Do rozpoczęcie tego wątku zainspirowała mnie pewna wypowiedź cz67,
zamieszczona przy komentarzach na temat nowego albumu Pogodno
www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=3844353&a=4131360
Cze67 tłumaczy tam, że jednym z powodów, dla którego nie kupił sobie nowego
albumu Sigur Ros mogło być to, że po prostu nie jest pewnien, czy płyta jest
tego warta.
A ja pomyślałam sobie: no właśnie. Większość z nas ma swoich ulubionych
wykonawców, których wiernie słucha przez lata. Jednak jakoś tak się dzieje,
że w pewnym momencie zachwyca nas nowy artysta i zbiór naszych ulubieńców
rośnie. Czy pamiętacie takie momenty w swoim życiu? Kiedy nagle usłyszeliście
debiutanta, albo wykonawcę, którego dotąd nie znaliście albo nagranie
artysty, o którym słyszeliście, ale niegdy nie robił na was wielkiego
wrażenia, aż tu nagle bum i jesteście oczarowani. Te wspaniałe chwile, kiedy
wasze uszy otwierają się na całkiem nową, cudowną muzyke a wy dziwicie się,
jak mogliście bez niej w ogóle żyć...Czy była to po prostu odpowiednia
chwila, czy muzykę przedstawiła wam ważna osoba czy może po prostu
zaryzykowaliście kupując w ciemno płytę?
Przykładowo opowiem wam moja przygodę z Radiohead.
Oczywiście znałam ten zespół wcześniej. "Creep" uważałam za jedną z
najlepszych piosenek na świecie, z plyty "The Bends" podobało mi się "High
and dry", zachwycało mnie "Street spirit", ale słyszałam tę piosenke zaledwie
kilka razy, bo jak wiadomo, zespół ten nie był jeszcze bardzo popularny w
anszym kraju.
Lecz nadszedł rok 1997 a ja pewnego wieczora słuchałam radia RMF FM. Wtedy
realizowało ono świetny pomysł szerokiego przedstawiania nowych albumów w
ciągu chyba 2 godzin, przeplatając to wywiadami z muzykami i innymi
atrakcjami. No i akurat trafiło na "OK Computer". Początkowo słuchałam jednym
uchem wywiadu z Radiohead ale szybko przykuły moja uwagę przedstawiane utwory
z nowej plyty. Ludzie kochani!!! Aż usiadłam czy właściwie stanełam koło
radia, tak mną poruszyła ta muzyka. W tej chwili naprawde nie potrafie
powiedzieć, jakie słyszałam piosenki, wiem tylko, że z każdą następną moje
oczy i usta otwierały sie coraz szerzej. A kiedy przyszła pora na "Paranoid
android" - to jedno pamiętam dobrze - WIEDZIAŁAM już, że MUSZĘ kupić tą
płytę!!!
I już dzień czy dwa później wróciłam szybko ze sklepu do domu i włączyłam z
niecierpliwością zakupioną kasetę. Moja reakcja na muzykę zaskoczyła mnie
samą. Utwory leciały jeden po drugim wciskając mnie w fotel i pozbawiając
tchu. Do tego stopnia, że po "Exit music" wyłączyłam na chwilę wieże i
poszłam do kuchni napić się wody...Przysięgam, że tak było i miałam zresztą
dobry pomysł bo zaraz przy następnym "Let down" miałam wrażenie, że ulecę
gdzieś za okno albo sie rozpłaczę - głos Thoma zresztą do dziś niezwykle mnie
wzrusza. Ładunek emocji zawarty w tym albumie był tak wielki, że kiedy
wybrzmiało "No suprises" myślałam,że to już koniec, że nic więcej nie da się
powiedzieć. Tymczasem jeszcze dwa ostatnie utwory dogłębnie rozdarły moją
duszę i pogrązyły na zawsze w miłości do tej płyty

Dodam, że nie byłam wtedy wcale egzaltowaną nastolatką tylko poważną prawie
20 letnią studentką, hehe. A "OK computer" stał się właśnie dla mnie dopiero
kluczem, dzięki któremu mogłam polubić wcześniejsze nagrania Radiohead i z
niecierpliwością czekać na ich nowe płyty.
Miałam potem jeszcze 2 podobne momenty fascynacji, w tym właśnie muzyką
wymienionego na wstępie Sigur Ros, ale juz nie będę was męczyć.
OK, to kto chce zasiąść do komputera

i nam jeszcze cos opowiedzieć?