Gość: Vulture
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
29.03.09, 11:16
Tę płytę rozpoczyna świergot ptaków, tak jak pewną płytę Yes, na
której gra
Howe. Nie jedyne to, zresztą, podobieństwo, od okładki począwszy…
Potem jest
już, niestety, inaczej, mniej yesowo i – co tu ukrywać – tak sobie.
Howe,
jako Wielki Gitarzysta ma ambicje od czasu do czasu nagrać album
solo (od lat
dziewięćdziesiątych wydaje mniej więcej jeden album rocznie, więc do
średniej
Wakemana mu sporo brakuje), jednak nie ma daru przykuwania uwagi
słuchaczy
przez całą godzinę. Gdyby albumy te były w pełni instrumentalne,
można by
jeszcze przymknąć na to oko, ale na swoje i słuchaczy nieszczęście
Steve Howe
lubi sobie również pośpiewać, a to doświadczenie dość boleśnie
raniące uszy
słuchających.
Nie znaczy to, że płyta jest beznadziejna lub w ogóle do kitu – Howe
jest
mistrzem swego fachu i wydobywa z gitar różne fascynujące brzmienia,
zależnie
od klimatu kompozycji. Gorzej z samymi kompozycjami właśnie. Czasem
są to
utwory bardziej przemyślane, których naprawdę nieźle się słucha
(minus głos),
np. otwierający album „Across the Cobblestone”czy iście
progresywne „Westwinds” i „The Longing”. Czasem dają, niestety, znać
o sobie
lata spędzone w formacji Asia, gdzie starano się połączyć technikę
progrockową z konstrukcjami popowymi („Bee Swing” czy „Whiskey
Hill”, oba
brzmiące jak ZZ Top). Zdarzają się też maksymalne wtopy, jak niby-
countrowe „Where I Belong” (Howe nigdy nie krył fascynacji C&W),
gdzie
wokalizy mistrza brzmią po prostu fatalnie. Także ostrzejsze „Load
Off My
Mind” jest doskonale położone na łopatki przez niezbyt, delikatnie
mówiąc,
ładnie brzmiący głos Howe’a. Pewne utwory pełnią rolę wypełniaczy,
jakie
czasem możemy usłyszeć w podkładach dźwiękowych do programów
telewizyjnych
typu losowanie Lotto itp. (zupełnie nijakie „The Chariot of Gold” i
nieciekawe, mimo dynamiki, „Rising Sun”.
Płycie, mimo wszystkich zarzutów, trudno zarzucić brak różnorodności
i muszę
przyznać, że Howe starał się ją urozmaicić różnymi brzmieniami i
nastrojami,
od bardzo dynamicznych do wyciszonych miniatur („Tremolando”, „Hecla
Lava”, „A Drop In The Ocean”. Zwracają też uwagę delikatnie
narastające,
jazzujące „Pacific Haze” czy naładowane gitarowymi
brzmieniami „Smoke
Silver”. Również jazzowo-bluesowe „Inside Out Muse” ma w sobie wiele
uroku,
zwłaszcza że brzmienie gitary w tym utworze pięknie przeplata się z
popisami
grającego na różnych instrumentach dętych Atzmona. To utwór jakby
wyjęty z
zupełnie innej epoki, ale ma niesamowity klimat.
W zespole towarzyszącym Steve’owi grają jego dwaj synowie –
perkusista Dylan
(na jego cześć powstał słynny „The Clap” oraz klawiszowiec Virgil
(odpowiedzialny za paskudztwo p.t. „Yes Remixes”. Poza nimi grają
jeszcze –
ze składu podstawowego - Gilad Atzmon na dęciakach oraz Derrick
Taylor na
basie. Przyznać trzeba, że zespół Steve’a sprawdza się bezbłędnie. Z
synami
artysta współpracuje nie po raz pierwszy i można śmiało stwierdzić,
że nie są
to „dzieci słynnego człowieka”, tylko w pełni profesjonalni muzycy,
którzy
świetnie się spisują. Cały zespół Steve’a gra, zresztą, bardzo
sprawnie, i
miło że Howe daje też pograć towarzyszącym mu muzykom, nie traktując
ich
jedynie jako podkładu do swoich popisów. Nie da się jednak ukryć, że
gra
Howe’a najbardziej mnie fascynuje w pewnym zespole, którego
charakterystyczne
okładki płyt można rozpoznać na kilometr, i w którym kompozycje
dorównują
umiejętnościom i ambicjom gitarzysty. A płyty solowe? Ot, takie miłe
ciekawostki…