Królowa soulu w kolejnej odsłonie. Aretha Franklin przekroczyła
sześćdziesiątkę, ale nadal pozostaje czynna na rynku muzycznym. Począwszy od
lat sześćdziesiątych, czaruje swym niezwykłym głosem kolejne pokolenia
słuchaczy. Przeboje takie jak „R.e.s.p.e.c.t.”, „You Make Me Feel Like A
Natural Woman”, „Angel” czy „Think” to klasyka, wielokrotnie przypominana
przez innych wykonawców. Od lat osiemdziesiątych Frankin, niestety, uległa
czarowi nowoczesnych dźwięków, który nijak nie przełożył się na jakość
nagrywanych przez nią piosenek. Owszem, i w latach osiemdziesiątych i
dziewięćdziesiątych artystka lansowała kolejne przeboje, ale nie umywały się
one do jej starszych propozycji. Głos Franklin, jedyny w swoim rodzaju,
najlepiej brzmi w naturalnej oprawie żywych instrumentów, bez klawiszowej
papki i perkusji automatycznej. Ostatnim razem, gdy Franklin wydała płytę z
premierowymi kompozycjami („A Rose Is Still A Rose” z 1998, nagraną przy
udziale m.in. Lauryn Hill), próba przypodobania się hiphopowej publiczności
okazała się klęską. Pięć lat trzeba było czekać na nowy album...
„So Damn Happy” tym razem nie jest już takie natrętnie nowoczesne. W
niektórych fragmentach jest dość staroświeckie, ale niestety raczej w stylu
lat osiemdziesiątych. Tym razem Franklin wspomagana jest m.in. przez Mary J.
Blige (która swego czasu przypomniała „You Make Me Feel...”

. Efekt,
niestety, jest taki, jak na paru ostatnich albumach: świetny głos, zmarnowany
w kilkunastu beznadziejnych kompozycjach. Ani lansowane „The Only Thing
Missing”, ani nawet będące na bieżąco z ostatnimi trendami „Holding On” nie
są w stanie należycie wyeksponować umiejętności Franklin. To piosenki, które
mógłby zaśpiewać ktokolwiek. A Franklin na nie po prostu szkoda. Muzycznie
album to taka konfekcja, którą mógłby równie dobrze zaśpiewać sobie Michael
Bolton, Luther Vandross czy ktokolwiek inny. Utwory są nudne i już po
czwartym robi się niedobrze.
Skandalem są niektóre piosenki, w których Franklin ewidentnie nie wie, co
robić (np. napisane przez Mary J. Blige „No Matter What” – artystka mówi,
zamiast śpiewać, a refren wykonuje chórek) czy „Ain’t No Way” (wstyd, żeby
szanowana wykonawczyni wyśpiewywała takie głupoty). Bezradność wobec
kiepskich utworów jest aż za bardzo widoczna.
Wszystkie piosenki są balladami. Brak tu utworów dynamicznych, „lokomotyw”,
ciągnących album do przodu. Wśród tej spowolnionej papki wyróżnić można
jeszcze w miarę melodyjny utwór tytułowy. „You Are My Joy” (pojawiające się
dwukrotnie), „Falling Out Of Love” (nieco kiczowate, ale jednak). Ale tylko
pod warunkiem, że jest się zmuszonym do wyróżnienia czegokolwiek. Albo do
wysłuchania całej płyty. Ja przesłuchałem dwukrotnie z ciekawości, ale raczej
nie będę do niej często wracał.