lucinda williams to obecnie podopieczna lost highway records. wydala juz
kilka dobrych albumow, na karku ma juz kilka kilkadziesiat lat, ale... to
pierwsze jej dokonanie, ktore mialam przyjemnosc poznac

bo podczas
zapoznawania sie z "world without tears" bylo mi bardzo przyjemnie.
na poczatku, obawiajac sie nieco gatunku, do jakiego klasyfikowana jest
lucinda (a jest to, jakby nie patrzec, country), obawialam sie rowniez etgo,
co zaprezentuje muzycznie... zupelnie niepotrzebnie. jakkolwiek rzeczywiscie,
mozna jej muzyke zahaczyc pod country, tak mimo wszystko bede tego unikac
podczas pisania o jej najnowszej plycie z jednego prostego wzgledu - w pl
country jest kojarzone z jakims amerykanopolo, kowbojskimi kapeluszami i line
dancing. a to, co slychac na "world without tears" to o wiele wiecej, choc,
oczywiscie, nie jest to plyta calkowicie pozbawiona country-nalecialosci.
zaczynamy.
o dziwo, poczatek dosc melancholijny...senna gitara, prawie czuc duchote
suchego prowincjonalnego powietrza... "fruits of my labour". i glos. brudny,
ale niesamowicie przez to klimatyczny... atmosfera jest wspaniala. mozna sie
czepiac jedynie zbytniej sennosci jak na pierwszy utwor na plycie.
"righteously" - swietny kawalek. naprawde. ani jednej nutki w stylu country.
znow genialny wokal, lekko zachrypniety, fajna gitara, ogolnie cieple, choc
chropowate brzmienie (utwor zreszta inspirowany linia gitary z hendrixa).
jeden z moich ulubionych z tej plyty.
"ventura", czyli spokojne zachlysniecie sie chwila. i gdyby nie to typowe dla
country echo w tle refrenu, wszystko byloby fajnie. moze jednak jestem jakas
uprzedzona...
"real life bleeding fingers and broken guitar strings". tu slychac stones'ow.
i to dziala na korzysc lucindy, jak najbardziej. wokal "na odwal" (ten sam,
za ktory kocham ryana a.), silne chorki w prawie wykrzyczanym refrenie,
ogolnie - jest fajnie. oby tak dalej.
na uspokojenie, lekko plynacy, lekko barowy, lekko jakby przykurzony "over
time". zaraz po nim bardzo ladna ballada, "those three days" - ze spokojnym
tlem muzycznym, ladnie pobrzmiewajaca gitarka w tle kontrastuje wokal lucindy
w. i bardzo dobrze. znow odzyskuje niesamowity klimat po troche zbyt
rownym "over time".
"atonement", o ktorym sama autorka mowi: "zz top meets howlin wolf". dla mnie
ciezki, gitarowy blues. przynajmniej tak to wyglada rytmicznie. bardzo fajny
kawalek.
"sweet side" i "minneapolis" to uklony w strone dylana. bardzo trafione.
brzmienie zupelnie juz folkowe. i bardzo ladne teksty.
"american dream".. i troche czuje sie, jakby na hammondzie pogrywal
manzarek...

bardzo klimatyczny numer, rzeczywiscie "doors-flavoured".
po drodze jeszcze "people talkin'", ktore nie robi na mnie wiekszego
wrazenia - ot co, dobra robota i tyle. nie odstaje od reszty, ale tez sie nie
wyroznia. tytulowy utwor - dosc sentymentalny, utopijnyu wrecz,
powiedzialabym, i tak tez wypada na tle pozostalych. wycisza tuz przed
finalem plyty.
"words fell" to juz koniec. na do widzenia dostajemy te sennosc, melancholie
i zakurzony wokal... powraca jakby poczatek, ale jeszcze bardziej
rozciagniety.. tak pozytywnie rozlazly, jesli wiecie, o co mi chodzi.. i
znakomite lyrics... "like your eyes pierced to my soul.." mnie osobiscie
rozwala. bardzo fajny, spokojny, refleksyjny final.
ogolnie plyta jest naprawde dobra. i naprawde dobrze sie jej slucha. gdyby
pominac niektore elementy, ktore przypominaja momentami, ze to plyta kobiety
mocno zwiazanej z tradycyjnym, amerykanskim graniem, bylby to znakomity
album, ktory z powodzeniem mozna by zaklasyfikowac jako folk-rocko-dylano-
podobne-klimaty. ale i tak jest swietnie. i te countrowo pobrzmiewajace
gdzieniegdzie gitarki nie psuja nastroju.
plyty posluchac mozna na stronie lucindy williams:
www.lucindawilliams.com/home.html