Z wiadomo jakiej okazji przypomniano mi dziś (nie wiedzieć czemu nie
przypomniałem sobie sam)
Peace On Earth / Walk On zagrane parę
dni po 11.09 cztery lata temu w Londynie w ramach koncertu Tribute To Heroes.
Są takie nagrania, momenty w twórczości U2 które są świetne, są wyjątkowo
fajne, są wspaniałe. I są też takie po których przez jakiś czas trzeba
dochodzić do siebie, nawet po którymś przesłuchaniu (chyba że tak mają tylko
fanatycy

)
To jest taki moment. Te dwa utwory, ich wykonanie, dla mnie, nie zawaham się
tego użyć słowa, są magiczne. Nie chodzi mi o okoliczności, chociaż to one
spowodowały że to Walk On jest przesycone takimi emocjami, wielkimi emocji,
od gniewu przez smutek po wyraz wielkiej nadziei.
Muzycznie: zespół wspomaga na gitarze Daniel Lanois, przez co to wszystko
brzmi lepiej, dźwięki gitar wybrzmiewają pełniej, ostrzej. A samo wykonanie?
Wstępem jest Peace On Earth, nic specjalnego (?), jak zwykle a jednak
inaczej, zmieniony trochę tekst, trochę więcej włożyliw to wykonanie...
trochę?(?!). A potem Bono zaczyna „Hello from London... o-hoooo-ooooooo!”
(swoją drogą to jedno z lepszych „ooo”

),krzyczy „aaAAAaaaaa !!" i
śśpiewa. Czasem pięknie łamiącym się głosem (może ze względu na problemy z
tymże w tym czasie, może nie...) dając z siebie wszystko. I dochodzimy do
fragmentu „leave it behind”. To zawsze jest genialne. A tu jest jeszcze
lepsze. Niby to samo co zawsze i wszędzie, a brzmi jednak inaczej. I „Halle
Halle hallelujah!” i wrzaski Bono. Tak, końcówka tego Walk On... cóż można
powiedzieć... Cały ten utwór, to konkretne wykonanie, za takie momenty kocham
ten zespół
Takich momentów jeszcze trochę było i jest. I o tym właśnie będzie ten wątek.
A chwilach, wykonaniach, momentach magicznych które są nawet ponad to
wszystko co U2 daje nam od siebie każdego dnia. Takie które wywołują ciarki
na plecach, ten dreszcz, te które mają TO. Własnie TO.
Tak jak to Walk On, tak jak kiedyś gitara w Pride przez którą tak bardzo od
razu zainteresował mnie ten zespół i poraz pierwszy chciałem zostać
gitarzystą (

), jak Acrobat nie słuchany po dłuższym czasie, jak solówka
Love Is Blindness. To momenty mnagiczne dla mnie. Dla Was są zapewne inne.
Właśnie, jakie?
(aha, możemy nie używać słowa "magiczne", niektórzy go nie lubią, więc jak
ktoś chce może to zastapić np. "my personal most zajebista thing in U2
history" albo jakoś tak

)