psychologicznymi zbrodniami.
      Jedni nie wierzą w Boga, a mimo to czynią dobro, zaś inni wierzą i dla tej wiary
      zabijają. Jeszcze inni szykują się do wojny, ponieważ, jak głoszą, pragną
      pokoju. Należy więc postawić sobie pytanie, po co w ogóle wierzyć w cokolwiek.
      Nie jest to wszakże równoznaczne z wykluczeniem istnienia wielkiej tajemnicy
      życia. Ale jedną sprawą jest wiara, zaś inną to, „co jest". Wiara w coś to
      słowa, to myśl, a nie sam przedmiot wiary. Ich tożsamość nie jest większa niż w
      przypadku pana i jego nazwiska.
      Spodziewa się pan dzięki doświadczeniu dotrzeć do prawdy swej wiary, dowieść jej
      przed sobą, ale wiara warunkuje pańskie przeżycia. Nie jest prawdą, że przeżycie
      potwierdza wiarę; to raczej wiara rodzi przeżycia. Pańska wiara w Boga
      przyniesie panu doświadczenie tego, co Bogiem pan nazywa. Może pan przeżywać
      tylko to, w co pan wierzy, nic poza tym. A to dyskwalifikuje pańskie przeżycia.
      Chrześcijanin będzie miewał wizje Dziewicy, aniołów i Chrystusa, zaś hinduista
      widział będzie mnóstwo podobnych bóstw; tak samo mahometanin, buddysta, judaista
      czy komunista. Rzekomy dowód prawdziwości wiary jest przez nią samą
      uwarunkowany. Istotne jest nie to, w co się wierzy, ale dlaczego w ogóle się
      wierzy. Dlaczego pan wierzy? Wobec tego, co rzeczywiście jest, jakie znaczenie
      ma różnica pomiędzy taką wiarą a inną? Wiara czy niewiara nie ma wpływu na
      fakty. Należy więc zapytać, dlaczego w ogóle wierzymy w cokolwiek. Co jest
      podstawą wiary? Czy nie niepewność, lęk przed nieznanym i brak bezpieczeństwa w
      tym ciągle zmieniającym się świecie? Niepewność we wzajemnych stosunkach? A może
      człowiek, stojąc wobec bezmiaru życia, którego nie pojmuje, szuka w wierze
      schronienia? A więc, jeśli wolno zapytać, czy wierzyłby pan, gdyby nie odczuwał
      pan żadnego lęku?
      R: Wcale nie jestem pewien, czy się czegoś obawiam. Kochani Boga i ta miłość
      jest źródłem mojej wiary.
      K: Czy chce pan powiedzieć, że jest pan wolny od lęku? Czy wobec tego wie pan,
      czym jest miłość?
      R: Zastąpiłem lęk miłością i dlatego lęk dla mnie nie istnieje. Dlatego też
      wiara moja nie płynie z lęku.
      K: Czy lęk można zastąpić miłością? Czyż nie jest to aktem przerażonego umysłu,
      który lęk zastępuje słowem „miłość",
      to znowu jest tylko wierzeniem? Przesłonił pan lęk słowem, któremu nadaje pan
      takie znaczenie w nadziei, że lęk ustąpi.
      R: Czuję się bardzo poruszony tym, co pan mówi. Chyba wolałbym przerwać te
      rozważania, gdyż moja wiara i miłość podtrzymywały mnie i pomagały żyć godziwie.
      To kwestionowanie mojej wiary powoduje we mnie zamęt, którego, szczerze mówiąc,
      obawiam się.
      K: A więc jest lęk i sam zaczyna go pan odkrywać. Burzy to pański spokój. Wiara
      pochodzi z lęku i jest jak najbardziej destruktywna. Trzeba być wolnym od lęku i
      od wiary. Wiara dzieli ludzi, czyni ich twardymi, wywołuje wzajemną nienawiść i
      przyczynia się do wojen. W sposób okrężny przyjmuje pan mimowolnie, że wiara
      rodzi się z lęku. Wolność od wiary jest nieodzowna, aby wyjść lękowi naprzeciw.
      Wierzenia, podobnie jak wszystkie inne ideologie, są ucieczką przed tym, „co
      jest". Gdy nie ma lęku, umysł przebywa w całkiem innym wymiarze. Dopiero wtedy
      zadawać można pytanie, czy Bóg istnieje czy też nie. Umysł zaćmiony przez lęk
      lub wiarę nie jest w ogóle zdolny zrozumieć, uświadomić sobie, czym jest prawda.
      Umysł taki żyje w świecie złudzeń oczywiście nie może spotkać Najwyższego.
      Najwyższe nie na nic wspólnego z pańskim lub czyimś wierzeniem, z żadnymi
      opiniami czy wnioskami.
      Wierzy pan, bo pan nie wie. Ale wiedzieć, znaczy nie wiedzieć. Wiedza ogranicza
      się do wąskiego wycinka czasu, więc umysł, który powiada „wiem", żyje w pętach
      czasu dlatego nie może zrozumieć tego, co jest. Mówiąc „znam moją żonę, mego
      przyjaciela", zna pan tylko obraz, wspomnienie, to znaczy przeszłość. Dlatego
      naprawdę nie można znać nikogo ani niczego. Nie można poznać żywej istoty,
      poznać można tylko to, co martwe. Dostrzegając to, przestaje się myśleć o
      wzajemnych stosunkach w kategoriach poznania. Nie można więc w żadnym razie
      powiedzieć „Boga nie ma" czy też „znam Boga". Jedno i drugie jest bluźnierstwem.
      Aby zrozumieć to, co j e s t, należy być wolnym nie tylko od tego, co znane, ale
      i od lęku przed znanym i nieznanym.
      R: Mówi pan o zrozumieniu tego, „co jest", a zarazem odrzuca pan prawdziwość
      poznania. Czymże więc jest to zrozumienie, jeśli nie jest p
      • funix Może to Ci pomoże... cd. 25.10.07, 21:01
        R: Mówi pan o zrozumieniu tego, „co jest", a zarazem odrzuca pan prawdziwość
        poznania. Czymże więc jest to zrozumienie, jeśli nie jest poznaniem?
        K: Są to dwie całkiem różne rzeczy. Poznanie odnosi się do przeszłości i dlatego
        przywiązuje nas do niej. Rozumienie natomiast, w przeciwieństwie do poznania,
        nie jest żadnym wnioskiem i nie polega na gromadzeniu wiedzy. Jeżeli pan
        słuchał, to zrozumiał pan. Rozumienie jest uwagą. Rozumiemy, gdy uwaga jest
        zupełna. A więc rozumienie lęku oznacza kres lęku. Dlatego wiara przestaje być
        najważniejsza. Najważniejsze jest zrozumienie lęku. Gdy jego nie ma, panuje
        wolność. Tylko wtedy można odkryć, co jest prawdą. Gdy tego, „co jest", nie
        zniekształca lęk, wówczas to, „co jest", jest prawdziwe. Nie są to słowa. Prawdy
        nie da się mierzyć słowami. Miłość nie jest słowem, nie jest wiarą ani czymś, co
        można by pochwycić i uznać za „swoje". Bez miłości i piękna to, co nazywa pan
        Bogiem, jest pustym słowem.
        • lilu71 Re: Może to Ci pomoże... cd. 04.11.07, 19:01
          Wprawdzie nie do mnie adresowałeś swój post, ale przeczytałam go i zainteresował
          mnie. Ale nie do końca wszystko rozumiem, może jestem za głupia... Wszystko to
          pięknie wygląda, jest spójne ale nie daje mi odpowiedzi na podstawowe pytanie:
          jak pozbyć się tego lęku, o którym mowa? Wg K. trzeba go zrozumieć. Na poziomie
          "filozofowania" to proste. Ale jak to sie ma do normalnego, codziennego życia?
          Lęk jest normalnym uczuciem towarzyszącym wszystkim istotom. Dzięki niemu działa
          instynkt samozachowawczy. Może jogini, buddyści itp. potrafią zanurzyć sie w
          nirwanie, uwolnić umysł, pozbyć pragnień a co za tym idzie uwolnić od strachu.
          Ale jak to zrobić w naszym świecie? Jak pozbyć sie lęku o najbliższych? Czy
          matka nie będzie sie bać o życie dziecka, gdy to jest ciężko chore? Nic jej po
          zrozumieniu przyczyn strachu. K. twierdzi, że tak naprawdę nie dane jest nam
          poznanie bo opieramy sie na wycinku rzeczywistości, na przeszłości. Ale lęk nie
          dotyczy przeszłości. Raczej tego co nas czeka. I jeśli spodziewamy się czegoś
          złego, to nic nas od tego nie uwolni. No chyba, ze ktoś jest doskonały duchowo,
          ale takich ludzi jest naprawdę mało. Jak wiec zastosować to wszystko o czym
          mówił K. do realnego życia wypełnionego chorobami, kłopotami, cierpieniem i
          troską o najbliższych?
          • funix Krishnamurti a lęk... 11.11.07, 02:39
            „Problem” z Krishnamurtim polega na tym, że nie udzielał on porad, nie dawał
            żadnych pojedynczych wskazówek, które można by w konkretnych sytuacjach
            wypróbować, nie polecał żadnych technik (nawet medytacji!).
            Zasadniczo wszystkie jego rozmowy, na każdy temat, miały na celu uświadomienie
            rozmówcy, że jest on uzależniony i identyfikuje się z fałszywymi wartościami
            świata, w którym żyje (np: „Idee są przyczyną waszych nieszczęść”). Nie
            odpowiadają one jego ukrytym, prawdziwym potrzebom i to właśnie jest przyczyną
            dyskomfortu, który z kolei próbuje przed sobą ukryć. Nie wystarcza więc wg niego
            np. pić 3 l wody dziennie, dłużej spać, śmiać się 5 min i 30 min medytować, żeby
            być szczęśliwszym. Żeby wyjść z błędnego koła, trzeba zrobić szczery (zawsze
            bolesny!) rachunek ze swego życia i być gotowym na radykalną jego zmianę. Nie
            chodzi o to by być „doskonałym duchowo”, ale *zupełnie* szczerym wobec samego
            siebie. Ponieważ jesteśmy tego konsekwentnie przez całe życie oduczani, nie jest
            to wcale łatwiejsze;)))

            Wysyłam Ci na priva rozdział o lęku z tej samej książki („O konieczności
            przemiany”), choć nie jestem pewien, czy akurat tego szukasz ;)

            Pozdrawiam :)
            • funix Re: Krishnamurti a lęk... 11.11.07, 02:44
              ROZMÓWCA: Dawniej brałem środki uspokajające, teraz je zarzuciłem. Dlaczego tak
              się wszystkiego boję? Rano budzę się sparaliżowany lekiem. Z trudem udaje mi się
              ruszyć z łóżka. Boję się wyjść i boję się zostać w mieszkaniu. Ten napada mnie
              znienacka, na przykład podczas jazdy samochodem. Spędzam wtedy cały dzień, pocąc
              się ze zdenerwowania, pełen obaw i wieczorem jestem zupełnie wyczerpany. Czasami
              lęk ustępuje, chociaż zdarza mi się to bardzo rzadko, w towarzystwie paru
              bliskich przyjaciół lub domu rodziców. Czuję się wtedy spokojny, jestem
              szczęśliwy i zupełnie odprężony. Dziś, jadąc tutaj, bałem się spotkania z panem,
              ale kiedy wjechałem na podjazd i szedłem ku drzwiom, nagle lęk zniknął. Teraz
              siedząc w tym miłym, zacisznym pokoju, czuję się taki szczęśliwy, że zastanawiam
              się, czego mogłem się kiedykolwiek obawiać. Niczego się teraz nie boję. Potrafię
              uśmiechać się i mogę powiedzieć z całą szczerością: bardzo się cieszę ze
              spotkania z panem! Cała rzecz w tym, że nie mogę tu zostać na stałe, a wiem, że
              po wyjeździe znów będę się bał. Leczyłem się u wielu psychiatrów i
              psychoanalityków w kraju i za granicą, ale oni tylko nicowali na wszystkie
              strony moje wspomnienia z dzieciństwa, a lęk w ogóle nie ustępował. Mam już tego
              naprawdę dosyć.

              KRISHNAMURTI: Zostawmy w spokoju wspomnienia z dzieciństwa i te wszystkie
              nonsensy, zajmijmy się teraźniejszością. Jest tutaj pan i jak pan powiada,
              obecnie nie czuje pan lęku. Na razie jest pan szczęśliwy i z trudem może pan
              sobie wyobrazić swój miniony lęk. Dlaczego obawy ustąpiły? Czy odczuwa pan
              spokój, jasność, harmonijne proporcje tego pokoju umeblowanego z takim smakiem i
              atmosferę życzliwości? Czy dlatego ustąpiły teraz pańskie obawy?

              R: Częściowo. Może także dzięki panu. Słuchałem pana w Szwajcarii i tutaj i
              czuję do pana głęboką przyjaźń. Ale nie chcę, aby mój brak lęku miał zależeć od
              miłych domostw, serdecznych nastrojów czy od przyjaciół. Podobną życzliwość
              odczuwam podczas odwiedzin u rodziców. A jednak panuje tam martwota jak we
              wszystkich rodzinach, z ich małą krzątaniną wokół własnych spraw, z ich
              kłótniami, pospolitością, rozprawianiem o niczym i zakłamaniem. Stanowczo mam
              tego dosyć. A jednak gdy tam idę i jest tam ta życzliwość, czuję się chwilowo
              wolny od lęku. Psychiatrzy nie potrafili wyjaśnić przyczyny moich obaw. Nazwali
              to „nieupostaciowanym lękiem". Jest to jakaś ciemna, straszna, bezdenna otchłań.
              Straciłem moc czasu i pieniędzy na psychoanalizę i naprawdę nic mi to nie
              pomogło. Co robić?

              K: Może chodzi o to, że będąc wrażliwym, potrzebuje pan jakiegoś schronienia,
              zabezpieczenia, a nie mogąc go znaleźć, odczuwa pan lęk przed światem, który
              budzi w panu odrazę? Czy jest pan wrażliwy?

              R: Tak, myślę, że tak. Jestem wrażliwy, choć może nie tak, jak pan to rozumie.
              Nie lubię hałasu, bieganiny, wulgarności dzisiejszej egzystencji, nachalności
              eksponowania seksu, gdziekolwiek by się człowiek nie ruszył, i całej tej walki o
              lepszą posadkę. To wszystko naprawdę przeraża mnie.
              Nie znaczy to, że nie potrafię walczyć i zdobyć sobie pozycji, ale to mnie
              śmiertelnie przeraża.

              K: Ludzie wrażliwi na ogół potrzebują spokojnego schronienia i ciepłej,
              przyjaznej atmosfery. Albo tworzą ją sobie sami, albo zdają się na innych,
              uzależniając się od rodziny, od żony, męża, od przyjaciela. Czy ma pan przyjaciela?

              R: Nie mam. Bałbym się. Bałbym się zależności od niego.

              K: W tym jest sedno sprawy. Wrażliwość rodzi potrzebę posiadania jakiegoś
              schronienia i polegamy w tym na innych. Mamy więc wrażliwość i uzależnienie;
              obie te rzeczy często idą w parze. A poleganie na kimś to lęk przed jego utratą.
              Przez to wzmaga się uzależnienie i odpowiednio narasta lęk. Jest to błędne koło.
              Czy zastanawiał się pan, skąd bierze się pańska zależność? Zależność od
              listonosza, od dobrego fizycznego samopoczucia itd. to całkiem prosta sprawa.
              Zależność od ludzi i rzeczy dla utrzymania dobrego fizycznego samopoczucia, dla
              utrzymania się przy życiu, to rzecz całkiem naturalna i normalna. Musimy polegać
              na tym, co nazwać można organizacyjną stroną społeczeństwa; lecz istnieje też
              zależność psychologiczna i właśnie ona, chociaż pokrzepiająca, rodzi lęk. Skąd
              bierze się ta psychologiczna zależność?

              R: Mówi pan teraz o zależności, a ja przyszedłem, żeby omówić zagadnienie lęku.

              K: Zbadajmy obie sprawy, bo jak się okaże, są one ze sobą powiązane. Czy
              zgodziłby się pan, żeby omówić je łącznie? Mówimy o zależności od innych? Czymże
              ona jest? Dlaczego uzależniamy się psychologicznie od kogoś? Czyż nie jest to
              zaprzeczeniem wolności? Zabierzmy dom, męża, dzieci, własność — czym jest
              człowiek bez tego wszystkiego? Sam w sobie jest niedostateczny, pusty,
              zagubiony. Z poczucia przerażającej go pustki rodzi się uzależnienie od
              własności, od ludzi i wierzeń. Można być tak pewnym tego, na czym się polega, że
              nie sposób wyobrazić sobie w ogóle możliwości utracenia miłości, swej rodziny
              czy wygód, a mimo to lęk trwa nadal. Trzeba więc jasno zdać sobie sprawę z tego,
              że zależność psychologiczna w każdej postaci nieuchronnie rodzi lęk, chociaż to,
              na czym polegamy, może się zdawać prawie niezniszczalne. Lęk wypływa z poczucia
              tej wewnętrznej niedostateczności, z ubóstwa, z pustki. A więc czy widzi pan
              teraz, że wchodzą tu w grę trzy sprawy: wrażliwość, zależność i lęk? Są one
              wzajemnie powiązane. Weźmy wrażliwość: im bardziej jest się wrażliwym (jeśli się
              nie wie, w jaki sposób można być wrażliwym bez uzależnienia i odsłoniętym bez
              przeżywania katuszy), tym większe uzależnienie. A teraz zależność: im jest
              większa, tym większe niezadowolenie i potrzeba swobody, co z kolei budzi lęk.
              Dzieje się tak dlatego, że ta potrzeba swobody nie jest wolnością od zależności,
              lecz tylko reakcją na zależność.

              R: Czy jest coś, od czego pan jest uzależniony?

              K: Oczywiście, jestem fizycznie uzależniony od pożywienia, od odzieży i od dachu
              nad głową, lecz psychologicznie, wewnętrznie nie zależę od niczego: ani od
              bogów, ani od społecznej moralności, od wiary czy od ludzi. Jednak to, czy j a
              od czegoś jestem uzależniony, nie wiąże się z tematem naszej rozmowy. Idźmy więc
              dalej: lęk jest świadomością wewnętrznej pustki, osamotnienia, ubóstwa i tego,
              że nie można nic na to poradzić. Chodzi tu tylko o ten rodzaj lęku, który rodzi
              zależność i który z kolei wzmaga się w wyniku zależności. Rozumiejąc lęk,
              rozumiemy także zależność. Ażeby więc rozumieć lęk, odkryć, skąd on się bierze,
              potrzeba wrażliwości. Jeśli się jest w ogóle wrażliwym, pojawia się świadomość
              własnej zdumiewającej pustki — bezdennej otchłani, której nie można wypełnić
              urozmaiceniami dostarczanymi przez kościoły, przez narkotyki czy rozrywki
              osiągalne w społeczeństwie. Nie istnieje w ogóle nic, czym można by ją zapełnić.
              Uświadomienie sobie tego wzmaga lęk. To popycha nas ku zależności, która czyni
              nas coraz bardziej niewrażliwymi. Wiemy o tym i dlatego lękamy się jej. Problem
              polega więc na tym, jak wykroczyć poza tę pustkę, to osamotnienie, a nie jak
              stać się samowystarczalnym, czy jak tę pustkę skutecznie i trwale zamaskować.

              R: Dlaczego mówi pan, że nie chodzi o to, by stać się samowystarczalnym?

              K: Dlatego że będąc samowystarczalnym, traci się wrażliwość, człowiek staje się
              zadowolony z siebie, gruboskórny, obojętny i zamyka się. Nie być zależnym, wyjść
              poza uzależnienie, to co innego niż być samowystarczalnym. Czy umysł mógłby
              stanąć w obliczu tej pustki i przebywać z nią, nigdzie nie uciekając?

              R: Gdybym miał z nią wciąż żyć, oszalałbym.

              • funix Re: Krishnamurti a lęk... 11.11.07, 02:46
                K: Każde cofnięcie się przed tą pustką jest ucieczką. Unikanie czegoś, tego, „co
                jest", jest lękiem. Ale to, co jest, nie jest lękiem. To ucieczka jest lękiem i
                o n a doprowadziłaby pana do szaleństwa, a nie pustka jako taka. Czymże więc
                jest to osamotnienie i pustka? Skąd się bierze? Czy nie pojawia się ono w wyniku
                mierzenia i porównywania? Porównuję się ze świętym, z mistrzem, z wielkim
                muzykiem, z człowiekiem, który coś wie lub coś osiągnął. Na podsatwie tego
                porównania stwierdzam w sobie braki i niedostatki: nie mam talentu, jestem
                gorszy, nie „urzeczywistniłem się", nie jestem taki, a tamten człowiek jest. W
                ten sposób przez mierzenie i porównywanie powstaje ta zawrotna przepaść,
                poczucie pustki i nicości. A cofanie się przed nią to lęk. Lęk zaś powstrzymuje
                nas przed zrozumieniem tej bezdennej otchłani. Powstaje wtedy samopodtrzymująca
                się nerwica. Z drugiej strony to mierzenie, porównywanie jest samym sednem
                uzależnienia. Wiec powracamy do zależności i błędne koło się zamyka.

                R: Daleko zaszliśmy w tej dyskusji i wiele się wyjaśniło. Istnieje uzależnienie,
                ale czy można żyć bez zależności? Tak, chyba jest taka możliwość. Dalej mamy
                lęk. Czy można w ogóle nie cofać się przed pustką, nie uciekać w lęk, przyjrzeć
                się jej? Tak... Wreszcie, czy można nie mierzyć, nie porównywać? Bo skoro dotąd
                doszliśmy, a myślę, że doszliśmy rzeczywiście, pozostaje już tylko ta pustka i
                jest widoczne, że wynika ona z porównań. Jest też widoczne, że z pustki tej
                wynika zależność i lęk. Mamy tu więc porównanie, pustkę, lęk, zależność. Czy
                naprawdę mógłbym żyć bez miar i porównań?

                K: Żeby rozłożyć dywan na podłodze, musi pan oczywiście mierzyć!

                R: Zgoda. Chodzi mi o to, czy mógłbym żyć bez psychologicznych porównań?

                K: Czy wie pan, co to znaczy żyć bez psychologicznych porównań, skoro przez całe
                życie uczono pana tego w szkole, na zawodach sportowych, na uniwersytecie, w
                biurze? Same porównania. Żyć bez porównań! Czy pan wie, co to znaczy? Znaczy to,
                że nie ma żadnej zależności, żadnych oczekiwań i żądań, i dlatego znaczy to:
                kochać. Miłość nie porównuje i dlatego nie zna lęku. Miłość nie jest świadoma
                siebie jako miłość, bo nie jest ona słowem.

            • lilu71 Re: Krishnamurti a lęk... 11.11.07, 11:38
              Dziękuję Ci bardzo i pozdrawiam :-)
    • hydepark1 Re:śmierć jes nieuchronna 04.11.07, 19:38
      i najpierw to musisz zrozumieć ,nie jestes jedyną która przeżywa
      takie uczucia .Pomysl co czuje matkaktóra traci dziecko gdzie wtedy
      jest Bóg ,a jednak go nie było .Pomysl ze bliska Ci osoba jest z
      Tobą ale inaczej .I doceń wartośc życia wspólnego bardziej kiedy
      obcujesz z innymi .Gdyby ludzie potrafili tak myśleć o smierci to
      świat byłby lepszy bo przecież nikt nie jest wieczny .A tu
      nic ,smutek ,duma ,pieniądz i zło .Nie jeste juz młodziutka i wiem
      ze czeka mnie odejscie mamy i innych bliskich staram się poprawić
      relacje z nimi.
      • atolski21 Re:śmierć jes nieuchronna 04.11.07, 19:50
        Wiara w Boga nie chroni przed bolem ani cierpieniem.
        Moza dodaje nieco wiecej sily , akurat tyle ile trzeba aby trwac a
        nie skonczyc z soba. To malo a jednoczesnoe duzo.
        • piwi77 Re:śmierć jes nieuchronna 04.11.07, 21:43
          Wiara w Boga? Tego, który zgotował nam ten los? Gdyby rzeczywiście
          istniał nie wytłumaczyłby się do końca wieczności z tego, dlaczego
          nas tak urządził. Dla niego lepiej, żeby go nie było.
          • atolski21 Re:śmierć jes nieuchronna 04.11.07, 23:13
            CZy Bog zgotowal nam ten los? Przypominam ci slowa Zofii Nalkowskiej
            ktora powiedziala o Auschwitz: "Ludzie ludziom taki zgotowali los"
            • piwi77 Re:śmierć jes nieuchronna 05.11.07, 14:39
              Jak nie dam jeść psom i one się zagryzą, to też powiem, że nie moja
              wina, zagryzły się przecież same...
              My podobnie, tacy jesteśmy, jakie są uwarunkowania, a te nie mysmy
              stworzyli.
    • piwi77 Kryzys wiary? To wiara sama w sobie jest kryzysem, 04.11.07, 21:39
      nie moze być kryzysu kryzysu...
      • atolski21 Re: Kryzys wiary? To wiara sama w sobie jest kryz 05.11.07, 10:39
        Chcecie zajrzec w chory i zboczony umysl ateisty?
        Ateista mowi " sama wiara jest kryzysem".
        Dla ateisty nie jest kryzysem i bolem smierc dziecka, zgon matki czy
        choroba ojca. Dla ateisty najwiekszym nieszczesciem jest ,jak
        uwierzysz w dobrego Jezusa Chrystusa pocieszyciela i symbol milosci
        i nadzieji. I takie poglady glosi zawodowy agitator ateizmu.
        Hanba.
        • piwi77 Re: Kryzys wiary? To wiara sama w sobie jest kryz 05.11.07, 14:36
          Dlaczego hańba? Uwierzyć w istnienie czegoś, na co nie tylko nie ma
          najmniejszych dowodów, ale jest całkowicie nielogiczne, mądre nie
          jest. A czynić to ze strachu, aby uzyskać pocieszenie widząc różnego
          rodzaju nieszczęścia, jest prymitywne. Co nie znaczy, że nie mam
          zrozumienia dla wierzących, bo mam.
    • 3_kropka Re: kryzys wiary.co dalej? 05.11.07, 14:54
      Bóg jest dla Ciebie ważny, liczysz niedziele bez mszy św; może chcesz poczuć, że kocha Cie nawet wtedy kiedy się nie modlisz (przeczuwam ze jednak się modlisz, choć nie omawiasz pacierzy), a co o tym myślała Twoja Mama?
      • muerte2 Re: kryzys wiary.co dalej? 06.11.07, 13:25
        Aż ciśnie się pytanie do autorki wątku – o co w zasadzie prosiłaś
        Boga modląc się przy chorej matce? Żeby nie umarła? To zrozumiałe.
        Ale żeby nie umarła już nigdy? Żeby pożyła jeszcze rok? Pięć?
        Dziesięć? Żeby przeżyła Ciebie, to Tobie będzie łatwiej żyć? Ale
        wtedy trudniej byłoby Twojej matce i bliskim, którzy oglądaliby
        Twoją śmierć!
        Pogrążamy się w absurdach usiłując oponować i chronić się przed
        prawami natury. Nieważne czy ta natura jest dana od Boga, czy w
        jakiś inny sposób powstała. Jej prawa obowiązują każdego i już!
        Niczego się nie wyprosi modlitwami, bo skoro Bóg sformułował jakieś
        prawa w ten właśnie sposób, to właśnie bez względu na wszystko tak
        mają działać! Dla nikogo nie ma wyjątku! Dlaczego dla Twoich próśb
        miałby znaleźć posłuch, a nie wysłuchać pozytywnie innych? W czym
        jesteś lepsza lub lepsze są Twoje prośby?
        Jedno jest tylko zadanie religii – ma dodawać otuchy. Ale otuchy w
        trudnych chwilach, a nie infantylizować normalne życie. A
        infantylizowanie życia, to na przykład modlenie się o to, żeby zdać
        egzamin. Owszem, modlitwa nie zaszkodzi, ale nie pomoże, jeśli nie
        ma się wiedzy. Bo jeśli nie ma się wiedzy, to modlimy się w zasadzie
        o to, żeby zwyciężyło oszustwo. Nie umiem – ale zdam! I jeszcze
        wplątywać w oszustwo Boga!
        Poznawaj życie takim, jakie ono jest, a nie módl się o
        czarodziejskie spełnianie swoich oczekiwań wyrażanych w modlitwach!
        Łatwiej się wtedy żyje.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka