Gość: .
IP: *.kato.gazeta.pl
26.07.02, 15:14
to tekst z gw 2002-04-30
..................
Scena jest dla otwartych
Zespoły muzyczne z Mysłowic
- Nie wiem, czy kiedykolwiek istniało coś takiego jak scena mysłowicka.
Scena kojarzy mi się ze wspólnotą, współpracą, wzajemnym przenikaniem się.
Tak było w Seattle, Manchesterze czy w Trójmieście, ale u nas? Tutaj nigdy
tego nie było - Artur Rojek (The Freshmen, Myslovitz, Lenny Valentino)
- Scena była odkąd pamiętam. Nie wiem, co się działo, jak miałem 10 lat, ale
odkąd zacząłem chodzić na koncerty, to zawsze było na nich mnóstwo ludzi i
wszyscy byli stąd. Muzyka była różna, ale prawie zawsze było w niej jakiś
akcent psychodelii - Mariusz Kocima (Uwaga, Garden Of Hope, Fabilus Tenz,
Kabareto Ereto).
- Czuliśmy, że to, co robimy, jest super i że jest inne. Chcieliśmy grać jak
wczesne Creation, jak Ocean Blue albo Wedding Present - te zespoły grały
prosto, ale bardzo ciężko było tę prostotę podrobić. W Polsce takiej muzyki
prawie nikt nie znał i nie
słuchał - Marek "Dżałówa" Jałowiecki (Generał Steelwell, Delons).
MUZYKA z Mysłowic:
Mysłowice na muzycznej mapie Polski pojawiły się w połowie lat 90., za sprawą
sukcesu zespołu Myslovitz. Członkowie grupy już w pierwszych wywiadach
otwarcie przyznawali się do inspiracji
lokalnymi gwiazdami z lat 80. Faktem jest, że w ciągu ostatnich dwóch dekad
w Mysłowicach powstało kilkanaście ciekawych zespołów, żaden z nich nie
odniósł jednak sukcesu. Dopiero w tym
roku do głosu doszła grupa Negatyw - jej członkowie również z entuzjazmem
wypowiadają się o muzykach, wśród których dorastali. Może więc czas
przypomnieć kilka z zespołów, ludzi i zdarzeń,
które tworzyły mysłowicką scenę muzyczną?
120 minut
Lata 80. należały w Mysłowicach do dwóch zespołów - do dziś opowiada się o
nich z szacunkiem i niemal czcią. Generał Steelwell i October's Children
powstały niemal jednocześnie - w roku 1986.
Bardzo szybko muzycy obu zespołów zaprzyjaźnili się, zaczęli też grać próby
w jednym, dziś już kultowym miejscu - starym MDK-u na pl. Wolności. Jeżeli
October's Children przez kilka lat szukali
własnego stylu, to General Steelwell od samego początku styl ten miał już
ukształtowany - było to głównie zasługą Marka Jałowieckiego,
zwanego "Dżałówą". - Pierwszy raz byłem na ich koncercie
w 1988 roku. Pamiętam, że wszedłem do sali, a na scenie stał gość, który
wyglądał, jakby właśnie wczoraj przyjechał z Manchesteru - wspomina z
rozrzewnieniem Artur Rojek, wokalista Myslovitz.
W tych czasach "Dżałówa" był dla mysłowickiej młodzieży prawdziwym idolem, a
jego grupa zyskała status "kultowej". - Byli dla nas wzorem. Gdyby nie
Generał Steelwell, być może Myslovitz
nigdy by nie powstało - mówi dziś Rojek. - Bardzo możliwe, że byli pierwszą
gitarową kapelą w Polsce, tyle że nikt spoza Mysłowic o tym nie wiedział.
Równie ważny jak General Steelwell był
zespół October's Children, dziś znany głównie za sprawą gitarzysty Przemka
Myszora, który w 1996 roku zasilił szeregi grupy Myslovitz. Do dziś więcej
mówi się jednak o Generale niż o
Octobersach. Dlaczego? "Dżałówa" miał chyba mocniejszy przekaz, który
trafiał do wszystkich - October's Children byli bardziej intelektualni. To
oni jednak, jako pierwszy zespół z Mysłowic,
zagrali na dużej scenie katowickiego Spodka - ten dzień miał duże znaczenie
dla fanów mysłowickiego grania. - Był czas, że chodziłem na każdą ich próbę -
wspomina Mietall Waluś, lider grupy
Negatyw. - Oni grali w szkolnej sali, a ja tańczyłem na korytarzu. Byłem ich
fanem. Na muzyczną świadomość młodych ludzi z Mysłowic wpływały jednak nie
tylko lokalne zespoły, ale też ich
pierwowzory, głównie z Wielkiej Brytanii. Większość z nich do dziś wspomina
program "120 minutes", emitowany na antenie MTV na przełomie lat 80. i 90.
Prowadzący go Paul King dla
mysłowiczan był muzyczną wyrocznią i niemal bogiem. Wystarczyło, że puścił
jakiś teledysk, a już po kilku tygodniach płyta tego zespołu przychodziła w
paczce od krewnych z Niemiec czy USA.
Ludzie w Mysłowicach zaczęli czuć ten sam klimat, wymieniać płyty,
rozmawiać. Rodziła się scena.
Jak grzyby po deszczu
Jeśli w latach 80. w Mysłowicach tak naprawdę istniały tylko dwa zespoły z
prawdziwego zdarzenia, to już w następnej dekadzie pojawiło się ich kilka
razy więcej. Wiele z nich wzorowało się na
stylu Generała Steelwella i October's Children - nawet jeśli nie
bezpośrednio na ich piosenkach, to na pewno na ich muzycznych wzorach. -
Pożyczałem im wszystkim płyty, może w ten sposób
wpłynąłem jakoś na te młodsze kapele - mówi skromnie Marek "Dżałówa"
Jałowiecki. - Ale nie wiem, czy naprawdę podobała im się nasza muzyka. Oni
wszyscy grali już potem trochę inaczej - dodaje.
Młode zespoły wyrastały jak grzyby po deszczu. Le Fresk, Quiet Age, Twin
Pigs, Old Snax, Garden Of Hope. Uwaga - wiele z nich rozpadło się, zanim na
dobre zaczęły grać, ale każdy coś po sobie
zostawił. Głównie w świadomości muzyków, którzy przede wszystkim chcieli
grać i to właśnie było dla nich najważniejsze. Może dlatego składy powstały i
rozpadały się, a na ich gruzach znów
rodziły się nowe. Każdy kolejny wydawał się być przy tym krokiem do przodu.
Skończył grać Le Fleur Du Mal, zaczął Zimbawe Twels, potem Tazzaru, a jeszcze
później Kabareto Ereto - w każdym z
nich grali prawie ci sami ludzie, muzyka zawsze była nowa. Kilka zespołów
nie tworzy jeszcze jednak sceny. W Mysłowicach bardzo ważny był wspólnie
spędzany czas. Miejsc do spotkań nie
brakowało: Czternastka, Odlot, Bankier, Convivium Korek, Bluesman, Snooker,
Dziewiątki, Szóstki... na wspomnienie tych miejsc łza kręci się w oku. Jednym
z najważniejszych był jednak klub
Trójkąt, gdzie co piątek odbywały się koncerty, najczęściej darmowe. Ludzie
spotykali się tam, pijąc piwo i rozmawiając, słuchali wykonawców, a gdy ci
skończyli, sami wchodzili na scenę i
chwytali za instrumenty. Tak częste imprezy możliwe były dzięki
przychylności ówczesnego dyrektora mysłowickiego MOKiS-u, puzonisty jazzowego
Bronisława Dużego. Organizował festiwale i
przeglądy muzyczne (m.in. legendarne już "Grassonalia"), urządzał warsztaty
muzyczne. Nie było kłopotów z miejscem na próby, każda młoda kapela już po
miesiącu istnienia mogła pochwalić się
swoją muzyką na koncercie. Wystarczyło chcieć grać. W Mysłowicach grało się
też oczywiście "normalną" muzykę - były kapele metalowe (m.in. MASH i
Sanity), punkowe (Skowyt) i i hardcore'owe
(Piece Of Shit). Większość grała jednak psychodelię. Dlaczego? Ta muzyka
wydawała się inna, bardziej tajemnicza i ciekawa, a przy tym łatwo było
otoczyć ją aurą mistycyzmu. Były też jednak
powody bardziej prozaiczne. - Żeby robić psychodelię, nie trzeba umieć grać,
a ludzie nie mieli warsztatu - wyjaśnia Robert Stachoń, gitarzysta i basista
grup Garden Of Hope, Le Fleur Du Mal,
Zimbawe Twels, Tazzaru i jeszcze kilku innych. - Najłatwiej było podłączyć
kamerę pogłosową, zagrać parę dźwięków i powtarzać ten motyw. Wielogodzinne,
czasem trwające do rana koncerty,
utwory, które ciągnęły się po kilkadziesiąt minut, niekończące się
improwizacje. Nie na darmo muzycy śmieją się dziś, że ich głównymi muzycznymi
inspiracjami były wtedy... haszysz i wino.
Nie byliśmy kumplami
Myslovitz, jeszcze pod nazwą The Freshmen, zaczynali w roku 1992
od "angielskich" piosenek w stylu Generala Steelwella (wykonywali zresztą
kilka utworów tego zespołu, do dziś grają na
koncertach przebój "Peggy Brown"), wkrótce jednak również oni dali ponieść
się transowej fali, która opanowała miasto. - Na początku nie rozumiałem
grania w kółko jednego i tego samego -
wspomina Przemek Myszor, który do Myslovitz dołączył po wydaniu ich
pierwszej płyty. - Dopiero potem załapałem trip na transową psychodelię.
Członkom Myslovitz, jako nielicznym, udało się
przetrwać kilka lat w tym samym składzie - efekty nie kazały długo na siebie
czekać. Pi