dreaded88
02.09.02, 15:48
Tytuł wątku nie do końca gramatyczny, ale nie udało się lepiej. Album brzmi
gorzej niż płyta.
Ad rem.
Czasem mam takie wrażenie słuchając rzeczy w mojej opinii mocno nieudanych,
które jednak od znakomitości dzieliła jakaś przeszkoda istotna ale możliwa do
usunięcia - czyli inna niż brak talentu ( albo weny ) twórców, w rodzaju
dennej produkcji albo uporczywego trzymania się zgubnej maniery wykonawczej.
Kilka przykładów.
"Gothic" Paradise Lost. Kompozycje i pomysły ogólnie udatne, niestety
produkcja żenująca a Holmes charcząc obrzydliwie zaciekle wbija gwoździe do
trumny przedsięwzięcia. Mimo to całkowicie zepsuć się nie udało, jest chociaż
cień nastroju. "Shade of God" lepiej wyprodukowano, wokal się ucywilizował -
i proszę...
Wyżej opisane wrażenie miałem usiłując obcować z muzyką Yes. Głos Andersona
jest lepszy do "Freinds of Mr. Cairo" niż do muzyki z założenia rockowej.
Gdyby tych świetnych muzyków skojarzyć z innym wokalistą...
Pierwszy album Iron Maiden - ta produkcja...
Stare płyty Voivod ( gdzieś do "Nothingface" niewłącznie ) - okropny i nudny
wokalista.