teddy4
06.03.05, 23:46
Odkryłem fajne miejsce we Wrocławiu. Nazywa się toto BEZSENNOŚĆ i wygodnie
tam się siedzi oraz słucha muzyki na żywo. Zdecydowanie dobra akustyka, co
jest rzadkością w tego typu miejscach.
Zespół ANDY zagrał ostatni koncert ze swoją dotychczasową basistką, która
przenosi się do krainy inspiracji muzycznych swojej kapeli. Zastanawiam się,
jak to się dzieje, że tak zdolna kapela jeszcze nie doczekała się swojej
płyty, a doczekały się jej kapele z podobnego w gruncie rzeczy nurtu, a
oczywiście o wiele mniej oryginalne (eM, Kombajn). Słuchanie ANDY na dużo
jest dla mnie jeszcze większą przyjemnością niż 2 lata temu, gdy w tym
miejscu pierwszy raz pisałem o tym zespole. "London Calling" (przyznaję, mało
oryginalny tytuł) to kawałek typu murowany pałerplej w każdej lepszej
radiostacji. Współbrzmienie gitar super zawodowe. Na marginesie, koleżanki
grają zdecydowanie lepiej własne kawałki niż kowery (Fiction Factory, The
Smiths), co nie oznacza że te grają źle.
Lili Marlene zaciekawił mnie już wyglądem jednej z gitar elektrycznych. Z
daleka to prawie Jolana Tornado była (bardzo ceniony na wyspach instrument).
Zaciekawił mnie także dźwiękami granymi na wstępie. Dostojnie bardzo panowie
grali. Sigur Ros, pomyślałem (bo ja, kurczę, zawsze mam jakieś skojarzenia).
Potem objawił się wokalista. Chyba autentyczny Brytyjczyk, bo wyglądał jak
kol.Maćkowiak Rafał w filmie "W dół kolorowym wzgórzem" i trzymał ręce w
kieszeniach jak wczesny Brett Anderson/środkowy Damon Albarn/późny Richard
Ashcroft. Niestety, nie śpiewa tak dobrze jak żaden z tych dżentelmenów.
Drugi kawałek zaczął się tak jakby nagle kol. Hajdasz Artur cofnął się w
czasie o 20 lat. Po wejściu gitar zacząłem się obawiać, że i wokalista zawyje
niczym Rozzy, i że będziemy mieli do czynienia z "A Tribute Band To Made In
Poland"

. Im dłużej trwał występ zespołu, tym bardziej było widać, że o ile
wrocławscy muzycy są raczej sprawni, to kompozycje (tudzież instrumentacje
utworów) nie są ich najmocniejszą stroną. Teraz to jakiś producent, czujący
tego typu granie, bardzo by się Lili Marlene przydał. Ale jak znam życie, to
chłopaki wylądują w studio Fotoplastykon. I ich płytę jak zwykle nagrają (i
przy okazji se na niej zagrają, przerabiając troszeczkę kompozycje) kol. kol.
Gienia i Marcin Bors. A oni raczej nie wiedzą o co chodzi w post cold wave

.
A tak w ogóle to życzę zespołowi jak najlepiej, bo naprawdę dobrze z oczu im
patrzy.