Idąc na koncert Orphaned Land i Paradise Lost byłem pełen obaw, tym bardziej
że data (piątek 13) była, co tu dużo mówić, dość pechowa. Jednak
rzeczywistość okazała się lepsza niż przewidywałem.
Gdy dotarliśmy na miejsce ok 20:10 (byłem tam z młodszym bratem) na scenie
właśnie produkował się zespół Society 1. Nigdy o nim wcześniej nie słyszałem,
i przyznam że nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Prosta, brutalna
muzyka z "ryczanym" wokalem pozbawiona solówek ... zupełnie nie moje klimaty.
Co prawda zespół grał sprawnie, ale wygląd muzyków raczej odpychał - chudy
wokalista nagi od pasa w górę w skórzanych spodniach, z wielkimi metalowymi
krzyżami przybitymi w miejsce sutków, sprawiał wrażenie jakiejś futurystycznej
wersji Iggy'ego Popa. Dobrze że grali tylko pół godziny. Koncert zakończył
się ambitną sentencją w stylu "Remember to keep fucking" i chłopaki zeszli
ze sceny, oddając miejsce bardziej wyrafinowanym artystom.
Kilkanaście minut po ich występie na scenie zainstalował się "team" Orphaned
Land. Na ten koncert wyczekiwałem z niecierpliwością, gdyż płyta "Mabool"
przypadła mi do gustu (wcześniejszych nie znam). Gdy zespół wszedł na scenę,
zrobiło się tłoczno, gdyż gra w nim aż 6 muzyków. Sprawili od razu
sympatyczne wrażenie, ubrani prawie że normalnie (tylko wokalista miał na
sobie powłóczystą szatę i w ogóle przypominał trochę z wyglądu Chrystusa).
Grali tylko ok 40 minut (za krótko!) i większość koncertu stanowił repertuar
z płyty "Mabool". Koncert był ciekawy, choć swoją specyficzną odmianą prog-
metalu wzbogaconego o wątki orientalne i ludowo-żydowskie pewnie zaskoczyli
publiczność która nie znała ich nagrań. Egzotyczny wygląd niektórych muzyków
(wokalisty i basisty) idealnie współgrał z lekko "nawiedzoną" muzyką.
Mimo że muzyka ze względu na swoją małą rytmiczność powodowała czasami
dezorientację wśród publiczności, to jednak grupa została przyjęta
nadspodziewanie dobrze przez publikę.
Gdy Orphaned Land zeszli ze sceny, pozostawało już tylko czekać na Paradise
Lost. Po jakiejś pół godzinie zespół wyszedł na scenę. Nick Holmes i Greg
Macintosh długowłosi, jak za dawnych lat, ten pierwszy ubrany w bordową
podkoszulkę i spodnie, wyglądali młodziej niż się spodziewałem. Zaczęli grać,
ale przy pierwszym utworze słychać było że nagłośnienie jeszcze nie
jest "dopięte". Dźwięk był płaski i pozbawiony basów. Na szczęście po kilku
minutach mogliśmy już usłyszeć Paradise Lost AD 2005 w wersji live
w całej okazałości. Mając na uwadzę dopieszczoną, przedobrzoną produkcję
ostatnich płyt, spodziewałem się czegoś podobnego na koncercie. Na szczęście
moje obawy okazały się bezpodstawne. Brzmienie było tradycyjne, metalowe,
perkusja dźwięczna a gitary masywne i ostro tnące. Jedynym mankamentem był
zbyt słabo nagłośniony wokal w stosunku do reszty instrumentów.
Zespół został przyjęty bardzo dobrze, choć dało się wyczuć wśród publiczności
oczekiwanie na starsze utwory, te z najlepszych płyt. One też były nagradzane
największymi brawami. Najlepiej oczywiście zostały przyjęte piosenki
z "Draconian Times", uważanej chyba nie tylko przeze mnie, za najlepszą płytę
grupy. Dziwił natomiast brak jakiegokolwiek kawałka z "Icon"! Utwory nowsze,
z rockowo-elektronicznego okresu grupy, w wersjach na żywo zabrzmiały ciężej,
bardziej drapieżnie i naturalnie, choć słychać było że w kilku miejscach
zespół musiał się wspomagać "playbackiem" jeśli chodzi o efekty elektroniczne
i wstawki klawiszy. Niestety, panowie grali tylko półtorej godziny, co uważam
za dość spory mankament. No ale pewnie gdyby mieli grać 2,5 godziny to
bilety by były nie po 50 zł ale po 70 zł.
Po koncercie PL udało mi się zdobyć kartkę z listą utworów przylepioną na
scenie (sympatyczna pamiątka z koncertu), więc poniżej jest pełna tracklista
koncertu:
Don't Belong, Grey, Erased, Redshift, Mystify, So Much Is Lost, Symbol Of
Life, Hallowed Land, Accept The Pain, No Celebration, For All You Leave
Behind, As I Die, Shine, Enchantment, Close Your Eyes, One Second, Forever
After, Over The Madness, Last Time
Mój komentarz do listy utworów - zeecydowanie za mało kawałków z najlepszego
moim zdaniem okresu grupy - czyli od "Shades Of God" do "One Second"
włącznie. Szczególnie brakowało takich kawałków jak "Pity The
Sadness", "Embers Fire", "Once Solemn", "Shadowkings", "Yearn For
Change", "Say Just Words". No ale zespół musiał promować nową płytę (której
notabene nie znam), więc to go jakoś usprawiedliwia, a i krótki czas trwania
koncertu też wpłynął na skromną setlistę.
Gdy po koncercie kierowałem się w stronę szatni, zauważyłem że na ławkach pod
ścianą siedzą panowie z Orphaned Land i piją piwo. Z bliska wyglądają
jeszcze młodziej niż na zdjęciu. Zamieniłem kilka słów z wokalistą grupy,
wyraziłem ubolewanie że grali tak krótko i pochwaliłem za udany występ, za co
zostałem nagrodzony autografem z wpisem "The storm still rages... - KOBI
OL"

Można też było poczęstować się singlem promocyjnym OL, co uważam za
miły gest.
Reasumując - za tę cenę to była bardzo udana i opłacalna impreza, choć występ
gwiazdy wieczoru pozostawił jednak pewien niedosyt. Dodatkowym plusem była
sprawna organizacja i bezproblemowy przebieg imprezy, co pewnie wiązało się
też z tym, że klub nie był specjalnie przepełniony - ludzi było akurat tyle,
że można było się dobrze bawić, przy sporej swobodzie ruchów i
przemieszczania się.
Mam nadzieję, że ten w sumie udany koncert spowoduje, że organizatorzy i
agencje koncertowe spojrzą na Łódź troszkę życzliwszym okiem ...