Najprawdopodobniej na fali ponownej popularności grupy YES jej wokalista Jon
Anderson przygotowuje nowy materiał solowy "The Big If". Z dwóch powodów
żałuję, że taka sytuacja ma miejsce:
Po pierwsze, miałem nadzieję, że panowie z Yes, skoro znów się zeszli w
najlepszym z możliwych składów (opcję reaktywacji składu
z "Close..."/"Fragile" uznaję za niemożliwą), zaczną szybciutko nagrywać nową
płytę z Rickiem Wakemanem. Niestety, po przeczytaniu bodajże wczoraj wywiadu
ze Stevem Howe, dowiedziałem się, że grupa ma zamiar nagrać nowy album, ale
prace nad nim rozpoczną się dopiero za rok...
Po drugie, żałuję, że płyta Andersona a nie Yes, ponieważ jego solowe
dokonania zawierają dość dużą dawkę mało strawnego kiczu, który nieco
hamowali i tonowali pozostali muzycy Yes. Na swoich solowych albumach
Anderson za bardzo odpływa w metafizyczne wszechświaty, co kończy się
zazwyczaj lepkim jak lukier bredzeniem o tym, że świat jest piękny, jeśli
tylko uratujemy Matkę Ziemię i będziemy dla siebie dobrzy (upraszczam, ale to
mniej więcej tak wygląda). Poza tym płyty Andersona są takie sobie pod
względem instrumentacji, chociaż chłopak się stara, jak może.
No dobra, uzbrajam się zatem w cierpliwość i czekam na nowe Yes. A Andersona
z obowiązku pewnie i tak posłucham.
P.S. Dobra strona: Anderson nie nagrywa tylu płyt solo, co Wakeman