Gość: Michal
IP: 134.251.220.*
14.10.03, 05:25
Czy trzeba czegos wiecej? Hmm. Moze troche konsekwencji?
Spojrzmy na fragment recenzji ostatniej plyty Stinga:
"Wygląda na to, że brytyjski gwiazdor dobrze zdaje sobie z tego
sprawę, bo "Sacred Love" brzmi trochę tak, jakby Sting próbował
powielić któryś z tych dwóch wymienionych patentów na sukces.
[...] Wszystko to brzmi rzecz jasna wspaniale. W końcu słuchamy
płyty Stinga, a to jest gwarancją produktu wysokiej jakości.
[...] Sam Sting też jest w świetnej formie, o czym przekonuje
już otwierające płytę "Inside". I dobrze, tylko nie za bardzo
wiadomo, po co. Bo "Sacred Love" to przyjemna dla ucha,
stonowana, w dużej mierze refleksyjna, ale przy okazji
pozbawiona jakiegokolwiek napięcia i emocji płyta. Równie dobrze
mogłaby w ogóle nie powstać. Bez tych kilkunastu piosenek świat
spokojnie kręciłby się dalej."
Plyta Voo Voo jest ladna i przyjemna, ale idac tokiem
rozumowania recenzenta, moznaby napisac o niej to samo co o
plyce Stinga. Przeciez Waglewski et co tez nie stworzyli nic
wybitnego (choc bardzo przyjemnego) - a wiec czemu tak rozne
podsumowania plyt Voo Voo i Stinga? Jedna jest "przyjemna, bez
emocji" i "swiat moglby sie bez niej krecic", a druga jest "po
prostu bardzo ladna" (ale juz bez zadnych zastrzezen jak u
Stinga...).
Hmmm....
No w kazdym razie, nie jest to plyta zla, nie jest to plyta
najlepsza w dorobku Voo Voo - bardzo sympatycznie sie jej slucha.