marquis
02.12.05, 13:04
Kiedyś przeczytałem, że podobno w chwili, gdy malutka Maria przyszła na świat,
do okna sali porodowej podleciał słowik i zaczął śpiewać... Czy jakoś tak...
Mógłbym tu pisać pean na cześć Bogini, ale... Co można jeszcze napisać?
Nie będę tutaj przytaczał żadnych faktów z życia Callas, myślę, że każdy dużo
o niej wie, ostatecznie nawet jej najzacieklejsi wrogowie doskonale orientują
się w jej artystycznych dokonaniach i znają meandry jej burzliwego życia...
Chciałbym jedynie napisać kilka słów od siebie. Gdy pierwszy raz usłyszałem
głos Marii Callas (a wcale nie była pierwszą śpiewaczką, jaką poznałem!)
doznałem dziwnego uczucia, coś mnie chwyciło za gardło, oniemiałem z
wrażenia... Spiewała na zywo 'Addio del passato', bylem urzeczony! Ten głos,
mimo że wcale nie taki piękny, często nierówny, w górze ostry, wydał mi się
nieziemski. Wtedy zrozumiałem, że już nigdy żadna inna - choćby najbieglejsza
technicznie, choćby z najpiękniejszą barwą - śpiewaczka mnie nie zachwyci tak
jak Callas. Bo to co w niej pokochałem najbardziej to siła ekspresji, oddanie
emocji głosem, zaangażowanie i poświęcenie, z jakim spiewała. Jestem świadomy
jej niedociagnięć, przytrafiających się fałszywych tonów, nierzadko
jazgotliwych e3 (a nawet f3, w Armidzie!). Ale przecież nie można oceniać
śpiewaczek tylko pod kątem czystości dzwięku czy zrównaważenia rejestrów... To
potrafi wiele sopranów, nawet z prowincjonalnych teatrów.
Callas przeżyła jedynie 54 lata. W świecie opery pozostawiła po sobie pustkę,
jakiej do dziś nie zapełniła żadna śpiewaczka. Mieliśmy Sutherland, Caballe i
jeszcze kilka gwiazd, jednak to były już raczej specjalistki od poszczególnych
rodzajow partii. A Callas była ostatnią divą, ktora
z powodzeniem śpiewała zarówno Łucję jak i Turandot, Rozynę i Brunhildę...
Ale co tam, szkoda czasu na pisanie kolejnych peanów, lepiej posłuchać po raz
tysiączny finału I aktu Traviaty (lub czegokolwiek innego) i z lubością ulec
magicznej sile oddziaływania najgenialniejszej śpiewaczki XX wieku.