Falkenbach to projekt, za którym ukrywa się jeden człowiek, Niemiec Vratyas
Vakyas (bardzo niemiecko brzmiące imię i nazwisko, czyż nie). Uprawia
wieśniacki, ale bardzo fajny folk-metal, który jest nieco zbliżony do dokonań
Manowar czy Rhapsody. Porównywany też jest do niektórych dokonań Bathory czy
Dimmu Borgir. Ostre gitary i wokalizy raz śpiewne, raz rzygające, podparte są
orkiestrową ścianą klawiszy, które czasem udają folkowo-brzmiące instrumenty
dęte. Poza perkusją i dodatkową gitarą akustyczną oraz dodatkowymi wokalami
Vakyas nagrywa wszystkie partie instrumentalne i główne wokale sam, i z tego
też powodu nie koncertuje, bo nie może znaleźć (jak przeczytałem na jego
polskiej stronie) muzyków, którzy odtworzyliby wiernie brzmienie z trzech
wydanych do tej pory płyt.
Najnowsze dzieło Falkenbach nosi tytuł „Ok Nefna Tysvar Ty” i ukazało się
nakładem Napalm Records/SPV w tym roku. Elegancko wydana w formie digipacku
płyta zawiera typowy melodyjny „metal podróżniczy” (tematyka tekstów
koncentruje się wokół jakichś podróży i legend Wikingów, czyli nic
oryginalnego). Często ostre gitary schowane są w tle, w celu wyeksponowania
partii instrumentów klawiszowych i wokali (nie, to nie jest taka kupa jak
Anathema). Głos raz jest donośny i charczący, innym zaś razem melodyjny i
łagodny. Często pojawiają się wielogłosowe partie wokalne, które na tle
podkładu (ostre riffy, podniosłe chóralne brzmienia, do tego efekty dźwiękowe
w postaci tętentu koni, łomot perkusji) brzmią, jakby Dimmu Borgir zaczęli
grać szanty.
Zdecydowanie lepiej brzmią szybsze fragmenty albumu, „As Long As Winds Will
Blow”, „Aduatuza”. Momenty balladowe wypadają nieco smętnie i cukierkowo, ale
na szczęście nie na tu ballad (poza „The Ardent Awaited Land”

jako takich i
nawet jeśli utwór ma wolny wstęp, to potem przechodzi on w rytmiczny, epicki
metal. Sporo jest fragmentów w tempie średnim, przypominających właśnie
pieśni żeglarskie, zagrane nieco nowocześniej niż wieki temu („Farewell”

.
Ta płyta ma dwie podstawowe wady, to znaczy jest kiczowata (co wlicza się w
nurt uprawiany przez „zespół”

oraz wtórna (co wliczać się już nie musi),
gdyż brzmi dość archaicznie i wszystkie wykorzystane na niej patenty
słyszeliśmy już u Manowar czy Enslaved. Mogłaby być też nieco ostrzejsza. Na
szczęście wady nie przesłaniają zalet.
Niewątpliwą zaletą tego albumu jest jego melodyjność i
chwytliwość. „Szantowo” brzmiące głosy wpadają w ucho i wyśpiewują bardzo
ładne melodie. Podziwiać też należy sprawność lidera, który zagrał na
większości instrumentów i ze swego zadania wywiązał się co najmniej dobrze.
Nie ukrywam, że znacznie bardziej wyraziste są klawisze niż gitara, ale i tak
brzmi to całkiem nieźle. Za całość postawiłbym czwórkę – nie powala, ale jest
całkiem przyzwoicie, a nawet bardziej. Mam nadzieję, że o ambitnym Niemcu
jeszcze usłyszę.
Zainteresowanych odsyłam do polskiej, niestety niezupełnie aktualnej strony
(brak info o nowej płycie):
www.falkenbach.art.pl/ lub też do
strony uaktualnionej w języku angielskim
www.geocities.com/falkenbachband/News.html Strona oficjalna to
www.falkenbach.de która nie działa.