Gość: gmt
IP: 62.137.41.*
28.05.03, 08:24
Szwagier w Polsce spytal sie mnie o wrazenia po londynskim koncercie Petera
Gabriela 22 maja Wembley Arena. Pomyslalem sobie ze moze moje impresje
zainteresuja takze kogos na tym forum. A w zamian oczekuje na wasze wrazenia
po koncercie w Poznaniu. Przepraszam ze ubogie slownictwo, ale od dawna
przebywam za granica i rzadko koresponduje po polsku.
----------------------------------------------------------------------------
A wiec troche wiecej o koncercie Gabriela. Bylo wspaniale, choc mniej
romantycznie niz w czerwcu 1993 w hali Earls Court , wtedy ciarki po plecach
i lzy w oczach, pare genialnych kawalkow wspolnie z Shinead O’Connor
(zwlaszcza Dont’t give up – tym razem zabraklo) , prywatnie byli oni wtedy
para (choc Shinead w wywiadach mowila ze traktuje go jak ojca) - a to
wszystkiemu co dzialo sie na scenie dawalo glebszy wymiar. Tym razem Gabriel
w bardziej dojrzalym wydaniu, juz po przejsciach , w refleksji nad cyklem od
narodzin do przemijania, wznosznia i opadania. Ogolnie muzycznie nie byl to
chyba tak mocny koncert, jak ten przed 10 laty – za to na pewno bardziej
atrakcyjny wizualnie. Okragla , wielowarstwowa , obrotowa scena po srodku
widowni, nad nia wysoko zawieszona konstrukcja w ksztalcie pierscienia – w
stylu statku kosmicznego z Odyseii 2000, po bokach ekrany do dodatkowych
projekcji itd. – obsluga tego wszystkiego kilkanascie osob w pomaranczowych
kostiumach – „orange people” jak ich okreslil Gabriel dedykujac im jeden z
utworow.... Oprocz PG w zespole szesc osob, w tym „ksiaze basu” Tony Levin ,
znany z wzbogacania swojej gry o rozne gadgety jak np dlugie paleczki ktore
naklada na palce i wali nimi po strunach, przed laty widzialoem go juz w
koncercie z Yes , teraz byl nieco mniej dynamiczny, ale pokazal pare dobrych
trickow , obok niego na gitarach David Rhodes, facet ktory od 79 nieodlacznie
w studiu i w trasie jest z Gabrielem. Pozostala czworka to mlodziez – w tym
Melanie, 25-letnia corka Gabriela, a z nia jej nowojorska kumpela Rachel Z –
na klawiszach . Mlody na perkusji dawal z siebie wszystko, drugi mlody dobrze
kombinowal na akustycznej gitarze i roznych takich innych egzotycznych
instrumentach przeszkadzajkach.
Ale od poczatku ... Na scenie Gabriel pojawil sie samotnie „Rozpoczniemy tu
gdzie skonczylismy 10 lat temu”, tak PG zapowiedzial numer ktorym konczyl
swoj wystep w 93 – czyli urokliwy kawalek „Here comes the Flood” z wydanej w
1980 „jedynki”. Lada chwila a zaciemniona scene stopniowo zapelnila reszta
zespolu i jak mozna sie bylo spodziewac zaraz na dobry poczatek tak jak na UP
dowalili z grubej rury – „Darkness” , a potem „Red rain” z SO. Koncert trwal
ogolem ponad 160 minut, kawalki glownie z UP, US, SO w wiekszosci
wzbogacone „efektami specjalnymi”. Gabriel nadal w swietnej formie wokalnej i
kondycyjnej , co mial okazje zaprezentowac glownie w numerach „Downside up”
(to taki kawalek z jego milenijnego projektu OVO) oraz „Growing up”. W
zgodzie z pierwszym tytulem , Gabriel wraz z Melanie podczepili sie do
wczesniej przeze mnie wspomnianego pierscienia – obreczy ktory opadl z gory
i zawisl kilka metrow nad scena , a nastepnie maszerowali w okolo „do gory
nogami” rownoczesnie wykonujac wokalne partie. Nie ma co, 53-etni „staruszek”
z lekko zarysowywujacym sie brzuszkiem dal kolejny dowod swoich niespozytych
sil. To nie wszystko ... „Growing up” wykonal poruszajac sie
ruchem „chomika” w srodku ogromnej elastycznej kuli Zorb, ktora kinetycznie
toczyla sie wokol sceny, zas w refrenie odbijala w gore-dol w rytm jego
podskokow. Swietna, radosna wersja „Solsbury Hill” – na malym rowerku-
skladaku PG objezdza scene. Troszeczke kiczowaty „Sledgehammer”, muzycznie w
porzadku – publika jak zwykle choralnie staje na wysokosci zadania, ale
kubraczek z migajacymi „lampkami choinkowymi”, ktory PG przywdzial na ta
okazje nie bardzo przypadl mi do gustu. O wiele ciekawiej bylo 10 lat temu,
gdy jak na scenie, tak i miedzy widownie rozrzucono duze nadmuchane mlotki,
ktorymi wszyscy sie nawzajem okladali.
„The Barry Williams Show” Gabriel, tym razem nie pod spodem, lecz na gorze
ponownie zawislego nad scena pierscienia , stacjonarna kamera jak w dawnym
studio telewizyjnym (aluzja do tresci utworu) kadrowal publicznosc, badz
zblizenia swojej twarzy w wyolbrzymionej projekcji na plotnie dekoracji
sceny.
Oprocz pewniaka jakim byl „Digging in the dirt” muzycznie najlepszymi
wykonaniami koncertu byly dla mnie rewelacyjne „Sky Blue” oraz „More than
this”. W tym pierwszym w wokalnych chorkach dolaczyli The Blind Boys of
Alabama, kapitalny support tego koncertu – przyznam, nigdy wczesniej o nich
nie slyszalem - a faceci maja juz po 70tce (kiedys piatka, dzis trojka
niewidomych), na scenie amerykanskiej od ponad 60 lat , spiewaja rdzenny
gospel z soulowymi nalecialosciami rhythm and bluesa , czad lepszy niz w
pamietnych "Blues Brothers".
Wspomniec wypada takze o „Animal Nation” zapowiedz nowej plyty „I/O”, ktory
Gabriel poprzedzil krotkim wstepem nawiazujacym do swoich muzycznych
eksperymentow z gorylami w centrum lingwistycznym Uniwersytetu Stanowego
Georgia. Z kolei wstep do starego kawalka „Big Time” to wspolczesna aluzja do
najbardziej technologicznie zaawansowanego mocarstwa ktorego grymas decyduje
o zyciu badz smierci niewinnych istnien. W bardziej pogodna melodyke wtopily
sie „In your eyes” , ”Come talk to me”, „Secret World”. Na bisowany final
podobnie jak na “Up” przeplatany etniczna melodyka „Signal to noise” – na
scenie ponownie wszyscy wykonawcy tego wieczora, oprocz chlopakow z Alabamy,
rowniez Uzbecka Sevara Nazarkhan...i kiedy wydawalo sie ze to juz koniec, na
zaciemnionej scenie ponownie pojawia sie Gabriel, krotko wspomina swoje
dziecinstwo, niespodzianka – okazuje sie ze na koncercie sa obecni jego
rodzice, dedykacja dla nich , a zwlaszcza dla ojca, to ballada „Father son” (
takze z tego projektu OVO), nietrudno zgadnac , ze za kilka lat to ten utwor
rozpocznie kolejna koncertowa trase Gabriela, dojrzewajacego niczym stare
dobre wino. Co wiecej w rozmowie z redaktorem telewizji ITV nie wykluczyl on
okazjonalnego reaktywowania Genesis, w swym najlepszym skladzie. Niczego
wiecej nie byloby mi trzeba.
Tak wiec bylo swietnie, a takze "smiesznie", bo okazalo sie ze na koszulkach
oraz w katalogach koncertu podano na trasie takze i Poznan , z tym ze
umieszczono go we Francji. Problemem moze okazac sie takze (ponoc jedynie na
trasie w Polsce) koncert na otwartym powietrzu, moze troche zmienia
repertuar i scenografie /?/ Zabraklo w Londynie „Biko” „Games without
frontiers” i paru innych numerow dobrych na poruszenie stadionowego tlumu.