podkocem
21.03.13, 08:30
No nie wiem jak to inaczej nazwać.
Czy planujecie obiady z wyprzdzeniem tak by jedna potrwa zahaczała o drugą, a nadwyżki składników się nie marnowały? Ile zajęła Wam nauka takiego planowania by wszystko zgadzało się ilościowo?
Na przykład: gotuję dziś rosół, selera wyjmuje szybko, jeszcze twardawego, kroję w paski i podsmażam z miodem i orzechami włoskimi. W międzyczasie piekę w piekarniku piersi kurczaka.
Siekam koperek do zupy i na ziemniaczki do drugiego. Koper jest sprzedwany w dużych pęczkach, więc spora czesć wędruje do pojemniczka i chowam do lodówki. Czasem zamrazam.
I tym sposobem dziś na obiad Młoda ma rosół z makaronem (bo lubi), my pomidorówkę z makaronem, część rosołu odlałam - jutro będzie ogórkowa (z ziemniakami ugotowanymi dzis do drugiego). Dziś jest kurczak z selerem, miodem i orzechami, a jutro będzie ten sam kurczak w sosie koperkowym na bazie rosołu. Jutro na kolację sałatka jarzynowa z warzyw z rosołu, a dziś domowa pizza z otwartym do zupy z przecierem pomidorowym i kawałkami mięsa z zupy posypana czym? Koperkiem!
Macie jakiś z góry ustalony wyćwiczony kilkudniowy scenariusz kulinarny, czy raczej stawiacie na wielką improwizację i gotujecie to na co macie ochote nie licząc się z resztkami? No i ile żarcia się u Was marnuje?