pele999
26.10.08, 07:26
adonai.pl/swiadectwa/?id=38
Moc Bożego Słowa
W Moskiewskim Teatrze Narodowym odbywała się premiera do dawna
przygotowywanej sztuki "Chrystus we fraku". Dzieci i młodzież szkolna miały
obowiązek wziąć udział w spektaklu i potem przeprowadzić dyskusję.
Główną rolę grał znany artysta moskiewski Aleksander Rostowcew. Nic
dziwnego, że teatr był wypełniony po brzegi. Na scenie ustawiono swego rodzaju
ołtarz, a na nim butelki z piwem i wódką. Wokół niego poruszali się zapici
popi, mnisi i mniszki prawosławne.
Na początku drugiego aktu wszedł na scenę Rostowcew. W ręku trzymał
księgę Pisma Świętego. Miał przeczytać dwa pierwsze wiersze z "Kazania na
górze". Zgodnie z reżyserią powinien równocześnie pobudzić widownię do śmiechu
różnego rodzaju wygłupami, jak robią to w cyrku klauni. Wszystko, co miało
związek z Chrystusem, było przecież śmiesznym zabobonem. Po przeczytaniu dwóch
pierwszych błogosławieństw powinien krzyknąć: "A mnie wystarcza frak i
cylinder!" Rostowcew zaczął czytać słowa Ewangelii św. Mateusza (5,3):
"Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie...
Błogosławieni cisi, albowiem ono na własność posiądą ziemię..." Reżyser za
kulisami uśmiechając się szelmowsko czekał na salwy śmiechu. Artysta powinien
teraz zrzucić z siebie strój, cisnąć na ziemię świętą księgę i poprosić o frak
i cylinder. Ale nic z tych rzeczy się nie stało. Rostowcew czytał dalej:
"Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni..." Wzruszony zamilkł. Publiczność zamarła w ciszy oczekiwania.
Zdano sobie sprawę, że Rostowcew coś przeżywa, coś się z nim dzieje.
Wstrzymano oddech. Po krótkiej przerwie zaczął czytać ponownie zmienionym
głosem. Porwało go moc Bożego Słowa i przemieniła wewnętrznie. Na widowni
panowała śmiertelna cisza. Artysta w jakimś duchowym uniesieniu czytał...
Czytał wszystkie 48 wierszy 5 Rozdziału Ewangelii św. Mateusza. Nikt nie
przerywał. Wszyscy w napięciu słuchali jakby sam Jezus do nich przemawiał....
"Bądźcie więc doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski" -
przeczytał półgłosem Rostowcew. Schylił głowę, zamknął książkę. Wszyscy
zrozumieli, że stało się coś decydującego w jego życiu. Przeżegnał się w
wyszeptał słowa dobrego łotra "Jezu wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego
królestwa!" (Łk 23,42).
To co miało służyć za wyśmianie i sponiewieranie Chrystusa, stało się
kazaniem i wyznaniem wiary człowieka, który u szczytu sławy nie zawahał się
przez męczeństwem. Nikt nie krzyczał, nikt ie protestował. W ciszy wszyscy
opuścili teatr. Byli wzruszeni.
Sztuki już więcej nie próbowano wystawiać. Sam Rostowcew zniknął. Nie
pozostało po nim śladu. Niech Bóg okaże mu się miłosierny!
Aleksander Sołżenicyn powiedział kiedyś: "Naród nie jest sumą ludzi, który
posługują się tym samym językiem. Ludzi łączy nie urodzenie, nie praca ich
rąk, nawet ni wykształcenie. Tym co ludzi wiąże razem jest dusza". Bóg sam
tego wieczoru w teatrze dotknął tej duszy.
Zdarzenie to opisał naoczny świadek tych wydarzeń w amerykańskim
czasopiśmie "Arizone News" w marcu 1972 r.