WOJCIECH GĄSSOWSKI Gdzie się podziały tamte prywatki
Polskie Nagrania 1989
Drugi po Krzysztofie Krawczyku polski Elvis zasłynął w czasach zamierzchłych
jako wokalista zespołu hardrockowego TEST, który oczywiście czerpał z
niesłusznych wzorców, ale na szczęście po wydaniu jednej płyty i nagrywaniu
nieistotnych bzdetów typu „Smoke On The Water” grupa zaprzestała
działalności, a Wojciech Gąssowski mógł zająć się wspaniałą, kontynuowaną do
dziś karierą szansonisty.
Omawiana tu płyta to był wielki powrót Gąssowskiego na estradę pod koniec lat
osiemdziesiątych. Album zawiera de facto tylko jeden nowy utwór, kilka
standardów rock and rolla plus nową wersję „Zielonych wzgórz nad soliną” –
ale jest nagrany z niebywałą wręcz klasą, dorównującą remasterowanym ostatnio
płytom Edwarda Hulewicza.
„Gdzie się podziały tamte prywatki” to klasyczna już kompozycja Ryszarda
Poznakowskiego i Marka Gaszyńskiego, która wywołuje nostalgię za latami
sześćdziesiątymi. Latami, które wracają w następnych kompozycjach –
standardach z tamtego okresu. „Dream Lover” Gąssowski zaśpiewał tak wspaniałą
angielszczyzną, której mogliby powstydzić się oryginalni wykonawcy. „Just-A-
Walking In The Rain” sprawia, że rzeczywiście ma się ochotę wyjść na dwór
podczas największej ulewy. Nacechowane brzmieniem C&W (to skrót od Country
And Western, a nie nazwa sieci supermarketów) „It’s All Over” powoduje, że
nogi same się rwą – jeśli nie do tańca, to przynajmniej do wyjścia, a
romantycznie kołyszące „Sea Of Love” (w którym artysta cudownie
zaciąga: „hooow muuuuch IIIII loooove you”

ma taką moc oddziaływania, że
nawet aviomarin nie pomoże. „Crawfish” to kolejny popis niebanalnych wokaliz
Gąssowskiego, ocierających się z jednej strony o Carla Perkinsa, z drugiej o
Jana Kiepurę, a gdzieś tam jeszcze połyskujących odbitym blaskiem talentu
Bohdana Łazuki. Klasyk Harry’ego Nilssona, „Everybody’s Talking” doczekał się
tu dość interesująco szybkiego opracowania, ale być może akompaniatorom
spieszyło się do domu. „True Love Ways” uspokaja nieco ciszę przed burzą i
tych, którzy nie usnęli, witają słowa następnego utworu: „When I’m feeling
blue…” – taaaaak, to „A Groovy Kind Of Love” – charkot i rzężenie artysty
pobiło nawet wersję Phila Collinsa. Gąssowski prawdopodobnie napił się borygo
przed nagraniem, gdyż jego głos wybitnie odmawia posłuszeństwa. Na szczęscie
relaksuje się nieco w „It’s All In The Game”, które brzmi jak przyzwoity
składak z supermarketu. Zestaw zagranicznych przebojów zamyka szaleńcze „Be
Bop A Lula”, które bardziej wrażliwych słuchaczy może rzeczywiście
doprowadzić do szaleństwa, zwłaszcza gdy Gąssowski śpiewa głosem jeszcze
bardziej kobiecym niż Artur Rojek.
Ale to nie koniec płyty – została jeszcze nowa wersja „Zielonych wzgórz nad
Soliną”, wielkiego hitu Gąssowskiego z 1966 roku. Dzięki Ryszardowi
Poznakowskiemu ta kompozycja zalśniła nowym blaskiem, prawie takim jak
nagrania córki pana Ryszarda. Album kończy instrumentalna wersja „Prywatek…”
która – z bagażem pięknych, nostalgicznych wspomnień – wprowadza słuchaczy z
powrotem we współczesność.
Naprawdę, piękna płyta, panie Wojtku. Aż żal, że tak rzadko pan nagrywa…
Cudowne, po prostu cudowne…