Wydaje mi się, że jednak trochę zbyt mało uwagi poświęcono do tej pory temu zespołowi na forum, a jako że od ładnych kilku miesięcy przechodzę etap mniejszej lub większej fascynacji ich twórczością (jak również... ekhm... "twórczością", oczywiście Debbie Harry

) postanowiłem zacząć sam (bo na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi być pierwszy).
Do tej pory miałem okazję poznać cztery albumy Blondie. Cztery pierwsze.
Poszedłem w ślad za rekomendacjami AMG, które odradza zapoznawanie się z resztą dyskografii (może sięgnę jeszcze po "Autoamerican", co do szóstej płyty to skutecznie odstraszyła mnie okładka, a te po reaktywacji - cóż, nie jestem zwolennikiem takich praktyk, więc temat "No Exit" i "The Curse Of Blondie" dla mnie nie istnieje i nie obchodzi mnie nawet co się na tych płytach znajduje).
Debiut, "Blondie" (1976) charakteryzuje to, co można też w zasadzie powiedzieć o kolejnych ich płytach - otwiera go prawdopodobnie (w tym przypadku to nawet zdecydowanie) najlepszy utwór ("X Offender"). Tak samo jest w przypadku "Fan Mail", "Hanging On The Telephone" i "Dreaming", którą osobiście uważam za najpiękniejszą piosenkę Blondie. Ale wracając do pierwszego albumu... Jednak czegoś mu jeszcze brakuje, pomimo świetnego openera i b. dobrych: punkowego "Rip Her To Shreds" czy "In The Sun", zdarza się kilka momentów średnich.
"Plastic Letters" (1977) jest niewątpliwe krokiem do przodu jeśli chodzi o brzmienie, produkcję dźwięku. Obok wspomnianego otwierającego utworu, znów prym wiodą przeboje (cover "Denis" i "I'm Always Touched By Your Presence, Dear"). Co do reszty - jasne, że to są wszystko dobre piosenki i ja je bardzo lubię

Ale większości utworów brakuje tej "klasyczności", tego "czegoś", co przyszło na...
"Parallel Lines" (1978), najlepszej, jak wiadomo, płycie Blondie. W zasadzie nie ma co wyróżniać żadnego utworu. Ładunek melodyjności porywa, wszystkie piosenki są bez wyjątku znakomite. No, nie mogę sobie podarować żeby nie napisać, że "One Way Or Another", "11-59" i "Just Go Away", tradycyjnie obok pierwszego numeru, to moi faworyci.
"Eat To The Beat" (1979) w moim odczuciu przegrywa z "Parallel..." tylko ze względu na późniejszą datę wydania i powielenie kilku patentów. Kompozycyjnie nie jest to wiele słabsza płyta. Wielki przebój "Atomic" (ach ten pokomplikowany tekst!

), wyśmienity powrót do punkrockowych korzeni (kawałek tytułowy plus finał, "Living In The Real World"), znacznie lepszy niż tak nielubiany przez mnie "The Tide Is High", podobnie bujający "Die Young, Stay Pretty", nowofalowy "Accidents Never Happen" i niezwykle charakterystyczny dla zasadniczego brzmienia Blondie "Union City Blue"...
I... to chyba koniec. Bardzo liczę, że ktoś będzie miał coś do dodania w tym temacie.