vulture
06.02.03, 12:02
Od pewnego czasu pojawia się na rynku wiele płyt „w hołdzie”, czyli różni
wykonawcy pastwią się nad repertuarem jednego wybranego. „A Collection Of
Tull Tales” (dla Jethro Tull), „Genesis Revisited” (w zasadzie płyta Steve’a
Hacketta z gośćmi, „Tales from Yesterday” (Yes) czy pierwsza część „Nativity
In Black” (Black Sabbath) to przykłady tych, które moim zdaniem nie
przynoszą obciachu artystom tam się udzielającym ani też nie są jakąś
straszną masakrą. Z przerażeniem jednak obserwuję, jak artyści typu Glenn
Hughes, Joe Lynn Turner (oni chyba z braku własnego repertuaru, bo ile razy
można na nowo nagrywać utwory Deep Purple) a także – o zgrozo – Ronnie James
Dio, Carmine Appice, Keith Emerson itp. biorą regularnie udział w całych
seriach „w hołdzie” na których piosenki czczonego zespołu są zazwyczaj
odgrywane w sposób straszliwy, drewniany, plus do tego dochodzi głos
śpiewającego na pół gwizdka wokalisty (płyty np. w hołdzie Queen, Aerosmith,
Dio czy Deep Purple). Które z płyt „tributowych” nadają się Waszym zdaniem do
posłuchania, a które powinny znaleźć się gdzieś głęboko pod ziemią?