Dodaj do ulubionych

TESLA into the now

07.03.04, 16:12

Tesla to legenda grania, które kojarzy się zwykle z wykonawcami typu Journey
czy Bon Jovi, czyli komercyjnego softrocka czy pop-metalu amerykańskiego. Ale
Tesla – mimo gatunku, jaki uprawia – daleka jest od obciachowości, jaka
zwykle przy wspominaniu takiej muzyki na myśl przychodzi: łzawe balladki o
różach na łóżku itp... nie, nie; na szczęście tego tu nie ma. Bardziej
twórczość Tesli pasuje do składanek dla kierowców, ale w pozytywnym sensie.
Właśnie ukazała się nowa płyta zespołu Tesla, „Into The Now”. Płyta bardzo
dobra i to pierwsza od dawna (grupa w połowie lat dziewięćdziesiątych miała
drobne problemy i nawet chwilowo się rozwiązała).

Najnowsza propozycja w katalogu Tesli nie przynosi żadnych niespodzianek czy
zmian. Utwory są dynamiczne, oparte na melodyjnym, gitarowym brzmieniu. Rzuca
się „w uszy”, jak zwykle w przypadku Tesli, świetna i nowoczesna produkcja
(są pewne drobiazgi brzmieniowe, świadczące o tym, że płyta została nagrana
teraz, a nie dwadzieścia lat temu, ale to naprawdę drobiazgi).Brzmienie jest
bardzo „amerykańskie”, pieśni skrojone w sam raz do tamtejszych stacji
radiowych (u nas by nikt nie zagrał, bo za ciężkie). Niektóre kawałki
wyprodukowano chyba z bezpośrednim zamierzeniem wydania ich na singlu („Words
Can’t Explain”, dość stonowane, coś pomiędzy Bon Jovi a Tomem Petty), inne są
nieco ostrzejesze, ale wszystko w tzw. granicach bezpieczeństwa („What A
Shame”, „Heaven”wink. Nie można powiedzieć o muzyce Tesli, że jest szczególnie
oryginalna. Miejscami dość czytelne są nawiązania do twórczości innych
artystów („Caught In A Dream” wyjęte jest prawie że z płyt Damn Yankees czy
Nelson lub „Mighty House” podobne troszkę do nagrań Extreme). Nieco cięższe
przez chwilę brzmienie serwują muzycy w riffowym „Miles Away”, które jednak
po chwili zamienia się w balladę i pozostaje mu tylko mocny refren, oraz
w „Got No Glory”, które również ma bonjoviowo-ledzeppelinowy riff. Zwykle
jednak utwory mają mocniejsze wstępy, które z wykopem zaczynają podawać
melodię, po czym sam czad łagodnieje, a melodia w środku utworu prezentowana
jest już w całkiem spokojny sposób. Album zamyka „Only You” – niby ballada z
brzdąkaniem gitary akustycznej i smykami, a jednak bardziej kojarząca się z
Donem Henleyem czy Tomem Petty niż z lukrowanymi przytulankami.
Tym albumem Tesla rewolucji na rynku nie zrobi (chyba nigdy nie było to
zamierzeniem grupy), ale miło, że wrócili w dobrej formie i z całkiem
przyzwoitą płytą. Polecam tym, którzy szukają czegoś niekoniecznie
absorbującego, ale w dobrym gatunku.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka