Dodaj do ulubionych

kto ma rację?

15.01.07, 17:35
W przeciwieństwie do euroentuzjazmu na wschodnich i południowych rubieżach
Unii na Zachodzie przybywa przeciwników wspólnej waluty. W strefie euro żyje
317 milionów Europejczyków. Co piąty z nich przyznaje, że, robiąc codzienne
zakupy, wciąż przelicza wydatki na dawne franki, liry czy marki. Pewien
dyplomata francuski nie krył zdziwienia, gdy, robiąc przedświąteczne zakupy w
sklepie w swych rodzinnych stronach zagubionych gdzieś daleko od Paryża,
dostał rachunek w frankach. Pięć lat od czasu, gdy wyszły z obiegu zastąpione
przez euro! – Przepraszam monsieur, ale większość moich klientów woli starą
formę rozliczenia – tłumaczył niezmieszany sprzedawca.

Z euforii po wprowadzeniu euro niewiele pozostało. Włosi obwiniają euro o to,
że po uszy toną w długach, Hiszpanie o to, że zawalił się ich rynek
nieruchomości. Francuzi mają za złe Europejskiemu Bankowi Centralnemu, że
chodzi na pasku niemieckiego Bundesbanku, zaniżając wzrost gospodarczy i
sztucznie utrzymując wysokie raty, natomiast oszczędni niemieccy konsumenci
wciąż wolą chomikować swe oszczędności pod domowymi materacami. Aż 52 procent
Francuzów uważa euro za „złą rzecz” i oskarża je o wywoływanie inflacji. Mają
mu za złe, że znacznie podniosło cenę francuskich wyrobów, które są przez to
coraz mniej konkurencyjne na międzynarodowych rynkach. Włosi, Hiszpanie, a
nawet Portugalczycy są tak zdeterminowani, że coraz częściej straszą powrotem
do własnych narodowych walut. Uważają, że bez radykalnej reformy wspólny
euroclub wkrótce z hukiem się rozpadnie. Są to zapewne głosy na wyrost, ale
wszystkich ich irytują Niemcy, którzy przejmują gros zysków. Bo firmy znad
Renu i Łaby domagają się cięć płac i kosztów, grożąc, że w przeciwnym razie
przeniosą swą produkcję do znacznie tańszej Polski.

Te głosy południowców można lekceważyć. Ale biurokratów z Brukseli coraz
poważniej niepokoją resentymenty, które pojawiły się w innym, znacznie
ważniejszym rejonie „europejskiego imperium”. Otóż jak dowodzą ostatnie
badania, nawet Niemcy, które, rzeczywiście lub też tylko rzekomo, czerpią
największe profity z funkcjonowania wspólnej waluty, z całego serca
nienawidzą euro. Gdyby tylko mogli, to już dziś większość z nich ochoczo
powróciłaby do swojej marki.

Wszystko to sprawia, że w Wielkiej Brytanii czy Szwecji żaden szanujący się
polityk nie ryzykuje nawet podjęcia tematu przeprowadzenia referendum nad
wprowadzeniem euro. Nawet Estończycy, mimo niewątpliwego sukcesu
gospodarczego, ociągają się z przyjęciem euro. Miało się ono stać waluta
obiegową już w 2008 roku. Teraz rząd w Tallinie nie chce go widzieć wcześniej
niż po 2010 roku. Może więc brak entuzjazmu do euro przejawiany przez nasz
PIS-owski rząd nie jest czymś tak bardzo złym, jak to wmawia Polakom opozycja.

Bo poza eurobiurokratami z Brukseli i europejskimi bankowcami coraz trudniej
znaleźć innych entuzjastów euro. No może w dalekim Teheranie. Bo tamtejsi
ajatollahowie oznajmili ostatnio z satysfakcją, że swe rezerwy finansowe wolą
trzymać w euro niż w amerykańskich dolarach.

Olgierd Domino, Tygodnik Rynki Zagraniczne
biznes.onet.pl/12,1385097,prasa.html
Obserwuj wątek
    • legalna-blondynka Re: kto ma rację? 15.01.07, 18:16
      W momencie wprowadzenia euro -mieszkałam w Niemczech. Dla mnie zmiana waluty
      nie była żadnym problemem, ponieważ my Polacy od dawna przeliczaliśmy złotówki
      na dolary, funty, marki.... Niemcy strasznie się gubili...:)Po miesiącu
      zauważyłam,że to co kosztowało 5 marek -kosztuje czasami 3,5euro.Wszyscy moi
      znajomi z Niemiec bardzo narzekają.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka