Dodaj do ulubionych

Bez dyrygenta?

16.02.04, 14:02
W mojej ulubionej sali koncertowej (Studio im. W. Lutosławskiego) przydarza
mi się zawsze znakomita muzyka.
Tak było i wczoraj na jubileuszowym koncercie Kwartetu Śląskiego.
Schubert na żywo to dla mnie pokusa nie do odparcia, a grali właśnie jego
Kwintet C-dur op. 163. Zespół, oczywiście, był w poszerzonym składzie.

Utworu nie znałam, więc była to moja prywatna premiera.
I to jaka!
Nie wyobrażam sobie konstrukcji doskonalszej, niż ta, którą usłyszałam.
Kto jest jej autorem?
Wiem, oczywiście, że Schubert, ale wiem też,że aby "słowo stało się ciałem"
trzeba z tekstu wydobyć tę zachwycającą rzeczywistość.
Orkiestrze wskazuje ją dyrygent.
A w zespole kameralnym? Czy jest to dzieło wspólne, czy jednej osoby?
Może ktoś zechce zdradzić tajniki warsztatu?

Arana
Obserwuj wątek
    • bwv1004 OT 16.02.04, 14:50
      arana napisała:

      > Orkiestrze wskazuje ją dyrygent.

      Oj, chyba nie zawsze. Polecam anegdoty o dyrygentach w "Sluchu absolutnym"
      Slonimsky'ego. Zreszta pewnie bywajacy na tym forum muzycy mogliby pewnie wiele
      dodac...
      • arana Re: OT 17.02.04, 18:46
        bwv1004 napisał:

        > arana napisała:
        >
        > > Orkiestrze wskazuje ją dyrygent.
        >
        > Oj, chyba nie zawsze. Polecam anegdoty o dyrygentach w "Sluchu absolutnym"
        > Slonimsky'ego. Zreszta pewnie bywajacy na tym forum muzycy mogliby pewnie
        wiele dodac...


        Hmmm... jakoś nic nie dodali. Pełni respektu? smile

        Arana
    • boniedydy Re: Bez dyrygenta? 16.02.04, 15:17
      arana napisała:

      > trzeba z tekstu wydobyć tę zachwycającą rzeczywistość.
      > Orkiestrze wskazuje ją dyrygent.
      > A w zespole kameralnym? Czy jest to dzieło wspólne, czy jednej osoby?
      > Może ktoś zechce zdradzić tajniki warsztatu?

      W zaespole kameralnym zależy od ustaleń. Można wybrać sobie "kapitana", ale
      dziś częsciej wspólnie dyskutuje sie nad jształtem utworu i wspóldecyduje.
      Niemniej jednak nie wszystko da się uzgodnić w dyskusjach. Duża częsć
      interpretacji wyrasta poza słownymi ustaleniami...
      • violino1 Re: Bez dyrygenta? 17.02.04, 09:29
        Podobno przy koncu kariery kwartetu Amadeus panowie niezbyt dobrze znosili
        wspolne proby i w ekstremalnych przypadkach pisali do siebie komentarze na
        kartkach oraz mieszkali w osobnych hotelach. Ich nagrania sa wciaz
        niepowtarzalne choc nie tak perfekcyjne jak wspolczesne.


        boniedydy napisała:

        > arana napisała:
        >
        > > trzeba z tekstu wydobyć tę zachwycającą rzeczywistość.
        > > Orkiestrze wskazuje ją dyrygent.
        > > A w zespole kameralnym? Czy jest to dzieło wspólne, czy jednej osoby?
        > > Może ktoś zechce zdradzić tajniki warsztatu?
        >
        > W zaespole kameralnym zależy od ustaleń. Można wybrać sobie "kapitana", ale
        > dziś częsciej wspólnie dyskutuje sie nad jształtem utworu i wspóldecyduje.
        > Niemniej jednak nie wszystko da się uzgodnić w dyskusjach. Duża częsć
        > interpretacji wyrasta poza słownymi ustaleniami...
        >
        >
        >
    • zamek Bez dyrygenta! 17.02.04, 09:26
      Zamek, kameralista na przejściowej emeryturze, zeznaje: w zespole kameralnym nie
      sposób jest ustalić apriorycznie, kto jest "dyrygentem", kto pełni funkcję
      permanentnego lidera. Ze względu na samą konstrukcję utworów - ich fakturę,
      równoważącą rolę wszystkich instrumentalistów - funkcja prowadzącego jest
      ruchoma. Zawsze orientujemy się, kto w danej chwili posiada rolę wiodącą i na
      ten moment staramy się grać "pod niego", po chwili pod kogo innego itd. Jest to
      - a przynajmniej powinno - dość szczegółowo analizowane podczas prób. Notabene -
      tym prowadzącym wcale nie musi być akurat ten, który wiedzie melodię! Właśnie z
      grania Tria smyczkowego Schuberta (D. 471 bodajże) wyniosłem praktykę, że nieraz
      reszty tałatajstwa pilnuje głos akompaniujący. Niekiedy - przy np. fakturze
      skomplikowanej rytmicznie partią bazową jest ta z najłatwiejszym rytmem,
      nadająca jak gdyby puls reszcie. Zresztą nie ma tu jednoznacznej metody - są
      sposoby, "patenty", dzięki którym zespół brzmi spójnie, a utwór staje się
      całością, a nie czterema partiami instrumentalnymi.
      Zdecydowanie granie kameralne to dla mnie najciekawsza forma wykonawstwa muzyki.
      Pozdrawiam smile
    • arana Niedosyt:) 17.02.04, 17:57
      Bardzo Wam dziękuję, ale Wasze odpowiedzi prowokują do dalszych pytań.
      Gdybyście byli tak mili i porozmawiali ze mną jeszcze...

      Zamek:
      [...]Zdecydowanie granie kameralne to dla mnie najciekawsza forma wykonawstwa
      muzyki.

      Arana:
      Długo dorastałam do muzyki kameralnej, ale teraz podzielam Twoje zdanie.
      Ciekawa jestem bardzo, jak grany utwór odbiera wykonawca? Czy jest jednocześnie
      w swojej partii i na zewnątrz, obejmując całość?


      Boniedydy:
      W zaespole kameralnym zależy od ustaleń. Można wybrać sobie "kapitana", ale
      dziś częsciej wspólnie dyskutuje sie nad jształtem utworu i wspóldecyduje.[...]

      Arana:
      Tyle się słyszy o zgubnej roli demokracji w sztuce! Czyżby kameralistyka była
      wyjątkiem?


      Boniedydy:
      [...]Niemniej jednak nie wszystko da się uzgodnić w dyskusjach. Duża częsć
      interpretacji wyrasta poza słownymi ustaleniami...


      Arana:
      Oooo...to jest niezmiernie ciekawe: iluminacja grupowa czy indywidualna?
      Przykład Amadeusa, który podał Violino, wskazuje, ze na pierwszą trudno raczej
      liczyć.
      Zdaję sobie sprawę, że dopytuję się o imponderabilia, ale ich zakres dla
      zawodowca i zwykłego słuchacza jest przecież tak różny!

      Pozdrawiam.
      Arana
      • violino1 Re: Niedosyt:) 17.02.04, 19:43
        Nie zawsze dyrygent jest konieczny. Orkiestra kameralna Orpheus w USA zlozona z
        absolwentow Juilliard School of Music gra bez dyrygenta. Oczywiscie
        koncertmistrz ma wiele do powiedzenia. Inna slawna orkiestra St. Martin-in-the-
        Fields czesto grala bez dyrygenta po tym jak Neville Mariner przestal jej
        dyrygowac na stale. Jej koncertmistrz Iona Brown czesto po prostu prowadzila od
        pulpitu. Bobby McFerrin ktory obja pozycje dyrygenta kameralnej orkiestry St.
        Paul pomagal jej nazwizkiem i swoja muzykalnoscia raczej niz dyrygencka
        fachowoscia. Widzialem i slyszalem ich w akcji i byl to ciekawy efekt. Na tym
        poziomie muzycy wiedza dobrze co do nich nalezy i czesto lepiej sluchaja sie
        bez dyrygenta (albo po prostu na niego nie zwracaja uwagi) jest to jednak
        zadkosc w orkiestrach. Zwlascza w repertuarze romantycznym i nowszym
        kompleksowosc faktury wymaga jednak pewnej kontroli nad caloscia.
        W kazdej muzyce niezaleznie od tego czy jest to kwartet czy mala czy duza
        orkiestra frazowanie jednego instrumentu czy sekcji powinno byc odzwierciedlone
        przez inne jako kontynuacja mimo tego ze na probach moglo miec to inne
        ustalenia. Muzycy powinni automatycznie reagowac na to jak graja inni nawet bez
        sugestji dyrygenta. Po prostu trzeba sluchac. Sztuczne trzymanie sie ustalen z
        prob powoduje tylko sztywne wykonanie choc sa oczywisce granice.
        • violino1 Re: Niedosyt:) 17.02.04, 20:05
          Wart byloby dla ciebie jeszcze zajzec do histori dyrygowania. Ogladalem kiedys
          Francuski film o barokowym wiolonczeliscie na ktorym pokazana byla scena jak
          Lully (byc moze pierwszy dyrygent w histori) dyrygowal slynny wowczas
          zespol "Vingt-vuatre Violons de Koi" (24 krolewskich skrzypiec) co sprowadzalo
          sie do stukania wielka laska w podloge by narzucic tempo. Wiele sie od tamtego
          czsu zmiemilo. Muzyka kameralna nie zawsze uzywala dyrygenta. Byc moze ze
          najbardziej wymagajaca forma od dyrygenta jest opera.

          Powodzenia!!!
        • arana Jednak demokracja? :) 17.02.04, 20:09
          Czy dobrze zrozumiałam? Na pewnym poziomie fachowości demokracja, choć
          ograniczona i kontrolowana?

          Napisałeś coś niezmiernie ciekawego:

          [...] Na tym poziomie muzycy wiedza dobrze co do nich nalezy i czesto lepiej
          sluchaja sie bez dyrygenta (albo po prostu na niego nie zwracaja uwagi)[...]


          Chodzi o fragment "nie zwracają na niego uwagi".
          A dyrygent się z tym godzi?

          Pozdrawiam.
          Arana
          • violino1 Re: Jednak demokracja? :) 17.02.04, 21:06
            Mowimy o subtelnosciach.
            Jesli dyrygent jest madry to pozwala artystom muzykowac jesli ma do nich
            zaufanie. W dobrych orkiestrach na swiecie jest czesto mniej prob niz
            koncertow. W Polsce niestety wszystko jest cwiczone na zasadzie tresury i
            bardzo kontrolowane, choc nie zawsze.
            Dobry muzyk slucha innych i katem oka widzi to co potrzebuje od dyrygenta. Inni
            po prostu wszystkiego oczekuja od dyrygenta ktory nie zawsze jest w stanie
            wszystko pokazac.
            Sa orkiestry ktore czesto reprezentuja wyzszy poziom niz goscinni dyrygenci
            ktorzy przyjezdzaja by je prowadzic. Nie jest to calkiem odosobnione.
            Doswiadczeni muzycy wiec wybiorczo obserwuja dyrygenta. Mysle ze z czasem
            muzycy nabieraja wiele doswiadczenia grajac z roznymi dobrymi dyrygentami co
            pozwala im lepiej rozumiec i przewidywac frazowanie na podstawie przykladow.
            Niektorzy muzycy z wielkich orkiestr potrafili powiedziec jak poszczegolna
            fraze dyrygowalo 10 najslawniejszych dyrygentow.
            • michalina04 Re: Jednak demokracja? :) 17.02.04, 21:14
              violino1 napisał:

              > koncertow. W Polsce niestety wszystko jest cwiczone na zasadzie tresury i
              > bardzo kontrolowane, choc nie zawsze.

              W większości orkiestr niestety nie. Nie ma na to po prostu czasu. Poziom
              muzykow jest, oględnei mówiąc, rózny, i czasami przez 5 dni prób osiaga sie
              tyle, że muzycy potrafią zagrac utwór względnie bez problemów od poczatku do
              końca mniej więcej czysto. I tyle. Na uzgadnianie frazowania czy artykluacji
              czasu nie starcza.
              • arana Konsolacja :) 17.02.04, 21:57
                Twój post, Michalino, nie jest optymistyczny, ale Twoja sygnaturka to prawdziwe
                błogosławieństwo, przynajmniej dla mnie, tak często zmartwionej
                nieracjonalnością swoich zachowań! smile

                Dziękuję.
                Arana
            • arana Audiatur et altera pars! :) 17.02.04, 21:52
              Dziękuję, Violino, to wszystko jest niezmiernie interesujące.
              Ciekawe, czy na forum bywa jakiś dyrygent?
              Ale Ty sam pewnie miałeś okazję na ten temat rozmawiać z wieloma.
              Jak pojmowali swoją rolę?

              Arana
              • violino1 Re: Audiatur et altera pars! :) 18.02.04, 00:40
                Mialem okazje byc po obu stronach podium i grac w kilku sekcjach.
                Co do roli to dyrygenci sa rozni jak ludzie albo muzycy. Niektorzy maja lepsze
                opanowanie warsztatu lecz nie maja kontroli orkiestry. Dobry dyrygent sila
                swojej osobowosci potrafi wejsc na podium i bez slowa albo przy pomocy tylko
                paru zebrac uwage zespolu. Jesli gubi sie w tym momencie to traci autorytet i
                uwage orkiestry. Dobrzy dyrygenci malo mowia bo umieja pokazac albo zasugerowac
                swoja koncepcje utworu. Ci ktorzy tego nie potrafia powinni po prostu grac na
                jakims instrumencie. Ci ktorzy duzo mowia czy wrzeszcza nie beda mogli
                spontanicznie kreowac muzyki na koncercie, do tego trzeba miec troche pokory i
                wyciszyc sie.
                Muzycy, a przynajmniej wielu umie rozpoznac ze dyrygent nie ma jasnej
                konsekwentnej koncepcji lecz tylko uczy sie utworu razem z orkiestra.
                Niewatpliwie jednak niektorzy muzycy jak i ludzie sa odporni na niuanse i
                niezbyt wrazliwi, nie mowiac juz o tym czy sa w stanie grac swoja partie.
                Dyrygowanie to ogromna odpowiedzialnosc, wymaga bardzo wniklego studiowania
                partytury i wszelkich dostepnych zrodel o kompozytorze i danym utworze. Nic
                dziwnego ze dyrygent zarabia tyle ile cala orkiestra.
                • crannmer Re: Audiatur et altera pars! :) 18.02.04, 09:59
                  violino1 napisał:

                  > uwage orkiestry. Dobrzy dyrygenci malo mowia bo umieja pokazac albo
                  > zasugerowac
                  > swoja koncepcje utworu. Ci ktorzy tego nie potrafia powinni po prostu grac na
                  > jakims instrumencie. Ci ktorzy duzo mowia czy wrzeszcza nie beda mogli
                  > spontanicznie kreowac muzyki na koncercie,

                  Czyli idac za ta logika np. taki Toscanini niedobrym dyrygentem i muzykiem byl.
                  =surprised

                  Taki np. Günter Wand tez raczej werbalnie podczas prob pracowal. A lepszego
                  interpretatora Beethovena i romantycznej symfoniki nie znam.

                  BTW swego czasu na czestochowskiej WSP dyrygowanie wykladal dosc leciwy
                  profesor o ksywce "Dziadek". U niego dyrygowalo sie prosto stojac, z kamienna
                  twarza. Poza machaniem taktu inne ruchy rak byly praktycznie zabronione. A
                  oddychanie, czy nawet wspolspiewanie z chorem bylo najlepsza droga do oblania.

                  Gdyby on wtedy zobaczyl jakies nagranie dyrygowania takiego chocby Bernsteina,
                  dostalby pewnie ataku serca, a Bernsteina pognalby parasolem z podestu.

                  To taka refleksja na temat, co wolno dyrygentowi smile

                  Pozdr.

                  C.
                  • violino1 Re: Audiatur et altera pars! :) 19.02.04, 17:39
                    Czasy sie zmieniaja, co bylo dopuszczalne 20 lat temu albo wiecej jest dzis
                    anachronizmem.
                    Rozmawialem z wieloma muzykami z orkiestry NBC Toskaniniego ktorzy uwazali ze
                    byl pajacem i idiota. Oni pozniej zajeli czolowe pozycje w wielkich
                    Amerykanskich orkiestrach. Byla to po prostu lepiej platna fucha w tym czsie i
                    muzycy do niej lgneli tak jak w Polsce lgna np do Sinfoni Varsovii. Bez tych
                    muzykow Toskanini moglby sobie machac tak szybko jak by chcial i nie robiloby
                    to zadnej roznicy.
                    Zdaje sobie sprawe z roznych uwarunkowan kulturowych w Europie i po drugiej
                    stronie oceanu lecz jestem przekonany ze i ty zauwazyles zmiany w ostatnich 10-
                    15 latach. Po otwarciu granic i szerokiej wymianie roznice sie teraz zacieraja.
                    Dyrygenci z Europy, nawet Niemiec przyjezdzajacy do USA niewiele juz roznia sie
                    dzis od tych ktorzy wyrosli w tradycji Bersteina. Moj profesor byl jego uczniem
                    i dla mnie Bernstein to klasyka. Nie zapominaj ze Bernstein dyrygowal bardzo
                    wiele w Europie i byl dyrektorem Viener Philharmoniker. Niewatpliwie generacja
                    dyrygentow wyrosla w Europie pod jego wplywem ktory nie ograniczal sie do
                    ekscesow.

                    Günter Wand dyrygowal waski repertuar muzyki Niemieckiej. Niewiele orkiestr
                    mogo pozwolic sobie na ilosc prob ktorych potrzebowal. Faktycznie mogl stworzyc
                    perfekcyjne kreacje Niemieckiej muzyki romantycznej, lecz dobrze ze swiat sie
                    na niej nie konczy. On byl byc moze ostatnim z wielkiej, starej generacji. To
                    byl raczej wyjatek niz regula.

                    Dla mnie wspanialym dyrygentem byl Solti, milem okazje grac kidys pod jego
                    dyrekcja i widziec wiele jego porywajacych interpretacji takich utworow jak
                    Symphonie Fantastique czy Mahlera Symfoni #6. On wywodzil sie z Niemieckiej
                    tradycji, mial wielkie doswiadczenie operowe i potrafil w ciagu trzech prob
                    przygotowac zespol do pieciu fantastyczneych koncertow. Kazdy z nich mial
                    swoista interpretacje. Trzeba jednak przyznac ze mial jedna z najlepszych
                    orkiestr na swiecie. Mysle ze jego koncerty byly bardziej spontaniczne niz
                    nagrania.

                    Carlos Kleiber choc wcale nie mlody jest znakomitym przykladem wspolczesnego
                    dyrygenta choc tak jak Günter Wand niestety zamyka sie w tej samej muzyce
                    Niemieckiej. Bardzo polecam choc obejrzenie video z jego koncertami bo nagrania
                    audio tego nie przekaza. Jego usmiech, gestykulacja jest szkola dyrygowania.

                    Dla mnie muzyka nie konczy sie na Beethovenie i mialem w Europie dosc okazji do
                    dlubania w jego motoryczno-histerycznych kreacjach z przeblyskami Romantyzmu.

                    Dobrze ze wiekszosc "nowatorskiej" muzyki 1950-1980 ulegnie zapomnieniu. Dzieki
                    Bogu jest nowa generacja kompozytorow ktora zna doskonale warsztat i mozliwosci
                    nowoczesnej orkiestry i nie ogranicza sie tylko do szokowania sluchaczy i
                    bombardowania ich dysonansami.
                    Z tej starszej generacji bardzo lubie Lutoslawskiego, o Pendereckim juz sie tu
                    nie mowi.



                    crannmer napisał:
                    > Czyli idac za ta logika np. taki Toscanini niedobrym dyrygentem i muzykiem
                    byl.
                    > =surprised
          • boniedydy Re: Jednak demokracja? :) 19.02.04, 22:58
            arana napisała:

            > Napisałeś coś niezmiernie ciekawego:
            >
            > [...] Na tym poziomie muzycy wiedza dobrze co do nich nalezy i czesto lepiej
            > sluchaja sie bez dyrygenta (albo po prostu na niego nie zwracaja uwagi)[...]
            >
            >
            > Chodzi o fragment "nie zwracają na niego uwagi".
            > A dyrygent się z tym godzi?

            To zjawisko jest dosyc ciekawe. Z moich obserwacji wynika, że większosć
            polskich orkiestr, z którymi miałam styczność, stara się w jak największej
            mierze ignorować dyrygenta traktując go jako zło konieczne. Raz nawet,
            rozpoczynając stałą współpracę z jedną z najlepszych orkiestr krajowych,
            zostałam uprzedzona przez koleżankę z pulpitu, żebym nawet nie starała się
            zrozumieć, co mówi dyrektor tej orkiestry na próbach (a mówił niewyraźnie), bo
            nie jest to do niczego potzrebne ;-> Ta orkiestra traktowała każdego dyrygenta
            jako swojego wroga numer jeden, z definicji. Każdy z osobna jej członek wydawał
            się być dorosły, ale w swojej masie zespół ten miał mentalnosć bandy
            przedszkolaków. Było to na swój sposób rozczulające...
            • a000000 Re: Jednak demokracja? :) 20.02.04, 02:17
              boniedydy napisała:

              Ta orkiestra traktowała każdego dyrygenta jako swojego wroga numer jeden, z
              definicji.

              Co zawsze słychać! Orkiestra to "żywy" organizm, nie maszyna, i brak
              porozumienia z dyrygentem działa na niekorzyść. Taka orkiestra zasługuje na
              rozwiązanie i wilczy bilet. Nawet solista musi zważać na to co się dzieje na
              scenie, a muzycy z orkiestry są jedynie narzędziem w ręku dyrygenta. Jeśli tego
              nie pojmują, nie nadają się do gry zespołowej.
              Inną sprawą jest szaleństwo i nawiedzenie niektórych Wielkich Nazwisk. Ale
              myślę, że gdyby orkiestra wiernie wykonywała ich polecenia, nazwiska nieco by
              zmalały.


              Każdy z osobna jej członek wydawał
              >
              > się być dorosły, ale w swojej masie zespół ten miał mentalnosć bandy
              > przedszkolaków. Było to na swój sposób rozczulające...

              Najsmutniejszym jest, że takie zespoły składają się ze zwalczających się i
              narcystycznych indywidualistów. Dlatego nie chcą poddać się woli dyrygenta czy
              doświadczeniu starszych kolegów.
              Byłam kiedyś na koncercie orkiestry Rajskiego (jeszcze nieznanej) i Andrzeja
              Kulki. Grali 4 pory. Na początku mistrz był Wielki i "wisiał" w swej wielkości
              pod sufitem (jak balon). Ale bardzo prędko nabrał respektu. Już w połowie na
              scenie grał jeden zespolony organ, każdy uczestnik równoprawny, doskonały, a
              całość pod batutą Rajskiego jak plastelina. To był Wielki Vivaldi.
              Zaznaczam, że koncert był bez prób, Kulka przyleciał samolotem z Londynu i był
              spóźniony, był mróz, skrzypce musiały się ogrzać, całość miała ponad godzinę
              spóźnienia. Ale było warto czekać i zobaczyć jak Sława pokornieje wobec Muzyki.
              >
              • arana Koncepcja i wykonanie 20.02.04, 13:07
                a000000 napisała:

                >[...] Nawet solista musi zważać na to co się dzieje na
                > scenie, a muzycy z orkiestry są jedynie narzędziem w ręku dyrygenta. Jeśli
                tego nie pojmują, nie nadają się do gry zespołowej.[...]



                "...muzycy są jedynie narzędziem"?

                Przemówiły do mnie wyjaśnienia Violino, bo i mnie wydaje sie, że przy
                przedmiotowym traktowaniu muzyków nie ma szans na wielką sztukę.
                Dyrygent jest od koncepcji całości, ale bez osobistego zaangażowania każdego
                członka orkiestry nie osiągnie celu.

                Tak sobie to wyobrażam, a nawet więcej...bo czasem mam wrazenie, że i
                szczególna atmosfera na sali, rodzaj publiczności, skala oczekiwań też mają
                swój udział w tych doskonałych kreacjach, które przechodzą do historii.

                Ale to tylko taka subiektywna uwaga zwykłej melomanki. smile

                Arana

                • a000000 Re: Koncepcja i wykonanie 20.02.04, 17:17
                  arana napisała:

                  > a000000 napisała:
                  >
                  > >[...] Nawet solista musi zważać na to co się dzieje na
                  > > scenie, a muzycy z orkiestry są jedynie narzędziem w ręku dyrygenta. Jeśli
                  tego nie pojmują, nie nadają się do gry zespołowej.[...]
                  >
                  >
                  >
                  > "...muzycy są jedynie narzędziem"?

                  W orkiestrze, gdzie dyrygent nadaje ton interpretacji, muzycy jedynie wykonują.
                  Nie mogą decydować o artykulacji, dynamice, tempie......Muszą się
                  podporządkować i dostosować. Orkiestra to ZESPÓŁ! To nie jest stu solistów,
                  gdzie każdy się popisuje na swój rachunek. Ten sam problem występuje w chórach.
                  Kto nie potrafi słuchać i dostosować się, nie nadaje się do chóru.

                  >
                  > Przemówiły do mnie wyjaśnienia Violino, bo i mnie wydaje sie, że przy
                  > przedmiotowym traktowaniu muzyków nie ma szans na wielką sztukę.


                  I tu jest pies pogrzebany. Orkiestranci czy chórzyści i dyrygent mają się
                  wzajemnie szanować. Szanować i znać swoje miejsce w szeregu. To jest klucz to
                  sukcesu.


                  > Dyrygent jest od koncepcji całości, ale bez osobistego zaangażowania każdego
                  > członka orkiestry nie osiągnie celu.

                  Osobiste zaangażowanie to podstawowy wymóg. Bez tego muzyk nie ma co robić w
                  jakiejkolwiek orkiestrze.
                  >
                  > Tak sobie to wyobrażam, a nawet więcej...bo czasem mam wrazenie, że i
                  > szczególna atmosfera na sali, rodzaj publiczności, skala oczekiwań też mają
                  > swój udział w tych doskonałych kreacjach, które przechodzą do historii.

                  O tak! To są takie czary, które wprawiają i artystów i słuchaczy w "stan
                  narkotyczny".

                  >
                  > Ale to tylko taka subiektywna uwaga zwykłej melomanki. smile
                  Na którą to uwagę odpowiedziała druga zwykła melomanka.
                  >

                  >
                  • violino1 Re: Koncepcja i wykonanie 21.02.04, 05:17
                    Mysle ze probujesz swoje oczywiste choralne doswiadzenia przeniesc na teren
                    orkiestry. Nie sadze ze bedzie to skuteczne. Inna mentalnosc, oni nie stoja w
                    szeregu i czesto graja indywidualne partie. Maja tez duzo wieksza wiedze
                    muzyczna i doswiadczenie niz typowy chorzysta.

                    a000000 napisała:
                    > Orkiestranci czy chórzyści i dyrygent mają się wzajemnie szanować. Szanować i
                    > znać swoje miejsce w szeregu. To jest klucz to sukcesu.
                    • a000000 Re: Koncepcja i wykonanie 23.02.04, 11:34
                      violino1 napisał:

                      > Mysle ze probujesz swoje oczywiste choralne doswiadzenia przeniesc na teren
                      > orkiestry. Nie sadze ze bedzie to skuteczne. Inna mentalnosc, oni nie stoja
                      w
                      > szeregu i czesto graja indywidualne partie. Maja tez duzo wieksza wiedze
                      > muzyczna i doswiadczenie niz typowy chorzysta.

                      Co do chóru, masz rację. Orkietra (zwłaszcza zawodowa) zdecydowanie bardziej
                      cierpi z powodu indywidualizmu (skąd indziej oczywistego) swoich muzyków. Ja
                      grałam na skrzypeczkach w orkiestrze szkolnej. Tam indywidualistów nie było, a
                      i dyrygent - dyrektor był panem i władcą. I też żeśmy się buntowali, bo taki
                      jest charakter człowieka. Ale po czasie, przemyśliwszy sprawę, stwierdzam, co
                      stwierdzam. Dyrygent decyduje a orkiestrant wykonuje.

                      Stać w szeregu - znać miejsce w hierarchi ważności.
              • boniedydy Re: Jednak demokracja? :) 20.02.04, 18:44
                a000000 napisała:

                > boniedydy napisała:
                >
                > Ta orkiestra traktowała każdego dyrygenta jako swojego wroga numer jeden, z
                > definicji.
                >
                > Co zawsze słychać! Orkiestra to "żywy" organizm, nie maszyna, i brak
                > porozumienia z dyrygentem działa na niekorzyść. Taka orkiestra zasługuje na
                > rozwiązanie i wilczy bilet. Nawet solista musi zważać na to co się dzieje na
                > scenie, a muzycy z orkiestry są jedynie narzędziem w ręku dyrygenta. Jeśli
                tego
                >
                > nie pojmują, nie nadają się do gry zespołowej.

                Żeby uściślić, jest to naprawdę jedna z lepszych orkiestr krajowych.
                Dyrygentowi podporządkowują sie, acz niechętnie, z powodu resztek przyzwoitości
                zawodowej wink
                Nie jest to zresztą jedyna orkiestra, która tak funkcjonuje. Przynajmniej jedna
                z orkiestr z pierwszej światowej dziesiątki też z zasady zwalcza dyrygentów...
                • a000000 Re: Jednak demokracja? :) 20.02.04, 19:08
                  boniedydy napisała:

                  >
                  > Żeby uściślić, jest to naprawdę jedna z lepszych orkiestr krajowych.

                  Wiem, to słychać.
                  A mogłaby być jedną z najlepszych w świecie. Niezgoda rujnuje.

                  Ciekawe, co się dzieje z zakładem pracy ,w którym doskonale wykształcona załoga
                  zwalcza kolejnego bardzo dobrego dyrektora i ignoruje jego polecenia.

                  • boniedydy Re: Jednak demokracja? :) 20.02.04, 19:13
                    a000000 napisała:

                    > boniedydy napisała:
                    >
                    > >
                    > > Żeby uściślić, jest to naprawdę jedna z lepszych orkiestr krajowych.
                    >
                    > Wiem, to słychać.
                    > A mogłaby być jedną z najlepszych w świecie. Niezgoda rujnuje.

                    A skąd wiesz, o której orkiestrze piszę? smile Akurat nie o SV...

                    > Ciekawe, co się dzieje z zakładem pracy ,w którym doskonale wykształcona
                    załoga
                    >
                    > zwalcza kolejnego bardzo dobrego dyrektora i ignoruje jego polecenia.

                    Ten niewyraźnie mówiący to nie był dobry dyrektor...
                    • violino1 Re: Jednak demokracja? :) 21.02.04, 05:04
                      Widze ze mamy do czynienia nie tylko z roznica pokolen, doswiadczen ale rowniez
                      z roznymi pojeciami wspolpracy zawodowej.
                      Z jednej strony mamy dosc przedmiotowy punkt widzenia:
                      "muzycy z orkiestry są jedynie narzędziem w ręku dyrygenta"
                      "nie chcą poddać się woli dyrygenta czy doświadczeniu starszych kolegów"
                      "W orkiestrze, gdzie dyrygent nadaje ton interpretacji, muzycy jedynie
                      wykonują. Nie mogą decydować o artykulacji, dynamice, tempie......Muszą się
                      podporządkować i dostosować."
                      "Orkiestranci czy chórzyści i dyrygent mają się wzajemnie szanować. Szanować i
                      znać swoje miejsce w szeregu. To jest klucz to
                      sukcesu"

                      Po drugiej stronie mamy uwagi o dosc masowym ignorowaniu dyrygentow.

                      Oba podejscia sa dosc skrajne i sygnalizuja szerszy problem wspolpracy,
                      partnerstwa i autorytetu ktory wykracza znacznie poza kregi muzyki.
                      Mysle ze prawda jest ze dyrygenci wcale nie sa nieomylni jak i muzycy bywaja
                      wszechwiedzacy. Wiecie lepiej ode mnie jak sprawy wygladaja w kraju w ktorym
                      nie mieszkam od prawie 20 lat. Dochodza do mnie jedynie zlepki informacji z
                      okazjonalnych rozmow i spotkan z Polskimi orkiestrami podczas tornee tutaj.
                      Zarowno z nich jak i z wypowiedzi na tych lamach wynika ze duzo sie nie
                      zmienilo w kraju choc wydaje mi sie ze zycie muzyczne jest bujniejsze niz bylo
                      to za moich czasow.
                      Niewatpliwie dyrygent powinien uczynic muzykow partnerami. Zaangazowanie jest
                      tu kluczowym terminem w kazdej dziedzinie bo jak wiemy z niewolnika nie ma
                      robotnika. Zamiast dyktowania dyrygent powinien umiejetnie "sprzedac" swoja
                      logiczna interpretacje i pozwolic muzykom pograc ufajac ich muzykalnosci.

                      Zaskakujace bylo dla mnie jak dyrygent jednej z orkiestr podczas niedawnego
                      tournee w USA prowadzil 3 godzinne proby przed kazdym koncertem przegrywajac
                      caly repertuar jak gdyby dla wlasnej pewnosci. Wyobrazam sobie jak znuzeni i
                      zmeczeni byli ci muzycy na koncercie (nie tylko podroza). Nic dziwnego ze
                      ciezko bylo patrzec na dyrygenta maglujacego ciagle to samo. Trudno o swiezosc,
                      spontanicznosc i radosc muzykowania w takich warunkach.
                      Nie ma nic gorszego niz dyrygent ktory powtarza ciagle to samo i mozna nawet
                      przwidziec co powie. Najwyrazniej sam sie nie rozwija i nie dba o rozwoj
                      muzykow z ktorymi wspolpracuje.
                      Widzialem tez wielu muzykow ktorzy byli "lepsi" niz Heifetz, zamknieci na
                      sugestie i wlasny rozwoj.

                      Pare kropli oliwy do dyskusji.

                      • arana Moderato cantabile :) 21.02.04, 22:11
                        violino1 napisał: >
                        >[...] Pare kropli oliwy do dyskusji.


                        Nie tylko parę kropli, to cała beczka oliwy! smile

                        Po tych wszystkich dywagacjach nabrałam ochoty, by na najbliższyn koncercie
                        usiąść blisko podium i poobserwować dyrygenta oraz muzyków. smile

                        Arana

                      • a000000 Re: Jednak demokracja? :) 23.02.04, 11:41
                        violino1 napisał:

                        > Nie ma nic gorszego niz dyrygent ktory powtarza ciagle to samo i mozna nawet
                        > przwidziec co powie. Najwyrazniej sam sie nie rozwija i nie dba o rozwoj
                        > muzykow z ktorymi wspolpracuje.
                        > Widzialem tez wielu muzykow ktorzy byli "lepsi" niz Heifetz, zamknieci na
                        > sugestie i wlasny rozwoj.


                        O tak, nie ma nic gorszego niż rzemieśnik mający się za wielkiego artystę.

                • kanarek2 siła spokoju:-) 20.02.04, 19:11
                  Troche zmienię temat, jeśli wolno. W zeszłym roku Semkow prowadził II S. Mahlera
                  w FN w Warszawie, bardzo to był piękny koncert zresztą. Spore wrażenie zrobiło
                  na mnie parę dłuższych momentów, gdy Semkow przestawał dyrygować, i stał
                  spokojnie, nic nie robiąc, z opuszczoną głową, słuchając jakby orkiestry i
                  muzyki którą sam współtworzył; paradoksalnie zachowanie takie mocno podkreślało
                  spokojny nastrój muzyki.

                  Pozdrawiam,
                  k.
              • violino1 Re: Jednak demokracja? :) 21.02.04, 05:31
                Dyrygent ktory nie potrafi tolerowac indywidualistow z innymi pogladami i
                nauczyc sie z nimi wspolpracowac powinien zmienic zawod. Im muzycy lepsi, maja
                wieksza ekspertyze tym bardziej moga miec niezalezny poglad. Zadaniem
                wspolczesnego menagera w kazdej dziedzinie jest ich umiejetne zaangazowanie dla
                dobra calej organizacji. Proponuje zglebienie angielskiego terminu "asset".
                Trudno o dobrych muzykow, lepiej zmienic "attitude". Czasy sie zmienily, zyjemy
                w XXI wieku.

                a000000 napisała
                > Najsmutniejszym jest, że takie zespoły składają się ze zwalczających się i
                > narcystycznych indywidualistów. Dlatego nie chcą poddać się woli dyrygenta
                czy doświadczeniu starszych kolegów.
        • dobiasz Re: Niedosyt:) 18.02.04, 11:25
          > Nie zawsze dyrygent jest konieczny.

          Berliner Philharmoniker nagrali nawet kilka symfonii Mozarta bez dyrygenta. Ale
          co można u prostackiego rytmicznie Amadeusza, to się już w romantycznej muzyce
          nie uda wink
          • arana Dziękuję! 19.02.04, 13:29
            Wydawałoby się, że w muzyce - jak w każdej ze sztuk - najpiękniejsze jest CO.
            Okazuje się jednak, że JAK za to jest niezmiernie intrygujące.
            Ścisłość w sztuce? No cóż, możemy jedynie starać się wejść na "najwyższy
            stopień nieokreśloności".
            Dziękuję wszystkim za rozmowę!

            Pozdrawiam
            Arana
    • kanarek2 Re: Bez dyrygenta? 04.09.04, 23:19
      RCA wznowilo w tym roku dwa nagrania na jednym cd, Koncert Skrzypcowy (Heifetz
      z CSO pod Reinerem) i Podwojny (Heifetz+Piatigorsky, RCAVictor SO pod
      Wallensteinem) Brahmsa, zachwycające.

      Słuchając koncertu przypomniałem sobie ten wątek, poświęcony dyrygentowi -
      traktowanemu tu jedynie jako wspołtwórcy wykonania.

      Po raz tysięczny pełen podziwu dla Reinera, z wdzięczności niejako, chciałbym
      dorzucić, iż - tak na moje ignoranckie oko - rola gigantów tej miary nie
      ogranicza się do paru ważnych koncertów czy nagran, lecz obejmuje stworzenie
      orkiestr klasy CSO, co jest pewno równie trudne.

      Pozdrawiam,
      k.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka