Przy okazji przeprowadzki do Wrocka uzmysłowiłem sobie,że nie zabrałem ze
sobą około kilkudziesięciu ważnych dla mnie (jeszcze nie tak dawno
płyt).Zacząłem się zastanawiać dlaczego i doszedłem do wniosku,że do tej pory
chyba zbyt ślepo byłem zapatrzony w niektóre podmioty wykonawcze.
ECHO AND THE BUNNYMEN. Nie tak dawno moja ulubiona kapela nr 3 po Killing
Joke i Midnight Oil. Nadal jarają mnie "Killing Moon" czy "Nothing lasts
forever" (Iluś, tam Liam chórek robi). Może jeszcze parę numerów z wczesnych
lat 80-tych. Reszta znanej mi (całej twórczości) być może nie zatraciła
swojego wdzięku (nie chodzi tylko o urodę Iana Mc Cullocha - Madee

))))),
ale zatraciła w mojej opinii swoją ponadczasowość. Świadczą też o tym płyty
tej kapeli po reaktywacji, z płyty na płytę słabsze. Ostatniej nawet nie
chciałem słuchać.
Piszcie o podobnych przypadkach jak mój i nie narzekajcie

.