Chodzi rzecz jasna o Koncert Inauguracyjny 4. Festiwalu "Chopin i jego Europa".
Tak miało być:
19.30 Koncert symfoniczny inauguracyjny
Sala Koncertowa Filharmonii Narodowej
Ivo Pogorelić (fortepian)
Sinfonia Varsovia
Jacek Kaspszyk (dyrygent)
PROGRAM
Fryderyk Chopin:
Nokturn e-moll op. 72
Sonata h-moll op. 58
Siergiej Rachmaninow: II Koncert fortepianowy c-moll op. 18
Zamiast Chopina w I części usłyszeliśmy III Symfonię Schuberta. I dobrze, bo SV w formie - może nie była to epokowa interpretacja, ale bardzo mi się podobała

Grali z wdziękiem, energią i swobodą. Bardzo udany początek wieczoru.
Natomiast Rachmaninow... okropny. Fortepianowy wstęp zagrany dziwacznie - no dobra, pan postanowił nas zaskoczyć, wprawdzie zrobił to w sposób pozbawiony finezji i smaku, ale niech mu tam. Słucham dalej. Muszę przyznać, że nawet przez pierwsze 30 sekund byłam w stanie dopatrzeć się jakiejś metody, czy pomysłu w tym waleniu i wybijaniu basowych nut (co całkiem zgrabnie korespondowało z akordami w waltorniach). Ale im dłużej tego słuchałam, tym bardziej chciałam wyjść z sali (co było niewykonalne z uwagi na sporą grupę słuchaczy siedzących na podłodze). Pogorelić skupił się na podkreślaniu dysonansów - i tam, gdzie je kompozytor zapisał i tam, gdzie się pianiście podobało. Kulminację w I części zagrał samymi klasterami.
Tempo też traktował wielce "po swojemu" (bo "swobodnie" to za lekkie określenie). Brzmiało to trochę jak czytanie utworu a vista - ot, biorę nuty, stawiam na pulpicie i czytam sobie powoli akordy, pasaże, patrzę jakie są harmonie, badam punkty ciężkości, rozkładam na głosy... Tak jakby pianista celowo grał na opak i pod włos - te wszystkie "fajerwerki" wirtuozowskie grał dzieląc na grupy, z których niektore dźwięki były wybite, inne zamazane. Zastanawialiśmy się po koncercie jak to nazwać i mi wyszło że wiwisekcja, koledze że dekompozycja. Bo to nie było "nowatorskie" i "niezwykłe", nie przemawiała przez to indywidualność, emocje, przeżycie artysty - dla mnie to było bawienie się publicznością (nie "z" publicznością) - wyszła zimna ryba.
Może jestem mało wrażliwa i umknął mi gdzieś klucz do tej "interpretacji" - bo widzę w niej tylko usilne podkreślanie brzydoty, wybijanie pojedynczych dźwięków (czasem uporczywe wybijanie tego samego klawisza brzmiało tak, jak gra na zepsutym instrumencie - w Finale są takie leniwe, triolowe pochody)
Brzydoty również w brzmieniu fortepianu - momentami brzmiał jak amplifikowany (tu akurat chylę czoła - bo to nielatwo tak operować pedałem, żeby wybrzmienie miało taki kolor).
W tym wszystkim brawa należą się orkiestrze i dyrygentowi - dzielnie się trzymali i w sumie był tylko jeden poważniejszy rozjazd. Przy tak nielogicznej i niezrównoważonej grze pianisty to naprawdę sukces.
Gwoli sprawiedliwości należy napisać, że ludzie zerwali się z miejsc i byli autentycznie zachwyceni - publiczność wydawała mi się mało "snobistyczna", to raczej przyszli ludzie naprawdę chcący posłuchać muzyki (a może Pogorelicia). Więc żeby nie było
I tylko bardzo mi smutno po tym koncercie...